Subiektywne podsumowanie wrażeń filmowych z minionych miesięcy

Koniec wakacji nastraja zdecydowanie pesymistycznie, jednak zbliżający się nowy sezon filmowy, z pewnością szybko pokrzepi miłośników kina, gdyż jesienny repertuar przybytków X Muzy będzie obfitować w filmy wartościowe i z niecierpliwością wyczekiwane przez kinomanów. Kilka z nich miałam przyjemność już obejrzeć na niedawno zakończonym 18. Festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu, że wspomnę: „Czarne bractwo. BlacKkKlansman” Spike’a Lee, „Climax” Gaspara Noé, nagrodzonych Złotą Palmą w Cannes „Złodziei sklepowych” („Shoplifters”) Hirokazu Koreedy, czy „Wszyscy wiedzą” Asghara Farhadiego. A jeśli do powyższych dodam jeszcze najbardziej pechowy film Terry’ego Gilliama „Człowiek, który zabił Don Kichota” (już na ekranach), budzące zainteresowanie i nie mniejsze kontrowersje nowe produkcje Wojciecha Smarzowskiego „Kler” i Larsa von Triera „Dom, który zbudował Jack” oraz utrwalającą, zasłużony zresztą, mit wielkiej gwiazdy rocka „Bohemian Rhapsody” Bryana Singera i Dextera Fletchera, to mogę śmiało napisać, że filmowa jesień zapowiada się naprawdę obiecująco.

Przekornie, artykuł ten poświęcę nie tym wyżej wymienionym produkcjom. Ponoć w życiu nie powinniśmy oglądać się za siebie, ja jednak spojrzę wstecz na repertuarowy dorobek kinowy minionych miesięcy 2018 roku, bo wart jest przypomnienia. Choć będzie to bardzo subiektywne spojrzenie. Spośród wielu filmów premierowo goszczących na polskich ekranach wybrałam kilka, a że na potrzeby tego tekstu musiałam je jakoś uporządkować, uczyniłam to w sposób pozornie najprostszy z możliwych, tzn. kierując się pochodzeniem reżysera, osobistym kojarzeniem jego filmów z konkretną kinematografią lub też zbieżnością poruszanych tematów.

Zatem sięgam najpierw do rodzimych twórców i z dumą zauważam, że w polskim kinie prym w minionym sezonie wiodły panie. Małgorzata Szumowska w nagrodzonym za reżyserię Srebrnym Niedźwiedziem na tegorocznym MFF w Berlinie filmie „Twarz”, inspirowanym prawdziwymi wydarzeniami, przedstawiła nam historię Jacka — fana zespołu Metallica, który jeździ czerwonym maluchem, ma pracę i dziewczynę. Ale los płata bohaterowi figla — Jacek ulega poważnemu wypadkowi i wszystko w jego życiu się zmienia, poza miłością do metalu. Szumowska skupiła jak w soczewce większość naszych polskich przywar, takich jak religijność na pokaz i bezrefleksyjność naszego katolicyzmu, zamiłowanie do pijaństwa, zaściankowość w myśleniu i postrzeganiu świata, degrengoladę relacji rodzinnych, uprzedzenia, zawiść, grubiaństwo i rynsztokowy język.

Agnieszka Odżywołek

Kadr z filmu „Twarz” w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej. Foto: Bartosz Mrozowski


Według niektórych recenzentów to jest obraz tzw. Polski B, a ja myślę, że taką nacją jesteśmy w istocie. Niestety. Trzeba mieć odwagę, żeby tak szczerze opowiedzieć o swoim kraju i rodakach, na szczęście reżyserce tej szczerości, dystansu, krytycznego spojrzenia odmówić nie można. Nie raz to już udowodniła. Polecam ten film również ze względu na świetne role kobiece Agnieszki Podsiadlik, Małgorzaty Gorol i Anny Tomaszewskiej.

