Zabij mnie dziś sadystycznie, mechanicznie, eterycznie, z palcem w nosie spal na stosie, zedrzyj ze mnie skóry płaty, posól, zmiętoś, odgryź nos, zdepcz, nie żałuj sobie razów, przeżuj, wypluj, wyrwij oczy, potem stłamś i sprawdź czy żyję. Jeśli żyję czynność powtórz, jeśli nie, to daj mi spokój.
Pytasz po co?
Dla zabawy, bo dziś dzień taki niemrawy.
Odnoszę wrażenie, że odnoszę wrażenie, że wrażenie, które odnoszę muszę gdzieś odnieść, tylko nie wiem gdzie.
 
* * *

Z pracy do domu wracałem jak zwykle ze zwieszoną głową połączoną szyją z resztą mojego organizmu w tajemniczy i zarazem śmieszny dla mnie sposób. Owłosiona pałka z oczami, nosem i uszami, osadzona na paliku, wciśniętym do kawałka mięsa z którego wyrastają ręce i nogi. Piękne kwietniowe słońce zachęcało tego dnia do spaceru. Nudzą mnie spacery, zwłaszcza w piękne kwietniowe dni, które zachęcają do bezsensownego łażenia. Zajrzałem do przewieszonej przez moje ramię skórzanej torby. W zasadzie nie wiem, w jakim celu to zrobiłem, ale wydawało mi się, że czegoś z niej potrzebuję. Po zamknięciu torby i niewyciągnięciu niczego, wzruszyłem ramionami.

W moim mniemaniu spacer, któremu właśnie się oddawałem od kilkunastu minut od chwili wyjścia z pracy, to bezsensowne błąkanie się bez konkretnego celu, od jednego punktu do punktu niewiadomego. Wiadomo skąd wychodzimy, jednak nie wiemy, dokąd zmierzamy — co nas po drodze spotka, a i tak to łażenie kończy się w domu. To niezwykłe.

Właśnie przypomniałem sobie, jak któregoś dnia szedłem spacerowym krokiem parkową aleją i znalazłem niezwykły kamień. Leżał sobie niepozornie na trawniku, tuż przy krawężniku, przykryty na wpół liściem z pobliskiego drzewa. Niezwykłość owego kamienia polega na tym, iż ilekroć rzuciłem go do góry, zawsze spadał na ziemię. Zaskakujące było dla mnie to, że im wyżej go rzuciłem, tym dłużej spadał. Jakiś cud? Jeśli już mówię o cudach, to pamiętam jak miałem dziesięć lat i mama kupiła mi ustną harmonijkę — taki drewniano blaszany instrument do grania. Nie wiem dlaczego, ale był okres w moim życiu, że chciałem grać na harmonijce. Kumple z osiedla słuchali muzyki, a ja chciałem ją grać. Dmuchałem w tę harmonijkę z prawej do lewej, a z jej wnętrza wydobywały się różne pięknie melodie — tak pięknie grałem, a mama z ojcem potwierdzali moje umiejętności klaskaniem w swe rodzicielskie dłonie. Jednak pewnego razu w czasie gry, stwierdziłem, że z harmonijki zginął jeden dźwięk. Gdzieś musiał mi ten dźwięk wypaść, ale gdzie? A może ktoś mi go ukradł? — dumałem. Popłakałem się. Długo szukaliśmy z rodzicami tego dźwięku. Ojciec nawet podłogę chciał zrywać, matka przesuwała meble, by tylko mi pomóc i bym przestał płakać, a może też im zależało bym został wielkim i sławnym ustnym harmonistą. Rozwiesiłem na drzewach porastających me osiedle kartkę z informacją o zaginionym dźwięku z harmonijki. Bez rezultatu. W końcu mama postanowiła zgłosić sprawę na policję.

