Z gruzu przypuszczeń wydostaje się na wolność: właściwy splot znaczeń zaklętych w kamieniu podąża za nim. Odruchy pomysłowości. Pomysł, czy tylko zbieg okoliczności? Wydobywa z bloku przewinień swój prywatny kształt, swój prywatny obraz kamienia. Kamień jest twardy, a jednak płochliwy i niepewny. Tak, kamień jest niepewnością jak twoje policzki blade i niepojęte w swoim smutku. Czy kamień potrafi być twarzą? Zapach kamienia. To ten zapach naprowadzał go na wyrażanie niewyrażalnego. Wyrazić: obrać odpowiednią strukturę. Wyrazić – w powietrzu wciąż unosi się zapach kamienia, jakby zapachem układał swoje przeznaczenie, jakby temperaturą podpowiadał swoją historię. Twoją, moją, naszą. Ten, kto pozna historię kamienia, pozna historię tego, co jest poza światem. „Chcę być tobą” wołał kamień do niego, a on do kamienia „chcę być choćby kroplą twojej siły”. Siła była mu potrzebna w tworzeniu, w rozbijaniu kamiennych brył, by stał się obraz, by forma mogła ujrzeć światło dzienne. By rozedrzeć zasłonę kamienia musiał sam stać się kamieniem, bo tylko kamień może zrozumieć kamień, tylko kamień może rozpoznać ducha kamienia. Jest taki czas, gdy goszczę wszystkie kamienie świata, goszczę je w sobie i wtedy oczy moich palców przymykają powieki i karmią się chłodem, karmią się blaskiem, karmią się snami. Z tego blasku coś zawsze zostaje na potem. Coś na zawsze uwrażliwia koniuszki palców. Jego palce były nieczule, ale w tym braku czułości dorastała czułość ponad miarę. Czas był dla niego ważny. Czas, który uciekał, czas, który znikał: walka natchnienia z czasem, walka tworzenia z przemijaniem. To nie kamień, ale przestrzeń stawia opór. To nie kamień domaga się rzeźbienia, ale przestrzeń. To przestrzeń jest kształtowana za każdym razem, gdy dłuto zbliża się do kamienia. Czy przestrzeń jest pustką? Przestrzeń bywa pustką. Wyolbrzymioną pustką, w której trzeba rozpocząć ruch. Ruch jest myślą, natchnieniem, pomysłem, wzorem. Kto komu miał udowodnić stałość: kamień jemu czy on kamieniowi? Kto komu bardziej potrzebny? Żadna zagadka nie jest mu potrzebna. Żadne udowadnianie prawdy. Nieskończonością i prawdą jest jego gest – zbliżania się do kamienia. Ogarnąć wszystkie punkty zwrotne i posiąść tę niebotyczną i monumentalną perspektywę skały.
W tym geście zawiera się cała wiedza o tworzeniu, cała wiedza o niepojętej sile sztuki. Tylko on znał najczulsze punkty w kamiennej bryle, tylko on pojął język jakim porozumiewają się kamienie.

Tylko samotność umie wybaczać. W tym przebaczeniu jest taki moment, który postrzega zdarzenia jak jedną niepowtarzalną chwilę. Krzywdzeni i krzywdzący stają się jednym jakby podział na dobro i zło pochłonęła jakaś bezimienna siła. Samotność – to kamień domaga się samotności, to sztuka chce mieć wyłączność na swoje kaprysy i humory. Niekiedy upadał pod ciężarem kamienia, ale tworzyć to upadać i powstawać. Powstawać i upadać. Jedno nie istnieje bez drugiego. Między upadkiem a powstawaniem wciąż lśniła w nim pewność, to dziwne poczucie czegoś ponad miarę. Jakiejś niepojętej, nienazwanej siły. Czegoś o czym nawet nie potrafiłby pomyśleć, a czego wciąż poszukiwał, wciąż pragnął, do czego wciąż zmierzał. To bezimienne i nieogarnione, które odbijało się w kamieniach, które też są bezimienne . Dlatego rzeźbił bo kształt każdej kamiennej bryle nadawał imię, ale bezimienne wciąż pozostawało bezimiennym.

Pewnie zastanawiał się, do jakiego świata przynależy. Jaki świat odgadłby jego intencje i uczucia. Przecież kamień może być przesyłką z innego świata. To kamień nie ziemia jest kością rzeczywistości. Ale rzeczywistości jest wiele; kto odgadnie, która jest tą właściwą? Uwielbienie. Urzeczenie. Uwielbienie. Które z tych przebłysków chwili określałoby jego relacje z tworzeniem, by przerazić, by uwidocznić, by obnażyć, by wytrwać w tym przerażającym zamyśle docierania do istoty życia, istoty duszy, aż wreszcie do istoty idei: czysty akt sztuki. Czy gest zostanie właściwie dostrzeżony? Ale jak odwołać się nie tyle do wyobraźni, co do uważności?

Michał Anioł (wł. Michelangelo), właśc. Michelangelo di Lodovico Buonarroti Simoni (ur. 6 marca 1475 w Caprese, zm. 18 lutego 1564 w Rzymie) –- włoski malarz, rzeźbiarz, poeta i architekt epoki Odrodzenia. Źródło: Wikipedia

Michał Anioł (wł. Michelangelo), właśc. Michelangelo di Lodovico Buonarroti Simoni (ur. 6 marca 1475 w Caprese, zm. 18 lutego 1564 w Rzymie) –- włoski malarz, rzeźbiarz, poeta i architekt epoki Odrodzenia. Źródło: Wikipedia


Dotyk. Być może w tej sztuce najważniejszy jest dotyk. Umiejętne poruszanie się po powierzchni kamienia jakby wewnętrzny ogień mógł znaleźć ujście. Tym ujściem są palce,
tą eksplozją są koniuszki palców, tym ekstatycznym docieraniem do wnętrza jest chciwość dłoni. Rozpoznam cię, jeśli rozpozna cię mój dotyk. Czym jest to tajemnicze rozpoznanie?
To wejście na te same schody, to poruszanie się w tym samym kierunku. Być może droga jest kamienna, wtedy stopy rozpoznają ten charakterystyczny rytm kamienia, wtedy stopy stają się opowieścią, dokonują skoku z niepewnego w pewne. W dotyku można się zanurzyć, ale można też zatonąć. Gwałtowne wiry, które napotyka dłoń w zetknięciu z materią. Zaklęcia materii, które mogą zamienić nas w milczące sługi czułości. Ale służyć oznacza wiedzieć coś więcej. Świadoma i konsekwentna potrzeba służenia to być może odnalezienie jakiejś wiedzy. Wiedzy, która jest ukryta, wiedzy, która przynależy tylko do wybranych. Kim są wybrani? I czy w ogóle istnieją? Sługa balansuje na cienkiej granicy. Służba może przemienić się w niewolnictwo. Niewolnik Michała Anioła to postać pełna siły, świadoma tego, że za chwilę poniesie klęskę, że za chwilę zaciąży nad nim kara. Ale kara ciąży nad nami wszystkimi. To cień, z którym się nigdy nie rozstajemy. Cień, który dominuje nad każdym zjawiskiem. Cień, który unaocznia rozproszenie, niejednoznaczność, wielość, aż w końcu chaos. Choć niekiedy zdarza się, że Coś ponad światem wykrada nas cieniowi. Co wtedy? Czy jesteśmy silniejsi, by znieść ten dziki i nieokiełznany obszar zrozumienia? Niewolnik oswobodzony z krzyku, oswobodzony ze strachu, oswobodzony z samego siebie przeciąga się leniwie, nieobecny, daleki, jakby dopłynął do odległej przystani. Zdejmuje koszulkę jakby do końca chciał się obnażyć i do końca wyartykułować tę sytuację. I jest w tym jakby odwrócenie. Ci, którzy chcieli go obnażyć, obnażyli siebie, a on obnażony, czy próbujący się obnażyć, wciąż jest zakryty. Bo czy nawet w całkowitym obnażeniu nie pozostaje ten nieodgadnięty obszar tajemnicy? Tym zakryciem jest ból, zmaganie się z własnymi siłami, z własną słabością, z chorobą tego, co otacza. On jakby opuścił swoje ciało. To umęczone ciało staje się atrapą. Sprytnym wybiegiem przed rozpoznaniem tego, co skrywa jego właściwy byt. Nikt nie przypuszcza, że ten niewolnik od dawna nie jest w swoim ciele, że nie może w nim być, bo czułby się jak nie u siebie, więc zrywa więzy ze swoim ciałem i odchodzi. Ale to nie jest odchodzenie w niebyt czy w niepamięć. To raczej wyprawa. Ujrzenie. Ponowna próba podróży. Ponowna próba realizacji tajemniczego planu, o którym wiedział tylko ten, kto go stworzył czyli rzeźbiarz. I mógł powiedzieć lub wyryć na jego piersiach słowa:
Rozpoczniemy nasza dal urzeczona bliskością następnej dali
Zakosztujemy łzy odmienionej w znajomość mowy ponad mową codzienną
Szedłem za tobą zdobywając cię z ukrycia
Miłe jest to podążanie za krainą ze snu