Jak po mistrzowsku dokonać wolty gatunkowej i z dramatu psychologiczno-obyczajowego przejść płynnie, niemalże niezauważalnie, do mistycznego niemal horroru, pokazała w swoim debiucie pełnometrażowym Jagoda Szelc. „Wieża. Jasny dzień” jedynie na początku wydaje się oczywistą historią rozgrywaną w malowniczych plenerach Bystrzycy Kłodzkiej, historią wielowymiarową, w której napięte relacje między siostrami stanowią oś dramaturgiczną. Mula wychowuje córkę Kai, która wraz z bratem i jego rodziną przyjeżdża po latach na komunię dziewczynki, nieświadomej, że spotka się z matką. Ale czy geny można oszukać? Mula wyczuwa w siostrze zagrożenie, atmosfera gęstnieje jak mgła nad Sudetami, tajemniczość i wzrastający niepokój oplatają mocno fabułę i nie zwalniają uścisku aż do końca seansu. Nie dowiemy się, co wykopał pies o wdzięcznym imieniu Taksówka pojawiający się w zwiastunie i czym Kaja napoiła swych bliskich w komunijną niedzielę. Wiele elementów pozostanie w tym filmie niewyjaśnionych, ale na tym właśnie polega jego siła.

Urszula Antoniak, reżyserka o niesamowitej, szczególnie przemawiającej do mnie jako widza, wrażliwości, autorka „Nic osobistego” i „Code blue”, nie jest raczej kojarzona z polską kinematografią a holenderską. Przy realizacji swojego ostatniego filmu „Pomiędzy słowami” zaprosiła do współpracy Jakuba Gierszała, Andrzeja Chyrę oraz Justynę Wasilewską (doskonała, zjawiskowa wręcz rola w „Sercu miłości” Łukasza Rondudy). Ta kolaboracja zaowocowała bardzo udaną produkcją — a rzecz jest o poszukiwaniu siebie, mierzeniu się z własną tożsamością dzięki wizycie nieznanego ojca i wykorzenianiu poczucia bycia emigrantem lub oswajaniu się ze świadomością, że się nim zawsze pozostanie. Nie w opinii innych, ale w głębi własnej duszy. Świetne, refleksyjne kino z doskonałym aktorstwem
i szczyptą humoru. Czy tak ważna jest przynależność narodowa i rasowa? Może kiedyś odważymy się, jak Antoniak na spotkaniu z widzami, odpowiedzieć na pytanie „Skąd pochodzisz”

— „I’m from the United States of kiss my ass!”

Spośród panów — reżyserów rodem z Polski wymienię dwa utytułowane nazwiska i na pewno nie będą one zaskoczeniem dla żadnego z czytelników. A są to Paweł Pawlikowski i Roman Polański. „Dwa serduszka, cztery oczy…” — leitmotiv z ludowej piosenki. Biel, czerń i szarości w każdym kadrze. Fabuła utkana z epizodów. Czy to wystarczy, by opowiedzieć wiarygodną historię o miłości dwojga ludzi, o paradoksach uczucia, które znajduje ujście w chwilowym spełnieniu, skradzionych spotkaniach, ulotnej, choć zapamiętanej namiętności? „Zimna wojna” Pawlikowskiego, nagrodzonego reżyserską Złotą Palmą na ostatnim festiwalu w Cannes, to piękny, wysmakowany wizualnie film, dopieszczony jazzowym subtelnym klimatem w wykonaniu Marcina Maseckiego oraz Billie Holiday, Elli Fitzgerald czy rockandrollowym pazurem Billa Haley’a. To film, w którym losy kochanków splatają się z powojennym politycznym układem sił, stąd tytuł, który możemy odbierać na dwóch płaszczyznach, choć to miłość przede wszystkim pozostaje w centrum uwagi.