Oczywiście policja sprawę potraktowała poważnie i rozpoczęła poszukiwania na dużą skalę. Nawet wynajęto psy tropiące dźwięki. Wszyscy szukali — ja rozpaczałem,  matka płakała, a ojciec tylko szlochał. Ja łkając, rwałem włosy, biłem pięściami o meble, ogryzłem wszystkie paznokcie u dłoni i stóp. Jak zwykle w podobnych sytuacjach, prosiłem matkę, by użyczyła mi swoich, bo moje ogryzłem do skóry i bolało. Czegóż to matka nie zrobi dla dziecka — użyczyła. Jak tu grać bez jednej nuty?! — krzyczałem. Nie da się. Niby jedna nuta, ale jakże istotną rolę odgrywa — i to dosłownie! Ryczałem, jak przysłowiowy bóbr z przysłowia. W sumie, nie wierzę w przysłowia.

Kiedyś poszedłem oddać buty do szewca, a tam co widzę? — szewca w butach. A jak mówi przysłowie — szewc to bez butów chodzi, a Ziemia jest płaska. Mówię o tym, bo mi się przypomniało, a nie żeby to miało coś wspólnego z moją zagubioną nutką z harmonijki. Mijał dzień za dniem, a policja nie miała dobrych wieści. Matka widząc moje rozgoryczenie, zaprowadziła mnie do psychoterapeuty, a na policję napisała skargę, za ich opieszałość i lekceważenie, jak to ujęła: przez ich zaniedbania, dziecko popadnie w kompleksy, które mogą skutkować traumą na resztę życia. Zadziałało. Zaangażowano  wszystkie psy specjalizujące się w poszukiwaniu nutek. Chodziły, wąchały, szukały i nic i to nie dało rezultatu. Załamane i nieskuteczne w poszukiwaniach psy zdegradowano z rasowych wilczurów do kundli, odebrano im stopnie i ograniczono racje żywnościowe, wszystko to po interwencji wysoko postawionego funkcjonariusza. Ponoć te psy przestały nawet z nerwów jeść te ograniczone racje żywnościowe, popadły w depresję, bo okazało się, że do tej pory sprawdzały się w każdej akcji i zawsze wszystko odnajdywały.
ANDRZEJ SYSKA SZAFRAŃSKI „Harmonijka”
Co do nutki. Ja ciągle rozpaczałem. Pewnego wieczoru, leżąc sobie na łóżku, szlochając, wyjąc, rozpaczając i temu podobne, wziąłem swą harmonijkę w dłoń by ją przytulić. Ale zanim to zrobiłem, spojrzałem na nią. Zajrzałem w każdą jej dziurkę i nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Cud!!! W jednej z dziurek, właśnie tej z której zginęła nutka, tkwiła drzazga, mały fragment zapałki. To gówno zatkało dziurkę, a tym samym uwięziło moją nutkę. Gdy rano opowiedziałem o tym mamie, ta chciała podać do sądu producenta zapałek za to, że je robią cienkie i się łamią, wchodząc w harmonijki, czym narażają uzdolnione muzycznie dzieci na stres i łamią im kariery. Ojciec by załagodzić konflikt między matką, a firmą zapałczaną i by osłodzić mą gorycz, czym prędzej kupił mi pierwszą w życiu grę komputerową. Od tamtej pory zaczęła się moja przygoda z taką formą rozrywki i trwa do dziś. Klasnąłem w dłonie jak uradowane dziecko. Jutro, gdy będę wracał z pracy, przypomnę sobie sytuację z dzieciństwa, jak mama chciała mi kupić beret w kolorze pomieszanych barw Adriatyku i piasków Sahary z nutą wiatru znad zatoki meksykańskiej. W każdym razie mam ten beret do dziś. To też ciekawa historia z mego życia, chociaż, ze względu na niewłaściwy odcień piasku Sahary, nudzi mnie gdy to czasem wspominam, podobnie jak nudzi mnie oglądanie wschodów i zachodów słońca — co dzień to samo. Pokazuje się z lewej, znika z prawej, czy odwrotnie… to zależy jak się do niego stoi, czy gębą, czy dupą. Ja pierdolę, ale przyrodniczo geograficzna monotonia.

