Przyjaciółko moja, żebraczko, dziecko potworne! jak to wszystko nic cię nie obchodzi, te nieszczęśnice, ci wyrobnicy, moje strapienia. Przyłącz się do nas ze swoim niemożliwym głosem, twoim głosem! jedynym pochlebcą tej nikczemnej rozpaczy

Chłody przybądźcie tak jak nieustannie jesteście we mnie
Chłody niepoliczalne i policzalne odkładane na jakieś potem
Chłody nieuleczalnie piękne zrośnięte na zawsze z wątłą tkanką wyobraźni
Chłody paście się na moich złudzeniach
Wy co macie zawsze rację wy co dajecie do zrozumienia wy nieskończone
Chłody przylgnijcie do moich ust abym mówił tylko to co boli
Abym nigdy nie zapomniał abym nigdy nie skłamał temu co zraniło
Chłody nie zaprzestawajcie trudów przyłącza się do was: krzyk bezmiar grzech

Poeto mojej młodości – czy kiedykolwiek będę umiała znów powrócić do ciebie? Powrót do ciebie jest powrotem do siebie? Te nieprzespane noce byle zbliżyć się do czegoś, co wciąż utajone. Naskórkiem świtu przeczuwać coś wielkiego, niepojętego, przerażającego, olśniewającego. Parada słoni na tafli pijanej słońcem pustyni. Światło księżyca skradające się po powierzchni śniegu, po którym przebiegły stada wilków i my: dwa samotne wilki między księżycem a ziemią. Kłębowisko żmij, które wypełzają w twoim kierunku, żmije z diademem złota na głowie, te śliskie sprawki realiów, w których połyskuje złoty ząb chciwości, te wszystkie ziemskie wielkości, które są po to by ujarzmiać, przesłaniać, oszukiwać. I dziurawe portki z dziurawymi kieszeniami, w których chowałam perły, perły moich sekretnych rozmów z deszczem. Perły, które gubiłeś/gubiłam po drodze, by do niczego co ziemskie się nie przywiązywać. Młodość nieuchwytna, nonszalancka, na roztrwonienie. Jej długie palce jak promienie wschodzącego słońca rozpromieniały oblicza wygnańców, oszustów, katów. Złociste palce wyobraźni zerwijcie kwiat, który rośnie na szczycie lodowców, bo on istnieje – kwiat zrozumienia, kwiat słońca, szklane naczynie duszy.

Arthur Rimbaud (1854 -- 1891). Francuski poeta. Autor słynnego cyklu Une Saison en Enfer (Sezon w piekle). Źródło: Wikipedia

Arthur Rimbaud (1854 — 1891). Francuski poeta. Autor słynnego cyklu Une Saison en Enfer (Sezon w piekle). Źródło: Wikipedia

Młodzieńcze dziękczynienie: ostrze wymierzone przeciwko wszystkiemu. Promienne palce nie zagarniają, ale oświetlają niewiadome: oślepiające przewidzenia, ułudy, omamy. Zachwianie stanem rzeczy. Olśniewające wychodzenie z lustra rzeczywistości. Stapianie się z niepojętym jakbyś wciąż był na metafizycznym rauszu i mógł zakołysać całym światem. Rozproszone ślady, brak kierunku, podążanie donikąd. Powinność wciąż nieznana, ognisty punkt zwrotny. Młodość jak najdziksza wyprawa do. Zaczarowane miasto uwodzicieli słów. Zaczarowana kraina słów – labiryntów. Młodość – ten drugi grzech, który wywabił cię z ogrodu dzieciństwa. Młodości jesteś bardziej zapomniana od dzieciństwa. A może dzieciństwo jest ważniejsze od młodości? Dzieciństwo jest kwintesencją mądrości, a młodość jakimś stanem, który jest złudzeniem. Egoistycznym wmawianiem sobie, że coś się wydarzy: coś, czego nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Młodość jest jak odpowiedź przemijania. Tracenia. Nieuchronności. Świat był jak inkrustowana ludzkimi kośćmi rękojeść miecza. Miecz należał do kogoś, kogo nawet nie przeczuwałaś. Pola płaczu, po których chodziłam jak we śnie zbierając garściami rozpacz. Pięść rozsądku, wielka przemiana głupoty. Rodzaj zniewolenia, po którym następuje ulga. Najlepiej wytresowany pies świata: moralność. Wytresowane motywy, przyczyny, preteksty, powody, intencje.

Podejmijmy naukę w hałasie tego niszczycielskiego dzieła, które skupia się i wzbiera w masach

Znałeś tę ukartowaną fabułę zdarzeń: fale nienawiści, czołobitne służenie, bezwstydne zdrady, wyrachowana lojalność, demagogia fałszywych wzruszeń, popisy wyrozumiałości, ochłapy zadośćuczynienia, łamigłówki uśmiechów i spojrzeń, trywialne podchody miłosne. Chodzi o jedno: okiełznać, nie dać szansy, odebrać prawo do samego siebie. Poznałeś te sztuczki z przymykaniem oczu i złowieszczą pedanterią znaczeń. Teraz wiesz, że wszystko uczy dodając kolorytu do twojego życiorysu. Przesłuchuje cię tłum: od kiedy stałeś się/ stałaś się inna? Kto był podpowiedzią twojego początku? W czyich myślach chciałeś/chciałaś zaistnieć? Jaką myśl wciąż ukrywasz przed nami? O jakie wiersze walczysz do końca? W imię kogo/czego przeobraziłeś się/przeobraziłaś się w formę wrażliwą? Kto stoi za każdym twoim słowem? Dlaczego chaos był twoim ojcem? Jesteś wbrew nam, jesteś wbrew okolicznościom zwanym: rzeczywistość. Nie możemy cię przyjąć. Nie możemy znaleźć dla ciebie miejsca wśród nas. Nie chcemy cię rozpoznać. Nie chcemy cię oznajmić jak tylko zaprzeczając.

Teraz jestem przeklęty i ojczyzna budzi we mnie odrazę

Czy poeta napisał, że właściwie życie nas oszukuje, a świat jest zbiorem zamaskowanych zdarzeń. Widzimy jakby powierzchnię tego, co wydarza się naprawdę. Pod powierzchnią zdarzeń układa się zupełnie inna chronologia przedtem i potem. Co zobaczylibyśmy gdybyśmy zajrzeli do wewnątrz? Co zobaczyłeś patrząc w sposób, który nazywałeś rozprężeniem wszystkich zmysłów. Zmysły trzymają nas w potrzasku nawyków, przyzwyczajeń, całej tej łatwizny gotowych schematów i interpretacji. Swoiste więzienie, smycz percepcyjnego od – do, kalekie dostrzeganie i ubogie ujmowanie. Wiedziałeś, że to od – do należy przeobrazić, przerysować, rozszerzyć. Wiedziałeś też, że to poszerzenie od – do będzie sprawiać ból. Uczulić zmysły na każdy milimetr świata to skazać się na bolesny dialog. Być całkiem przy ziemi (bo tego wymaga wiarygodność poezji) a jednocześnie wysoko w górze (bo tego wymaga niezależność poezji). Doświadczać. Do końca. Doświadczać szczerze bez cienia wątpliwości i asekuracji. Doświadczać. Być wiernym samemu sobie. Uczulić każdy nerw na delikatny powiew wiatru i dotyk jednej kropli deszczu. Mocować się z ziarnkiem piasku jak z wielkim głazem. Na ludzkich twarzach dostrzegać okrucieństwo czasu: w jednej zmarszczce zobaczyć wieczność. Zobaczyć dzieje, które są wielkości paznokcia małego palca. A może nawet mniejsze. Jak małe ziarnko groszku, które podrzucamy w górę, by powróciło do nas zapachem kwiatu.

Odsłonię wszystkie tajemnice: religijne i naturalne misteria, śmierć, narodziny, przyszłość i przeszłość, kosmogonię i nicość. Jestem mistrzem fantasmagorii

Rzeczywistość daje nam ochłapy tego, co gdzieś tam daleko istnieje. Rzeczywistość przekłamuje i wmawia potrzebę rozpraszania tego, co najważniejsze. A co jest najważniejsze? Uwaga: płomienna, oczekująca, czuwająca. Uwaga poprzez wciąż otwarte rany. Uwaga, spiętrzana pochopnym językiem blizn. Rzeczywistość zamazuje odbiór, rozprasza ostrość widzenia na wiele niepotrzebnych czynności, gmatwa wijąc się wokół złudzeniami, przekłamuje posługując się zużytym językiem emocji, motywów, relacji. Mechanizmy, które ryją w przestrzeni bezpieczne korytarze przemieszczania się z wiadomego stąd – w wiadome tam. Ale gdzieś tam głębiej rzeczywistość jest najpiękniejszym wierszem, wierszem, którego nikt nigdy nie napisze. Poeci mogą go tylko przeczuwać, ale nie potrafią go nazwać, nie mają siły go zapisać. Niekiedy świat wydaje się lekkomyślny i przypadkowy jak kaprys błazna lub zachcianka kurtyzany. Wtedy pojawia się poeta i przemienia błazna w mędrca, kurtyzanę w lirykę. Zaczyna faworyzować którąś ze stron świata. Wyobraźnia znajduje ujście: wszystko może być wszystkim. Pusta przestrzeń między słowami realizuje niemożliwe. Metafora staje się degradując nawyki myślowe. Tajemnica jest coraz bliżej. Rzeczy niewyobrażalne, przerażające, okrutne, nieziemskie, nieludzkie są w zasięgu odczuwania. Czy twoje wiersze powstawały ze wspomnień czy z chwili teraźniejszej? Te kościotrupy, które tańczyły wokół ciebie żonglując spojrzeniami oczodołów wyżartych przez robaki. Ktoś wtedy podszedł i zapytał: jaki wiersz chciałabyś teraz napisać? Pomyślałam, że tylko wiersz o wietrze, który nie ma imienia jak ten tekst, który piszę o tobie, tekst, który jest moim wewnętrznym huraganem. Poezja jest piątym żywiołem, tym ostatnim brakującym elementem, by ułożyć w całość zagadkę istnienia. Poezja szczelnie wypełnia każdy centymetr odczuwania, i wołasz: odejdźcie precz ode mnie, zostawcie mnie w spokoju, teraz tylko ja i ten wiersz, z którym wyruszę odmierzyć ból zobaczenia czegoś nieuchwytnego, nie do poskromienia, nie do zniesienia. Nieokiełznane czynienie niemożliwego i tego, co zakazane. To ty byłeś tym boskim skurwielem, w którym odbiły się wszystkie negacje ludzkości. Ale tej najważniejszej części siebie nigdy nie ujawniłeś.

