— Ty pierdolony szczurożerco! — potężna postać odrywa się od konturu wypalonej ściany i rusza w kierunku kłębka łachmanów konwulsyjnie kopiącego brudny śnieg. Gdyby nie szkło maski przeciwgazowej, odbijające blade, zimne światło szarego nieba, można by pomyśleć, że to jakieś oszalałe zwierzę wije się pod stertą starych szmat. Pod grubą warstwą czerwonej mgły błyskają białka oszalałych z bólu oczu. Krew tryskająca z oderwanej w łokciu ręki pozostawia w monotonnie szarym krajobrazie nieoczekiwany, barwny akcent.
— Seba, zostaw go! — stłumiony wciąż przerażeniem, kobiecy głos brzmi raczej jak nieśmiała prośba, niż rozkaz. Na rozjuszonym osiłku nie robi żadnego wrażenia. Doskakuje do rannego, siada na nim okrakiem i szamocząc się w niekształtnym, skórzanym worze powiązanego parcianymi pasami kombinezonu, zaczyna bezładnie okładać go pięściami. Tamten odruchowo osłania kikutem głowę i strumień ciemnoczerwonej krwi bryzga wprost na plastik maski napastnika. To na chwilę powstrzymuje jego furię – nie przestając wywarkiwać najgorszych przekleństw, usiłuje zetrzeć krew grzbietem rękawicy. W tym momencie potężny kopniak w głowę powala go na ziemię. Mężczyzna w wojskowym kombinezonie przeciwchemicznym nie zwraca na walące się ciało najmniejszej uwagi, spokojny o celność swego ciosu. Mimo niemłodego już wieku porusza się pewnie i sprężyście. Jakby to, co przed chwilą zaszło, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, poprawia pasek przewieszonego przez plecy kałasznikowa ze skróconą lufą — charakterystyczny element ekwipunku stalkerów, i staje nad wijącym się na ziemi rannym. Opiera dłoń na wiszącej u pasa kaburze i jednym palcem odpina skórzaną klapkę. Chwyta kolbę pistoletu, lecz jego ręka zastyga w połowie drogi. Ukradkiem zerka w naszą stronę i po chwili namysłu dyskretnie wsuwa Glocka z powrotem do kabury. Kuca przy leżącym.
— Julia chodź szybko, zanim się nam do końca wykrwawi! — woła.
Obserwuję tę scenę, nie mogąc wciąż jeszcze złapać oddechu. Serce łomocze mi w piersi, jakby chciało zmienić lokum na jakieś bezpieczniejsze, a kiszki skręcają się jak tasiemiec u chorego na nadkwasotę.
— Obesrałbym się, gdybym miał czym! — Wciśnięty w załom muru Alex głośno wypowiada to, co od dłuższej chwili tłucze mi się po głowie. Niewiele widzę, plastik maski kompletnie zaparował. Robię głęboki wdech i ściągam z twarzy śmierdzącą, wytartą gumę. Bezmyślnie przecieram szybkę skrajem postrzępionego swetra.
W tym czasie Julia sprawnie rozcina rękaw rannego, obwiązuje kikut kawałkiem nylonowej linki, na jakiej kiedyś wieszano pranie. By schło na wietrze. W promieniach ciepłego, przyjaznego Słońca. Od dwudziestu lat nikt nie widział takiego prania…
— Franz, przynieś mi apteczkę! — Głos dziewczyny wyrywa mnie z ciepłego bagna bezsensownych wspomnień. Stalker wstaje, przechodzi kilka kroków i podnosi z ziemi uwalaną szarym popiołem torbę ze starannie namalowanym przy pomocy czerwonego markera krzyżem.
— Przeżyje? — pyta podając torbę dziewczynie. Ta nie odpowiada. Ruchami delikatnymi na tyle, na ile pozwala jej gruby, brezentowy kombinezon, połatany w tysiącu miejsc (każda łata jest inna – przychodzi mi zawsze do głowy, kiedy na nią patrzę), wygrzebuje z chaosu zużytych sprzętów jednorazową strzykawkę z krótką, cienką igłą.