Pamiętam, jak dawno temu, próbowano nauczyć nas w szkole o zaletach i wadach Słońca i niewidocznej gołym okiem dziury z ozonem w chmurach, czy też bez ozonu, w każdym razie o czymś, co jak wynika ponoć z relacji mądrych ludzi, zagraża naszej planecie, a dzieje się to tuż nad naszymi głowami. Chuja. Nad moją głową widzę teraz piękne błękitne niebo i słońce. Jeśli chodzi o tę dziurę z ozonem, to ponoć naukowcy z Chin czy Bangladeszu, pracują nad jej zacerowaniem, co jak sądzę, nigdy im się nie uda, bo jak można zakleić coś, czego nie widać? Rozmyślając o nudnym Słońcu, dziurze z ozonem, naukowcach, historii o zgubionej nutce z harmonijki i bezcelowości spacerów, w czasie tej przechadzki, mijałem nikogo. Mijałem też nikogo ciekawego. Nikogo ciekawego, czy też budzącego ciekawość.

Zwróciłem jedynie uwagę na psa srającego pod krzakiem i faceta, z zacięciem jedzącego potężnego kebaba.

Nie wiem, co było ciekawsze, czy srający pies, czy gość opychający się fast foodem. Chyba raczej pies i jego kupa na trawniku, bo mężczyzna był tak pochłonięty jedzeniem, że nie wzbudził mojej ciekawości, tym bardziej, że sam nie zauważył jak obok niego samochód osobowy wjechał w przystanek autobusowy. Czasem, wracając z pracy lub idąc do niej, spotkam kogoś z kim zamienię parę zdań. Jednak ciężko taką wymianę zdań nazwać rozmową. Rozmowa, to zaangażowanie emocjonalne, w którym osoby poruszają mniej lub bardziej interesujące ich tematy. Ja natomiast gdy spotkam znajomego lub znajomą, po prostu staję, podaję rękę, pytam co słychać — nie słuchając odpowiedzi — po czym się żegnam przez ponowne podanie ręki i idę dalej, bo nie obchodzi mnie co u kogo słychać. Z reguły jestem małomówny, chociaż są sytuacje kiedy uwielbiam gadać.

Razu pewnego, przy podobnej pogodzie jak teraz, spotkałem Piotrka, kumpla z dawnych, szklonych lat. Nazywaliśmy go Skłodowska — co zaraz wyjaśnię. Gdy się na niego napatoczyłem owego dnia, nawet pogadaliśmy kilka minut. I pamiętam, że poruszyliśmy sprawę przepustowości rynien w starych blokach mieszkalnych, bo akurat poprzedniego dnia obficie padał deszcz. Zawsze twierdziliśmy, że Piotrek, to klasowy głupek i śmialiśmy się z niego, że głowę ma tylko po to, żeby uszy miały się na czym trzymać. Chociaż okazało się, że ostatecznie został architektem, projektuje domy mieszkalne, biurowce, hale dworcowe i ma wzięcie w tej branży. Zawsze był kujonem i wyróżniał się nie tylko na tle klasy, ale i szkoły. Kiedyś podszedłem do niego na przerwie i mówię: — Wiesz, że wszyscy w klasie twierdzimy, że jesteś mocno stuknięty? Na co on mi odparł: — A wiesz ile lat miała Skłodowska, kiedy umarła? Po tym pytaniu przylepiła się do niego ksywa Skłodowska.  