Agnieszka Odżywołek

Kadr z filmu „Zimna wojna” w reżyserii Pawła Pawlikowksiego. Foto: Tomasz Bąk

Miłość taka jak w życiu, pełna emocjonalnych przybliżeń i oddaleń. Miłość, która sama nie da szczęścia, nawet jeśli jest odwzajemniona i zdolna do poświęceń. Miłość, która budzi się z fascynacji odmiennością, malownicza, bo rozgrywana wśród artystów i swojska, bo ilustrowana folklorem. W parę głównych bohaterów kapitalnie wcielili się Joanna Kulig i Tomasz Kot, w rolach drugoplanowych Agata Kulesza (nikt, tak jak ona, nie potrafi palić papierosa na ekranie!) i Borys Szyc, w epizodzie Adam Woronowicz. Ten film odniósł sukces i zaczarował widzów, choć ja… czuję niedosyt. Ten film nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałam po pełnych peanów zapowiedziach i nagrodzie w Cannes. Jest dobry, nie mam co do tego wątpliwości, ale nie chwyta za trzewia, nie wstrząsa, tak jakbym sobie tego życzyła. Niemniej polecam.

Roman Polański zrobił natomiast film „Prawdziwa historia”, który mnie przywodzi na myśl ekranizację powieści Stephena Kinga „Misery” lub też film „Sublokatorka” Barbeta Shroedera. To dobrze napisany (reżyser działał w zespół z kolegą po fachu Olivierem Assayasem, autorem między innymi „Sils Maria” i „Personal Shopper”) thriller psychologiczny o odnoszącej sukces, i zmęczonej nim nieco, autorce książek. Pisarka (w tej roli żona Polańskiego Emmanuelle Seigner) przeżywa kryzys twórczy, a w przypadkowo (czy na pewno?) poznanej dziewczynie odnajduje źródło inspiracji, przyjaciółkę, powierniczkę, ale i… no właśnie… Czy kobieta, sugestywnie zagrana przez Evę Green, jest alter ego głównej bohaterki, czy też wytworem jej wyobraźni? A może bohaterką najnowszej powieści? Panowie Polański i Assayas mylą tropy, wzbudzają zainteresowanie widza, nie jest to jednak wybitna filmowa wersja literackiego pierwowzoru (powieści Delphine de Vigan). Ogląda się to bez żenady, ale i bez emocji wbijających w fotel. Zażenowanie natomiast wzbudza tłumaczenie imienia bohaterki Evy Green – „Elle” rzeczywiście znaczy „ona” w języku Moliera, ale czemu ma służyć dosłowne tłumaczenie, skoro w filmie pojawia się wyjaśnienie, że jest to zdrobnienie od imienia „Elizabeth” — na język polski swojsko przetłumaczone jako „Iwona”. A przecież niedopowiedzenie w kwestii imienia wzbogaciłoby znaczenia w filmowej fabule.

Przywołanie filmu Polańskiego to tylko jeden stopień oddalenia od kinematografii znad Sekwany, którą w polskich kinach reprezentowała niedawno Claire Denis filmem „Isabelle i mężczyźni”. Isabelle rozpaczliwie szuka miłości. Już. Teraz. Natychmiast. Wdaje się w romanse z żonatymi facetami, z których jeden otwarcie ją informuje, że żony dla niej nie zostawi, a drugi jest w trakcie rozwodu, ale tylko on o tym wie, bo w zasadzie, jak sam przyznaje, jest tchórzem i pozwala (cóż za wspaniałomyślność!), aby jego związek po prostu zgnił. Dosłownie. Jest jeszcze ojciec dziecka głównej bohaterki, z którym ta również się spotyka oraz gość, który absolutnie ją oczarował porywając do tańca do pościelówy w wykonaniu Etty James. A na horyzoncie pojawia się kolejny. Mimo to, kobieta cierpi z braku prawdziwej emocjonalnej bliskości, a jako przedstawicielka paryskiej bohemy, artystyczna, wrażliwa dusza doświadcza swych katuszy w dwójnasób.

