AWERS

Stał pod ścianą lekko oparty o framugę drzwi, odgrodzony założonymi rękoma od reszty. Wszyscy bawili się doskonale. A ona chyba najbardziej. Jak zwykle zresztą. Taniec, to jej żywioł. I nic nie było w stanie jej powstrzymać. Nie było takiej siły. Jej temperament absolutnie niepowszedni musiał koniecznie się jakoś objawić, ale żeby aż tak?! Namiętnie i do pełnego szaleństwa, pomimo to w sposób dość kontrolowany. Oddawała się bez reszty temu co robi, a jednocześnie czuć było, że ma niejaki dystans do tego szczególnego rodzaju obrzędu. Pomimo, że absolutnie puszczała wodze fantazji i robiła do końca to, co zamierzyła. I jeśli tylko chciała, to dosłownie tańczyła jednym palcem i było to piękne. Jak ona to robiła, że zupełnie poddawała swoje ciało kreatywności a zarazem wszelkim impulsom zgodnym z rytmem, któremu także oddawała się bez reszty i jak widać, z absolutną rozkoszą? Jakże kochał ją za to! Była jedyna w swoim rodzaju. Inni kochali ją także, a zwłaszcza gdy tańczyła! Porywała wszystkich bez wyjątku. Kobiety i mężczyźni byli pod zupełnym jej urokiem. I to ona od zawsze nadawała rytm i ton ogólnej zabawie. W każdym razie, od kiedy pamiętał. Była niepodzielną królową. Uwielbiał ją za to i nienawidził zarazem. Bo to właśnie wtedy wymykała mu się najbardziej. To były jedyne chwile, gdy nie miał do niej dostępu. Miał wrażenie, że właśnie wtedy traci ją absolutnie, a chwile te zdawały się trwać w nieskończoność. Podczas gdy ona wdzięcznie wywijała się i jemu i wszystkiemu co wokół. Czego w nim, w tym świecie nie akceptowała? Od czego tak rozpaczliwie uciekała? Czyżby od niego? I czego się tak panicznie bała? Co chce pokazać innym? że taka nieszczęśliwa? Bo gdy tak wpadała w trans od czasu do czasu… Choć w zasadzie nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że ona nie tak tańczy, ale nade wszystko bawi się tańcem i całą sytuacją. A przy tym miał wrażenie, że nad wyraz uważnie współuczestniczy w tym wirowaniu, pulsowaniu z innymi. Choć jedyna taka i niezależna a więc oryginalna, to posiadała tę lekkość i radość współodczuwania wzajemnej adoracji i radości. Jak ona to robi? Skąd u niej ten luz? I aż takie wyczulenie na innych? Nie potrzebuje do tego ani krzty alkoholu. To także drażniło jego zmysły i karmiło wyobraźnię niewybrednymi, co najmniej, obrazami. Okazuje się, że jej wcale nie znał a myślał że wie o niej wszystko. Gdzie jest i o czym tak naprawdę wtedy myśli? Bo przecież chyba nie o nim. Nie tylko nie był w stanie dogonić jej myśli, ale też i zrozumieć dlaczego aż tak! Czy tak wygląda zdrada? Pierwszy krok do niej? Bo i cóż tu znaczę?

Pewnie spragniona akceptacji, dlatego coraz intensywniej zwraca na siebie uwagę innych. Wciąż nienasycona, głodna; zwłaszcza męskiej adoracji. Rytuał tańca to najlepsza okazja, by odbyło się to w jak najbardziej społecznie niewinny i usankcjonowany sposób. A jeśli jednak nie egocentryczka, bo o narcyzm ją raczej nie podejrzewał, jako że jej taniec w całej rozciągłości zaprzeczał temu. Gdyż o dziwo, ale wciąż nie traciła tej swojej świeżości a nawet czystości. W tym względzie nieustannie opierała się czasowi. Więc co? Czyli jednak chodziło o niego? Bo przecież takiego lebiegę ma przy sobie. Dość, że nie umie tańczyć, to jeszcze niewykształcony. A ona tak i to całkiem przyzwoicie, gdyż pasja poznawania nie opuściła jej nigdy, choć przecież nie młoda już jest. I chyba nie aż tak atrakcyjna jakby się na pierwszy rzut zdawało… i tyle starsza w końcu od niego, więc dlaczego oni udają, że tego nie widzą? Widać, też działają jak w transie.