Mówiłem, że to głupek. Klasowy głupek. Architektoniczny głupek. Krocząc bezmyślnie przed siebie, wspominając dawne, szkolne  czasy w ten piękny kwietniowy dzień zachęcający innych ludzi niż ja, do bezmyślnych spacerów, dostrzegłem dwa wyremontowane przystanki, które niedawno zdewastowała grupka pijanych nastolatków i pomyślałem o tym, w który przed chwilą wjechał jakiś facet samochodem. Zaczesałem włosy za ucho. Przyspieszyłem kroku, gdyż uświadomiłem sobie, że czeka na mnie w domu gra komputerowa, którą muszę czym prędzej zakończyć z sukcesem. Jednym słowem, muszę pokonać dziesięć trudnych poziomów i ostatecznie wygrać. Każdego dnia od dwudziestu lat, czyli od chwili kiedy ojciec kupił mi pierwszą grę komputerową rekompensując utratę nutki w harmonijce, gram w gry komputerowe. Nagle zerknąłem pod stopy, pod którymi natrafiłem na fragment roztrzaskanej po piwnej  butelki w zielonym kolorze. Nie wiedzieć czemu, podniosłem jeden większy fragment  stłuczka i przystawiłem do oka, jednocześnie kierując wzrok prosto w słońce, a następnie na wszystko, co było w zasięgu mego wzroku. Ależ tu zielono! — pomyślałem obracając się wokół własnej osi na pięcie, po czym ponownie znalazłem w zielonym szkiełku słońce. Potężny blask jego promieni przenikał przez odprysk po butelce, lazurowym światłem, pieszcząc moją źrenicę. — W końcu jakiś pożytek z tego słońca. Daje zielone światło — powiedziałem do siebie. Wtem uświadomiłem sobie, że właśnie wracam do domu, czyli matki i ojca, z którymi mieszkam od urodzenia. Chętnie, bym im dziś opowiedział o tym pięknym zjawisku z zielonym szkiełkiem, przez które przebija się swym blaskiem słońce.

— Ale ni chuja, nie opowiem im. Mam do nich żal z przeszłości i gdy spotyka mnie coś miłego, nigdy im o tym nie mówię, chyba, że zasłużą. Mają taką karę, a to przez to, że gdy chodziłem do szkoły podstawowej, pewnego dnia  matka nie przygotowała mi kanapek do szkoły, dała tylko jogurt i maślaną bułeczkę, bo stwierdziła, że się spieszy do pracy, a ojciec natomiast, gdy byłem w piątej klasie gimnazjum, nie spakował mi do worka butów na zmianę i chodziłem cały dzień w sandałach po szkolne. Oczywiście wszyscy się ze mnie śmiali, przezywając sandalarz. Długo po tym odkręcałem tę sprawę, żeby nie dostać na zawsze ksywy sandalarz. Musiałem w ramach „wykupnego”, z bólem serca, kopnąć w dupę dziewczynę, która bardzo mi się wtedy podobała. Ale dzięki temu mnie odsandalili. Teraz, za karę, ja moim starym nie powiem jak pięknie wygląda świat przez zielone szkiełko od butelki po piwie — pomyślałem, przechodząc obok patrzącej na mnie i śmiejącej się… nawet nie wiem kto na mnie patrzył i kto się śmiał.

Często wkurwiają mnie rodzice, ale z nimi mieszkam i muszę z nimi mieszkać, gdyż nie stać mnie na własne lokum. Gdy mnie naprawdę mocno wkurwią, co zdarza się nagminnie, to wtedy stosuję szantaż, mówiąc, że się od nich wyprowadzę. Na moją deklarację połączoną z wypracowanym przez lata ćwiczeń groźnym wyrazem twarzy, matka zalewa się łzami  i rwie włosy z głowy, a ojciec nie (bo jest łysy), lecz tylko uśmiecha się pod swoim staromodnym wąsem zachowanym z lat młodzieńczych. Dlaczego łysi nie tracą wąsów, podobnie jak niektóre drzewa iglaste nie tracą igieł na zimę? — zawsze mnie to zastanawiało. W sumie ciekawe zjawiska. Ale… Jednak zawsze gdy tak straszę tych moich starych tą wyprowadzką po kolejnej kłótni, to topnieją im kolana jak masło wystawione do słońca i matka prosi, bym się nie wyprowadzał. Więc się nie wyprowadzam. Kłócimy się o wszystko, o co jest okazja się pokłócić. Najczęściej to ja jestem prowodyrem. Nie ukrywam, że wywoływanie awantur ze starymi bardzo mnie bawi i daje ukojenie dal skołatanych nerwów po męczącym dniu pracy. To taka psychoterapia, po której czuję ulgę. Staram się wywoływać awantury co drugi lub trzeci dzień, by wiedzieli, że mają dziecko. Czepiam się w zasadzie wszystkiego. A to, że śmietanki do kawy matka nie kupiła na czas, a to, że ojciec źle położył gazetę w gazetniku, że telewizor mają za głośno włączony itp. Dobrze, że matka dziś do pracy zrobiła mi kanapki!  Bo też by była awantura. Zrobiła takie jak lubię, z szynką i serem. Pycha. O spakowanie butów już nie muszę się prosić ojca, bo butów w pracy nie zmieniam — uśmiechnąłem się do siebie, w międzyczasie wyrzucając zielone szkiełko w pobliskie krzaki.