Chłody nigdy mnie nie opuszczajcie chcę być w środku waszego odrzucenia
Chłody wyprowadźcie ze mnie człowieka o jasnej twarzy wymawiajcie jego twarz
By być bliżej was by stanąć vis a vis nieuniknionego
Wyprowadźcie ze mnie wszystkie stada wilków niech pędzą za światłem księżyca
Chłody znaczcie drogę szczurom by odnalazły swoje domy

Moja mądrość podobnie jest lekceważona jak chaos

Chaos przybywa w odpowiednim momencie, gdy czas i przestrzeń zaczynają do siebie nie pasować. Gdy czynią wszystko, by o sobie zapomnieć. Ale chaos to kraina dzieciństwa, wąska ścieżka, na której leżą wszystkie skarby świata: liść, na którym spaceruje ślimak znacząc białe hieroglify pozaziemskiego języka, albo ważka, która trąca taflę jeziora, by przebudzić wodne wróżki, albo igła sosny, na której ważą się losy świata, albo księżyce, które stoją na baczność jak żołnierze, albo kamyk, w którym jest dusza jakiegoś króla, albo rzeka, porzeczkowa rzeka, dlaczego porzeczkowa? Był jeszcze dzieckiem, gdy napisał dwa Listy Jasnowidza. Listy do swojego wiejskiego nauczyciela. W tym człowieku znalazł to odpowiednie Ty, do którego mógł zaadresować nie tylko kopertę, ale swoje walki z przeznaczeniem. Słowa wydobywały się z niego niczym wodospad, niczym rzeka rozpędzona gwałtowna nawałnicą. To musiała być noc, jedna z tych nocy, w których wychodzimy ze swoich codziennych uniformów i scalamy duszę z duszą świata. Listy Jasnowidza, ja: dwie księgi, które być może odczytają za kilka tysięcy lat. Te dwa nietknięte przez ludzką schematyczność teksty, w których kryje się jakaś tajemnica. Może tajemnica wejrzenia po raz pierwszy w poezję? Głosy z głębi ciemności, głosy z głębi oceanu, głosy z głębi nocy, głosy z głębi świata. Czy wiedziałeś z którego świata? Czy rozumiałeś, czym była ta ciemność? Czy przeczuwałeś, że ten ocean prędzej czy później może cię pochłonąć? Tylko ta noc, którą zawładnąłeś i która zawładnęła tobą.

(…) o dni dzieciństwa! Ciało, skarb na roztrwonienie

Byłeś jeszcze dzieckiem, zadziornym, przekornym gówniarzem, któremu wszystko jedno, gdy zmierzyłeś się z koniecznością własnego losu. Byłeś dzieckiem, któremu wszystko wolno, ale czy byłeś dziecinny? Dziecinna, być może, była wiara w poezję, choć tak naprawdę ani przez chwilę w nią nie wierzyłeś. Po prostu chciałeś ogarnąć coś, co jest nie do ogarnięcia. Słowa były dla ciebie jedynym sposobem by wejrzeć w jakąś całość, która wymyka się za każdym razem gdy zbliżamy się do niej. I byłeś blisko tuż, tuż bez wahania, bez wątpliwości, bez niepokoju dostrzegłeś tę bliskość, która delikatnie dotyka, ale wciąż jest niewidoczna. Ta bliskość, która pozostawia trwały ślad gdzieś głęboko, gdzieś głęboko w tobie zaiskrzył inny, bajeczny świat zwierzeń i obietnic nie z tego wieku. Byłeś jeszcze dzieckiem gdy stałeś się dorosłym. Ochrypły kobiecy głos, który hipnotyzuje. Ten głos kobiety, który prosił o szklankę wody, a ty palcem pokazałeś na kroplę deszczu. Ten głos kobiety, który wołał cię z daleka, a ty powiedziałeś, że jesteś kimś innym. Ten głos kobiety, który nosiłeś pod skórą. Coś ci mówiło: zaryzykuj, przekreśl przeszłe. Zaryzykuj: piętnując to, co poprawne i perfekcyjnie przykładne, choćby miało to cię zaboleć, choćbyś miał pozostać sam jedyny, choćby nikt nie chciał podać ci ręki. Zaryzykuj: sztuka jest ryzykiem, które trudno sobie wyobrazić. Ryzykujemy bezpieczny modelem rzeczywistości zastępując go siatką znaczeń, które obnażają i wysławiają niemożliwe. Misternie utkana sieć metafor. Sieć, którą zarzucasz na każdy przypływ tego, co zbyt łatwe, zbyt płytkie, zbyt leniwe, by oderwać się od złudzenia lojalności i egzystencjalnego ciepła. Nie chciałeś niczego zatrzymać przy sobie, chciałeś być wolny i w okrutny sposób obdarzać wolnością. Lepiej zostawiać po sobie ruiny niż fasady zakłamania. Lepiej zamilczeć niż dawać jakąkolwiek nadzieję ułudzie. Lepiej odrzucić siebie niż przyjmować hołdy fałszywego tłumu. Lepiej zaniechać niż próbować czegoś, co nie przynależy do nas.

Chłody zarysujcie nieznajomy kontur wokół mojej sylwetki niech nikt nie ma do mnie wstępu
Chłody znam was lepiej niż samego siebie
Chłody wołajcie razem ze mną wołajcie do zimnej twarzy księżyca

…Przybywaj, wielka duszo, wzywamy cię, czekamy. — Z listu Verlaina do Rimbauda

To nie Verlain ciebie uwiódł, ale Paryż. Paryż i czas. Światła w zaułkach uliczek, które były bardziej pijane od ciebie. Tamta chwila, gdy go po raz pierwszy zobaczyłeś. W snach? W myślach? W marzeniach? W wierszu? Jakbyś zniewolił strategię lustra. Powtarzalność, która jest tylko kolejnym odbiciem. Co bardziej widziałeś Verlaina czy właśnie tę chwilę? Te wszystkie momenty, które złożyły się na wasze spotkanie. To nie Verlain ciebie uwiódł, ale ty Verlaina. Zresztą – czy to jest ważne? Właściwie nie wiadomo co was bardziej łączyło poezja czy ciało? Ale poezja staje się ciałem a ciało poezją. Tekst jest ciałem, które upomina się o bliskość, o czułość, o zrozumienie, o pragnienie, o uczucie. Tekst, który uwodzi, kokietuje, pożąda, mami, oszukuje, żartuje. Ale twoje wiersze były jak celnie wymierzony cios. Żądła sprawiedliwości. Żądałeś od tekstu wiary w rzeczy niemożliwe, by przeobrażał się w kamień, którym mógłbyś rzucić w to, co święte, by płonął i płomieniem spopielał wszystko, co fałszywe. Pragnąłeś, by liście były fioletowe, a niebo płomieniem….I nie wiadomo jakim sposobem teksty były ci posłuszne. Szły za tobą jak psy. Może dlatego od nich uciekłeś. Ten moment, gdy zapisane domaga się od nas jakiejś postawy: autentyzmu przeżyć. Zapisane dąży do jakiegoś komentarza, jakiegoś „tu i teraz”, jakiegoś natychmiast: jakby zatrzymania w pół biegu. Naraz zapisane staje się jak ręka, którą wyciąga w twoją stronę, abyś podzielił się sobą, abyś odstąpił jakiś fragment siebie. To moment, w którym zapisane zaczyna górować, zaczyna żyć własnym życiem, zaczyna nową opowieść o tobie. O tobie, który już jest kimś innym.