Jaką temperaturę miała ręka Michała Anioła, gdy malowała Rękę Boga w geście przyzwolenia, by pojawił się człowiek, by poprzez człowieka zaakceptować poczucie świata. Znaczenia nie muszą być czytelne. Wiatr, na fresku jest wiatr. Uchwycić ruchome w nieruchomym. Wiatr jest posłańcem. Wiatr, który sięga daleko poza świat i dotyka nas czymś pozaświatowym. Czymś, co zdarzyło się lub zdarzy się w rzeczywistości, której nie znamy. Ręka Boga, która jest przywołaniem. Wiatr, na fresku jest wiatr. I Adam nagi tęsknotą za obliczem Boga. I znów podmuch wiatru i człowiek, którego powołuje Bóg, by dziwił się i zadziwiał. Czy sprosta? Wiatr, jego delikatny podmuch, który był początkiem ludzkości zakradając się do pierwszego oddechu. Wiatr daje wrażenie otwartej i nieograniczonej przestrzeni. Jakby przemierzał wszechświat od krańca do krańca. Powiew wiatru słyszalny w szatach i we włosach, które spłacają mu dług wdzięczności posłusznie podążając za nim. Szczerość wiatru wiąże się z prawdą tej sceny. Tą prawdą, która oznacza, że cokolwiek człowiek robi, gdziekolwiek się nie uda – wciąż, nieustannie jest stwarzany. Od nowa i wciąż od nowa. Akt stworzenia nie jest jednorazowy, ale wciąż trwa. Wybrzmiewa w podmuchach wiatru i pulsuje w rozedrganych liściach. To w tym nieskończonym dziele stworzenia człowiek doskonali się, przeobraża, zmienia, idzie w dalej. To dalej jest najtrudniejsze. Bo jak doświadczyć właściwego dalej, które współistnieje z prawdą? Każde rozprężenie tego dalej powoduje rozpad istnienia na mnóstwo drobnych okoliczności. Ale przecież w drobiazgu tkwi całość. Wątpliwości? Coś jeszcze jest szczególnego w tej scenie: człowiek staje twarzą w twarz z Obliczem Boga. Obliczem, którego już nikt, nigdy nie będzie mógł oglądać. Obliczem, którego nie znamy, a które jest wszędzie. I znów Ręka Boga, jedyna pewność na tym fresku, który woła:
Posłużysz się swoją Ręką by zapieczętować to, co zostało naruszone.
Posłużysz się swoją Ręką by rozdać dary prostaczkom, o które spierają się mędrcy i filozofowie
Posłużysz się swoją Ręką by przesłonić to, co mogłoby zgubić świat: ten jeden uśmiech, przez który tysiąc lat byłoby jak jeden dzień.
A wiatr przesuwa się na lewą stronę fresku, tam gdzie Bóg wśród aniołów udostępnia swój obraz i podobieństwo.

Kim był Michał Anioł z wtedy?
Kim jest Michał Anioł z teraz?

Byt realny i byt wyidealizowany.
Byt umowny i byt rzeczywisty.

Kim byłby Michał Anioł dzisiaj?
Czy nadal byłby rozkochany w kamieniu? Czy nadal walczyłby o każdy przejaw swojej sztuki? Czy uczucie do kamienia mogłoby być odwzajemnione?
Wydaje się, że artyście niepotrzebna była wyobraźnia, wystarczał sam zamiar. Zamiar przełożony na działanie. I naraz podzielił się życiem ze sztuką. Teraz tylko sztuka mogła szukać pretekstu, mogła się upodobnić do niego, mogła obcować z jego pragnieniami, była mu potrzebna jak dzień i noc. A jednak nie musiał nikomu nic udowadniać. Właściwy osad przychodził sam z siebie. Ukształtowany, skończony, pełny. Rzeźba jest pełnią i nie zna poczucia braku. A jednak, na co dzień, ten brak górował nad nim jak kamienne bloki wsunięte w powietrze, jak nienapisane listy. W kamieniu tkwi siła dośrodkowa, którą można przeobrazić na formę, na kształt, na obraz. Siła, która udziela się rzeźbiarzowi. W tej sile jest pewne przewrażliwienie, swoista subtelność, zarzucona jak delikatny woal na każdy okruch jego dzieła. Subtelność niekoniecznie musi być delikatna, tkliwa, subtelność bywa też brutalna.

Pokusa zawsze istnieje. Zwłaszcza w akcie tworzenia. Pokusa sięgnięcia po nieosiągalne. Pokusa zerwania tego, co zakryte przed człowiekiem. Pokusa wypowiedzenia piękna. A jego wypowiedzenie bywa grzeszne, bywa nieposkromione i niepokorne. Piękno mami, piękno wypuszcza nas na nieznane tereny, z których nie można powrócić. Jakikolwiek zamysł artysty zawsze kołuje wokół jednego tematu. Tematem tym jest targnięcie na piękno. Nawet gdy chcemy uwidocznić brzydotę uwidaczniamy ją poprzez piękno, nawet jeśli chcemy ukazać rozpacz, ukazujące przemienia rozpacz w bezmiar piękna, nawet jeśli chcemy obnażyć ból, im większy tym bardziej zbliżamy się do istoty piękna. Michał Anioł kruszył brzydotę bezkształtu, by piękno uwydatnić w kształcie. Jest w tym swoista linearność. Wertykalne bywają zamysły.

Gorące albo zimne, nigdy letnie, nigdy chłodne to jakby ucieleśnienie relacji artysty do sztuki. Czy chciał krzyczeć? Krzyk kamienia słychać na zderzeniu artysty z formą. Ale krzyk to co innego niż zmaganie. Zmaganie z materią, z treścią, z formą. Opór materii jest tym, co inspiruje i powołuje do życia kolejne wcielenia wizji artystycznej. Opór przeciwstawia się temu, co niepewne i niestałe. Sztuka istnieje w obszarze, w którym wszystko jest możliwe. To potencjalne zapośredniczenie w możnościach i możliwościach jest inspiracją i energią twórczą. Czym była jego inspiracja? Skąd pochodziła i kiedy go nawiedzała? Sztuka daje poczucie szczęścia, które niekiedy bywa łzami. Przedmiot artystyczny jest obiektem naszego zadziwienia tym dziełem i samym sobą.