Przemierzając dalszą drogę do domu, szurałem czubkami butów o asfalt jak za młodzieńczych lat. Poczułem, jakby mi znowu wyrastały pierwsze mleczne wąsy pod nosem, a smród spod niemytych młodzieńczych pach, pieścił moje nozdrza. Fajne uczucie. Po chwili pogrążenia się we wspomnieniach z dziecięcych lat naiwności, znowu przyśpieszyłem kroku, gdyż przypomniałem sobie o grze, która czeka na mnie w komputerze. Choćbym nie wiem jak był zmęczony i znudzony pracą, gdy gram, wraca mi życie. Mimo, że teraz, brnąc przed siebie, zewnętrznie wyglądałem marnie i czuję  jak ręce dotykają mych skarpet wystających z niechlujnie zwisających mi spodni, zawieszonych na kolorowych szelkach, poczułem wewnętrzny przypływ energii. Poczułem się jak uczeń, wracający ze szkoły po męczącym, zgniłym dniu, na którego czeka w domu mamina szarlotka. Byle do gry! — Tralla lalla la — podskoczyłem nagle tralalaląc radośnie, przeskakując przez podeszczową kałużę, myśląc ponownie o zmaganiach z bohaterami wirtualnego świata.

Jestem niewyspany i zmęczony gdy gram do późna, ale czy to ważne? Ważne, że przechodzę kolejne trudne poziomy gry i ważne, kto mi poprawi portki na dupie jak wrócę do domu, kto podstawi jedzenie pod gębę, upierze, uprasuje. Matka! I choćbym nie wiem jak cudowną żonę bym znalazł, żadna matce nie dorówna. Matka i gry, to moje dwie miłości. Choć matce nie mówię że ją kocham, bo to byłby wstyd, gdyby dorosły facet wyznawał matce miłość. Ojca traktuję jak przemieszczające się z kąta w kąt, wyposażenie mieszkania. Choć to fascynujące, że wyposażenie mieszkania myje się, je posiłki, ogląda telewizję i kłóci się ze mną. Jak wyposażenie mieszkania może się kłócić? — też kolejna zagadka lecz z pewnością nie z natury przyrodniczo geograficznej, tylko science fiction.

Z pracy do domu wracam dla gier i matki. Chociaż jutro znowu muszę wrócić do tej zasranej pracy, którą wykonuję od poniedziałku do piątku, od ósmej do szesnastej, od biurka do półki, od porannej kawy z mlekiem, do herbaty z torebeczki, parzonej pół godziny przed wyjściem. Moim odwiecznym marzeniem, było zostać kierowcą ciężarówki albo lekarzem, a zostałem — tak jak matka i za jej radą — księgowym, tyle, że ja pracuję w firmie sprzedającej jakieś tam śrubki do chuj wie czego, a matka w firmie Społem. Często zastanawiam się po co komu śrubki, jak i tak wszystko już dawno zostało poprzykręcane. Ale księgowy nie musi wiedzieć, po co komu śrubki. Księgowy musi wiedzieć jaką ilość i za jaką kwotę sprzedano śrubki i to rozliczyć. Pracę, którą podjąłem po szkole jako księgowy w firmie ze śrubkami,  wybrałem jak mówiłem za namową matki, ale głównie z lenistwa i złości, że nie wymyślono jeszcze innych zawodów, które przypominają zawód  kierowcy czy lekarza, a zawód księgowego, w dużym stopniu jest podobny do zawodu kierowcy i lekarza — w każdym razie ja tak sądzę. W dniu, kiedy otrzymałem świadectwo maturalne, to pierwsze świadectwo dojrzałości człowieka na piśmie, w tym właśnie dniu coś zaczęło we mnie pękać, powoli umierało, aż w końcu zdechło. Czułem, że to nie było to świadectwo którego chciałem doświadczyć. Zwykły świstek z kilkoma pieczątkami i marnym podpisem dyrektora szkoły. Czasem słyszałem od rodziców, jak podniosłym i ważnym wydarzeniem w życiu młodego człowieka jest to świadectwo maturalne. Przepustka do świetlanej przyszłości, która pomaga otworzyć dowolnie wybrane przeze mnie drzwi kariery. Chuja! Okłamali mnie. Nie zostałem kierowcą ani lekarzem, tylko odliczam każdego dnia pierdolone śrubki.