Przywykłem do zwyczajnej halucynacji: z największą łatwością widziałem meczet w miejsce fabryki, szkołę doboszów prowadzona przez anioły, kolasy na wszystkich drogach nieba, salon w głębi jeziora; potwory, misteria; tytuł wodewilu piętrzył przede mną koszmary

Co było bardziej niebo czy ty w tym otwieraniu oczu na niemożliwe
Dni miesiące lata by przetrwać by być wciąż bliżej
To coś co było potężniejsze od nas rozświetlało każdy milimetr drogi
Abyśmy mogli z bliska przyjrzeć się ostateczności
Ramiona w których nie można złapać oddechu
Pamiętam zmierzch gdy rozbiło się lustro
Czas mieścił się w garści

Jeśli księżyc stałby się cyferblatem jaka byłaby na nim godzina?
Wskazówka stawania się prawdziwym zatacza coraz większe koła
Przekraczasz horyzont i wyznajesz: wreszcie dotyk przeczuwany dotyk
Tak bardzo jak bardzo jest ten krajobraz lekcja świata: wzór matematyczny
Boje się go zrozumieć że zniknę

Wywabialiśmy z kryjówek węże chcieliśmy niebezpieczeństwu patrzeć
Prosto w oczy przekonać się czym jest ta samotna walka o wszystko

(…) spodziewam się, że zostanę arcyzłośliwym szaleńcem

Posługiwałeś się szaleństwem jak trudnym do udźwignięcia instrumentem, by burzyć, zdobywać, burzyć, obnażyć imitację ładu, podważyć harmonię, która dla ciebie brzmiała obco i fałszywie: poezja była szaleństwem, miłość przemieniłeś w szaleństwo, życie stało się dla ciebie szaleństwem. Ten gest szaleństwa być może był desperacką próbą ratowania wiarygodności, jakiejś autentycznej części własnego ja. Szaleństwo, które było nędzą czy nadmiarem? Nędza: dociekanie własnego, nie-własnego głosu. Liczenie drwin konieczności, liczenie każdego uśmiechu na szkaradnej twarzy przeznaczenia. Do szaleństwa trzeba dorosnąć. Czy dorastałeś w obcym, w odległym, w niczyim do własnego rodzaju szaleństwa? Szaleństwa, które pochłania wszystko, co wiadome i budzi mnóstwo niedokończonych snów. Szaleństwo, że w życiu o nic nie chodzi, szaleństwo, że w zasadzie banał za banałem, szaleństwo, że przyziemne ma zawsze ostatnie słowo. Szaleństwo było twoim sposobem na życie, na przeciwstawianie się, na przeżycie, na zaistnienie, na ukazanie, na wypowiedzenie tego, czego chciało nie tyle twoje serce, co trzewia. W każdym geście upominałeś się o szaleństwo, bo tylko szaleństwo mogło usprawiedliwić brak, który przeczuwałeś. Brak, który nosiłeś na swoich ramionach. Stąd twoje głody, uczy głodów i osiołek, na którym podróżuje jakaś zagłodzona na niewidzialność Anna. Być może ona była tobą, ta mała dziewczynka, która w tobie pokutowała. Ta dziecinna chęć wykradzenia tego, co nieuchwytne i niewysławialne. I zostałeś złodziejem. Jasnowłosym chłystkiem, który bezkarnie wykrada to, co można wykraść tylko ze snu. Złodziejem, który nie wie, co zrobić z tym, co ukradł. Dziecko w tobie, ta mała zgłodniała Anna, która zdumiona darem, nie wie jak się nim posługiwać. Ta infantylna chęć przywłaszczania wszystkiego, co nie należy do ciebie. Ta chęć zawłaszczania gwiazd i nieba. Ale nawet wtedy gdy je wszystkie miałeś pod ręką, nonszalancko z wyrzutem, że tak łatwo otrzymałeś, rozrzucałeś jakbyś chciał razem z nimi pozbyć się siebie.

(…) jedyna sposobność by wyzwolić zmysły

Odnaleźć sposób na pozbycie się siebie, na spotkanie samego siebie, ale pod inną postacią. Jak wyostrzyć widzenie, jak wyostrzyć słuch, jak wyostrzyć dotyk, by odnaleźć siebie, znów siebie, innego siebie między milionem anonimowych twarzy, między milionem takich samych gestów. Ustami zmierzchu wypowiadasz to, co niewypowiedziane. Ustami zmierzchu wypluwasz jad, który ktoś pozostawił na twojej skórze. Ustami zmierzchu chciałbyś pocałować kwiat, którego nie ma na ziemi, ustami zmierzchu zaśpiewać choćby jakieś minione: ucieleśniane w nagłych przebłyskach wyobraźni. A potem zauważasz siebie i wtedy karmisz usta zmierzchu, karmisz je swoimi ustami, karmisz je swoim potem, karmisz je wszystkim do czego zdolne jest twoje ciało. „Ja to ktoś inny”. Ktoś inny, kto być może nawet ciebie nie zna.

Włóczyłem się – z rękoma w podartych kieszeniach

Wciąż w drodze, ale każda droga jest jak wyzwanie czegoś, czego należy się pozbyć. Nie mogłeś znieść tej celowości dróg, że zawsze zmierzają w jakimś wiadomym kierunku. W swoich podartych portkach i powyciąganej marynarce włóczyłeś się niewyobrażalnie sam: niedostępne rejony twoich odczuć. Włóczyłeś się, by się zagubić, by nikt nie mógł cię odnaleźć, by nigdy nie wracać do samego siebie. W zagubieniu odnaleźć mniej, to mniej, co nie daje ci szansy, co nie pozwala ci usnąć, co nie daje ci chwili wytchnienia. Włóczyłeś się oddalając się, wciąż oddalając się. Od czego? Od kogo? Byle być dalej i dalej. Unaocznić w sobie więcej, i tym więcej odsłonić naprężoną cięciwę zmysłów. Włóczyłeś się tylko dla samego włóczenia się, ot tak, bez celu, bez jakiegokolwiek znaczenia, byle dalej, przed siebie, przeniknąć zawoalowaną dal, za którą nieśmiertelna samotność przywołuje głosy z dalekiej przeszłości, wniknąć całym sobą w tajemnicę niewyobrażalnej dali, przed którą ciemność nieujawnionych namiętności. Wokół zmienne i niezmienne, horyzontalne i wertykalne: dwa czasy, dwie przestrzenie jednego i tego samego słowa, które wciąż trwa. Datowanie czegoś, co obywa się bez dat, zawłaszczanie kogoś, kto nigdy nie dotknął stopą ziemi. Przepaść? Rozbudowana konstrukcja nieprzynależności, monumentalizm wyobcowania, nieprzerwana, monotonna mantra odchodzenia, pożegnanie pożegnań. Coś, czego nie można ująć słowami, a jednak próbujesz to nazwać, próbujesz to zaczarować słowami, próbujesz to okiełznać wierszem, próbujesz oswoić nazywając od początku i jeszcze raz od początku. A nazywając stopić się w jedno z nazwanym. Być może poskromiłeś to coś w nieokiełznanym rozrywaniu ran. Czeka nas jeszcze wiele dróg, wiele widnokręgów, wiele bezsennych nocy, wiele rozstań i wiele ugodzonych krwią poranków. Węgiel słów, który podpalamy by było nam cieplej. Węgiel uczuć, które spopielamy, by przeczekać kolejną noc. Noc jakby nigdy nie miała końca. Noc, gdy zasypiasz i noc, gdy budzisz się. Jednoimienna noc, bez kształtu i bez snów. „Ta noc przecież kiedyś musi się skończyć” – ktoś próbował zatrzeć jej grozę, jej nieuchronność, jej wielkość, jej niebotyczną potęgę, jej siłę, w której nie ma już miejsca na to, co ludzkie, nie ma też miejsca dla ciebie, nie ma miejsca na nic stałego, ani pojedynczego. Noc zachłanna, to ona oddzielała rzeczywistość od patrzenia jak mięso od kości, to ona wzbierała w twoim krwioobiegu niezliczoną ilością obrazów, które trawiły cię od środka, to ona zabierała cię nad brzeg jakiejś rzeki i tłumaczyła, że choćbyś wskoczył do niej setki razy zawsze wypłyniesz na ten sam brzeg. Noc, ludzie jak ćmy wchodzili w zasięg twojego wzroku, wzroku twoich wierszy, wzroku twojej rozpaczy, wzroku twojej porażki. Bo twoja porażka jest światłem – rozognionym punktem na mapie nieba.

Chłody zapalcie dla mnie lodową górę by skrajności stały się jednym
Chłody wyproście deszcze które ugaszą płomień mojego ciała
Chłody zapalcie światła w oknach opuszczonych
Chłody błagajcie mnie o więcej wtedy i ja będę was błagał by bardziej

Śmierć bez łez, nasza dzielna córka i służka, zrozpaczona Miłość i piękna Zbrodnia wyją w ulicznym błocie

Rozpacz jest naszą jedyną podporą, ceną za ukazywanie siebie. Zmagania ponad ludzkie siły: Chcesz zapytać kogoś obok, nie siebie, co znaczą głosy samobójców. Te minione dni, którym ktoś poderznął gardło. Negowałeś dobro, bo wiedziałeś, że w ludzkim wymiarze bywa obłudą. Parawanem, za którym usprawiedliwia się wyrządzone krzywdy. Wygodnym instrumentem, by żonglować grą pozorów, posłuszne i nieświadome narzędzie w rękach oszczerstw, złorzeczeń, zakłamania, niewierności. Idealny sposób na zatuszowanie tragedii i dramatów. To trywialne interpretowanie dobra, to spłycanie jego boskich cech, to pozbawianie go pozaziemskiej obietnicy. Wynegocjowane dobro, do którego można czuć wstręt. Wyuczone dobro, któremu nie można ufać. Wyliczona racja dobra w całodobowym repertuarze, która na odległość trąci fałszem. Prawdziwe Dobro bywa okrutne, nie zna uczucia litości ani przywiązania. Jest czystą odmianą wolności. Wolność dawania bez umiaru i bez ograniczeń. Dobro nie oczekuje niczego w zamian. Dobro ma coś z pogodzonego mędrca lub spontaniczności dziecka. Bezbronna dobroć, ale czy bezsilna? Jej przezroczystość jak skrzydła ważki delikatnie uderzają o powierzchnię zdarzeń. Dobroć jest nieuchwytna. Wywołujesz siebie jak pokutujące duchy. Wywołujesz siebie na środek sceny, której nie znosisz, to wesołe miasteczko, w którym wszyscy bawią się, nie wiedząc jaka to zabawa, ale trzeba dotrzeć do sedna tej zabawy by pisać tak jak ty pisałeś. Ty – dziecko, ty – starzec, ty – mędrzec, ty – szarlatan, ty- skurwiel, ty – chuligan, ty – czarodziej, ty – wizjoner, ty – ekwilibrysta, ty – oszust.