Agnieszka Odżywołek

Na zdjęciu: Juliette Binoche w filmie „Isabelle i mężczyźni”. Żródło: materiały prasowe


Wszystkie jej relacje są chwilowe, dają złudne poczucie bezpieczeństwa, nie wypełnią pustki, nie sprawią, że samotność zniknie. Film depresyjny, bo opowiada o porażkach w związkach, choć nie ma tu mowy o spójnej opowieści — jest to raczej zlepek scen z trywialnymi, urywanymi, codziennymi dialogami (w sypialni, restauracji, samochodzie…), które są jedną z najmocniejszych stron tego filmu. Jest jeszcze jazz, Paryż i największy atut, czyli Juliette Binoche w roli tytułowej. Gra tak sugestywnie, że przez cały seans miałam ochotę wejść w ekran, chwycić jej bohaterkę za ramiona, mocno nią potrząsnąć i rzec: „Kobieto! Ogarnij się! Znalezienie faceta nie jest sensem Twojego życia! Nie uzależniaj od tego swojego osobistego szczęścia!” Reżyserka chyba przewidziała ewentualne reakcje publiczności i wyręcza widzów, bo Isabelle decyduje się w końcu pójść do wróża (najzabawniejsza scena w filmie), czyli Gérarda Depardieu, który jej to, choć w bardziej subtelny sposób, tłumaczy. Zresztą oryginalny tytuł „Un beau soleil intérieur” czyli „Piękne słońce we wnętrzu/wewnątrz/w sobie” doskonale rozterki Isabelle puentuje. Ale do tej mądrości życiowej, by przede wszystkim siebie kochać, doceniać, szanować, trzeba dojrzeć, zbierając różne doświadczenia, zwykle bolesne. C’est la vie!

Jako przeciwwagę dla sercowych rozterek bez happy endu, przypomnę również piękny węgierski film „Dusza i ciało” w reżyserii Ildikó Enyedi. Niby prosta historia. Ona i on. Dwoje samotników spragnionych dotyku, miłości, ale jednocześnie spętanych swoimi ograniczeniami, ułomnościami, konwenansami. Znajdują nić porozumienia przypadkowo odkrywając, że śnią ten sam sen — jako łania i jeleń. Wreszcie wolni. Film dla miłośników koncepcji Junga, w której sen jest kompensacją rzeczywistych pragnień. Ale i dla wrażliwców, którzy wierzą w miłość, choć główne miejsce akcji (rzeźnia, w której pracuje oboje bohaterów) reżyserka stawia w wyraźnej opozycji do nieśmiało kiełkującego uczucia, pełnego niepewności, wątpliwości, wahania. To miało być szokujące zestawienie i takim jest, a film dzięki temu zabiegowi nie jest kolejną cukierkową romantyczną opowieścią.

O uczuciach, choć nie tylko, opowiada w oryginalny sposób również „Nić widmo”. To nie filmowe prêt à porter. To wysublimowany, wyrafinowany dramat z kolekcji haute couture. Zresztą akcja dzieje się w świecie mody, w otoczeniu żurnalowych kreacji, które właśnie wyszły spod igły głównego bohatera. Jednak Paul Thomas Anderson, reżyser, nie byłby sobą, gdyby nie potraktował tego eleganckiego anturażu jako pretekstu do opowiedzenia bardziej złożonej historii. Ja skoncentruję się na wątku perfekcyjnie odzwierciedlonych relacji między kobietą i mężczyzną, które nic nie straciły na aktualności, mimo że w filmie są ubrane w kostiumy z epoki (lata 50-te ubiegłego wieku). Zatem Reynolds (jak zwykle świetny Daniel Day-Lewis), krawiec i projektant, poszukując inspiracji ulega urokowi Almy (Vicky Krieps — warto zapamiętać to nazwisko!) i zaprasza ją do swojego życia mówiąc niemalże „Wejdź, proszę! Rozgość się, ale niczego nie dotykaj i nie zmieniaj!”.

„Bądź moją muzą, natchnieniem!” — po prostu tekst z piosenki Andrzeja Zauchy przeniesiony w czasie!