— Nguyen, popatrz na mnie! Uspokój się! — mówi wolno i wyraźnie, jak do dziecka. Ściąga mu maskę i stara się przytrzymać głowę szamoczącego się jak ryba wyrzucona na brzeg mężczyzny. Wreszcie jego oszalałe, niewidzące oczy skupiają się na twarzy dziewczyny. — Nguyen, dam ci morfinę, widzisz? Ostatnią. Nic nie będzie cię boleć, będziesz mógł dalej iść, dobrze?
Gramolący się ze swego schronienia w kącie na wpół zawalonej ściany Alex kręci z dezaprobatą głową.
— Nie szkoda tego na to żółte ścierwo?! — rzuca w kierunku sanitariuszki. Franz mierzy go zimnym wzrokiem. Alex odwraca się, udaje że cała historia w ogóle go nie obchodzi.
— Zobaczymy co powiesz, jak sam będziesz ranny i będzie cię nakurwiać… — mamrocze, otrzepując się z popiołu i resztek spalonego tynku. Ignorując Julię i Franza, zajętych Wietnamczykiem, podchodzi do olbrzyma leżącego wciąż na ziemi. Trąca go butem.
— Seba! Pobudka jełopie!
Mężczyzna wielką dłonią rozciera schowane pod gumą maski ucho, rzężąc jak pijany. Z trudem dźwiga się z ziemi.
— Jak mi kiedyś uszkodzisz maskę, to cię zajebię! — rzuca ponuro w kierunku Franza.
— Śmiało! – Tamten nie odwraca się nawet w stronę groźby.
— Dbaj chociaż o maskę, to coś po tobie zostanie.
Alex spogląda na Sebę, ruchem głowy wskazuje kucającego kilka metrów dalej stalkera.
— Czego? — denerwuje się osiłek.
— Zabierz mu giwerę, to go zaraz zajebię. A ten żółty gnój i tak sam niedługo zdechnie… — cedzi przez zęby, trąc obolałą czaszkę.
Julia oczyszcza nożem zakrwawiony kikut. Obcina wiszące bezwładnie mięśnie i ścięgna, naciąga na odsłonięte kości stawu łokciowego skórę i — zasypując czerwone, pulsujące mięso resztką szarego proszku ze zużytej papierowej torebki — zawiązuje kolejnym ścinkiem nylonowej linki. Morfina działa błyskawicznie: leżący gapi się teraz na wiszące nad nimi niskie chmury niewidzącym, oszołomionym wzrokiem. Po twarzy błądzi mu dziwny, przypominający trochę uśmiech grymas.
— Kiedy do siebie dojdzie? — Franz przygląda się spokojnym ruchom dziewczyny.
— Dwie, trzy godziny. Dawka nie była duża, on jest bardzo lekki i dlatego tak go wzięło — odpowiada, delikatnie naciągając na twarz mężczyzny maskę.
— Starczy inhalacji — dodaje cicho.
— No to za dziesięć minut ruszamy — oznajmia Franz.
— Ruszamy?! A jak sobie, kurwa wyobrażasz ten pierdolony spacerek bez skanera?! — Seba nie próbuje nawet ukrywać nienawiści, trzymając się jednak w bezpiecznej odległości od Franza.
— Chcesz, żeby nas napromieniowało? — W jego głosie słychać z trudem powstrzymywaną histerię.
— Nie mam zamiaru zamienić się w jakiegoś pierdolonego mutanta!
— I tak ci skrzydła wyrosną, a im szybciej, tym szybciej będziesz na miejscu — rzuca pogardliwie Franz.
— Na miejscu? Na jakim miejscu?! Może nam wreszcie raczysz kurwa powiedzieć, dokąd tak naprawdę idziemy?