Chłody paście się na moich niedotykalnych rozpaczach
Chłody radujcie się bo nikogo nie ma przy mnie i nie mam niczego
Chłody dopowiadajcie dopowiadajcie by brać was garściami do wiersza
Chłody wasze blade policzki mają kolor gwiazd które spadają

Żywiłeś odrazę do wszystkiego, co poprawne i przeciętne. Do tych pudli słowa zagłaskanych na śmierć duchową. Do tych przylizanych wierszy, które okłamują same siebie. Do tych asekuracyjnych oznak uwielbienia. Do tych fałszywych formułek wypowiadanych na każdym rogu ulicy. Do tej skomlącej psiarni, która prosi o przyjaźń, miłość, czułość, pieszczotę. Twoja odraza była swego rodzaju okrucieństwem: brutalnym egzekwowaniem prawdy. Prawdy czasów i prawdy o człowieku. Prawdy poezji i prawdy myśli. Prawda jest poza zmysłami. Dlaczego w tej prawdzie tak trudno było ci odnaleźć miejsce na miłość? Czy współczułeś? Czy litowałeś się? Te służalcze pojękiwania: proszę, dziękuję, przepraszam, zaraz, natychmiast, już, oczywiście. Masz wrażenie, że czas stoi w miejscu, a ty zastygasz na jakiejś przekoloryzowanej fotografii między smrodkami uprzejmości i falą wytresowanych uśmiechów – beznadziejne chodzenie na smyczy posłuszeństwa. Zawsze mówiłeś: Dość! Ca suffit! Może dlatego zdobyłeś się na ten gest: kopnięcie staruszki, by wreszcie coś mieć za sobą, by przerwać papierową maskaradę. Nie byłeś ani sługą, ani panem, więc kim?
Ile statków obłąkanych cumowało na brzegach twojej wyobraźni: otwarte – zamknięte księgi, które istnieją gdzieś w zagłębieniach jakiegoś nieokiełznanego błękitu. Ile wędrówek, by odrzucić to do czego zmierzałeś, ile razy odwracałeś się na pięcie i szedłeś w przeciwną stronę? Ile razy przeczyłeś ty niespokojny duchu przeczenia, by przezwyciężyć siermiężne zwroty bez udziału ciała. Ile razy wiedziony na pokuszenie robiłeś wszystko, by temu pokuszeniu się odwdzięczyć, bo w tym co kusiło odnajdywałeś kolejny próg do przekroczenia. Walczyłeś o trwanie czy przetrwanie? Poprawność, która ogłupia, zniewala, usypia. Poprawność, która dyga jak grzeczna panienka na jakiejś prowincjonalnej scenie. „Piosenki grzecznych panienek” te śliczne, podmalowane teksty z pensjonarskim rumieńcem. Te papierowe teksty, w których szeleści płytki nurt powierzchowności.

Od dawna chwaliłem się, że zawładnąłem wszystkimi krajobrazami, jakie tylko są możliwe (…)

Krajobraz jest synonimem rozłąki. Krajobrazy – cmentarzyska rozstań. Wielkie, nieskończone równiny pożegnań. Ile razy rozstawałeś się sam ze sobą? Ile razy żegnałeś miłość, by żadne z uczuć nie miało do ciebie wstępu? Ile razy jeden krajobraz zastępowałeś innym? Ile razy przywoływałeś krajobraz dzieciństwa? Ten krajobraz, który był jak wymagająca mamka, jak kołyska, która wykołysała w tobie tkliwość, żarliwość, odwagę. Pejzaże ciągłych ucieczek, czy miałeś czas, by je nazwać? By spojrzeć im w oczy? Krajobrazy jak barykady stawiane między tobą a nadchodzącym. Krajobrazy, które wypalały się w twojej wyobraźni, by przeobrażać się w nowe krajobrazy. Krajobrazy o nadludzkiej urodzie, nie do zniesienia nawet przez wszechświat: na twoich oczach rozpadał się. Jak sen, w którym odnajdujesz się na innej planecie. Planecie, gdzie niebo jest różowe a drzewa tworzą nieskończone korytarze. Krajobrazy można kolekcjonować. Można też posiadać swój krajobraz – talizman: widok na łąkę i las i asfaltową drogę prowadząca do czegoś, do czego wciąż tęsknisz. Ta droga, która zaczyna się w tobie, chcesz nią iść bez końca jakbyś szedł na spotkanie samego siebie. Talizman – bo zobaczyłeś siebie jak idziesz obok przyjaciela. Ten trzyma cię za rękę, by uprzytomnić ci, że jest obok, blisko, że nawet gdy go nie będzie przy tobie to i tak jakby był. Uczula cię na dotyk, który jest braterski bez cienia wątpliwości i bliskość rozumiejącą, choć sama w sobie jest nie do zrozumienia.

(…) i kiedy włóczyliśmy się, nasyceni winem z pieczar i sucharem wędrówki, spieszyłem się, by znaleźć miejsce i formułę

Spotkanie Verlaina i Rimbauda, które na zawsze zmieniło oblicze literatury. Co było istotą tego spotkania? Tysiące razy kogoś spotykamy, ale to nie jest spotkanie, raczej rodzaj mijania się. Kiedy następuje spotkanie, które jest olśnieniem, wybuchem, scaleniem? Spotkanie utkane ze współodczuwania, współbycia, współobcowania. Spotkanie, w którym słychać wołanie: będziemy braćmi, nigdy nigdzie nie zakotwiczonymi. Nasze metafizyczne kryjówki nie zostaną odkryte, nasze przerażające pustelnie cuchnące brudem i nędzą, ślepy oczodół czasu nie zauważy naszej bajecznej samotności, naszej złowieszczej łamigłówki, bezbożnego rysowania znaków na płaskiej powierzchni zdarzeń, ubywający, zniekształceni, nieporuszeni. Odmieniając – nie odmieniamy. Nie odmieniając – odmieniamy. Z nakazem chwili, która wynurza się jak żarłoczny jęzor tygrysich skoków. Jego pazury jak słowa spływają krwią po naszych ciałach, te bolesne zadrapania obdarte z tego, co ludzkie. Nasze twarze obrzucimy obelgami tych, którzy łaszą się do naszych stóp. Będziemy brzemienni w odkrywanie nowych słów, brzemienni w rozpacze wyprowadzone na jałową ziemię wielkich miast.

Chłody rozstawcie wokół mnie tamy niech nie docierają żadne rzeczy wiadome
Chłody uczulam was na piękno które trudne jest do zniesienia
Chłody wesprzyjcie się na moich ramionach pójdę z wami wszędzie gdzie mnie oczy poniosą

Szukał jakiejś własnej strony świata, ale żadna ze stron go nie chciała. Być może zbyt wiele wymagał, zbyt wiele oczekiwał, zbyt wiele. Czym był sam dla siebie jeśli patrząc na ludzi widział tylko ich nędze. Ten szalony szesnastolatek był niczym przebudzony, błąkał się od jednej myśli do drugiej, ale żadna z jego myśli nie chciała go poprowadzić do schronienia. Błąkał się z jednej ulicy na drugą, ale każda z tych ulic bała się być tą jedyną. Może rue de Bucy, na której piłam gorąca czekoladę i patrzyłam w lukarnę, w której sto lat wcześniej pojawiała się postać Rimbauda? Kawałkować świat, ćwiartować mięso rzeczywistości, by zaglądać do trzewi, do kości codziennego. Kawałkować i nigdy nie dać szansy by wezbrała jakaś przypadkowa i fałszywa całość. Kawałkować schematy lojalności i przyzwoleń by w tym pokawałkowanym świecie zaprowadzić swój własny, niekontrolowany ład. Porządek bez uporządkowania, ład chwiejny i niestabilny. Oby tylko nigdy nie zostać zakładnikiem tego, co pewne, zdanym na łaskę i niełaskę zbiegów okoliczności. Wyczekiwanie na lepsze, to upokarzające wyczekiwanie: wychodzenie naprzeciw swojemu losowi: jacyś panowie w czerni swojego ostatniego słowa, jakieś kobiety w bieli swoich niespełnionych marzeń. Nigdzie nie znaleźć schronienia. Nigdzie i nigdy nie zaznać własnego miejsca. Poruszać się od domu do domu, od pokoju do pokoju, od nory do nory, od miasta do miasta, od kraju do kraju. Zapominać adresy. Zapominać, że gdzieś, kiedyś. Każde schronienie jest jak obelga. Czymś zbyt łatwym, zbyt przyziemnym, zbyt ludzkim. On nie chciał być ludzki.

