Usłyszałem jakiś ruch w pokoju obok. Podświadome dążenie do centrum wydarzeń kazało mi ruszyć się z miejsca. W sali obok dwie pielęgniarki krzątały się przy szpitalnym łóżku. Leżały tam zwłoki. Mężczyzna owinięty niebieskim prześcieradłem zdobionym w czerwone kwiaty. Materiał jeszcze wilgotny przy ustach i nozdrzach. Prosty sznur mocno ściskał ciało. Scena zasłonięta od niechcenia parawanem, chociaż w pokoju nie było nikogo, nie licząc dwóch grabarzy. Ubrani w wytarte spodnie, koszule o kilka rozmiarów za duże i słomkowe kapelusze. Pielęgniarki spostrzegłszy mnie lekko się uśmiechnęły.
[Foto: Bartosz Mateńko źródło: portfolio]

Valence Ngeng’ena zmarł 5, może 10 minut temu. Miał około 54 lat.

Do pokoju weszło jeszcze kilka osób, byli to członkowie rodzin innych pacjentów. Nikt nie był zaskoczony tym co widział. Wszyscy w neutralnych nastrojach, rozmawiali ze sobą, żartowali, nie zwracali na mnie uwagi. Przyszli pomóc przenieść ciało do kostnicy. Na trzy chwycili mocno za prześcieradło i przenieśli na wózek. Pomyślałem wtedy, że pierwszy raz w życiu fotografuje obcą mi osobę, która przed chwilą umarła. Nie jest to ktoś z mojej rodziny, ani ojciec, matka, czy ktokolwiek z moich przyjaciół. Nie widziałem nawet jego twarzy, bo gdy przyszedłem była już zakryta.
Nie czuję nic. Nie zastanawiam się nad niczym, nie mam moralnych wątpliwości, czy robić zdjęcia czy nie. Nie myślę czy jego rodzinie by to przeszkadzało, nie chowam aparatu, nie wstydzę się tego że tu jestem, nie boję się, nie tłumacze się przed nikim, nie stresuje się. Wiem co tutaj robię. To jest moje zadanie, to jest moja praca, to jest miejsce które wybrałem, to są obrazy na które patrzę. To świadome wybory. Zawsze wyobrażałem sobie to inaczej, myślałem o pogrzebie, o płaczących dzieciach i takich tam. A tutaj ni chuja, zwykła rzeczywistość, koleś umiera i już, niesiemy zwłoki. Śmierć to część życia, to naturalny cykl, zatoczenie koła, każdy ma jej świadomość, nie można się przed nią ukryć ani uniknąć. Ja czy Ty, wszyscy będziemy leżeć pod ziemią, nasze ciało będzie gnić i się rozkładać. Tutaj jest jakby to bardziej odczuwalne. Czy Ci ludzie są pogodzeni z takim stanem rzeczy, czy traktują to rzeczywiście jak naturalny cykl. A może świadomość braku technicznego zaplecza usprawiedliwia taką ilość zgonów.
Podróżnicy, włóczędzy, obierzy światy, mistrzowie gatunku, bracia Rimbauda i synowie Bukowskiego, wysłani w świat, by przemierzać poszczególne szerokości geograficzne, poznawać , czuć, doświadczać, zapominać, umierać i rodzić się dnia następnego. Silne charaktery, zaskakujące kolejnymi przygodami, zawsze mające coś do powiedzenia, znające swoją wartość i nie mogące pogodzić się ze straconym czasem. Zawadiacy z pirackich okrętów, trubadurzy z rozstrojonymi lutniami,

pisarze nad kieliszkiem absyntu Fotografowie w zakrwawionych jeansach i białych koszulach.