To fakt, całe to jej towarzystwo także z wyżyn społecznych. A jego firma wciąż kuleje. I czym miałby im zaimponować? O czym rozmawiać? Żeby choć umiał tańczyć, to by im dopiero pokazał! Ale przecież i tego nie potrafi! Jego profesja utrudnia niestety, rozwój intelektualny. A może tak się tylko tłumaczy, może tak naprawdę jest niemożliwie leniwy? I dlatego ona tak ucieka od niego. W taniec, w ramiona innych.
Czuł się wystawiony jak na patelni. Upokorzony, gdy inni z przytupem albo rockandrollowo wywijali nią jak chcieli. Czy tego chciała, czy o tym zawsze marzyła w cichości przed nim? Co jej zapewnił, prócz niedogodności życiowej, niezaradności? I co jakiś czas, długów. Czemu ona się tak do nich śmieje, mizdrzy? Czy naprawdę kiedykolwiek go kochała? Zachowuje się jakby zerwała się ze smyczy. Dziwka! Czy nie tak można o niej pomyśleć, gdy on tak tu stoi i nie wie co ze sobą zrobić? Przecież zna go, wie jak mu ciężko, że nie potrafi tak jak inni… Nienawidzi tego całego towarzystwa. Tego jej towarzystwa, któremu tak wszystko w życiu wychodzi. Pieniądze, dzieci, własne parcele i wypasione domy. Wspólne wyprawy na kajaki, na basen, jacuzzi, na narty w góry… Zagraniczne wyjazdy i autentyczne przyjaźnie. Jak się dobrze czują w tym swoim własnym sosie i zdaje się, że to nawet nie specjalnie udawane. Można ich nawet polubić, gdyby… A ona? Jak ona szybko do nich przyległa. Jest z nich, to pewne. Nigdy nie przypuszczał, że aż tak!
Luka
Autsajder, od zawsze tylko autsajder. Nikt więc. Kula u nogi. Ma ochotę wyjść. Tak kiedyś robił. I to skutkowało. Ale do czasu, bo kiedyś w końcu rzuciła mu prosto w twarz, że to forma wymuszenia, cichej ale jednak przemocy, objaw klasycznej i skrajnej kontroli. No, tego to się po niej nie spodziewał. Dość długo była spolegliwa raczej… A poza tym akurat tutaj zbyt poważne towarzystwo i w nie za dużej ilości. Tylko się ośmieszy. Żeby mógł być choć niewidzialny! Sztuki tej magii także nie posiadł. Myślał, że gdy jest starsza od niego, to automatycznie zawsze będzie miał bezwzględną przewagę nad nią. Będzie mu wdzięczna i oddana. Nikomu też nie wpadnie do głowy ją uwodzić. Ona tym bardziej w akcie wdzięczności i permanentnego zachwytu nim. A wygląda na to, że chcą mu ją za wszelką cenę odebrać. Zaś ona zachowuje się chyba nazbyt swobodnie. Taka jakaś wybitnie roześmiana, niezależna i beztroska. Co chce mu pokazać? To jakaś ironia! Nie tak miało przecież być. Ona tylko dla niego i on dla niej. Tyle razy jej tłumaczył, że jest jego połówką. Tą jedyną… a że nie spełnia jej wszystkich potrzeb?

Tyle jednak lat wytrzymali razem i ona mu wszystko zawsze wybaczała. Zresztą on jej też, choć przecież nie zdradziła go nigdy. Ani on jej. No bo jakże… A jednak jedno wyjście z domu, a ona tańczy na tak cienkiej krze. Na linie niemal… Czy te ponad ćwierć wieku bycia razem, to iluzja?
Pomimo wszystko, musiał coś z tym zrobić. Nie wiedział jednak co? I jak? Od czasu do czasu, ona, pewnie dla zwyczajnej przyzwoitości, podbiegała i chciała z nim zatańczyć. O co to, to nie! Miał wszystkim udowodnić, że i w tym jest od nich zdecydowanie gorszy? Nie mógł jednak tak stać wciąż oddzielony i oparty o ścianę. Ta była zbyt zimna i nieczuła, by dać mu jako takie oparcie. Czasem podszedł do niego jakiś dyrektor zjednoczenia, jakiś eks kapitan, pilot boeinga, by zagaić rozmowę. Nie miał wątpliwości, że wychodzą mu naprzeciw, że chcą tak dobrze. To go tym bardziej wbijało w jego samotność i zupełną nieprzystawalność. Litowali się nad nim! A jednak jest gorszy, czuł tym bardziej, im bardziej doskonale grali rolę dobrych wujków, czy nawet kompanów. Jakże wszyscy są przewidywalni. Gdyby mógł tak wyjść i rzucić to wszystko w diabły i ją. Wreszcie!