Doskonałe i nieprzeczuwalne istoty poddadzą się twoim doświadczeniom

Wychodzenie poza kondycję ludzką to postawa bohaterów tragicznych. Ale przecież bywają w życiu sytuacje, w których musimy stać się czymś więcej niż ludźmi. I nie wiadomo co jest trudniejsze do zniesienia: ta sytuacja czy bycie czymś więcej. Czy Rimbaud jest bohaterem tragicznym? Chyba nie, być może dlatego, że swoją poezję okupił życiem. I jest w tym pewna zagadka: kto kogo zawłaszczył: poezja życie, czy życie poezję? Sztuka artystę czy artysta sztukę? Przekraczał kolejne granice z potworną świadomością, że za każdą granicą jest kolejna granica uderzająco podobna do granicy, którą już przekroczyliśmy. To jakby ciągłe wchodzenie w kolejne odbicie w lustrze. Bo nawet gdybyśmy odnaleźli klucz to i tak nie otworzymy tych drzwi, bo te drzwi są jedynie odbiciem w lustrze. Czy mówię prawdę? Kłamię – czy ty też kłamałeś? Kłamię, bo to co jest tym więcej nie może być zapisane. Kłamię bo opisać te drzwi jest rzeczą niemożliwą. Kłamię, kłamię, kłamię bo nie potrafię dotrzeć do samej siebie. Kłamię bo inaczej skazałabym na gest: inscenizację wydarzeń, które zagarniają cały wszechświat. Kłamię nawet gdy milczę. Kłamię, bo prawda byłaby jak śmiertelny cios. Skłamać czy przemilczeć? Przemilczeć znaczy otworzyć się na więcej. Wyjawić sny komuś, komu zaprzeczamy. Liczą się chwile, w których czułość przełamuje przestrogę.

Chłody rozwińcie skrzydła niech ich cień zabierze tę resztę słonecznego blasku
Chłody zakotwiczcie u moich stóp niech rozpoznam w was swoje własne głębiny
Chłody wciąż milczycie stając się bardziej chłodnymi
Niech i tak będzie milczcie tak długo jak długo ja będę do was mówił

Nie mogę pojąć buntu

Buntownik to spazmatyczny śmiech uwikłany w cudze wątpliwości. Rywalizacja ze zdarzeniami. Uzmysłowienie tymczasowości realnego. Był buntownikiem jak każdy, kto broni się przed goryczą dojrzałości. Dojrzałość w łachmanach straconych złudzeń, marzeń i snów. Dojrzałością skazana tylko na byt i bierne uczestniczenie. Ale bunt też bywa łatwowierny, a nawet naiwny. Bo młodość jest naiwna. Bunt? Więcej – był anarchistą sztuki. Obiecywał sobie i czytelnikom wolność: słowa jakby z innego wymiaru, myśli jakby wbrew oczywistości. Nie potrzebował wzorców, ideałów, autorytetów. To on był kapitanem tego statku, który wcale nie musiał być pijany. Być może bardziej pijany był Verlain w chwili, gdy do niego strzelał. Czynić wszystko, by zostać potępionym i podziwianym zarazem. Czynić tak, by zrozumiała nas zaledwie garstka ludzi. Czynić tak, by inni mieli żal i pretensje. Czynić tylko i wyłącznie po to by ranić: okrucieństwo, które jest porażającym pięknem. Być każdym, by raniąc ranić też siebie. A każda rana otwierała się odkryciem krainy, gdzie leżały drogocenne kruszce. Być każdym, by w tym każdym dostrzec to, co nienawidził w sobie.
Anafory nienawiści. Szeroki oddech sprzeciwu. A nienawidził wszystkiego, co go ograniczało. Nienawidził siebie, bo czuł w sobie ograniczenie, nienawidził Verlaina, bo czuł, że ten chce go okiełznać, nienawidził poezji, bo wiedział, że jest jak dziwka na usługach składni i gramatyki, sprzedająca się za parę głupich krytycznoliterackich frazesów, nienawidził ludzi, bo wiedział, że odbija się w nich jego własna nędza, nienawidził kobiet, bo znał ich miłosne krzyki, nienawidził mężczyzn, bo przypominali mu o jego własnej podłości, nienawidził miłości, bo była dla niego łaszącym się do nóg stworzeniem, nienawidził nienawidzić, bo wiedział, że każda negacja jest bezsilna, nienawidził swojego losu, bo przeczuwał, że jest nieznośnie oczywisty i byle jaki. Nie szukał pocieszenia, gardził każdym odruchem współczucia. Gardził – bo znał motywy i intencje tych zachowań. Stylistyka fałszu w najlepszym, dobrotliwym wydaniu. Arcyludzki błąd, który tak lubi pociągać za sznurki. Wiedział, że łagodność jest po to by zawłaszczać do siebie, litość, by zniewalać. Nie istniała dla niego celowość. Rozproszony i wyobcowany. Żaden dzień, żadna noc nie była kalkulowana. Być może kierował się jedną zasadą: czynić wszystko, co nieprzewidywalne, nieprzemyślane, nieuchwytne. Nie wracać. Uciekać. Uciekać. Uciekać. Zatrzaskiwać za sobą drzwi. I zawsze na zawsze.

Chłody pora na wejrzenie
Chłody znam to spojrzenie to jedno jedyne spojrzenie nocą
Chłody wyproście jeszcze jedną noc chłodną i zimną
Chłody czekam was na każdym rogu ulicy wiem że nieustannie błąkacie się blisko mnie
Chłody to sobą ubieracie każdego przechodnia

Zaintonować sprzeciw na miarę naszych czasów. Odmienić go we wszystkich przypadkach i osobach. Powołać do życia znaczenia, o których nikomu się nie śniło. Sprzeciw nie z tego świata. Blizny, które nigdy się nie zagoiły. Rany, które nigdy nie wybaczą. To ty umiałeś zagrać na strunach sprzeciwu. Twój instrument pełen symboli i punktów odniesienia. Symbolizm bardziej samego instrumentu niż tego, co ten instrument intonował. Znałeś to diablo niebezpieczne zajęcie: pokonywanie iluzji. Pokonać iluzję to pokonać samego siebie. Ale to nie jest celem. Uchwycić nieuchwytne? Nie zgadzałeś się, że dzień jest dniem a noc nocą, nie zgadzałeś się, że ktoś jest syty a ktoś spragniony, nie zgadzałeś się by być kochanym i że powinieneś kochać. Sprzeciw, który rozogniałeś każdym kolejnym wierszem. Metafora ma coś z ryzyka, ustala własne hierarchie i oczywistości, wciąż ryzykowałeś, ryzykowałeś by niszczyć to co akademickie i wyjałowione. Ujawnić fałsz i powierzchowność. Ujawnić, zdemaskować, zaprzeczać, nie wyręczać innych w tej irracjonalnej harówce. Nie chciałeś żadnych ustępstw. Prozaiczne ustępstwa, których doświadczają strachliwi wyrobnicy jałowych godzin. Być na sposób jedyny i niezastąpiony. Twój głos, który pozostawiałeś na polnych ścieżkach Charleville i na pełnym morzu, w cuchnących uryną norach i na salonach, na otwartej przestrzeni i w czterech ścianach. Twój głos, który wchodził głęboko w każdy przedmiot, twój głos odczytujący historie z ludzkich twarzy, twój głos przywołujący złe duchy, twój głos, skarb rzucony na dno morza.

Chłody wejdźcie głęboko pod moją skórę niech tuczą kogoś kto jest osierocony
Chłody wykrzyczcie za mnie samotne nadzieje z których jeszcze nie powstał mściciel
Chłody zadomowione w moim każdym słowie wypłyńcie na ulice

Przywrócono mi moją powinność

Zarżnięte szczenięta świtu. Nietykalność myśli. Kto słucha głosu poety? Kto poecie powierzy zaawansowaną sprzeczność świata? Kto przywoła logikę metafory? Nasze życie jest parafrazą pierwszego dnia stworzenia. Gdy ciemność przejrzała się w jasności. A jasność nauczyła się wszystkich odcieni ciemności. Pierwsza sprzeczność, od której zaczął się bunt.
Bunt zawsze i wszędzie, nigdy i nigdzie nieustające wołanie. Wołanie: „Źródło każdej rzeczy leży gdzie indziej!” Dotrzeć do samej istoty tego beznadziejnego zwierzenia to poddać się próbie przetrwania. Każda okoliczność, którą trzeba odrzucić. Każdy przejaw pogodzenia, który trzeba zwalczyć. Nie ma już miejsca na słowo czy gest. Bezbrzeżne wołanie, nad którym stada ptaków domagają się, by nadać im imiona. Wołanie o prawdę, która jest poza domysłami i przypuszczeniami. Wołanie jest organicznym naczyniem, w którym pulsuje krwioobieg świata. Wpuścić do krwioobiegu kilka kropel prawdziwego. Zakazić krwioobieg gniewem, który nie zna miary. Gniew jest wymagający, potrzebuje odwetu, potrzebuje zemsty, potrzebuje kary. Kary za każdy stracony uśmiech, za każdy stracony dzień, za każdą straconą nadzieję. Nie jest to wołanie, na którym ciąży znamię bezradności: oczekiwanie, pragnienie, podążanie. Nie jest to wołanie, które zagarnia litość świata, nie jest to wołanie, które jak echo wszystkich rodzajów rozpaczy prosi o odpowiedź, nie jest to wołanie o przyzwolenie, które błaga. To wołanie bez iluzji otrzymania czegokolwiek w zamian. Wołanie by zatrzymać, wyostrzyć, ukazać. Wołanie, które jest jak nakaz: bluźniercze odrzucenie prawa do samego siebie. Wołanie wywołane milionem wykrzyczanych „zostań” lub „wróć”. Być może wołanie jest paradoksalnie niemą modlitwą. Modlitwą do czegoś, co istnieje nie istniejąc. Wołanie?

