Praca, dom, sen.
I znów: praca, dom, sen… O w mordę, do obłędu!
Dlatego postanowiłam kupić czas.
Muszę. Doba jest zdecydowanie za krótka – żeby choć trzydzieści sześć godzin zamiast marnych dwudziestu czterech. Skoro w necie można nabyć i sprzedać wszystko, nawet własne dziewictwo, to pewnie ktoś handluje czasem. Dziś mam wolne, więc do roboty!
Moje ogłoszenie jest krótkie i rzeczowe:
Kupię pełne godziny lub osobno minuty oraz sekundy z dostawą do domu. Płacę gotówką, na miejscu. Możliwa stała współpraca.
Anons wrzucam na darmowy portal ogłoszeniowy i czekam. Długo nie muszę, bo komórka dzwoni już po chwili.
— Tak?
— Dzień dobry. Werki też pani skupuje? A koronki i włosy?
Słowo „koronka” rozumiem. Włosy – łatwizna. Tylko co to, do cholery, są werki?
— Niepotrzebne mi koronki — mówię ostrożnie. – A włosy…
— Spiralne, naprawdę świetne.
— Też mam kręcone — walę bez zastanowienia.
— Słucham? Pani sobie żarty urządza? Ja jestem poważny człowiek! Oferuję najlepsze części zamienne do zegarków i nie mam czasu na pogaduszki o fryzurach. Po co pani dawała ogłoszenie, żeby innym głowę zawracać? — burczy rozmówca. — Do widzenia!
No, proszę, nie ma czasu! Widać facet cierpi na to samo, może dlatego taki nerwowy. Mnie też czasem spod irytacji nie widać, szczególnie gdy muszę czekać. Na przykład, w kolejce u lekarza, albo w urzędzie. Od czekania dusza rdzewieje — mawia Carlos Ruiz Zafón. Moja na pewno. Czuję to.
Znów dzwoni telefon.
— Dzień dobry. Ja w sprawie ogłoszenia.
— Tak? – Przysięgam sobie, że jeśli znów usłyszę coś o werku, natychmiast przerwę połączenie.
— Pani zdaje się zainteresowana czasem. Czy lata również wchodzą w grę?
— Jak najbardziej!
— Zatem, mam dla pani ofertę, ale nie mogę dostarczyć towaru zgodnie z życzeniem, a to nieco komplikuje sprawę. Gdyby jednak była pani skłonna przyjechać do mnie…
Jestem zdeterminowana i skłonna. Sięgam po długopis, notuję adres.
— Niedługo u pana będę — zapewniam.
— Proszę się nie spieszyć, nigdzie się dziś nie wybieram.
Nie spieszyć się? Dziwak jakiś! Albo emeryt.