Dzieciństwo

Wiedza tego, co jest upragnione. „Kamienie, skały, rośliny gdyby przemawiać jako my umiały”. Dzieciństwo pielęgnuje w sobie niezwykłą umiejętność wsłuchiwania się w język przyrody. W dzieciństwie znamy język kamieni, roślin i zwierząt. Umiemy porozumiewać się ze skałą, morzem, drzewem. I skała, drzewo, morze umie porozumiewać się z nami. Ta umiejętność wypływa z ufności. Z przyzwolenia. Z niepokornego, dziecięcego oczekiwania.

Czy w ogrodach Lorenza de’Medici uległ pokusie rozmów z jaśminami? Być może właśnie kwiaty jaśminu zdradziły mu tajemnicę rzeźbienia. Czy zdradziły mu tajemnicę wiatru?
Ich delikatne płatki wyczuliły na pojemność powierzchni, że powierzchnia nie jest gładka, ale posiada w sobie głębię. Być może ich melancholia obudziła w nim dar przewidywania tego, co ukrywa materia. Więc jak nie ulec temu czarowi, tej rozognionej gonitwie kwiatów za każdym podmuchem wiatru. Za każdym podmuchem ducha.

Przyjaźń z księżniczką. Contessina, która czytała mu wiersze i opowiadała o dalekich orientalnych krajach. Ten delikatny powiew kobiecości, nieskazitelnej, pełnej piękna i beztroski. Jej błękitne suknie z aplikacjami w białe gwiazdy. Było między nimi jakieś tajemnicze porozumienie. Tak tylko dusze umawiają się na schadzki. „Ogród tęskni za tobą”, „Przy tobie czuję się silna. Dlaczego?” W tych schadzkach bierze udział wrażliwość i wyobraźnia. Ona była odbiciem jego marzeń, jego rozedrganego wnętrza. Marzenia. Ta nieskończona liczba zdań, które nigdy nie zostaną wypowiedziane. Ta nieskończona liczba odpowiedzi, które wcale nie potrzebują pytania. Marzenia nie znają zaprzeczenia, płyną we wszystkich kierunkach jednocześnie jakby były naszymi osobistymi aniołami. Czy marzycielowi potrzebna jest rzeczywistość? Jakie są rekwizyty marzeń? Patrząc na nią zaczynał lepiej rozumieć siebie. Słuchając jej jak czyta oddalał się do świata swoich marzeń. Może sztuka jest realizacją marzenia. Im bardziej przedmiot sztuki jest upodobniony do marzenia być może jest doskonalszy. Marzenia maja coś z doskonałości. Wymykają się przyczynie i skutkowi. Wykradają z rzeczywistości to, co najcenniejsze – trzy dary: mowy, słuchania i mówienia. Wędrówki ich dusz, po czym stąpały ich stopy? Czy ta ścieżka jest tak wąska, że trzeba nią iść samotnie?

Bryła kamienia, z którą zmaga się uczucie, namiętność, pasja. Uczucie, które jest nieustającą rozłąką. Namiętność, która jest przekraczaniem granic. Pasja, która jest zapatrzeniem. Bryła nieoswojonego przekazu materii, którą trzeba oswoić, wyhodować, ujarzmić. Jak przedrzeć się przez strukturę twardego, jak zanotować jego delikatność, bo w kamieniu czai się delikatność. Jedna z jej najczulszych odmian. Wrażliwość na to co jeszcze nie odkryte, nie ujawnione, nie nazwane. Poszukiwanie. Ciągłe, nieugięte poszukiwanie odpowiedniej formy, odpowiedniego piękna, właściwego języka. Odpowiedniość, dzięki której mogłoby dojść do rozmowy między kamieniem a powietrzem. Rozmowy między dwoma żywiołami. Bo kamień też jest żywiołem.

Młodość

Miłość jest usprawiedliwieniem braku. Brak – ta nadmierna chęć uchwycenia wszystkiego.
To wszystko niekiedy kryje się w jednym, niepozornym drobiazgu. Szukamy wartości czy metafizyki ? Ale czy metafizyka nie jest wartością samą w sobie?

Znaki czasu. Komunikatywność znaku.
Jesteśmy świadkami czegoś nieuchwytnego, czegoś tajemniczego i niepojętego. Świadkami jakiegoś czasu, który istnieje, ale jego istnienia nie potrafimy uzasadnić. Ten czas w czasie, który zachwyca, który udowadnia, że sztuka kieruje się sobie znanymi prawami. Udowadnia? Ten czas niczego nie musi udowadniać. Rzeźba to jakby wślizgnięcie innego czasu do czasu nawykowego, czasu z pogranicza do czasu codzienności. Swoista przerwa w czasie. Kontynuacją jest bezczas czyli przestrzeń organizowana przez rzeźbę.

Czy zakładał jakiś efekt? Czy tworzenie było spontaniczną odmianą równie spontanicznego smutku?

Czym są jego ręce. Te dwa płochliwe zwierzęta. Czy reagują na księżyc czy na słońce? Czy są zapowiedzią świtu czy zmierzchu? W jakiej porze nocy i w jakim zaułku dnia przeglądają się. Te ręce, które znają słabe strony kamienia, znają jego wahanie, niepewność, namiętną obojętność. Znają jego kaprysy, lekkomyślność i temperaturę. Jego wgłębienia i drogi czasu. Ręce, które dotykają tego, co do dotyku nie jest stworzone, tak jak jego ciało, które reagowało tylko na kamień. Co czuł, gdy swoją myśl zamieniał w kamienny kształt. Myśli – rzeźby, rzeźby – wyobrażenia. Ręce, które materializowały to, co niematerialne. Ręce, które wykradały przerażającą siłę piękna z nieznanych nam obszarów. Obszarów zakazanych dla ludzkiej kondycji. Kogo lub co wypowiadały: jego czy nienazywalne? Czy zadrżała mu ręka w chwili, gdy wypowiadał piękno? To piękno pochłonięte samym sobą jakby nie potrzebowało ani artysty, ani odbiorcy. Nie potrzebowało widza, realizując się samo w sobie. Artysta jest tylko narzędziem, przedłużeniem ręki, dłuta.

Był pracowity, bo tylko praca jest wiarygodna. Tylko pracy można zawierzyć całego siebie.
Jego praca była jak ścieranie się dwóch światów: duchowego i materialnego. Od jak dawna trwa ta niewidzialna walka? Ta wojna między głębią a powierzchownością. Między zniewoleniem ciała i wyzwoleniem ducha.

Początkiem jest twarz. Wyrwana z kontekstu, wyzwolona z oddziaływania umowności chwili. Jak wyrzec się tej umowności, tego następstwa jednej umowności w drugą?
Coś przeczuwamy, ale lękamy się tej nadludzkiej wiedzy. Dojrzeć oznacza trzymać na dystans pragnienia. Co takiego jest w twarzy Sybilli Delfickiej z Kaplicy Sykstyńskiej?
Czym to jest, że nie możemy oderwać od niej oczu? Na kogo patrzy. Jakiej przepowiedni się przypatruje. Jaka strona świata jest jej najbliższa? Ta twarz wie więcej od nas. Ta twarz to twarz wtajemniczonego. W rękach trzyma kartkę, tylko ona wie, co na tej kartce napisano. Być może jest to coś, co dotyczy przyszłych losów ziemi, przyszłych losów ludzkości. Ta kartka w jej rękach – czy jest ciężarem, balastem, okrutnym zrozumieniem? Kartka w jej rękach unaocznia fakt, że jej wiedza choć zapisana nie może być przez nas odczytana. Może jest zapisana językiem, którego człowiek nie może poznać. I stopa, którą odsłania jakby chciała uchwycić to co ziemskie, lub może przezwyciężyć złorzeczenia ziemskie.
Odruch czy fabuła? Być może za chwilę odejdzie. Być może za chwilę powróci. By wołaniu nadać kolejne etapy stawania się. To wołanie bez słów, które uchodzi z całego jej ciała. Jakby udaremniała zrozumienie, bo zrozumienie jest zbyt trudne. Być może każdy ślad jej stopy jest zapowiedzią tego, co się wydarzy. Lub raczej jakąś niepojętą obietnicą przesłoniętą chmurami.