Każdy z nich niepowtarzalnie taki sam, powtarzający te same schematy, idący tą samą ścieżką. Napierdalający te same kadry, waleczni wojownicy, trwający w przekonaniu o zbawieniu świata i siebie. Ślepi zwiastuni apokalipsy, w której cieniu przyszło im pracować, artyści życia i upadłej nadziei. Szaleńcy podążający ścieżką z góry skazaną na niepowodzenie. A w końcu hieny cmentarne, krwiopijcy i żywiciele spragnionych oczu.
Czy powinienem być dumny że jestem jednym z nich? Nie mam kurwa pojęcia. Czy oglądające zdjęcia Nachtweya, Stanleya Greena czy Rona Haviva byłem wcześniej przygotowany na taką sytuację. Czy widząc kolejne zamordowane dzieci z Syrii, Arabską Wiosnę, czy płaczące rodziny po 11 września wiem jak wygląda śmierć, cierpienie? Tak, w pewnym stopniu wiem. Moje oczy zarejestrowały jej obraz, filmowy, fotograficzny, malarski, sztuczny, grany przez aktorów w kinie, czy teatrze ale również szybki reporterski, widziany w newsach, gazetach, na zdjęciach. Książki utrwalają te same albo i jeszcze gorsze sytuacje, opisujące masakry historyczne i fantastyczne, zbrodnie małe i duże. Pamiętam, za dzieciaka czytając kryminały bałem się tak samo jakbym oglądał film, czy teraz też by tak było, nie sądzę. Ale jednak wyobraźnia nadal działa. Stoję trzydzieści centymetrów od zwłok jakiegoś faceta i jedyne o czym myślę to czy kompozycja na pewno jest dobra, czy mam dobrze ustawioną ekspozycję i czy nie zabraknie mi miejsca na karcie pamięci. I tutaj pojawia się następny aspekt. Dlaczego kurwa myślę o kompozycji skoro przed chwilą niemalże na moich oczach zmarł człowiek. A może postawić pytanie odwrotnie,

dlaczego mam myśleć o zmarłym przed chwilą człowieku, skoro mam aparat w ręku i powinienem myśleć o kompozycji.

A właściwie dlaczego myślę o kompozycji?! Czy przez to że oglądałem te wszystkie piękne kadry Salgado czy Nachtweya, o Koudelce nie wspominając, chce kopiować autorytety? Myślę żeby jego głowa była w mocnym punkcie, czy dzięki temu zdjęcie będzie lepsze, czy przekaz będzie silniejszy lub słabszy, a po co mi silniejszy lub słabszy przekaz, czy odniesienie do kanonów malarskich spowoduje lepsza przyswajalność obrazu, czy lepiej wykorzystać Rembrantowskie oświetlenie. Ja pierdole, nie mam pojęcia. To jest intuicja i aktorstwo jednocześnie, znamy schematy tych sytuacji, wiemy jak zachowują się inni, co powinniśmy teraz zrobić i podświadomie jakoś to odtwarzamy. Więc jednak wybieram tradycyjną kompozycję z mocnym punktem, idę w klasykę i ładnie gram kolorem i takie tam. No i pach, fota poleciała. Nastała krótka chwila konsternacji w pokoju, pielęgniarki patrzą na mnie podejrzliwie w powietrzu coś wisi. Nagle w jednym momencie wszyscy wybuchają gromkim śmiechem, jakby usłyszeli właśnie najlepszy żart tego dnia. Przecież można do tego podejść z takim dystansem. Przyjeżdża biały człowiek, z Europy, z aparatem i wszystko go tak fascynuje że fotografuje nawet śmierć, która dla nich jest codziennością (szczególnie w szpitalu). Coś co oni widzą każdego dnia, dla mnie jest z novum. Nie dość tego, trzeba się nieźle na wyginać żeby ustawić dobrą kompozycję i nie przeszkadzać jednocześnie. Należy wspomnieć że nie było nikogo z rodziny zmarłego więc sytuacja tym bardziej była traktowana z dystansem. Zanieśliśmy nieboszczyka do kostnicy a potem stanęliśmy wszyscy razem w koło aby obejrzeć na wyświetlaczu zdjęcia jakie zrobiłem. Tylko jedna z pielęgniarek nie była zadowolona, poprosiła mnie abym przyszedł też jutro bo dziś się nie umalowała, wtedy mam jej zrobić lepsze portrety.
………………………………….
Bartosz Mateńko (rocznik ’87) — szczecinianin, fotograf. Oscyluje w szeroko pojętym nurcie fotografii reportażowej, dokumentalnej i ulicznej. Studiuje na wydziale operatorskim w Łódzkiej Szkole Filmowej. Jest absolwentem filologii polskiej na US, oraz studium Animatorów Kultury. Prowadzi autorskie warsztaty, zajęcia terapeutyczne z dziećmi z zespołem DOWNa, wykładał na studium fotograficznym. Uczestniczył w warsztatach z fotografami takimi jak: Bruce Gilden, Tomasz Tomaszewski, Enrico Bossan, Joe McNally. Mimo to, stara się równocześnie eksperymentować z kolażem, video, malarstwem i udawanym polaroidem. Swoje prace wystawiał w Polsce, Niemczech, Portugalii, Litwie, Belgii, Bułgarii, Słowacji i Izraelu.
……………….
Więcej: Portfolio
04.10.2013. Szczecin

BARTOSZ MATEŃKO: „Nie czuję nic. Nie mam moralnych wątpliwości, czy robić zdjęcia czy nie”
10 votes, 4.20 avg. rating (84% score)

..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.
[2] Komentarze

Co o tym sądzisz?