— Do nieba… — Franz uśmiecha się pod nosem, a mi na widok tego uśmiechu robi się zimno. — Tam ze skrzydłami będzie ci do twarzy. I Alex cię wreszcie pokocha, zostaniesz aniołem z jego snów.
— Pierdol się! — warczy Alex. — Lepiej spieprzajmy stąd jak najszybciej, za dziesięć minut ten bydlak wróci tu w liczniejszym towarzystwie dokończyć obiad!
— Wreszcie ktoś mówi do rzeczy — zaczynam pojednawczo. Dopiero teraz, dobre kilka minut po ataku potwora, rytm serca powoli wraca do normy, mogę już mówić bez niekontrolowanego koncertu na wszystkie zęby.
— Fakty są takie, że nie mamy skanera i mamy rannego. — Staram się sprowadzić rozmowę na neutralny teren obiektywnej rzeczywistości.
— Bo się ścierwu zachciało prognozy pogody… — przerywa mi natychmiast Seba.
— I oddał skaner robalowi — syczy Alex.
— Razem z ręką oddał, odczepcie się od niego! — Julia pakuje apteczkę.
— Chcę… do… domu… — Cicha skarga Nguyena, stłumiona gumą maski, brzmi jak szloch dziecka.
Czuję, że zaczyna mnie ogarniać rezygnacja. Mam już dość: od dwudziestu lat życie jest nieustanną licytacją koszmaru, w której los niestrudzenie podbija stawkę. Jednak tam, w ciemnych tunelach warszawskiego metra, udaje nam się chociaż utrzymać pozory normalności. Krucha równowaga sił zapewnia złudzenie spokoju. I choć wiem, że to jest już koniec naszego świata, to rozłożony na raty jest oswojony i znajomy. Do zaakceptowania. Jeżeli tylko przestrzegasz reguł (nieskończonej ilości stale zmieniających się reguł — podpowiada mi moje bardziej cyniczne ja), utoniesz w końcu w monotonii codzienności, stracisz rachubę czasu i może zdążysz zestarzeć się niepostrzeżenie tuż przed czterdziestką. Bo dłużej raczej i tak nie pożyjesz… Ale tutaj, na powierzchni… Na przestrzeni ostatnich dwóch dni to wielkie kłamstwo naszego życia: że da się przetrwać tam, gdzie nie miało już być niczego, objawiło się pełnią brutalnej szczerości. Odkąd opuściliśmy ostatni ludzki posterunek na Pradze i wyszliśmy na powierzchnię, prysło złudzenie bezpieczeństwa i stabilizacji. Prysł mit względnej nieszkodliwości otaczającego nas świata, który pracowicie wmawialiśmy sobie w ciemnym tunelu metra. Od tamtej pory tempo licytacji na aukcji okropieństw sięgnęło nieskończoności, a jakby mało było nam grozy świata zewnętrznego, obudziły się demony drzemiące w każdym z nas. Już ledwo pamiętam, jak się to wszystko zaczęło — jakby to było nie dwa dni, a dwie dekady temu…

Rozdział 2

Jak się to wszystko zaczęło… W dzisiejszych czasach to bardzo niepopularne pytanie. Jeżeli trafisz na nerwowego rozmówcę, możesz nawet za takie wspominki dostać nieźle w kość. W najlepszym przypadku czeka cię towarzyski ostracyzm — historia nie jest dzisiaj w cenie. „A kogo to, kurwa, obchodzi” — to najczęstsza reakcja na dociekania domorosłych historyków. Jakby pamięć tamtego dnia była zbyt trudna do zniesienia. Wciąż, dwadzieścia lat później. To niby jasne — niewyobrażalny ogrom cierpień, coś, czego sens oddają chyba tylko dwa słowa: koniec świata. Tego dobrego, przyjaznego, możliwego do kontrolowania. Ale czy to jedyny powód zbiorowej amnezji? A może za milczeniem kryje się coś jeszcze? Zbiorowe poczucie winy? Bo przecież to nie był żaden wypadek, pomyłka, splot nieszczęśliwych okoliczności. Żaden z dysponentów czarnej walizeczki z atomowymi kodami nie oparł się o ten czerwony przycisk przypadkiem. Wszystko nie zaczęło się i nie skończyło w jeden dzień. Atmosfera wrogości, napięcia i strachu dojrzewała miesiącami. Pracowało nad nią mnóstwo ludzi: polityków, wojskowych, duchownych. Pracowali też zwykli ludzie — polityczne zaplecze skrajnych ruchów, które wstąpiwszy do mainstreamu, nie ucywilizowały się wcale, jak wielu miało nadzieję, ale wręcz zaostrzyły swoją retorykę. Wszyscy nagle zapragnęli wielkich czynów, ostatecznych rozwiązań, wyrównania rachunku krzywd i ustalenia historycznych racji. Najmniejsza, dawno zapomniana uraza urastała nagle do rozmiarów narodowej tragedii. Po każdej ze stron.