„Ale nie waż się ingerować w rutynę mojej egzystencji!”. A kobieta, jeśli kocha, chce być częścią życia swojego mężczyzny, a nie tylko dodatkiem i nie rozumie dystansu, który próżny, egocentryczny perfekcjonista zaczyna tworzyć. O nie! Nie jestem stronnicza! Ja jedynie przytaczam wizję reżysera. Czy się z nią zgadzam? Poproszę inne pytanie. Pięknie i prawdziwie jest w tym filmie sparafrazowany mit Pigmaliona! Ale nie tylko! Dla melomanów na pewno atutem będzie fakt, że muzykę do filmu napisał Jonny Greenwood, zresztą tak jak do innych obrazów tego reżysera.

Tak jak Day-Lewis w roli Reynoldsa, równie zapadającą w pamięć kreację aktorską, przypieczętowaną zresztą Oscarem, stworzyła Frances McDormand w filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” Martina McDonagh. Aktorka wcieliła się w postać kobiety (niepogodzonej z brutalnie zadaną, niewyjaśnioną śmiercią córki), która zaczyna bezkompromisowo walczyć z bezradnością policji za pomocą… reklamy. A tytułowe billboardy uruchamiają lawinę zdarzeń, które prowadzą do… planszy z napisem THE END. Jest to kino spod znaku czarnego humoru, dla widzów ceniących aktorki, które starzeją się z godnością, jak Frances McDormand właśnie i nie są przerażeni, gdy reżyser łączy trudne tematy (rasizm, śmiertelna choroba, rozmontowane relacje rodzinne).

Spośród innych filmów amerykańskich goszczących na naszych ekranach wspomnę jeszcze dwa tytuły. Pierwszy z nich to dowód, że amerykańskie kino obyczajowe ma się świetnie! A jest nim debiut reżyserski Grety Gerwig, specjalistki od ról zwichrowanych, emocjonalnie rozchwianych bohaterek. Teraz sama stanęła za kamerą, napisała scenariusz do „Ladybird” i obsadziła w głównej roli Saoirse Ronan. Zatem mamy tutaj burzliwe dojrzewanie nastolatki, która właśnie kończy liceum i wybiera college, a w tzw. międzyczasie przeżywa pierwszą miłość, swój „pierwszy raz”, który oczywiście daleki jest od ideału, kłóci się z bratem i matką, realizuje pasje, zawiera przyjaźnie i stara się jakoś siebie ogarnąć i określić u progu dorosłości. No standard! Takich filmów widzieliśmy już mnóstwo! Czy zatem ten można sobie darować? Można, ale stracimy okazję, by poprawić sobie humor i zdystansować się nieco od własnego życia, choć na chwilę. No i fajnie jest usłyszeć jak matka z troską mówi córce: „Chcę, abyś była najlepszą wersją siebie!”

Drugi natomiast to przykład przepisu na filmowy sukces: zastąpić aktora ze znaczącym dorobkiem filmowym, ale zdyskredytowanym udziałem w seks skandalu (patrz: Kevin Spacey), innym nie mniej utytułowanym i utalentowanym aktorem (patrz: Christopher Plummer), zrobić to na 3 tygodnie przed premierą i mieć olbrzymią intuicję, co do powodzenia tego zabiegu. Ridleyowi Scottowi, reżyserowi „Wszystkich pieniędzy świata” tej zalety na pewno nie można odmówić. Z pewnością nie jest to arcydzieło, a starannie skrojony i mistrzowsko zrealizowany thriller o żądzy pieniądza, która przesłania człowiekowi cały świat, sprawiając, że zagrożone życie ludzkie jest traktowane z pogardą.