***

Taksówka zatrzymuje się przed bramą domu oznaczonego numerem dziewięć.
— Jesteśmy na miejscu – mówi kierowca, obrzucając wzrokiem odrapaną kamienicę i uliczkę, wyłożoną koślawymi płytami chodnikowymi.
— Nigdy tu jeszcze nie byłem, dziwne… A pani tak sama?
— interesuje się.
— Bo, tego…
— Sama — ucinam, grzebiąc w portmonetce.
— A poza tym wcale się nie boję, jeśli o to chodzi.
Kłamię jak z nut. Wcale nie jestem odważna, a ten dom i ulica budzą we mnie dziwny niepokój. Z drugiej strony, czasu przecież nie sprzedają w centrach handlowych pełnych eleganckich, szklanych gablot z dyskretnymi halogenami, więc nie mam co wybrzydzać. Płacę, wysiadam.
Na szarym murze, po prawej stronie łukowatego sklepienia wisi tabliczka. Podchodzę bliżej i zadzieram głowę. Wyblakłe ze starości litery tworzą napis:
Chronometry. Z bramy na prawo, dzwonić dwa razy.
— W porządku — mruczę.
— Jak dwa, to dwa.
Ruszam w ponurą czeluść bramy. Nozdrza drażni zapach właściwy kościelnym kruchtom, czuję chłód bijący od murów, więc przyspieszam kroku. Mijam ściany, na których odpadający tynk kreśli niezatwierdzone mapy i w końcu wychodzę na małe podwórze. Wysuszoną ziemię porasta rachityczna trawa, a ustawione w czworoboku kamienice tworzą z tej niewielkiej przestrzeni studnię. Słońca tu niewiele i dziwnie pusto. Wokół szklane oczodoły: żadnych firanek, kwiatków, czy twarzy z ciekawością podglądających się obcemu. Robi mi się jeszcze bardziej nieswojo, ale pamiętam, po co tu przyszłam.
Zerkam na prawo i spostrzegam samotne drzwi. Prowadzą do nich trzy kamienne schodki z metalową balustradą. Już po chwili sięgam dzwonka; ręka na moment zawisa w wahaniu, ale zaraz palec spada na przycisk. Raz… I dwa…
Najpierw nie dzieje się nic, potem słyszę kroki, a w końcu zgrzyt zdejmowanego łańcucha. Drzwi uchylają się szczeliną, w której błyszczą niebieskie oczy.
— Ja… – zaczynam.
— Tak, wiem. Zapraszam — mówi niski głos, ciepły i spokojny.
Jego właścicielem jest mężczyzna, mniej więcej w moim wieku. Stoję i gapię się. I gapię. I nie mogę przestać. Pal sześć, że facet jest ucieleśnieniem moich marzeń – wysoki, ciemnowłosy, przystojny i wręcz bliska jestem wyobrażania sobie, jak szepce mi do ucha swoim czarownym głosem to, czego kobiety lubią słuchać najbardziej; rzecz w tym, że spodziewałam się zupełnie kogoś innego… Bo ja wiem… Chyba starca z brodą i śladami jajecznicy na wełnianej kamizelce.
— Pan sprzedaje czas? – Wyrywam się ze stuporu, próbując nadać głosowi ton rzeczowości.
Facet uśmiecha się, a potem mówi łagodnie:
— Proszę za mną.
Bez sprzeciwu pozwalam zaprowadzić się mrocznym korytarzem, do szerokich, rozsuwanych drzwi. Mężczyzna zdecydowanym ruchem łapie mosiężne uchwyty i skrzydła bezszelestnie płyną na boki.
Miarowe tik– tak wylewa się na zewnątrz setkami głosów, szeptów, pomruków. Monotonne tykanie otula mnie i uwodzi.
— Zapraszam.
— Kolejny czarujący uśmiech.
Jak nieszczęsne dzieci z Hameln za dźwiękami cudownego fletu szczurołapa, tak ja podążam za głosem zegarów i tym uśmiechem. Gdy wchodzę do pokoju, nie mam wątpliwości: jestem w Krainie Czasu.
Zegary tłoczą się na ścianach i półkach, rezydują w kątach. Lśnią drewniane skrzynie, błyskają wahadła. Na stołach, obitych zielonym suknem, spoczywają małe cacka, naręczne i kieszonkowe obok okrągłokształtnych, kominkowych dzieł sztuki; rzeźbionych lub malowanych, a także niezliczone budziki, do wyboru – płaskie, brzuchate, prostokątne, owalne i trójkątne. Gdzie nie spojrzeć, wskazówki krążą po cyferblatach, migają wyświetlacze. Nowe miesza się tu ze starym, teraźniejszość z przeszłością, zgodnym chórem wyśpiewując swoją tiktakową arię. Kręci mi się od tego w głowie, więc wlepiam wzrok w przystojniaka i ni to stwierdzam, ni pytam:
— Pan jest zegarmistrzem.
— Nie do końca — odpowiada zagadkowo.
Krzywię się lekko, bo nie lubię tajemnic. Facet taktownie ignoruje ten grymas i wyjaśnia:
— Dziadek nim był. Ja tylko odziedziczyłem kolekcję. Piękna, prawda?
Kiwam głową, a on ciągnie dalej:
— Zamierzam sprzedać te zegary, większości z nich nawet nie umiałabym naprawić, mimo że w zakładzie dziadka spędziłem wiele godzin i sporo się nauczyłem. Jednak nie na tyle, by grzebać w ich duszach. Bo wie pani, każdy ma własną, niepowtarzalną, a zarazem wszystkie łączy wspólna, od nieskończoności do nieskończoności.
— W zamyśleniu, jakby nieobecnym spojrzeniem omiata cenny zbiór, ale zaraz wraca do rzeczywistości.
— No, dobrze, który panią interesuje?
— Nie przyszłam po zegarek. Chcę kupić czas.
— A czy płacąc za czasomierz, nie nabywa pani też sekund, które on zlicza?
Zagiął mnie. Znów gapię się. I gapię. Co się ze mną dzieje?
Bez słowa bierze mnie za rękę, prowadzi do stojącego w kacie potężnego zegara w dębowej skrzyni. Sieć kanalików wydrążonych przez korniki tatuuje drewno w rytualne wzory. Słyszę szum pracy mechanicznego serca, niemal widzę te wszystkie tryby i trybiki obracające się w miarowym rytmie.
— Czas ma wiele właściwości — mężczyzna zniża głos, jakby powierzał mi tajemnicę.
— Ale jego zasadniczą cechą jest ulotność, to tak, jakby patrzeć na dym: w jednej chwili jest, a w drugiej go nie ma.
— Ale czas przyszły, ten, który dopiero będzie, mogę kupić, prawda? – upewniam się.
— Teoretycznie tak, tylko po co?
Nie zdążam otworzyć ust, bo szybkim ruchem przykłada moją dłoń do skrzyni zegara, mocno przytrzymuje własną.
Błysk!
Mam pięć lat. Jestem w zalanym słońcem parku, wokół pachnie bzem. Moja babcia siedzi na ławce i rozmawia z jakąś panią. Biegam za wróblami, próbując złapać je do wiklinowego koszyka. Wróbelki podskakują, ćwierkają, jakby droczą się ze mną: to odfruwają, to przysiadają w pobliżu. Kręcą główkami, trzepocą skrzydełkami.
— Babciu! Pomóż! — wołam.
— Nie da się złapać ptaka, dziecinko…
I już za chwilę stoję wśród żałobników, słyszę, jak ziemia obija się o wieko trumny. Jest w niej babcia. Mam teraz dwadzieścia pięć lat, pracę, męża, dziecko, a ten pogrzeb, jest jak naturalna kolej rzeczy, w końcu zawsze trzeba kiedyś odejść. Lecz, gdy stoję tu „ja później”, w głowie kołacze natrętne pytanie, przed którym nie potrafię uciec: Gdzie byłaś? Co pochłonęło cię tak bardzo, że nie poświęcałaś jej czasu, gdy gasła samotnie i potrzebowała cię bardziej, niż ty jej, kiedy byłaś dzieckiem? Wstyd, palący wstyd, bezsilność, poczucie winy.
Czas nie zwraca straconych chwil.
Błysk!
Jest sobotni wieczór. Robię mężowi wyrzuty: jest wciąż zajęty, nie przynosi kwiatów, a w restauracji, byliśmy o-ho-ho!, sama nie pamiętam kiedy. Złoszczę się. Mówię, że jest nudziarzem.
A potem znów cmentarz, gdzie zagubiona i samotna, z niedowierzaniem patrzę na świeżo zasypany grób, do którego złożyła go lekarska pomyłka. Dlaczego wtedy, zamiast tych wszystkich idiotyzmów nie powiedziałam, że jest dobrym człowiekiem, odpowiedzialnym mężem, doskonałym ojcem. Nie będzie już sobót. Ten sam błąd.
Czas nie leczy z głupoty.
Błysk!
Nie wiem, gdzie jestem. Obcy dom, nieznane meble. Siedzę w głębokim fotelu z książką w ręku, gdzieś obok, chyba w drugim pokoju jest dziecko. Najpierw słyszę jego głos, wysoki niczym trel skowronka, a potem widzę dziewczynkę. Krótkie, mysie ogonki kołyszą się wokół twarzyczki, w ręku ma jakieś urządzenie.
— Zagrasz ze mną?
Zalewa mnie niezrozumiała fala czułości. Skąd? Przecież nie znam tego dziecka.
— No, babciuuu… — ponagla mnie.
O mój Boże! Jestem babcią, a to moja wnuczka! Przez czułość zaczyna przebijać strach. Czy ona tak samo, jak ja…
Czas nie koi lęków.
Błysk!