Przywołuje wszystkich, którzy nie boją się stanąć twarzą w twarz z Nienazwanym.
Przywołuję tych, którzy stracili wiarę w rzeczy niemożliwe.
Przywołuje odrzuconych, poniżonych, samotnych by poezja stała się dla nich schronieniem.
Przywołuję przyjaciół, których kocham, choć nigdy nie poznałam ich imion.
Przywołuję tych, którzy mnie nienawidzą, by spojrzeli prosto w oczy mojej poezji.
Przywołuję skały, by nauczyły mnie braku odczuwania.
Przywołuję kamienie, by odebrały mi kamień, który wciąż mi ciąży.
Przywołuję wiatry, by wciąż mnie kochały tak jak mnie kochają.
Przywołuję wody, by zmyły to co przekłamane i ukazały prawdę.

Bunt nie jest ani odpowiedzią ani pytaniem. Wyprzedza fakty, które ktoś usiłuje ustalać.
Przejaw zdrowego rozsądku, który posługuje się brakiem rozsądku. Poza dyskursem. Niekiedy zawłaszcza „nie”, ale jakby zaprzecza temu „nie” zakładając, że siła tego „nie” jest niewystarczająca. Niekiedy zawłaszcza „tak”, by uwydatnić złudne i nieprawdziwe konotacje tego „tak”. Bo zawsze w zaprzeczeniu tkwi jakieś twierdzące „tak”, a w każdym „tak” tkwi negujące „nie”. Precz z posłuszeństwem i jego odmianami. Posłuszeństwo – ten blichtr i fasadowość i ich niewdzięczni wyrobnicy z żalem do straconych nadziei i metafor.
Przystawanie na tym, co zostało nam odebrane. Ale odebrać można tylko to, co nie należy do nas. Zawłaszczanie rozgrywa się w sferze materialnej, podczas gdy to, co istotne uosabia to co nieuchwytne. Tracenie, nieustanna odyseja tracenia. Tracić to wyzwalać się, wyodrębniać, przeciwdziałać. Tracić to pozbywać się zbędnego balastu. Żadne przywiązanie nie może nas zagarnąć. Żadne uczucie nie potrafi oswoić. Bunt – ta dzikość serca jest rodzajem religii, sztuka – ta dzikość umysłu jest rodzajem religii. Oddanie jakiego wymaga praca twórcza jest porównywalne do oddania religijnego: bez reszty i bez jakichkolwiek wątpliwości. Oddanie, które jest oddaniem złożonym z własnego życia.

Chłody nie chcę byście usprawiedliwiały moje błędy
Chłody nie stawajcie w mojej obronie chcę być sam i tylko samotnie walczyć ze wszystkim
Chłody nie obawiajcie się bo jednak znam was i wciąż jesteście przy mnie

Kaskada szumi za budami opery komicznej

Świat był dla ciebie bajeczną operą – czy wiedziałeś, kto gra jaką rolę? Czy wiedziałeś kto jest suflerem, kto chórem, a kto podnosi i opuszcza kurtynę? Ta bajeczna maskarada w obecności śmierci. Te aplauzy i tryumfy, które ścielą się pod stopami jak miękkie dywany zwiędłych róż. Stolice znużone błyskami przypadkowych meteorów, obnażone, wyrwane z kontekstu. Przyzwoitość? Kpi z samej siebie? Więzień nocy udaje, że nastał dzień. Dzień przesypuje się między palcami jak popiół ze spalonych kartek z wierszami. Dojrzeć do tej jednej decyzji. Dojść do tego miejsca, gdzie z gestów budujemy mur milczenia. Nonszalancka sprawność obywania się bez uczuć. Słowa zadżumione, słowa gorączkowe, słowa starte z powierzchni ziemi, słowa bankruty, słowa upiory. POECI ZE WSZYSTKICH STRON ŚWIATA PODAJĘ WAM RĘKĘ OD DAWNA UCIĘTĄ. PRZYSIĘGAM WIERNOŚĆ SŁOWU MILCZĄC BO WYRWANO MI JĘZYK. Rozsypane słowa, jak litery bez słów, możecie mnie złożyć od nowa, od początku, od końca.

Chłody wypowiadajcie mnie za każdym razem gdy dotkniecie ludzkiego serca
Chłody które przeszywacie lot ptaków złagodźcie ich zmęczenie
Chłody narysujcie liczbę od której ma początek moje pole płaczu

To wizja liczb. Zdążamy do Ducha. Bez wątpienia, jest proroctwem to, co mówię

Wizyjność. Zobaczyć czy przejrzeć? Zobaczyć to zgromadzić wokół siebie jakieś przedtem i potem, przejrzeć – to uczestniczyć we wszystkich przedtem i potem jednocześnie jakby były jednym punktem. Ten punkt, w którym zbiegają się wszystkie niewiadome. Ten jeden punkt, w którym tętni serce wszechświata. Ten jeden jedyny punkt, do którego dążą wszystkie myśli i wszystkie czyny. Początek nie ma początku. Koniec nie jest końcem. Tu i tam nie istnieje. Tak jak „tu i teraz”, które jest tylko naszym złudzeniem. „Halucynacja słów”. Gąszcze słów, z których wypływają podpowiedzi. Słowa przeobrażane w inne słowa, inne słowa przeobrażane w odpowiedzi. Odpowiedzi: moment, w którym słowo staje się jednocześnie bytem, ucieczką, wyzwoleniem. Domagać się od nich wiarygodności to jak domagać się od drewnianego okna bycia drzewem. Być może bardziej oknem jest drzewo niż okno. Okno drzewa, przez które na chwilę złoty warkocz zmiany rozplątuje sieci. Złoty warkocz, na którym kołyszą się hieny piękna. Jakieś coś, co marszczy się jak suknia przy mankiecie staruszki. Staruszka jest olśnieniem. Mapa jej twarzy. Zmarszczki jak boski napój, który unaocznia gdzie i po co. Staruszka gra w karty zdobywa świat w każdym rozdaniu kart. Słowa-karty. Wciągnięte w sprzeczkę ułomnej historii ludzkości. Słowa zaklęte w nieme kamienie znaczeń, z których nie mogą się uwolnić. Staruszka zamienia się w starca. Władza nad słowami: nagle zauważasz, że niebo nie jest w górze, ale pod twoimi stopami. A może słowa mają władzę nad nami? Słowa jakby nas nie dotyczą, są zbyt wiadome, zbyt oczywiste, zbyt przewidywalne. Zawładnąć tym co nieprzewidywalne, niewidzialne i nieznane. Jak trzy sztuczki zręcznego magika, arcykapłana kolorów i przejrzystości. Jest i nie jest. Wzbiera, ubywa. Słowa, słowa – cóż można wami opowiedzieć? Jesteście wystraszone i zahukane. Słowa, kto ujawni waszą niesłyszalną dotąd melodię? Język „Iluminacji” i „Sezonu w piekle” jest językiem wizyjnym. To język klątw, przepowiedni, przysiąg, obietnic, wyznań. Język, w którym wydarza się nieprzewidywalne. Czy wydarza się to, co mogło się wydarzyć? Jak dotrzeć do treści, o których wcześniej nikt nawet nie śnił? Takiego rodzaju ekwilibrystyki słownej, której nikt nie mógł nawet wymarzyć. Jawność staje w progu. Co z treści chce się uwolnić, a co przyjąć za własne? Metamorfozy. Przejaskrawienia. Zmierzchy. Rzeczy mgliste i nie ujawnione, ukrywające w sobie osierocone uczucia są jak znaki wypalane na skórze, blizny, w których zamieszkują demony przeszłości, tkliwe łzy dorastającej wiedzy do czynów niezrozumiałych i szalonych. „Działanie” jak chciał Rimbaud, ale w jakim kierunku? Gdzie umiejscowione jest działanie słów? Być może kierują w kolejną niewiedzę. Być może są kolejnym etapem upokorzenia. Pisać to trzymać na uwięzi swoją ciemną stronę? To podawać trujący napój swoich wewnętrznych walk? Pisaniem podążać za pierwszym tchnieniem, które przywołuje nas do drzewa, na którym kwitną białe kwiaty. Biel, która ryzykuje banałem: pieszczota chmur, obłoki padają na kolana i są przy ustach jak małe dziewczynki, które czekają na cukierka. Chciałeś wszystko nazwać od nowa, ujawnić nowe sensy, przywołać nowe odczucia nadając temu, co wokół ostrość i odpowiedni kształt. Tak jakby twoje kobiece ręce kształtowały twoją własną, prywatną rzeczywistość. Rzeczywistość pełną przerażających stworzeń, odczuć nie do zniesienia i nie pokochanych nadziei.