Czy wyczuwamy u niego motyw przewodni? Czy jest w nim jakaś obsesja. Ponoć każdy wielki artysta ma jakąś obsesję. Michał Anioł miał obsesję piękna i doskonałości.
Ta metafizyczna spuścizna, której wyuczył się od swoich mistrzów: Ficino, Landino, Mirandola. Wyodrębnia. Wymusza. Prowokuje. To już nie jest rozrachunek z rzeczywistością, to spłacanie długów wobec ostateczności. Ten metafizyczny dług, z którym każdy przychodzi na świat, by trudzić się spłacaniem go swoim życiem.

Zaczerpnąć miłości jak oddechu. Ile razy był zakochany? Może nigdy. Może Tommaso Cavalieri? Może. Wiedział, że sztuka jest wymagająca, nie toleruje nikogo poza sobą. To oddanie sztuce było bezgraniczne, dlatego nie miał nawet przyjaciół. Ale nie potrzebował ich, sztuka była dla niego i przyjacielem i kochankiem. W miłości jesteśmy jakby odebrani rzeczywistości. Rzeczywistość zaczyna się buntować i stawiać opór. Rzeczywistość miłości dzieje się poza naszą rzeczywistością. Przynależy do krainy, gdzie nie ma granic czasowych i przestrzennych. Przestrzeń serca jest wielowymiarowa i wieloczasowa. Podobnie jak przestrzeń pamięci.

Tworzenie to jak przeprawa przez rwącą, wzburzoną rzekę. Ten żywioł chce wyrwać się z przeznaczonego mu nurtu i koryta. Dlatego trzeba być przygotowanym na wszystko, na trudy, na ból, na cierpienie, które być może rozwieje to, co zostanie stworzone. Nigdy nie ma pewności, czy to co pozostaje po tym mrocznym trudzie jest w istocie wartościowe. Nie można rezygnować. Iść dalej, iść wbrew, wbrew sobie i innym. Podnosić się i upadać, i znów i jeszcze raz podnosić się i upadać by nieustannie towarzyszyć jednemu: sztuce. Czy można to nazwać li tylko sztuką? A może za słowem sztuka kryje się coś więcej? Ten ruch i dynamika w pewnym momencie przywołuje obraz. Punkt, w których styka się zamierzenie i cel i przeobraża się w wizję artystyczną, w pełnię znaczeń, w odnalezienie struktury, odkrycie formy, istnienie treścią. I już żadna lapidarność nie jest w stanie zagrozić. Nieugięci w swoim pożądaniu wiary w rzeczy niemożliwe. Nieugięci w rozbijaniu w drobny mak wszystkiego, co nieprawdziwe. Te kawałki luster ranią, a w zakrwawionych rękach jest pieczęć. Nieustraszony stygmat Prawdy.

Pozbawieni początku, pozbawieni, a raczej obdarowani brakiem początku. Początku, który zawsze zakłada koniec i brak początku, który nie ma końca. Pozbawieni początku są jakby bardziej doskonali. Obdarzeni wolnością każdej sekundy, która nie zna następstwa, nieujarzmiona fałszerstwem czasu, tą przedziwną modalnością, która zakorzenia się czyniąc nasze wysiłki i działanie otwartymi. Nakładanie się czasu na czas. Ta obojętność w namiętności. Ta namiętność w obojętności. W tym „coś’ istnieje pewne „od zawsze”. To coś jakby mówi: Poczekaj, poczekaj na swoją twarz. Poczekaj , poczekaj na siebie. W tym, co przyszłe odnajdziesz swoją utraconą przeszłość.
Ale przeszłość jest już tylko rysą na palcu Davida lub

Świat boli chociaż o tym nie wie. Jego rzeźby leczą chociaż o tym nie wiedzą. Jesteśmy kimś Innym, którego nie znamy. Rysunek choć figuratywny przestawia coś zupełnie innego. Jego sonety ukrywają nieodczytane sensy. Jakby rzeczywistość odkleiła się od swojej podobizny tworząc luki i prześwity, poprzez które dociera sztuka. Komu przypada zrozumienie ? Kto umie z wyzwolonego zaczerpnąć wiedzy? Obcując ze sztuką nie tyle zdobywamy wiedzę co samych siebie. Realizujemy tajemny plan wszechświata. Plan, w którym to co nieosiągalne może przez chwilę być nam dane.

Dokąd więc prowadzi tworzenie?
Czy z każdym dziełem stajemy się inni?

Uznanie ciała za środek wyrazu. Ciało jest kurtyną, za którą działają tajemnicze siły natury.
Cielesność, której pragnął jako artysta i cielesność, którą odrzucał jako człowiek.
Ciało jako środek wyrazu to definicja sceniczności. Czy więc jego rzeźby, freski są teatralne?
Definicje są po to, by im zaprzeczać, by przedostawać się na ich drugą stronę, tą zaskakującą i nieodkrytą, by się im przeciwstawiać, dlatego jego rzeźby wykraczają poza teatr, są jakby częścią nas, tą częścią, o której najmniej wiemy. Bezcielesność uwikłana w cielesność. Cielesność uwikłana w bezcielesność. Który trud jest bardziej do zniesienia? Dla którego trudu rezygnujemy z siebie? I rezygnując odzyskujemy właściwe? Cielesność. Czy potrafi się obronić przed złudzeniami? Czy umie bardziej dotyczyć czy przedstawiać? Rozprawianie się z samym sobą. Porozumienie między czyniącym a czynionym. Nasz wzrok jest zachłanny pragnie każdego szczegółu, każdego niuansu, każdej sekundy. To spojrzenie mówi: nie przyzwyczajaj się do znaczeń, do relacji z kontekstami. Bądź poza znaczeniami i poza kontekstami.

Czy powierzchnia rzeźby może być mapą? Od miejsca A do miejsca B są wszystkie teorie na ujarzmienie miłości i nienawiści. Wszystkie możliwe przestrzenie, materie, czasy. Od – do, w którym ma powstać dotyk. Od – do, w którym dotyk wciąż jeszcze jest potrzebny. Tam gdzie docierają nasze myśli istnieje błękit ognia i błękit łąki. Tam gdzie docierają nasze myśli jest nieposłuszeństwo zwane wolnością. Tam gdzie nasze myśli spotykają się z myślami ukochanej osoby jest nieustanny deszcz. Złote krople deszczu. Czy masz złotą parasolkę? Złoto alchemików lub innych renesansowych szarlatanów przesypuje się między palcami jak kamienny pył.

Kamień nie jest trawą, kamień nie jest łąką, a jednak jest częścią natury. Być może tą najwrażliwszą i najczulszą. Najgwałtowniejszą i najdzikszą. Zaufać naturze to zaufać czasowi. Zaufać kamieniowi to odnaleźć nadzieję. Kim byś był gdyby nie kamień. Ten nieuchwytny, niewidzialny dar. Być może ten sam kamień, po którym stąpała czyjaś stopa. Stopa kogoś, kto kochał. Stopa kogoś, kto pogrążony był w modlitwie. Te stopy śpieszące ku czemuś. Ku czemu – któż to odgadnie? Te stopy biegnące ku czemuś, co przeszywa dreszczem prawdy. Wizja czegoś co nieosiągalne. Ale czy zależy nam na historii tego kamienia? Być może ta historia ma nierozerwalny związek z nami . Być może przeformułowanie przypadkowości bryły w taką a nie inną konieczność rzeźby nie było przypadkowe.