Agnieszka Odżywołek

Michelle Williams i Mark Wahlberg w filmie „Wszystkie pieniądze świata”. Foto i żródło: Monolith Films


Byłoby niewybaczalne pominąć w niniejszym zestawieniu dwa filmy rosyjskie. W „Niemiłości” Andrieja Zwiagincewa przyglądamy się dwojgu ludziom w trakcie rozwodu, ale już w nowych związkach. Łączy ich jeszcze mieszkanie i syn. Właśnie w tej kolejności. Mieszkanie próbują sprzedać, a dziecko… znika. To punkt wyjścia historii o atrofii uczuć, chwilowości związków, powierzchowności relacji międzyludzkich. To wreszcie film o uprzedmiotowieniu dzieci, które traktuje się jak niepotrzebny mebel, które się ma, bo tak wyszło, albo z egoizmu, a już na pewno nie z miłości, a jeśli już to własnej, a nie wzajemnej. To kawał znakomitego i prawdziwego kina, które dzieje się na osiedlu z wielkiej płyty, w nowoczesnych wnętrzach apartamentowców, w korporacyjnym anturażu, wreszcie w opuszczonych przestrzeniach miejskich spod znaku urbexu. Natomiast „Bliskość” Kantemira Bałagowa przybliża nam realia życia na północnym Kaukazie, wśród Rosjan, Kabardyjczyków i Żydów. Nietrudno się domyślić, że ta wymuszona etniczna bliskość ma wpływ na wzajemne relacje, pełne animozji, nieufności, wreszcie agresji. A wszystko to widzimy oczami młodej niepokornej Żydówki, która chce jeść życie łyżkami, a nie delikatnie je smakować. Daria Żowner debiutuje w tej roli i robi to fantastycznie! To nie jest łatwe w odbiorze kino, ale warto poświęcić swój czas na refleksję o kondycji człowieka.

Do takiej refleksji zachęca również „Nie jestem czarownicą”, film zambijsko-walijskiej reżyserki Rungano Nyoni. Są takie miejsca na świecie, gdzie w wyniku pomówienia o uprawianie czarów można trafić do obozu i z przyczepioną na plecach wstążką (wszak wiedźmy latają przecież!) stanowić atrakcję turystyczną uwiecznianą na fotografiach. Taką czarownicę trzeba „cywilizować”, zatem siedzenie na kartonie za ogrodzeniem z ogromną osobistą szpulą i pozowanie do zdjęć to nie jedyne jej zajęcie. System inaczej zadba jeszcze, by i z zabobonów zrobić użytek. I zarobić. Historia małej Shuli wzrusza, ale i przeraża, bo jest bolesną, choć nie pozbawioną czarnego humoru, metaforą współczesności. Inność nawet pozorną trzeba wykorzeniać siłą albo wykorzystać, a potem wyrzucić jak brudną, podartą, szmacianą lalkę. Shula miała do wyboru — zostać czarownicą lub zamienić się w kozę. Żałuje swojej decyzji, ale nie ma już od niej odwrotu.

Udział w dramacie jest zawsze szansą dla aktora, by w pełni zaprezentować swój warsztat zawodowy i przekazać widzom z ekranu cały wachlarz często skrajnych emocji. Tak jak Frances McDormand znakomicie zagrała rolę, do której początkowo nie była przekonana, tak Diane Kruger wykorzystała swoją szansę i zasłużenie zbiera laury za swoją kreację w filmie „W ułamku sekundy” Fatiha Akina. Wiarygodnie wcieliła się bowiem w postać kobiety, która traci najbliższych (syna i męża) w zamachu bombowym o podłożu rasistowskim i, nie znajdując zadośćuczynienia przed sądem, sama wymierza sprawiedliwość. To film o zwykłych ludziach, którzy padają ofiarą nienawiści, których się opluwa, ocenia i niszczy pamięć o nich, bo w przeszłości popełnili błędy, za które zresztą odbyli pokutę. Ten film jest bardzo aktualny, zważywszy na rosnące w siłę, nie tylko w Polsce, ksenofobię oraz ekstremizm światopoglądowy. Od poglądów do czynów droga jest bardzo krótka. A ten film jest przestrogą, ostrzeżeniem.