Ja to ktoś inny

Zawsze anonimowy, nierozpoznany, ukryty. Zawsze obecny choć nie ma go obok. Zawsze odczuwalny choć nie czyniący. Oto Istota Poezji. Prawa ręka nieba – Ja poezji. To coś, co niekiedy można wyczytać między wersami, to coś, co dąży do nieuniknionego. Wszechobecne ja, które nie ma początku ani końca. Ja, które łączy wiersze wszystkich stuleci w jeden nieskończony wiersz. Poezja Rimbauda zmieniła oblicze literatury, ale czy ktokolwiek zdołał rozwinąć jego koncepcję poezji? Czy ktokolwiek próbował przekroczyć granice swoich zmysłów? Być może jesteś kimś innym, innym od wszystkich ludzi? Być może ktoś zwrócił na to uwagę, ale zbyt był zajęty sobą by wejrzeć w twoją inność. Inne to nie przejawianie się w kimś drugim, ale próba ujawnienia prawdziwego siebie. Przerażenie sobą. Zdumienie a jednocześnie niechęć. Życie jest symbolem, jest znakiem. Symbolem czego było życie Rimbauda? Ktoś mógłby powiedzieć: znamy cię. Ty – żebrak, ty – przeklęty, ty – poeta, ty – nikczemnik itd., ale to właściwe „ty” miałeś tylko dla siebie. Czy kiedykolwiek je ujawniłeś? Czy choć część twojego „ty” pozostała w wierszach? Na ile byłeś obecny w tym, co pisałeś. Na ile to, co pisane było pisaniem ciebie? Ileż razy to ja bezpowrotnie odchodziło od ciebie. Ileż razy powracało w spojrzeniu żebraczki lub w plwocinie jakiegoś szaleńca. Ja sponiewierane przez brak odpowiedniej perspektywy, przez brak horyzontów, przez brak krajobrazów, które wybawiają, odsłaniają, zatrzymują. Przecież nawet ty nie znałeś samego siebie. To „inny”, powracało do ciebie jak refren jakiejś nieuchronności. Refren, który prędzej czy później poprowadził cię na pustynię Abisynii. Potrzeba milczenia to potrzeba pustyni. Zrezygnowanie z siebie to potrzeba odejścia od wszystkich ludzi. Ja spisane na straty, oddzielone od tego, co wewnętrzne i znajome. Odebrane samemu sobie i podzielone na mnóstwo niepasujących do siebie części.

mów mi oceany…

Głębia, za którą zatrzaskują się drzwi. Nie ma odwrotu. Obce miejsca, obcy ludzie, tymczasowość, niepewne z dnia na dzień, żarłoczność nocy. Tyle ile masz zatrzaśniętych drzwi za sobą, tyle płonących mostów, ile płonących mostów, tyle nowych dróg. Gdy sierpień garściami rozdaje zachody słońca, które pasą się na twojej skórze, rozdarte na pół słońce piętrzy się nad zranionym drzewem. Drzewo Chrystusa, które zostało ścięte jakby miały znów zapłonąć stosy heretyków. Nie protestowałeś, bo chciałeś zobaczyć do czego zdolni są ludzie. Pod namiotem nieba: kuglarze, alchemicy, wróżbici tańczyli odurzeni napojem z ust, które sączyły nieprawdziwe dzieje świata i ani jednego poety? Dwudziestolatek. Pisze wiersze i często się śmieje. Pije alkohol i często uprawia seks. Dwudziestolatek a ty widzisz jego czaszkę. Kościotrupa jego natchnień, przygód, nadziei, porażek. Widzisz oczodoły, w których palą się dwie świece. I ta bezsilność, której musisz spojrzeć w oczy, czy znów zobaczysz dwa płomienie? Gdy sierpień daje ci bezinteresownie siebie jak rozpaloną i zakochaną kobietę, zapachy łąk, owiane tajemnicą, za którą sączy się jad przyczajonych pokus i granie świerszczy, jakby ci ktoś chciał udowodnić, że świat też potrafi wypowiedzieć rozpacz. To wołanie pijane twoim żalem. Zmieszaj żal z błękitem – na dłoniach pojawi się złota pajęczyna, zmieszaj rozpacz z czerwienią – na powiekach ujrzysz dwa kwiaty, zmieszaj biel z niewiedzą – na twoich piersiach zauważysz stosy kamieni, zmieszaj zieleń z lękiem – w twoich stopach rozgoszczą się owoce południowe, wejdź w czerń jak w Pewność, zmieszaj te wszystkie kolory i wypluj wreszcie to ostatnie słowo: że to co ludzkie mogło być tak wielkie a stało się tak małe.

Chłody jesteście moim talizmanem
Chłody jesteście kamieniem który pachnie innymi planetami
Chłody wy nieznane nikomu przedmioty mojego kultu i pragnienia

Że znów jest lato, że znów upalne noce, dla których jesteśmy stworzeni. Noce, dla których stworzyliśmy nasze wiersze. Ta jedna noc, gdy słyszę cię z daleka jak idziesz by połączyć całego siebie z jakimś nowym krajobrazem. Idziesz by zanurzyć koniec języka w oceanie, by zanurzyć koniuszki palców w morzu oczekujących ciebie słów, tętno przypływu jest jak tętno gwiazd, które przeciągają się wokół twojej sylwetki. Tak mało ciebie mam na przeobrażenie niewidzialnego w widzialne, niedotykalnego w dotykalne. Historia się powtarza, dzieje wiersza znają te same punkty kulminacyjne i miejsca odosobnienia. Wyczulenie na każde „i” i każde „lub”. Historia tworzenia ma wciąż ten sam nieunikniony scenariusz. Te szaleńcze byty powołane przez poetę, te siły i moce słów, z którymi trzeba się mocować. I błagamy każdy wiersz, by dał nam wiarę w niemożliwe, by niemożliwe urzeczywistnił w jedną bez granic spełnioną obietnicę. Odejdziemy wtedy nie tyle od siebie co od słów. Tak jak ty, który między milczeniem a poezją postawiłeś znak równości. Wiersz jak dowód matematyczny rozpisany na symbole i znaki. Symbole wewnętrznej skali wrażliwości. Nagość? Nagość jest błaznem? Poezja błaznuje powołując się na wiedzę, której nie ma? Jakie to pytania bez których nie można się obejść? Jaka to odpowiedź, na którą czekamy całe życie? Być człowiekiem tylko po to by odczuwać to, co czują ludzie? Dotyczyć oznacza zawładnąć znaczeniami. I była otchłań z pogranicza błędu i kuszenia. Znaczyłeś mniej niż mógłbyś wyobrazić sobie czym jest więcej. Wiatr nie był wyznaniem. Zeznawał swoje winy i podboje, brutalne prozodie zawłaszczania oddechów. Zamiast, w trakcie, podczas…

Co stało się z braminem, który wykładał mi przypowieści?

Milczenie. Rimbauda? Brak owiany tajemnicą. Brak kogo? Czego? Milczenie poety też mówi. Być może dotarł do granicy słów. Czy granica słów jest jak granice ciała? Być może przekroczył tę granice. Granicę, po której zapada już tylko milczenie. Być może nawet czuł wstręt do słów. Wstręt do swoich własnych wierszy. Być może w słowach odnalazł pewne mechanizmy, przeciw którym chciał się sprzeciwić. Słowa zawsze pozostają jedynie zasłoną tego, co najważniejsze. Wysiłki wysłowienia. Karkołomne próby wyjścia z lustra zwrotów – zdań. Co dodane a co odjęte? Zjednoczone i przeżyte. Niczego nie przeoczyć. Wytrwać w milczeniu. Wytrwać – ocalić sensy przed kolejnym błędem. Niczego nie przeoczyć. Do niczego nie przystawać. Zawładnąć sobą jak sumieniem twoich ust. Mowa. Skąd jej głębia jeśli wodzi na pokuszenie skojarzenia codzienności. Słowa bolą, bo nigdy nie jesteśmy pewni czy zostały wypowiedziane w odpowiednim kontekście. Zazębiają się, zawracają, okrążają wewnątrz nich jest inny czas, inna pora roku, inny człowiek. Do słów się dorasta, tak jak się z nich wyrasta. Początek i koniec jest milczeniem, dwa punkty w przestrzeni, które stają się jednym. Być może jego milczenie mógłby wytłumaczyć mój sen. Moje wiersze są partyturą, którą ktoś dyryguje wiatrem. Wiersze to melodia wiatru? Tak jak ten tekst, który piszę o Rimbaudzie. Tekst- wiatr podmuchy z prawego do lewego, z lewego do prawego, z prawego do lewego. Tekst, który podczas pisania sprawiał mi ból. Skąd ten ból? Nie wiem.

Chłody spójrzcie na mnie jestem taka jak wy
Chłody zanućcie refren mojego zniewolenia
Chłody przywróćcie słońcu klarowność pierwszego słowa
Chłody obdarzcie mnie swoim zapachem tęsknoty
Chłody nie kończcie swojego wołania

……………………………………
Arthur Rimbaud, właś. Jean Nicolas Arthur Rimbaud (ur. 20 października 1854 roku w Charleville-Mézières, zm. 10 listopada 1891 roku w Marsylii) – francuski poeta zaliczany do grona tzw. poètes maudits. Jako chłopiec Rimbaud osiągał bardzo dobre wyniki w nauce. Przed ukończeniem szesnastego roku życia zdobywał liczne nagrody szkolne i opanował łacinę w stopniu pozwalającym mu na pisanie poezji i fragmentów dramatycznych w tym języku.