„Nic mistrz najlepszy pomyśleć nie zdoła
Poza tym, co już w marmurze spoczywa”

Co decyduje o rzeźbie: rzeźbiarz czy kamień?

Bo czy przypadkowe są lekko uniesione kąciki ust Davida?
Bo czyż nie są takie by kogoś olśnić.
Napełnić światłem, które jest wewnętrzne i niewyczerpane.
To światło, które sączy się z wszystkiego, czego dotknęła jego ręka.

Tęsknić za idealnym. Tęsknić za dziełem sztuki. Tęsknić za prawdą wypowiedzi. Tęsknić to mocować się z samym sobą. To toczyć nieustającą walkę z przeciwnościami własnego charakteru. Poniżać swoją próżność i powierzchowność. Degradować się do roli przedmiotu w rękach czegoś wielkiego. I nawet nie wiedzieć czym to jest. Tkwić w tej niewiedzy by jeszcze bardziej być upokorzonym. I z tego upokorzenia czerpać siłę na kolejne dzieło, na kolejny trud tworzenia. Niekiedy to co najwartościowsze w sztuce powstaje na kolanach. Tak blisko ziemi, że słyszymy jej oddech. To w tym oddechu można usłyszeć rytmy świata i kosmosu. To ten oddech porządkuje ruchy dłuta czy ruchy stalówki na papierze.

Czy uczył się od kamienia? I czego można nauczyć się od kamienia? To jego tajemnica. Jego wartka droga, po której nikt nie potrafi stąpać. Nikt tak jak on nie potrafi zastawać świtu lub zmierzchu. Świt, w którym dostrzega dalsze losy swoich bohaterów z fresków i zmierzchy, w których dostrzega kontur przygarbionych ramion. Być uczniem kamienia – milczenie uczynić mową. Najdonioślejszą mową w historii. Być uczniem kamienia, nie przeszkadzać ciszy. Rzeźbić w niej kolejną ciszę i jeszcze jedną ciszę aż powstanie pustka, w której ani czas ani przestrzeń nie są konieczne. Scalić się z kamieniem to podjąć próbę wytrwania do końca.

Być uczniem kamienia to znaczy

Zawrócić

Czynić siebie i to co czynię niczyim dla czegoś co zauważa czego jeszcze nie ma

Ulec

Być tym jednym jedynym nie odwzorowanym kształtem

Zaniechać

Liczyć światła zanurzone w nocy na przeciwległym brzegu rzeki

Wystarczać

Dotykać i jeszcze raz dotykać czegoś czego nie ma

A jednak jest przeczuciem. Wyciszone i czujne okrążanie tematu. Niezauważalne, które tylko wrażliwość umie uchwycić, przywołać, nadać jakość. Stać się artystą to przestać udawać, że się jest kim się nie jest. Przełamać w sobie pychę, próżność, ambicję, by stać się nikim, by sztuka mogła stać się kimś. Kimś bardziej namacalnym od samego artysty. To przekazywanie siebie sztuce. To przelewanie z siebie w dzieło. Ale nie anonimowe. Ta długa noc, gdy Michał Anioł szaleńczo rzeźbił swoje imię i nazwisko na Piecie Watykańskiej. Gorączka tego czynu do teraz emanuje z wyrytych liter. W tych literach zawarte jest całe uczucie do sztuki. Ten czyn tak bardzo ludzki, a jednocześnie uzmysławiający jaką wartość miało dla niego to, co tworzył. Jakby wiedział i znał krainę skąd pochodzi. Ta kraina nietknięta ręką człowieka. To pozaludzkie objawianie się pierwszej przyczyny.

Wyciosać z braku i nędzy ułamek chwili, która olśniewa, być przy tym surowym i nie odczuwać bólu. Wyryć na chropowatym i nieprzystępnym fragmencie własną prawdę, która jest przerażająca. Ta prawda skruszy każdy kamień. I czy kiedykolwiek radość ma dostęp do kamienia? Noc, w którą Michał Anioł pilnował swojego Davida była nocą przerażenia, ale i zachłyśnięcia się pięknem. Walką nieograniczonego o jego miejsce w ograniczonym świecie. Zastygające kontury w zmierzchu, opadające łagodnie w dół jak zachodzące słońce. Ta sprzeczka, która jest szeptem między kształtem a powietrzem. Ta metafizyczna kłótnia o władzę nad przestrzenią. To znamienne negowanie czasu by ukazać swój własny czas. Przezwyciężanie tego co zbyteczne by przywrócić znaczenie i wartość czemuś, co zasługuje na znaczenia.

Marmur jest posłuszny: wie, że tylko pod rękami artysty osiągnie swoje przyszłe wcielenie.
Które z tych wcieleń jest drogą do poznania swojej własnej natury. Które będzie tym, które udzieli mu głosu i będzie mógł rozpocząć swoją niekończącą się rozmowę ze światem. W tej rozmowie jest czyniony i czyniący, ukazany i ukazujący.

Rachunki proporcji, które przekładają się na obliczanie piękna. Ale czy piękno jest obliczalne? Czy jest ktoś, kto potrafiłby policzyć wszystkie płatki śniegu lub wszystkie ziarenka piasku na pustyni? Nieobliczalne i bez twarzy ukrywa swoje oblicze bo wie, że nikt, żaden człowiek nie umiałby mu sprostać. Nawet jeśli jego rzeźby są tylko echem idealnego to nie są odbiciem. W odbiciu kryje się jakiś fałsz, jego rzeźby są szczere. Być może to sprawa gestu. Gestu, który przychodzi znad brzegu realnego i nierealnego, rzeczywistego i nierzeczywistego. Odpowiedzi, które są odpowiedziami kosmosu. Gestów, które są gestami nieba. Niekiedy rywalizują z naszymi podpowiedziami i niedopowiedzeniami. Gesty zniewalające, gesty wyzwalające, gesty proszące. Niekiedy ujmują nas jak fala ciepłego powietrza, ten przypływ znad tafli uspokojonego oceanu. Niekiedy przypatrują się nam, abyśmy odczuli ich bezgraniczność. Czy zawierzyliśmy im na tyle, by właściwie je odczytać.
Gesty tajemnicze, które upominają się by przeprowadzić je przez rzekę znaczeń aż po ujawnienie. Ale w ujawnieniu tkwi potrzeba kolejnego ujawnienia.

„Noc, którą widzisz w słodkim snu oprzędzie,
Jest przez Anioła wykuta w kamieniu.
Żyć musi, skoro spoczywa w uśpieniu,
Jeśli nie wierzysz, zbudź ją, mówić będzie.”

To czego nie powiedział kamień, powiedziały jego wiersze.
Bezsenność jest sprzymierzeńcem tworzenia. To potajemne wymykanie się ze snu i podążanie za nocą. Noc jest szeptem ciszy. Przecinkiem w pewnym niewypowiedzianym zdaniu. Jaka gwiazda towarzyszy tej nocy? Kto nie rozumie gwiazd nie zrozumie swojego miejsca na ziemi. Kto nie nauczył się języka gwiazd nigdy nie usłyszy prawdy. Kto nie wie, że gwiazdy są ranami nieba nigdy nie zaleczy własnej rany. Nocy, jesteś potrzebna tym, którzy nie ufają, tym, którzy są odrzuceni, tym, którzy są samotni.

To było nocą. Usłyszałam bicie swojego serca. Nie ruszając się z miejsca zobaczyłam jak wychodzę z domu, idę jakąś polną drogą, potem przez las aż trafiam do jaskini, w której niewolnicy w trudzie dzień i noc kłują skałę. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłam, że kują ją w rytmie mojego serca. Gdy się ocknęłam ogarnęło mnie dziwne uczucie posiadania serca poza sobą, gdzieś w odległym miejscu.