Znów jestem przy starym zegarze. Opieram się ciężko o masywna obudowę, serce wali z siłą młota. Wszystko zamilkło. Cisza aż dzwoni w uszach.
— Rozumiesz? Jest tylko dziś — szepce mi do ucha przystojniak. Słucham go uważnie, choć nie mówi tego, co lubią kobiety.
— Teraźniejszość jest wąską szczeliną między tym, czego już nie ma, a nieistniejącym jutrem. Choćbyś kupiła wszystkie minuty wieczności, tylko dziś jest chwilą, w której możesz złapać ptaka, dziecino.
— Gładzi mnie po twarzy, a potem znika, zabierając ze sobą zegary i starą kamienicę.

***

Przecieram rękoma twarz, spoglądam na wygasły monitor laptopa. Pies, zwinięty w kłębek u moich stóp, podnosi głowę. Leniwie stuka ogonem w podłogę.
Aktywuję komputer. Niespiesznie przywraca używanego ostatnio Worda, a gdy kończy, na ekranie ukazują się słowa:
Zginęły wczoraj, pomiędzy wschodem i zachodem słońca, dwie złote godziny, każda wysadzana sześćdziesięcioma brylantowymi minutami. Nie oferuje się żadnej nagrody, albowiem przepadły na zawsze.
Horace Mann

Zwycięskie opowiadanie w konkursie literackim Prozo-pagnozja 2015 Portalu-pisarskiego.pl
………………………………
Beata Żuk — absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, kierunek Profilaktyka Społeczna i Resocjalizacja w specjalizacji psychologicznej z nachyleniem psychokorekcyjnym, zawód — policjant. Zainteresowania: miłośniczka natury, sympatyk wszelkich czworonogów, zapalony czytelnik literatury z nurtu mistery. Ścieżka literacka: rok 2008 — publikacja na łamach pisma „Łącznik mazowiecki” — opowiadania, „Z pamiętnika emerytowanego policjanta” — humoreska. Lata 2010 — obecnie — działalność na internetowym Portalu Pisarskim, wygrane konkursy literackie: „Demon w dyni” humoreską „Dyniek” oraz „Tydzień miniatury” humoreską „Miniaturki”. Rok 2013 — Pierwsze miejsce w regionalnym konkursie „Przystanek Norwid” organizowanym przez Węgrowski Ośrodek Kultury, kategoria proza, utwór „Przetwórca”. Rok 2013 — miejsce w Antologii portalu literackiego „Ósme piętro” utworem „Świerszcze ogrodów Heratu”.
……………..
Więcej: Portal-pisarski.pl
13.07.2015

BEATA ŻUK Między wschodem a zachodem słońca
3 votes, 4.00 avg. rating (82% score)
..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
Jeden komentarz

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.