Gdyby nie przypomniał sobie, iż ma jeden atut jakiego nie ma żaden z nich. Jest bowiem na ich tle zdecydowanie młodszy. A i przystojny jeszcze, co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości. Przystojny, bo zdecydowanie wyższy i doskonale zbudowany. Niemała w tym jej zasługa, bo dbała o niego bardzo. Doskonale i zdrowo gotowała. Te młode dziewczyny już tak nie potrafią i nie są takie wierne. Lecą poza tym na kasę. A skąd on ma ją niby wziąć. Przecież z duszy jest artystą – usprawiedliwiał się. Ale co tam?

Tak czy owak, przynajmniej jego fizyczność jak dotąd go nie zawiodła. Wyglądał więc znakomicie. W każdym razie mógł się podobać ich żonom na pewno. Muszą więc czuć ten lekki niepokój z jego powodu. Ten sam już fakt powinien im uświadomić, że to on ma także i nad nią niepodzielną władzę, że pójdzie z nim na koniec świata. I że w dodatku jest na tyle wyrozumiały i absolutnie jej pewny, iż daje jej zupełną wolność. A więc niech tańczy z kim chce i ile chce. Choć tam w środku zżerała go zazdrość, coraz bardziej i wściekle bolesna. Miałby ochotę ją udusić, a ich porozstawiać po kątach. Przynajmniej od czasu, do czasu nachodziły go paroksyzmy wściekłej bezradności.

Całe szczęście, że stół był tak szczodrze i bardzo ekskluzywnie zastawiony. Można było oderwać uwagę, choć na jakiś czas od siebie i od niej rozanielonej i skryć się w kontrolowaną konsumpcję, by także nie odsłonić się zbytnio. A przy tym w miarę elegancko, bez wzbudzania najmniejszych podejrzeń, wywinąć się z pozy pokrzywdzonego macho. Tego nie mógł znieść najbardziej. Dobrze, że przed chwilą dodatkowo podano gorący barszcz i paszteciki. A potem tort i kawę z herbatą do wyboru. Celebrowanie powolne znakomitych kulinariów, uratowało go na jakiś czas. A potem? A potem pomyśli, co dalej… w każdym razie należy się jej jakaś nauczka. Im także!