Noc jest szeptem ciszy.

Idealna reguła tworzenia: zamiar wyprzedza swoje własne myśli.
Wiedza lustra zostaje skarcona: Szukać i nie znajdować. Nie szukać i znajdować.
Wykuwanie w bryle nocy tuneli. Lśniącego wnętrza przestrzeni, lśniącego jak czarna perła. Prędkość, która mija samą siebie. Ta perła jest śliska, w każdej chwili może wyślizgnąć się z ręki. Może umknąć naszej uwadze. Dlatego uważność i jeszcze raz uważność, żadne zbaczanie z drogi. Uważność, która dzieli i dodaje, łączy i przeczuwa. Korespondencja szczegółów. Sytuacje operują sobie znanymi chwytami, artysta musi je przejrzeć, unaocznić, przezwyciężyć, sprostać.

Czas jest bardziej przesądny od nas. Czas godzi się na zabobony chwili. Czas? Być może dla dzieła sztuki czas nie istnieje. Te ręce wynurzają się spoza czasu. Ten uśmiech ujawnia się nie przynależąc ani do przeszłego ani do teraźniejszego ani do przyszłego. Trwa. Trwają. Tworzenie to gra z czasem. To naruszanie jego zabobonów i schematycznych manier. Czy te kąciki ust pogrążone w uśmiechu są zaniepokojone jakimś później? Czy te ramiona wiedzą, że toczą walkę z przemijaniem? Czy te przeguby domyślają się, że dzielą przestrzeń na czasową i bezczasową?

Rzeźby: czy są milczeniem czy ciszą? Jak wiele dzieli je od pierwszego słowa? A może już wszystko powiedziały. Uginają się pod ciężarem wypowiedzianego. Pieta wypowiada to, co święte. Ale czy sacrum da się wypowiedzieć? Pieta – przesłanie tragizmu, rozpaczy, dramatu, a wszystko to w ludzkiej postaci. W tym bezradnie beznadziejnym oczekiwaniu odpowiedzi. Kto nauczył nas tego oczekiwania? Może niebo. Kto w ciszę wplótł milczenie? Kto ciszy opowie ciszę? Ta cisza rozdarta na pół jak kartka papieru, na której napisane są słowa: zamilcz! zamilcz!. To nie nakaz, to sposób na przetrwanie. Jedna cisza dogania kolejną ciszę, kolejna cisza wsuwa się bezszelestnie w następną ciszę. Ta cisza ciszy – skala naszych obaw i wrażliwości. Ta cisza tworzy własną, niedoścignioną perspektywę.

I znów powstaje obraz. Obraz w umyśle, w sercu, w rękach. Oby nadążyć za niewypowiedzianym, oby zacząć od właściwego miejsca. Sztuka nie ma początku. Zawsze zaczyna się w pewnym punkcie przestrzennym, myślowym, czasowym. Ten punkt jest najważniejszy. To on decyduje czy dzieło będzie właściwe, adekwatne, pełne. Tworząc trzeba zapomnieć o początku tak jak i o końcu. Zapomnieć to znaczy jeszcze bardziej pamiętać. Tworząc jesteśmy pomiędzy.

I znów powstaje obraz. Pusta przestrzeń, w której może wydarzyć się wszystko. Ta moc przyzwolenia na rzeczy niewyobrażalne.

A kamień znów swoje, jakby mówił:
Wskrześ mnie, zaufaj mi od nowa, zobacz we mnie to, co odrzucone, zacznij jeszcze raz od nowa, ulecz moją formę, by była bardziej zrozumiała i przystępna, by stała się szlochem, który ukrywamy, by zaprzyjaźnić się z żywiołem, by umieć przyjąć wiadome, by znów od nowa prosić o przebaczenie, by znów od nowa szukać tajemniczego oblicza, nie pozwól, by światło odeszło z mojego oddechu, nie pozwól, bym zapomniał kim jestem.

Jego rzeźby jak litery z wielkiego alfabetu wzruszeń. Czym są te wzruszenia? Porozrzucane jak okruchy chleba zbierane przez ptaki. Może są językiem niewidzialnego świata, który jest blisko nas, tak blisko, że na wyciągnięcie ręki, a którego nie potrafimy zauważyć, nie umiemy odczuć. Zauważyć. Ale zauważyć oznaczałoby odsunąć wszelkie niepotrzebne zdarzenia, a przecież tak bardzo przywiązujemy do nich wagę. Przeznaczenie niekoniecznie chodzi własnymi drogami, być może tkwi gdzieś głęboko w artyście.

Sztuka Michała Anioła pełna jest niewolników i aniołów.
Niewolników – by nie tracić z pola widzenia tego, co najbliżej przy ziemi.
Aniołów – by mieć choćby cień nadziei, że niebo jest gdzieś blisko.
Niewolników – by zniweczyć to, co ludzkie okryte ciemnością, niewolą i trudem nienawiści.
Aniołów – by ogarnąć to, co może przydarzyć się, gdy niczego nie oczekujemy.
Czy istnieje jakaś relacja pomiędzy niewolnikami i aniołami?

Stworzenie słońca i księżyca. Słońcem możesz być ty, księżycem ja. A może odwrotnie? Te wielkie wybuchy w nas gdy fizycznie odczuwamy jak powstają nowe galaktyki, nowe planety, nowe gwiazdy. Gdy oddech kosmosu czujemy na policzku. Gdy chłód nieprzebytych odległości przenika nas od stóp do głów. Wielki wybuch wciąż trwa, wciąż nas dotyczy. Wciąż bierzemy udział w narodzinach wszechświata. W Kaplicy Sekstyńskiej Bóg powołuje do istnienia trud słońca i tajemnicę księżyca. Po lewej stronie księżyc, po prawej słońce. W tej jednej chwili stworzenia stoją obok siebie, by podążyć każde w swoją stronę. Księżyc odchodzi, by stać się pełnią i pustką, słońce, by pogłębić wartość świtów i zmierzchów. Czy posiadają pamięć siebie? Dystans, który ich dzieli to intencja boska, ale czy mogą istnieć bez siebie?

Wyodrębnianie to poszukiwanie szczegółu. Zawierzenie jednemu elementowi, od którego wszystko się zaczyna i do którego wszystko dąży. Siła drobiazgu, w którym zawarta jest cała wiedza o całości. Całość, którą próbujemy ogarnąć wiedzą połyskuje w jakimś mało znaczącym drobiazgu. Połyskuje jak paznokieć na ręce Dawida. Może wszystka doskonałość tej rzeźby zawiera się w tym jednym paznokciu. W jego spojrzeniu na tę stronę świata, gdzie zachodzi słońce. Jakby chciał wzrokiem zatrzymać jego ruch, by ta walka nie miała końca. Walka piękna z czasem. Walka niewysławialnego z językiem niezrozumienia. Ten drobiazg wycofany z łańcucha przyczyny i skutku. Ten drobiazg, który jest poza wiedzą. Jaki zachód słońca zobaczył tym razem? Wciąż przed walką, wciąż przed ostatecznym ciosem. Walka będzie potężna i sprawiedliwa. Czy po takiej walce będzie nasycony? W ciele Davida nie ma gniewu, nienawiści ani buntu. Jakby uczciwość i szacunek wobec zdarzenia, które za chwilę ma się wydarzyć nie pozwalała mu na pokazywanie emocji. To jakby uczciwość wobec aktu walki. Jego nieskazitelność ma zmierzyć się nie tylko z brutalizmem Goliata, ale z brutalną koniecznością następujących po sobie epok. Idealne proporcje jego ciała są jakby wagą, na której zostanie zmierzone dobro i zło, to co słuszne i to co zbyteczne, to co wartościowe i to co bezwartościowe.