Ileż razy ludzkość przerabiała już ten sam schemat… Wtedy jednak — na szczęście dla naszych antenatów — technika nie potrafiła jeszcze tego, do czego dojrzała za naszych czasów.
Ale kogo to, kurwa, obchodzi? I tak nie wiemy, i już nigdy nie będziemy wiedzieć, kto pierwszy nacisnął ten cholerny guzik. Kto rozpoczął czterdzieści pięć minut najbardziej niezwykłego w historii ludzkości spektaklu „światło i dźwięk”. Spektaklu, którego okrutnego piękna widzowie nie zdążyli już nikomu opowiedzieć. Nagle, choć nieuczciwością byłoby mówić, że bez ostrzeżenia, ludzkość została zredukowana do garstki szczęśliwców, którzy w tym feralnym momencie mieli co najmniej kilka metrów betonu nad głową. Polska, której infrastruktura niezmiernie rzadko schodziła pod powierzchnię ziemi, w ciągu tych kilkudziesięciu minut po raz kolejny w swojej historii zniknęła z mapy świata. Jednak tym razem już chyba na dobre. W niecałą godzinę została zredukowana do dwudziestu kilku kilometrów warszawskiego metra. Naszym szczęściem w nieszczęściu był moment zagłady — naznaczony przez los na godzinę popołudniowego szczytu komunikacyjnego. Gdyby bomby spadły kilka godzin wcześniej, albo kilka godzin później, metro byłoby prawie puste.
Z pewnością nie byliśmy jedynymi, którzy przetrwali. Może ocaleli też jacyś górnicy, którzy akurat byli na dole, może ktoś na najniższych kondygnacjach parkingów w biurowcach czy centrach handlowych. Ale z tego, co opowiadali nieliczni śmiałkowie, którzy w kilka tygodni po Armagedonie, bo tak teraz najczęściej nazywamy ten dzień, odważyli się wyjść na powierzchnię, ich szanse przetrwania były praktycznie zerowe. Tymczasowe schronienia szybko zamieniły się w grobowce, których betonowe ściany stały się niemymi — na szczęście — świadkami ich na chwilę odroczonej śmierci.