REWERS

Stał pod ścianą oparty lekko o framugę drzwi, odgrodzony założonymi rękoma od reszty. Wszyscy bawili się doskonale. A ona chyba najbardziej. Jak zwykle, zresztą. Taniec, to jej żywioł…
Nie potrafiła wybronić się przed żadnym, dobrze zagranym, dźwiękiem i rytmem. Każda komórka w niej wtedy kipiała i bezgranicznie wręcz poddawała się władzy tej nadzwyczajnej wibracji. Robert Monroe, który doświadczył osobiście i niejeden raz penetracji Wszechświata poprzez przypadkowe OOBE, twierdził, że istnieją planety, na których ludzie porozumiewają się wyłącznie poprzez dźwięk, albo na przykład ruch. Czyli że w tym drugim przypadku cały czas niejako tańczą. Może ona Stamtąd? Przy czym znamienny był też fakt, że choćby całe lata kogoś nie widziała i zobaczyła potem ze znacznej odległości, czy też nawet z góry, nie rozpoznawszy sylwetki ani twarzy, to i tak zawsze rozpoznała po ruchu ciała, kto zacz? Nieważne ile czasu upłynęło od ostatniego kontaktu. I na ile ktoś się zestarzał i przykurczył…
Tak więc taniec to jedyny akt, na który mogła sobie pozwolić bez najmniejszych oporów. Albowiem, to bodaj jedyne spektrum rzeczywistości gdzie do końca była sobą. I nikt nie miał takiej mocy i władzy by ją powstrzymać. Dzięki temu wymykała się też wszelkiej ocenie i jakimkolwiek przypuszczeniom, czy też wyobrażeniom na jej temat. Nie obchodziło jej wtedy nic poza rytmem, który tym więcej wyostrzał jej zmysły i uczucia wobec otoczenia. A zarazem uwalniał z pęt codzienności, bezrozumnych lęków i niepokojów o jutro. Zaiste, przedziwna to sprzeczność i kompilacja. Lecz dla niej było to o wiele prostsze. Bo szczególnie wtedy czuła sens swojego jestestwa. Tak zwaną lekkość bytu. Szczęśliwa, niczym ryba w wodzie, a przy tym maksymalnie rozluźniona i nadzwyczaj zwiewna. Jako że ciało poddane dźwiękom i rytmowi przestawało w tym momencie dla niej istnieć, stawało się bowiem posłusznym narzędziem wewnętrznej ekspresji i prawdy. Było już tylko otwartym kanałem dla przestrzeni, gdzie wszystko było zwyczajnie proste a zarazem całkiem niezwyczajnie oczywiste. Śmiało można by to nazwać przedsionkiem Wiedzy lub doskonałym przejawem Intuicji. Ktoś powiedziałby, że to znakomita medytacja w ruchu. Można i tak! Pamiętała, że już dość dawno temu, gdy gdzieś tam na ulicach Sopotu, Gdańska, Warszawy, tańczyła bluesa, jazz etc…, ni stąd ni zowąd miała przebłyski jasnowidzenia. Natychmiast odgadywała imiona, profesję, wiek, problemy ludzi stojących nieopodal i gapiących się z zachwytem na to, najzwyklejsze w świecie, spotkanie z sobą samą. I to było piękne. Ale też widziała jak jej zazdroszczą. Zbyt jasnym było dla niej, że pragnęli oto wreszcie, przynajmniej niektórzy, wyzwolić się z ograniczeń i podobnie jak ona, puścić się tak w pląs bezrozumnie i do końca, a raczej do tego zaczątku bezgranicy i bezpamięci. I ponieść się tej fali, której istnienie zaledwie przeczuwali. Patrząc na nią, być może domyślali się, co może się kryć za zszarzałą już dostatecznie zasłoną codzienności. Jakże bowiem dość już mieli wszechobecnych konwenansów oraz całej tej nadto skomplikowanej sieci schematów, w postaci ocen właśnie i wszelakich kryteriów oraz krytyk, a także zbędnych w tym względzie kalkulacji, pozbawionego zdrowej emocji, rozumu. I jakże nie mogli się z tego wszystkiego ostatecznie wyzwolić. Ta sprzeczność była niewymownym cierpieniem, z którego wcześniej nie zdawali sobie specjalnie sprawy. Raczej przeczuwali ten swoisty dyskomfort i zakamuflowaną tak dalece dychotomię. To pewnie stąd to powiedzenie: raz kozie śmierć!, na okoliczność tej wyjątkowej iluminacji, gdzie wreszcie doznaje się olśnienia i chce się przerwać ów, jakże bolesny, proceder.

A więc ten specyficzny niepokój jaki zauważała wokół siebie, był dla niej jasny i bardzo znaczący. Nie miała najmniejszej wątpliwości; była to najlepsza zazdrość z możliwych. Ta bardzo dobra zazdrość. Cieszyła się, gdy w kimkolwiek zaczynało już puszczać pączki, owo tuzinkowe i dość negatywne z pozoru uczucie. I wtedy to natychmiast szła za tym procesem. Dyskretnie więc brała delikwenta, delikwentkę za rękę i subtelnie wprowadzała w świat, jednej z najcudowniejszych, magii. Wdzięczność była wówczas przeogromna. I to po obu stronach. Nie była już sama w tej nadzwyczajnej i odświętnej oddzielności, którą tym bardziej chciała się dzielić, im bardziej się jej poprzez rytm i to szczególne kołysanie ciała, poddawała. Tak więc, gdy zdarzył się ten cud odnalezienia, byli dla siebie wzajemnym darem. I na ten moment, najczystszym Dobrem. Nie każdy jednak miał odwagę pójść za tym niecodziennym zjawiskiem. Za zwyczajnym, najprostszym, a czasem skomplikowanym nieco bardziej, rytmem. Bo to nie zwykła dyskoteka, czy też zwyczajny weekendowy ubaw, ale uliczne zazwyczaj, świętowanie życia. Spontaniczne, bez przymusu, za to z niebywałą pasją i wielką namiętnością.