Pytanie kamienia lepiej niż ty wie, gdzie jesteś. Bo właściwie czym jest „tutaj” jeśli nie jakimś niejednoznacznym ukazaniem połączenia drogi i intencji, ale drogi są zmienne, a intencje bywają niewystarczające i złudne. Jak wiele przyrzeczeń, obietnic, próśb zawiera się w „tutaj”? Jak wiele przebłaganych chwil rozrywa od wewnątrz tę prowizoryczną konstrukcję „tutaj”. Rozrywa i skłania, by zawrócić. Zawrócić niekoniecznie oznacza cofnąć się. Zawrócić to mityczny powrót do samego siebie. Przyjąć na siebie ciężar wszystkich zdarzeń, które stały się naszym udziałem. Przyjąć i usprawiedliwić w imię siebie, w imię wszystkich wątpliwości, w imię wszystkich niepokojów. W imię przypadku. A przypadek prędzej czy później ukaże oblicze swojej konieczności, a nie przypadkowości. Jak wiele zawiera się w tym „tutaj”, jeśli mamy świadomość jakiegoś „tam”. „Tam”, które ogarnęliśmy w całości, w całej złożonej perspektywie. „Tam”, które złowiliśmy na przynętę swojego przerażenia. „Tam”, które nie odstępowało nas ani na chwilę, gdy na ziemię runęły chmury. „Tam”, które powstaje, gdy niebo dotknie naszego ciała. „Tam”, którego mapą jest dzieło sztuki. Mapa jest niewyraźna, ale do odgadnięcia. Ile tych „tam” poznał Michał Anioł, jeśli każde jego dzieło jest taką mapą. Mapą utęsknionego lądu, który dopiero mamy odkryć.

Jeśli istnieje natchnienie to jest nim zapomnienie samego siebie
Jeśli istnieje miłość to jest nią pocałunek, którego Michał Anioł nigdy nie wyrzeźbił.

Tworzenie to jednocześnie zakreślanie jakiś granic. Bezgraniczność mieszcząca się w granicach? Ile razy wyczekiwał na lepszy moment. Chwilę, gdy zamiar już wie, a realizacja jest jedynie czułym przyzwoleniem. Zaprzeczenia są dokładne i bezboleśnie wyrachowane. Zaprzeczenia, które tak naprawdę nie sprzeciwiają się, ale chcą uwydatnić ranę, chcą oddziaływać trudnym. Co łączy te wszystkie zaprzeczenia w jedną całość. Co je wszystkie zmusza, by były po drugiej stronie wiedzy, tej właściwej wiedzy. Czy nasze przeczucia są wystarczające?

„Mistrzostwa nie zdobędzie,
Kto wprzódy nie dosięgnie
Sztuki i życia krańców”

Jego rzeźbę na wskroś przenika poezja jakby na początku był kamień. To jakby narodziny poezji w kamieniu. Uprzedmiotowienie poezji. Nadanie jej wymiaru, ustanowienie dla niej zmysłu dotyku. Czujność każdej sekundy. Ale dotyk napotyka granice. Czy dla artysty istnieją granice?

Granica ognia, którą przekracza, gdy wszystko porzuca
Granice wody, którą przekracza, gdy przestaje ufać językowi
Granice skały, którą przekracza, gdy skruszy w sobie myśli
Granice czasu ,którą przekracza, gdy uwalnia się od ja i ty
Granice przestrzeni, którą przekracza, gdy słyszy jedno nieustające Ty

Z każdego miejsca dosięga go natarczywy, zwodniczy, niczyj głos: nic nie rozumiesz, nic nie rozumiesz. Ale on nie chciał zrozumieć. Bo czymże jest zrozumienie jeśli nie świadomością niemożności zrozumienia. Świadomością dotarcia do granic, z których niekiedy nie ma powrotu, a jeśli – to z innym obliczem. Chęć zrozumienia jest uskrzydloną wersją braku pokory. A przecież tworzenie bez pokory nie jest możliwe. Bez odczucia dążenia, nieustannego dążenia do doskonałości. Tworzenie w świadomości zrozumienia nie miałoby sensu. Zrozumienie byłoby jak kropka przed zdaniem, które jeszcze nie zostało napisane. Przecież wiedział, że tylko oślica zobaczyła anioła. Te słowa Savanaroli były mu tak bliskie i znajome. On, który miał dostęp do świata, do którego ludzkie zmysły nie mają wstępu. On, który przekładał język nadprzyrodzonego na język ludzi. Nic nie rozumiesz, nic nie rozumiesz czytał w ludzkich gestach, spojrzeniach, uśmiechach. Nic nie rozumiesz. Czy rzeczywiście ci ludzie mieli nad nim przewagę zrozumienia? Tę ziemska przewagę, w której gra sił jest złudna i fałszywa. Można zrozumieć w jaki sposób i dlaczego powstają chmury, ale nie można zrozumieć dlaczego przybierają takie, a nie inne kształty.

Nigdy nie zrozumiemy, w jaki sposób powstaje dzieło sztuki. Nigdy nie zrozumiemy, z jakiej części duszy przychodzi do naszego świata i którego ze światów jest obrazem. Jakie mechanizmy powodują artystą, że staje się pośrednikiem miedzy niewidzialnym a widzialnym, między niewysłowieniem a wysłowieniem, między ziemią a niebem. Jaką cenę płaci za to pośredniczenie? Artysta jest jak most niebios, po którym płyną obłoki – przesłania. Treść ukryta, a jednocześnie wykradziona. Nic dziwnego jeśli to Hermes, bóg złodziei wymyślił sztukę. Wielcy artyści są wielkimi złodziejami. W jakiej relacji pozostaje artysta ze swoim dziełem? Czy dzieła odchodzą? Czy pozostają wierne temu, kto je stworzył? Czas dzieła sztuki wypełnia tajemnica. Jej siła i moc jest niekiedy nie do wyrażenia. Wszelkie komentarze są komentarzami komentarzy, ale nie właściwą interpretacją. Sztuka tak jak i miłość jest tajemnicą, której strzeże zazdrosne niebo. I błagamy, by przez chwilę było tolerancyjne, by stało się niemym przyzwoleniem, by odpowiedziało choćby jednym wierszem, choćby jednym gestem rzeźby, choćby jedną barwą fresku.

W wizerunku zwycięstwa ukryte jest pewne zaklęcie. Zaklęcie, którego ustrzec może jedynie kamień. Patrząc na tę rzeźbę widzi się zwycięskiego i zwyciężonego. Kto z nich był pierwszy? Kto komu bardziej potrzebny? Kto komu przepowie porażkę lub zwycięstwo? Co widzimy, gdy zaczynamy odczuwać razem z rzeźbą? Przewagę delikatności nad siłą, jakby to, co najważniejsze było językiem subtelności. Zwycięstwem jest ten obojętny ruch głowy jakbyśmy oglądali się za siebie. Przeszłe, które stworzyło teraz, przeszłe, które uobecniane jest bez emocji i bez próby rozpamiętywania. Jakby to, co za nami nie mogło nas dosięgnąć. Dotyczy już nie dotycząc. To nie my osądzamy zwycięstwo, to zwycięstwo osądza nas. To ono zastaje nas w najmniej oczekiwanym momencie: w beztrosce, w bólu, w nędzy, w ubolewaniu, w gniewie, w obojętności. Zwycięstwo nie jest sytuacją, jest odczuciem zwycięstwa nad materią. Zwycięstwa nad wiedzą, która zniewala człowieka. Wiedza, ta tandetna maskarada pojęć, efektowna ekwilibrystyka złudzeniami, która wybudowała ściany i mury z ratio oddzielając czucie od inteligencji, inteligencję od wyobraźni, wyobraźnię od intuicji, intuicję od duszy. Wiedza, która zaszczuwa umysł, bo czy jej sposoby myślenia prowadzą do właściwych odpowiedzi? Wiedza jest jak labirynt, w którym istnieje zbyt wiele wyjść by wiedzieć że to, które wybraliśmy jest właściwe. Zanegowanie wiedzy pozwala na odzyskanie wyobraźni i intuicji. Wyobraźni by wskrzeszać nowe światy. Intuicji by umieć poruszać się po mapie tych nowych światów. Jak często uświadamiamy sobie swoje zwycięstwo? Na ile umiemy go zrozumieć i mądrze poprowadzić. Zwycięstwo duszy nad ciałem, wyobraźni nad rozumem, delikatności nad przemocą. Może wreszcie rozprawiamy się z rzeczywistością, która próbuje nas wyręczać nazywając to losem lub przeznaczeniem. W istnieniu ludzkim jest coś dramatycznego, ale właśnie w tym dramatyzmie ukrywa się całe piękno świata.