Najbardziej niesamowita była jednak scenografia tego spektaklu grozy. Ostateczną wojnę wyobrażano sobie zawsze jako pochłaniające wszystko morze ognia, pokrywające świat pofalowaną taflą ruin. Tymczasem miasta zostały prawie nietknięte, pierwsza zima wyrządziła więcej szkód, niż bombardowanie. Bomby wybuchały wysoko nad powierzchnią ziemi — to „ekonomia nowoczesnej wojny”. Karmiły nas tym wtedy oszalałe z nienawiści rządy, naiwnie wierząc, że druga strona nie przygotowała co najmniej równie morderczych niespodzianek. Wybuchy w troposferze, minimalna fala uderzeniowa, maksymalne pole rozpraszania materiału „aktywnego” — eufemizm, nad którego prawdziwym sensem mało kto się wtedy zastanawiał. Aktywnością materiał ten musiał chyba zaskoczyć nawet swoich konstruktorów — jeżeli przeżyli. Nie wiemy nawet, jak nazywać te bomby — wszystko toczyło się tak szybko i ogarnięte było tak paranoicznym systemem kontroli informacji, że nie zdążyliśmy nawet poznać nazwy narzędzia, które nas zabiło. Niezależnie jednak od zabawnych imion czy technicznych oznaczeń starannie wymalowanych białą farbą na stalowych korpusach, bomby okazały się nad podziw skuteczne. Efekty były natychmiastowe: materia organiczna rozkładała się jak żaba polana stężonym kwasem solnym. W ciągu kilku godzin ludzie i zwierzęta ginęli w potwornych męczarniach, zmieniając się w błotnistą, cuchnącą breję. Roślinność czerniała i rozsypywała się w pył, jakby strawiona od środka niewidzialnym płomieniem. Nawet papier, tkaniny i drewno przybrały szybko formę toksycznej, gąbczastej masy. A wszystko to w surrealistycznej scenerii nienaruszonych prawie budynków, z których progów jeszcze przez kilka lat sączyły się strumyki brunatnej mazi. Wprawdzie z czasem proces rozpadu przyhamował, lecz zniszczenia były już nieodwracalne. Do tego dołączyły „klasyczne” następstwa eksplozji jądrowych: promieniowanie przenikliwe i skażenie promieniotwórcze zbierające śmiertelne żniwo wśród tych, którym udało się uchronić przed skutkami bomb organicznych.
Jednak najgorsze miało dopiero nadejść: rozpoczęła się zima nuklearna. Niektórzy straszyli nią już wcześniej, ale patrzono na nich jak na opętanych szaleńców, fałszywych proroków apokalipsy, których hałaśliwa zgraja od zawsze towarzyszyła społeczeństwom w momentach zwrotnych historii. Cóż, na początku każdy wzruszał tylko ramionami. Zima cały rok? Heloł! Przeżyliśmy Armagedon, nic nam już nie zaszkodzi! W ciągu kilku miesięcy niebo zasnuło się grubą warstwą chmur sypiących nieustannie szarym, przypominającym popiół śniegiem. Temperatura spadła do kilkunastu stopni poniżej zera. Od czasu do czasu, w krótkich okresach, których nadejścia nikt nie był w stanie przewidzieć, ocieplało się trochę i padał deszcz. Biada jednak temu, kto zapragnąłby zmyć w jego strugach pokrywającą twarz warstwę lepkiego popiołu! Krople deszczu wypalały skórę do kości, rany powstałe w takiej kąpieli nie chciały się goić i bardzo często kończyły się tajemniczymi, niezmiennie śmiertelnymi infekcjami.
Mróz był zabójczy. Drewno praktycznie zniknęło, a to, co zostało, nie nadawało się do palenia — cuchnący dym nie pozostawiał wątpliwości co do wysokich kwalifikacji projektujących ładunki chemików. Paliliśmy wszystko, co tylko miało w sobie jakiś ślad węgla. Na szczęście najstarsza część metra budowana była jeszcze w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku — czasach dogorywającego socjalizmu. Mnóstwo tam było prowizorki — zapomnianych, kładzionych chaotycznie, bez żadnego planu i kontroli drewnianych szalunków w bocznych tunelach serwisowych i ciągach technicznych. Niestety, zasoby opału nie odnawiały się — bardzo szybko trzeba było wprowadzić jego ścisłą reglamentację. W dwunastym roku, na krótko sytuację podratował odkryty przypadkiem skład koksu niedaleko stacji Młociny — w bezpośredniej bliskości rdzewiejącej od lat huty stali. I kiedy wydawało się już, że na skutek zmniejszającego się promieniowania będziemy mogli rozpocząć eksplorację coraz dalszych rejonów miasta, zaczęły dziać się dziwne rzeczy.