Zdawała sobie sprawę, dopóki była dość jeszcze młoda, że dla tych mało odważnych, a podobnie czujących, o podobnym poziomie ekspresji i wibracji, była niedościgłym marzeniem, które rozpalało się coraz mocniej z każdym jej następnym i następnym ruchem. Czytała to w ich twarzach, a zwłaszcza oczach i wystarczająco nieśmiałej mowie ich delikatnie budzących się, ale jeszcze nadto zasklepionych ciał. Gdzie subtelnie ale jednak, przebijał się ponad wszystko ten specyficzny zachwyt, marzenie, tęsknota i uwielbienie wreszcie. Jasnym było dla niej, że to swoista pułapka, niczym syreni śpiew. Nie miała co do tego najmniejszych złudzeń. Przypominała bowiem o ich własnej wolności i własnych możliwościach. Jednakże im wydawało się, że tak bardzo nieosiągalnych, więc tym mocniej tęsknili za Nią. Wiedziała już wtedy jak wielka to ułuda. Nie rozumieli bowiem, że ona miała być tylko Bramą, przez którą się przechodzi i idzie dalej…

A On ? Minęło tyle lat, a on wciąż czaił się niczym tygrys do skoku. I wciąż nieodłącznie stał z boku, z trudem chowający się za innymi i udający, że ta oto kobieta, to jakaś zjawa nie mająca z nim nic wspólnego. Albo, że ta kobieta, to właśnie jego korona, jego nimb, byleby nie za długo to trwało. To znaczy ten jej taniec, ten pląs niesamowity, na który nie miał przecież najmniejszego wpływu. A to było najtrudniejsze. Zostać aż tak przez nią obnażonym. Ogołoconym i to publicznie! I choć od czasu do czasu, uczestniczył wraz z nią w tym odwiecznym rytuale, to wciąż z największym trudem i straszliwym oporem.

Męczyło to ją okrutnie i im dalej w czas, tym bardziej pozbawiało nadziei na wzajemne współuczestniczenie w postaci całkowitego oddania i tej niesamowitej radości wynikającej z ostatecznego odnalezienia, o czym ją, już na samym początku znajomości, tak solennie zapewniał. Dlaczego wciąż nie wykazywał w tym względzie inicjatywy? I dlaczego nie był gotowy na konfrontację, która mogła ich tylko jeszcze bardziej do siebie zbliżyć? Upłynęło tyle lat! Wszystko wskazywało na to, że nie miał zaufania do procesu życia, nie miał przede wszystkim, zaufania do niej. A to bolało…
I co czuł w tej dokładnie chwili, gdy tak stał oparty o ścianę? Co czuł w ogóle, na co dzień? I kim tak naprawdę jest? Co ma do ukrycia? Czego się boi?
Minęło tyle lat, gdy wreszcie zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie o nim nic. Co też tam się kłębi w tej jego głowie i jakie uczucia nim targają? Jeśli w ogóle w nim cokolwiek, tam w środku, żyje jeszcze swoim własnym życiem. I gdzie podział się jej dar jasnowidzenia?
Tak dalece był twardy i nieprzenikniony, niczym bazalt! A co najmniej skorupa zółwia. I kto tu jest śpiącą królewną? Ona czy on?

………………………………………………………………………
Daniela J. Jarszak (wł. Daniela Masłowska-Łuka) ur. w 1953 r. Na Pomorzu Zachodnim, córka osadników z Zamojszczyzny. Od 1964 r. mieszka na Dolnym Śląsku, gdzie w Legnicy kończy Liceum Medyczne. W Opolu i Gdańsku, do którego wyjeżdża w 1977 r.studiuje polonistykę o profilu pedagogicznym, a następnie teatrologię. Jednak już w Legnicy zdobywa pierwsze teatralne szlify, gdyż ta dziedzina jest jej wielką miłością. Działania te kontynuuje w czasie studiów, następnie pracuje jako aktor-wokalista. Ponadto z powodzeniem zajmuje się reżyserią, zdobywając kilka nagród na ogólnopolskich festiwalach. W jej zawodowej karierze istotnym epizodem jest też dziennikarstwo, oraz funkcja menadżera artystycznego (w czasach rozliczeń). Praca pedagogiczna w Teatrze Muzycznym w oparciu głównie o własne, nowatorskie metody prowadzenia warsztatów, to następny etap w jej życiu. Ponadto współpracuje z kilkoma reżyserami w kilku projektach filmowych jako aktor, producent, a także asystent reżysera. Dodatkowo studiuje Psychologię Zorientowaną na Proces, oraz Produkcję Filmową. W międzyczasie jednak pisze poezję oraz prozę, publikując na portalach literackich, min. Poeci.com. Plezantropia, Magazyn Literacki „Minotauryda”, oraz Portal-pisarski.pl. Drukowana w kilku antologiach poetyckich, m.in. Plezantropia 2009 r.
Foto na stronie głównej: Viliman Viliman
24.06.2017

DANIELA LUKA „Awers i rewers”
5 votes, 4.00 avg. rating (81% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.

Co o tym sądzisz?