Jednak z każdego naczynia zamkniętego znajdzie się ujście, a jak nie, trzeba zrobić dziurkę — ja je znalazłem. Odkąd skończyłem to zakichane liceum, to lenistwo stało się moją mocną stroną i pasją, oraz jeszcze bardziej pokochałem komputerowe gry. Żeby nie ta zaginiona nutka z ustnej harmonijki, za rekompensatę której matka kupiła mi pierwszą grę, byłbym ludzkim wrakiem. Chociaż marzenia bycia kierowcą ciężarówki i lekarzem, zakwitłe w mojej głowie w okolicach siódmego roku życia, pielęgnuję do dziś. Praca w firmie ze śrubkami nie jest ani dobra, ani zła. Jest nijaka, ale jakaś jest. A może nie jest? Ale jedno co mogę o niej powiedzieć, to to, że nienawidzę jej, jak nienawidzę kaszanki, której naprawdę nie cierpię, bo zawiera kaszę i krew. Chociaż też nie do końca jej tak nie cierpię. Czasem, jak ktoś dobrze przyrządzi kaszankę z cebulką, to z chęcią zjem, wyobrażając sobie, że wcinam krewetki w śmietanie, których smak przypomina mi kaszankę z cebulą. Ktoś zapyta gdzie Rzym, gdzie Krym? — jak mówi przysłowie — moja odpowiedź brzmi: właśnie w kaszance i krewetkach.

Od dziecka nienawidziłem kaszy i krwi razem zmieszanych, na siłę wciśniętych w wieprzową kiszkę, zakończoną małą pętelką, tylko po to, by zawartość sama nie wyszła na zewnątrz, jak moje myśli, które właśnie wciskam wmielone w swe dotychczasowe życie, które to jednoznacznie, jednogłośnie, jedno wszystko… zmarnowałem, czy może zostało mi zmarnowane na szukaniu. Czego? Pewnie czegoś, co utraciłem. Ale co to jest?  Nie wiem. Ale wiem, a może bardziej to czuję, że jeszcze tego „czegoś” nie znalazłem, jak całe moje zmarnowane pokolenie otulane wyliniałymi skrzydłami przez rodziców. 
 
………………………………………………….
Andrzej Syska Szafrański — absolwent Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach. Dyplom z malarstwa u prof. Ewy Pełki. Od osiemnastu lat zajmuję się malarstwem artystycznym. Należę do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jestem jedynym w powojennej Polsce twórcą panoram. Autorem dwunastometrowego obrazu „Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, oraz w Muzeum Historii Kielc. Moją pasją jest pisarstwo. Doświadczenia nabyte przez ostatnich kilka lat przy tworzeniu krótkich opowiadań, skłoniły mnie do napisania książki pt. „Żółta czapka”, wydanej przez Novae Res z Gdyni. Współpracowałem między innymi z wydawnictwem „Dedal”, w którym były publikowane moje felietony oraz recenzje z wydarzeń artystyczno kulturalnych.
16.04.2018. Warszawa

ANDRZEJ SYSKA SZAFRAŃSKI „Harmonijka”
3 votes, 4.67 avg. rating (92% score)

..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.

Co o tym sądzisz?