Najpierw ze swoich wypraw przestali wracać samotni eksploratorzy, poszukujący na tym przerażającym cmentarzysku, jakim stała się Warszawa, opału, jedzenia, czy jakichkolwiek wartościowych przedmiotów. Potem zaczęły znikać całe ekspedycje. Albo wracały, napotkawszy obszary silnego skażenia tam, gdzie wcześniej już go prawie nie było. Albo z kilku śmiałków, którzy wyruszali na powierzchnię wracał jeden, który już więcej nie zasługiwał na to dumne określenie. Śliniąc się bełkotał niezrozumiałe słowa, robiąc pod siebie gdy tylko ktoś głośniej chrząknął za jego plecami. Po kilku dniach popadał w katatoniczny stupor i — przechodząc krótką fazę gwałtownych drgawek — umierał. Wypraw tymczasowo zaprzestano, lecz głód szybko wygonił ludzi z powrotem na powierzchnię. Tylko ekspedycje stały się lepiej zorganizowane: wprowadzono ochronę, trasy były krótkie i starannie zaplanowane. Jednak to, że kilku wyprawom udało się wrócić do bezpiecznego tunelu, właściwie tylko pogorszyło sprawę. Obraz wyłaniający się z relacji uczestników okazał się straszliwszy, niż pełna najczarniejszych domysłów niewiedza.
Nie byliśmy już sami.

ARTUR CHMIELEWSKI

[Zamów książkę]


ARTUR CHMIELEWSKI, ACHROMATOPSJA – zamów książkę.
……………………………………………………….
Artur Chmielewski: Kiedyś trochę więcej fotografowałem, teraz trochę więcej piszę. Zawodową przygodę z fotografią zaczynałem kilkanaście lat temu w Życiu Warszawy. Potem był magazyn Stolica, tygodnik Kulisy, Dziennik Polska Europa Świat i Dziennik Gazeta Prawna (przez dobrych kilka lat, od początku istnienia obu tytułów). Wciąż jeszcze publikuję m.in. w: Fakcie, SuperExpressie, Newsweeku, Wprost, Polityce, jako wolny strzelec współpracując z kilkoma agencjami fotograficznymi. Jestem autorem dziesiątków reportaży (dla różnych tytułów wydawnictwa Bauer) oraz dwóch książek wydanych przez wydawnictwo Helion: „Fotografii daleko od domu” oraz „Cyfrowej ciemni. Komputerowego warsztatu fotografa”. „Achromatopsja” — historia nie do końca udanej apokalipsy jest moim debiutem na polu fikcji.
………………
Więcej:
ARTUR CHMIELEWSKI „Fotografia daleko od domu”
ARTUR CHMIELEWSKI „Cyfrowa ciemnia. Komputerowy warsztat fotografa”
23.10.2014

ARTUR CHMIELEWSKI Achromatopsja
4 votes, 4.50 avg. rating (90% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie — subskrybuj nasz newsletter.
[5] Komentarze
  1. Trzeba mieć spora odwagę by zaczynać debiutancką powieść od takiego wulgaryzmu. Pożniej jest sporo przemocy, a to zawsze budzi mój niesmak, gdyż przemoc w literaturze i filmie stała się wabikiem do kupowania biletów. Młodzi pisarze nie potrafią się uwolnić od szybkiego i taniego efektu jaki dają wulgaryzmy i przemoc.

    • Henry Miller na wulgaryzmach w „Zwrotnikach..” zbudował swoją karierę. Kiedyś to działało ale to były lata 30-te przed wojną. Autor preferuje dość zawiły styl, który wymaga sporego skupienia i poświęcenia. Podoba mi się to, że akcja rozgrywa się w Polsce. Ale żadnym recenzentem nie jestem.

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.