Na zakończenie napiszę o jeszcze jednym kanadyjskim filmie, który śmiało może uchodzić za znak naszych czasów. Uwielbiamy podglądać, obserwować, choć przez chwilę żyć życiem innych. Motyw podglądacza jest bardzo nośny w sztuce, że wspomnę tylko:
— powieść „La jalousie” Alaina Robbe-Grilleta, o dwuznacznym tytule, odnoszącym się oczywiście do żaluzji, ale i zazdrości, z jaką jeden z bohaterów przygląda się z ukrycia parze kochanków;
— „Krótki film o miłości” Krzysztofa Kieślowskiego, w którym nieśmiały, zakompleksiony pracownik poczty śledzi przez lunetę erotyczne poczynania swojej sąsiadki;
— piosenkę zespołu Placibo „Peeping Tom”, w której podmiot liryczny otwarcie przyznaje się do voyeuryzmu.

Tak. Skłonność do obserwowania czyjejś intymności jest bardzo silna, a dzięki nowoczesnym technologiom to zamiłowanie i potrzeba stały się tak intensywne i proste do zaspokojenia jak nigdy wcześniej. W zasadzie cały czas pozostajemy w oku jakiejś kamery albo samemu udostępniając chwile z naszego życia, albo godząc się, by nas obserwowano. Dla naszego bezpieczeństwa. Ponoć. A czy jest tutaj miejsce na idealizm? Na uczucie szumnie nazywane miłością, tak hołubione i poszukiwane? Skoro internet, portale społecznościowe stały się miejscem do znalezienia i spełnienia pragnień w tym względzie i nawet niektórym się szczęści, to chyba ów idealizm ma tutaj rację bytu. Co i na sztukę oczywiście ma przełożenie, czego dowodem jest ostatni film Kima Nguyena „Oko na Julię” — skromna, nastrojowa produkcja, trochę krzywdząco, moim zdaniem, reklamowana jako love story z udziałem drona. Bo przecież tym narzędziem operuje człowiek — Gordon, pracownik firmy ochraniającej rurociągi gdzieś w północnej Afryce. Młody chłopak mieszka i pracuje w Detroit i właśnie rozstał się z dziewczyną. To bolesne doświadczenie wkrótce pozostanie bez znaczenia, bo oto bohater na swojej zmianie „poznaje” Julię, a w zasadzie Ayushę, która wraz z ukochanym planuje ucieczkę, zapewne do Europy. Gordon postanawia obserwowanej parze pomóc wchodząc przy okazji w konflikt z przełożonym. Nawet cena utraty pracy nie będzie w stanie odwieść mężczyzny od raz powziętego postanowienia – znalazł w życiu cel, ma misję. No naiwny idealista jak nic! Ja jako widz, sama będąc jak „peeping Tom” z perspektywy sali kinowej, oglądałam rozwój wydarzeń na ekranie w napięciu, z niekłamanym zainteresowaniem i autentycznie kibicując postaciom dramatu. Ależ pojemny interpretacyjnie jest ten film! Mamy tu i spojrzenie na samotność, miłość zestawioną z tradycją aranżowanych małżeństw, echo trwającego właśnie kryzysu imigracyjnego, pragmatyzm w sporze z idealizmem, problem technicyzacji życia.

Powyższe zestawienie zostało podyktowane osobistym wyborem i w konsekwencji jest bardzo wybiórcze, czego oczywiście mam świadomość. Myślę jednak, że daje obraz bogactwa tematów i treści, które X Muza wzięła na swój warsztat w minionych miesiącach. Bez wątpienia większość z tych filmów powróci na przeglądach, festiwalach, retrospektywach i innych okolicznościowych pokazach. Zachęcam zatem czytelników — kinomanów, by poświęcili im swój cenny czas i uwagę. Warto!

………………………………..
Agnieszka Odrzywołek — filolożka, miłośniczka kina, instruktorka tańca, zajmuje się edukacją filmową dzieci i młodzieży, realizuje międzynarodowe projekty w programie eTwinning, nauczycielka jęz. francuskiego i angielskiego, mieszka i pracuje w Jaworznie (woj. Śląskie).
Foto na stronie głównej: kino Goplana w Połczynie-Zdroju.
19.08.2018

AGNIESZKA ODRZYWOŁEK „Oko na kino”
5 votes, 3.80 avg. rating (78% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.

Co o tym sądzisz?