Zwycięstwo Michała Anioła poprzedzało zmaganie nie tylko z materią, ale z samym sobą.
Być może najważniejszym zwycięstwem jest zwycięstwo nad sobą samym.

„Czego się uczę w twoich lic ozdobie,
Niech się myśl ludzka pojąć nie spodziewa.
Kto chce to poznać, wprzódy umrzeć musi”

W rzeczywistości ziemskiej być może odniósł porażkę, którą musi nauczyć się znosić.
W rzeczywistości niebiańskiej to tryumf, który musi nauczyć się rozumieć.

………………………………………….
Ewa Sonnenberg — poetka. Publikacje w pismach literackich w Polsce i za granicą. Wiersze tłumaczone na język angielski, francuski, hiszpański, niemiecki, szwedzki, turecki, rosyjski, węgierki, słoweński, słowacki, czeski, serbski, macedoński, bośniacki, włoski, ukraiński. Opublikowane tomiki: „Hazard” (Wrocław, 1995), „Kraina tysiąca notesów” (Dzierżoniów, 1997), „Planeta” (Katowice, 1997), „Smycz” (Wrocław, 2000), „Płonący tramwaj” (Kraków, 2001), „Lekcja zachwytu” (Kraków, 2005), „Pisane na piasku/Written on send” (Kraków, wyd. Ha–art., 2007), w angielskim przekładzie Katarzyny Jakubiak, „Rok Ognistego Smoka” (Kraków, 2009), „Wiersze zebrane” (Wrocław 2014, Biblioteka Rity Baum), „Hologramy” (Poznań 2015, WBPiCAK), poemat prozą „Obca” (Szczecin 2015, wydawnictwo Forma). Ukazała się również książeczka „Paź królowej. Bajka dla zakochanych” (Kraków, 2006) oraz „Encyklopedia szaleńca” (Wrocław, 2006, w bibliotece „Rity Baum”). W 2006 ukazał się wybór wierszy „Imperium łzy” w Belgradzie oraz „Nieobliczalni” w Bania Luce (2016) w tłumaczeniu Biserki Rajcic. W 2009 ukazał się wybór wierszy „ Spowiedź” w Skopi w tłumaczeniu Risto Jaceva. Byłam stypendystką Kultury Niezależnej w Paryżu, dwukrotną stypendystką (2001, 2008) Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Za tomik „Hazard” otrzymałam nagrodę im. Georga Trakla (1996), 2008 Nagrodę dla najlepszego poety festiwalu Ilinden/Skopie, Macedonia, 2012 Nagrodę Czterech Kolumn za całokształt twórczości. W 2016 zostałam finalistką Orfeusza — Nagrody Poetyckiej im. K. I. Gałczyńskiego za tom „Hologramy”. Wiersze prezentowane w wielu antologiach m.in. Rosyjskiej: „Polskie poetki”, Petersburg, 2002 Szwedzkiej: „17 Polskich poetów” Sztokholm, 2003, „Jag i forsta och sista person/Poetki polskie”, Sztokholm, 2008. Słoweńskiej: „Akslom poljska nazaj”, Ljubljana, 2005, Amerykańskiej: „New European Poetry”, Graywolf Press, Saint Paul, Minnesota, 2008. Serbskiej: „International Writers Colony. Cortanowci”, Serbia Literary Society, Belgrad 2008, Hinduskiej: „Aria“ translations by Sudeep Sen, Yeti Books&Monsoon Editions, Mulfran Press, India, England 2009 , Niemieckiej: „Das Unsichtbare Lieben. Anthologie polnischer Lyric“, K.Gutke Verlag, Köln, 1998, Artur Becker, „Ein Kiosk mit elf Millionen Nachten“, Stint, Bremen 2008. Rosyjskiej: “ Było, jest, będzie” ( Collection wierszy polskich poetów) , Wahazar, Moscow, 2009. , Hiszpańska: “Poesia a Contragolpe”, Antologia Polskiej Współczesnej Poezji (1960 – 1980) pod redakcją Abel Murcia, Gerardo Beltran, Xavier Farre, Prensas Universitaires de Zaragoza, 2012 , Serbska: “Moi poeci XX wieku” w tłumaczeniu Biserki Rajcic, Belgrad, Treci Trg, 2012, Tureckiej z okazji Festiwalu poetyckiego , “Wiersz Istambułu. Poeci Świata”, Istambuł 2013, Amerykańskiej: “With our eyes wide open”, West End Press, Albuquerque New Mexico 2014. Hiszpańska: “El cerezo crece…” Uniwersytet w Grenadzie, redakcja: Joelle Guatelli- Tedeschi, Grenada 2015. Niemiecka: “Dzieciństwo w Polsce. Dzieciństwo w Niemczach” verlag Heidi Ramlow, Berlin 2015. Amerykańska: “Scattering the Dark/An Anthology of Polish Women Poets”, redakcja i przekład Karen Kovacic, USA 2016, Polskiej: “Przewodnik po zaminowanym terenie” redakcja Krzysztof Śliwka, Wrocław 2016. Prezentacja wierszy z tomu „Wiersze zebrane” w języku włoskim na blogu Paolo Statuti: www.musashop.wordpress.com.. Wiersze ukazywały się w pismach za granicą m.in.: „Literaturkreis Lichtungen” (Graz, 1996), „Nagy Vilag” (Budapeszt, 2002), „Gulf Coast” (USA, 2003), „ Lyrikvannen” (Sztokholm, 2003), „Poesie” (Paryż, 2004), „Romboid” (Bratysława, 2004), „Apokalipsa” (Ljubljana, 2004), „Lyric” (USA, 2005), „Apokalipsa” (Ljubliana, 2006), „Polityka” (Belgrad, 2007), „Treci trg” (Belgrad, 2007), „Blesok” no. 54 (Macedonia, 2007), „Heviz” (Budapeszt, 2007) „Treci trg” (Belgrad 2008). W „OEI” (Sztokholm, 2008) ukazał się mój artykuł o młodej poezji polskiej. Ostatnio ukazały się wiersze w piśmie „Nuovi Argomenti” we Włoszech (2014) i w Waxwing Magazine w USA (issue V – spring 2015). Publikowałam na portalach internetowych: PKP Zin, Helikopter, sZAFa, Pro_Arte, Śląska Strefa Gender, Pisarze.pl Moja twórczość była prezentowana w I i II programie Polskiego Radia. Należę do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wiersze prezentowane w „Inter-„ pochodzą z przygotowywanego do druku tomu „Schizofrenia&company”.
………………………………………
Więcej: Facebook
07.02.2017

Subtelność bywa brutalna. EWA SONNENBERG „Michał Anioł. Mit zwycięstwa czy klęski?”
3 votes, 5.00 avg. rating (97% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.
Jeden komentarz

Co o tym sądzisz?