Pierwszym literackim mentorem Rimbauda został w 1870 roku roku Georges Izambard, jego nauczyciel z gimnazjum. Rok później Rimbaud uciekł z domu i przeniósł się do Paryża, gdzie prawdopodobnie przyłączył się do Komuny Paryskiej, opisanej później w jego poemacie L’Orgie parisienne ou Paris se repeuple. Wtedy też być może padł ofiarą gwałtu ze strony pijanych komunardów, na co wskazuje m.in. jego poemat Le Cœur supplicié. W tym czasie odrzucił konwenanse społeczne, zaczął upijać się i zaniedbał swój wygląd zewnętrzny, nie zaprzestawał jednak pisania wierszy. Pod koniec 1871 powrócił do Paryża na zaproszenie znanego poety Paula Verlaine’a, zafascynowanego wierszami Rimbauda.
Przyjaźń poetów szybko przekształciła się w stały związek homoseksualny. Para uwielbiała szokować paryską bohemę – młody Rimbaud szybko stał się sztandarowym przykładem enfant terrible. W tym czasie powstały najlepsze wiersze Rimbauda, mroczne, wizyjne, wyróżniające się na tle francuskiego symbolizmu.

Zakochany w Rimbaudzie Verlaine porzucił w 1872 roku rodzinę i udał się z Rimbaudem we włóczęgowską podróż po Francji, zakończoną krótkim pobytem w Londynie. W lipcu 1873 roku po kłótni Verlaine postrzelił Rimbauda w Brukseli i został aresztowany, rewizja ujawniła kompromitujące kochanków listy miłosne. Verlaine został skazany na dwa lata więzienia. Rimbaud powrócił do Charleville i dokończył swój słynny cykl Une Saison en Enfer (Sezon w piekle). W 1874 roku Rimbaud napisał wizjonerskie i nowatorskie formalnie Illuminations (Iluminacje), zawierające pierwsze francuskie poematy napisane wierszem wolnym.

W 1875 roku Rimbaud po raz ostatni spotkał Verlaine’a w Niemczech. Porzucił pisanie i rozpoczął intensywne podróże po Europie. W lecie 1876 roku zaciągnął się do armii holenderskiej i popłynął na Jawę, jednakże szybko zdezerterował i powrócił do Francji. W 1880 roku pojechał na Cypr, a następnie osiadł w Adenie, gdzie został przedstawicielem firmy handlowej Bardey. Miał wielu wielbicieli. Przez jakiś czas żył z abisyńską kochanką. W 1884 roku porzucił pracę w Bardey i założył własną firmę w mieście Harar w Abisynii (współczesna Etiopia). Zajmował się m.in. handlem bronią. Choroba (nowotwór kolana) zmusiła go do powrotu do Francji, dokąd przybył 9 maja 1891 r. 27 maja amputowano mu nogę, 10 listopada tego samego roku zmarł w wieku 37 lat. — Wikipedia

………………………………………….
Ewa Sonnenberg — poetka. Publikacje w pismach literackich w Polsce i za granicą. Wiersze tłumaczone na język angielski, francuski, hiszpański, niemiecki, szwedzki, turecki, rosyjski, węgierki, słoweński, słowacki, czeski, serbski, macedoński, bośniacki, włoski, ukraiński. Opublikowane tomiki: „Hazard” (Wrocław, 1995), „Kraina tysiąca notesów” (Dzierżoniów, 1997), „Planeta” (Katowice, 1997), „Smycz” (Wrocław, 2000), „Płonący tramwaj” (Kraków, 2001), „Lekcja zachwytu” (Kraków, 2005), „Pisane na piasku/Written on send” (Kraków, wyd. Ha–art., 2007), w angielskim przekładzie Katarzyny Jakubiak, „Rok Ognistego Smoka” (Kraków, 2009), „Wiersze zebrane” (Wrocław 2014, Biblioteka Rity Baum), „Hologramy” (Poznań 2015, WBPiCAK), poemat prozą „Obca” (Szczecin 2015, wydawnictwo Forma). Ukazała się również książeczka „Paź królowej. Bajka dla zakochanych” (Kraków, 2006) oraz „Encyklopedia szaleńca” (Wrocław, 2006, w bibliotece „Rity Baum”). W 2006 ukazał się wybór wierszy „Imperium łzy” w Belgradzie oraz „Nieobliczalni” w Bania Luce (2016) w tłumaczeniu Biserki Rajcic. W 2009 ukazał się wybór wierszy „ Spowiedź” w Skopi w tłumaczeniu Risto Jaceva. Byłam stypendystką Kultury Niezależnej w Paryżu, dwukrotną stypendystką (2001, 2008) Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Za tomik „Hazard” otrzymałam nagrodę im. Georga Trakla (1996), 2008 Nagrodę dla najlepszego poety festiwalu Ilinden/Skopie, Macedonia, 2012 Nagrodę Czterech Kolumn za całokształt twórczości. W 2016 zostałam finalistką Orfeusza — Nagrody Poetyckiej im. K. I. Gałczyńskiego za tom „Hologramy”. Wiersze prezentowane w wielu antologiach m.in. Rosyjskiej: „Polskie poetki”, Petersburg, 2002 Szwedzkiej: „17 Polskich poetów” Sztokholm, 2003, „Jag i forsta och sista person/Poetki polskie”, Sztokholm, 2008. Słoweńskiej: „Akslom poljska nazaj”, Ljubljana, 2005, Amerykańskiej: „New European Poetry”, Graywolf Press, Saint Paul, Minnesota, 2008. Serbskiej: „International Writers Colony. Cortanowci”, Serbia Literary Society, Belgrad 2008, Hinduskiej: „Aria“ translations by Sudeep Sen, Yeti Books&Monsoon Editions, Mulfran Press, India, England 2009 , Niemieckiej: „Das Unsichtbare Lieben. Anthologie polnischer Lyric“, K.Gutke Verlag, Köln, 1998, Artur Becker, „Ein Kiosk mit elf Millionen Nachten“, Stint, Bremen 2008. Rosyjskiej: “ Było, jest, będzie” ( Collection wierszy polskich poetów) , Wahazar, Moscow, 2009. , Hiszpańska: “Poesia a Contragolpe”, Antologia Polskiej Współczesnej Poezji (1960 – 1980) pod redakcją Abel Murcia, Gerardo Beltran, Xavier Farre, Prensas Universitaires de Zaragoza, 2012 , Serbska: “Moi poeci XX wieku” w tłumaczeniu Biserki Rajcic, Belgrad, Treci Trg, 2012, Tureckiej z okazji Festiwalu poetyckiego , “Wiersz Istambułu. Poeci Świata”, Istambuł 2013, Amerykańskiej: “With our eyes wide open”, West End Press, Albuquerque New Mexico 2014. Hiszpańska: “El cerezo crece…” Uniwersytet w Grenadzie, redakcja: Joelle Guatelli- Tedeschi, Grenada 2015. Niemiecka: “Dzieciństwo w Polsce. Dzieciństwo w Niemczach” verlag Heidi Ramlow, Berlin 2015. Amerykańska: “Scattering the Dark/An Anthology of Polish Women Poets”, redakcja i przekład Karen Kovacic, USA 2016, Polskiej: “Przewodnik po zaminowanym terenie” redakcja Krzysztof Śliwka, Wrocław 2016. Prezentacja wierszy z tomu „Wiersze zebrane” w języku włoskim na blogu Paolo Statuti: www.musashop.wordpress.com.. Wiersze ukazywały się w pismach za granicą m.in.: „Literaturkreis Lichtungen” (Graz, 1996), „Nagy Vilag” (Budapeszt, 2002), „Gulf Coast” (USA, 2003), „ Lyrikvannen” (Sztokholm, 2003), „Poesie” (Paryż, 2004), „Romboid” (Bratysława, 2004), „Apokalipsa” (Ljubljana, 2004), „Lyric” (USA, 2005), „Apokalipsa” (Ljubliana, 2006), „Polityka” (Belgrad, 2007), „Treci trg” (Belgrad, 2007), „Blesok” no. 54 (Macedonia, 2007), „Heviz” (Budapeszt, 2007) „Treci trg” (Belgrad 2008). W „OEI” (Sztokholm, 2008) ukazał się mój artykuł o młodej poezji polskiej. Ostatnio ukazały się wiersze w piśmie „Nuovi Argomenti” we Włoszech (2014) i w Waxwing Magazine w USA (issue V – spring 2015). Publikowałam na portalach internetowych: PKP Zin, Helikopter, sZAFa, Pro_Arte, Śląska Strefa Gender, Pisarze.pl Moja twórczość była prezentowana w I i II programie Polskiego Radia. Należę do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wiersze prezentowane w „Inter-„ pochodzą z przygotowywanego do druku tomu „Schizofrenia&company”.
………………………………………
Więcej: Facebook
16.09.2016

EWA SONNENBERG „A może ten statek nie był pijany? Artur Rimbaud: wizjoner, skurwiel, geniusz czy pedał?”
3 votes, 4.67 avg. rating (92% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.

Słuchamy Cię uważnie...