Pojęcie szczęścia często kojarzone jest z wolnością. Tak właśnie się czułem. Szybowałem jak ptak w przestworzach. Wolny od trosk i kłopotów. Niezależny. Wiatr we włosach dawał mi poczucie mocy. Byłem panem świata. Mogłem budować i niszczyć. Decydować o losach innych ludzi. Rozkazywać… Poczułem nagle szarpnięcie. Po chwili kolejne. Jakaś siła ściągała mnie w dół.
— Wstawaj! Znowu zaspałeś! Spóźnisz się do pracy! — usłyszałem jakby z oddali głos Beaty, mojej żony. Powoli świadomość powracała do ciała. Leniwie otworzyłem oczy. Ujrzałem rozczochraną kobietę z którą ożeniłem się kilka lat temu. Widok jak co dzień.
Wykonałem mechanicznie poranne czynności higieniczne i zacząłem wkładać mój garnitur służbowy.
— Masz dzisiaj odebrać dziecko z przedszkola. Pamiętaj.
Bez słowa spakowałem drugie śniadanie do teczki słuchając dalszego monologu mojej drugiej połowy.
— Zrób także zakupy i… — ta chwila ciszy zaniepokoiła mnie na tyle, że podniosłem wzrok na Beatę — dzisiaj jest nasza rocznica ślubu. Chyba nie zapomniałeś? Przyjdź wcześniej do domu. Zrobię coś pysznego.
— Dzisiaj akurat wrócę późno. Muszę sfinalizować transakcję z klientem. Wiesz jak długo pracowałem nad tą sprawą? No to na razie — rzuciłem na pożegnanie.
Szukałem w pośpiechu kluczyków do samochodu, kiedy pojawił się jakiś łachmaniarz.
— Szefie, daj złotówkę na bułkę. Od wczoraj nic nie jadłem — usłyszałem chwiejny głos.
— Spadaj dziadu! Nie będę utrzymywał darmozjadów.
— Może tylko pięćdziesiąt groszy?
— Odejdź bo zawołam policję! Ale to już!
Wreszcie znalazłem kluczyki i zapaliłem silnik samochodu. Mimowolnie spojrzałem na wyświetlacz zegarka. Dochodziła ósma.
Szef w pracy uraczył mnie spojrzeniem, które mówiło: znowu zawaliłeś, będę o tym pamiętał. Wszedłem do mojego pokoju.
— O! Cześć Zbyszek! Jednak zdecydowałeś się trochę popracować? — powiedziała drobna blondynka.
— Tak Kasiu. Wyobraź sobie. Gdzie są dokumenty dla naszego klienta? Dzisiaj jest spotkanie.
— Jak zawsze na twoim biurku.
Zacząłem wgłębiać się w sterty tabelek i wykresów. Kolumny pełne liczb. Setki sformułowań prawnych. Musiałem się porządnie przygotować do rozmowy.
— Nie zauważyłeś jakieś zmiany dzisiaj? — zapytała Kasia.
— Zmiany? Nie. Nie zauważyłem — odparłem nie podnosząc wzroku.
— Ale popatrz na mnie.
— Przecież patrzyłem.
— Zmieniłam uczesanie. Nie zauważyłeś?
— Nie. Ale jakbyś powiększyła sobie cycki to bym zauważył.
— Cham! — rzuciła natychmiast. Zaśmiałem się szyderczo.
— Dobra zabieram te papiery i lecę na spotkanie — powiedziałem i wybiegłem z biura.
Miejska dżungla wcale nie różni się od naturalnej. Trzeba być Tarzanem, żeby w godzinach przedpołudniowych dostać się szybko na drugi koniec miasta. Nie wszyscy to potrafili. Ja byłem w tym mistrzem. Omijałem slalomem stojące w korku samochody i wykorzystywałem wszelkie okazje, aby posuwać się do przodu. Przepisy ruchu drogowego są przecież dla maluśkich. Ja należałem do elity.
Właśnie przejeżdżałem przez kolejne skrzyżowanie na lekko czerwonym świetle, gdy nagle ujrzałem przed sobą ogromną bryłę stali, która nieuchronnie zbliżała się do mojego samochodu. Odgłos rozdzieranego metalu był ostatnim dźwiękiem który zarejestrował mój umysł. Potem nastąpiła ciemność.

***

To dziwne, ale czułem się bardzo lekki. Spokojny. Nic mnie nie bolało.
Rozejrzałem się wokół. Byłem w sterylnie białym pokoju, którego ściany sprawiały wrażenie przeźroczystych barier. Wszystko było dziwne i niezrozumiałe, ale nie czułem niepokoju. Spojrzałem na ręce i nogi. Wszystko wydawało się być w porządku. Jak to możliwe? – zastanawiałem się. Miałem jeszcze w pamięci ostatni obraz wypadku samochodowego.
— Zbigniewie!
Ktoś mnie woła? Gdzie? Kto? — pomyślałem szybko.
— Gdzie ja jestem? Co się stało?
— Jesteś w niebie Zbigniewie. Spotkało cię to, co nieuchronne. Zresztą sam zabiegałeś o to.
Co za brednie — pomyślałem.
— Kim jesteś?
— Ja? Jestem, który jestem.
Żart? Nie mogłem zrozumieć. Więc umarłem? Ja? Umarłem? Przecież nie można tak sobie odejść z tego świata. Miałem jeszcze tyle spraw do załatwienia. Byłem umówiony na spotkanie…
— Zbigniewie. Pozostaw swoje ziemskie sprawy. Już ciebie nie dotyczą. Jesteś w niebie, ale raczej przejściowo. Z tego co widzę nie byłeś specjalnie lubiany.
— Dlaczego!?
— Spójrz przed siebie. Pokażę ci obraz z twojego pogrzebu.
Ujrzałem małą grupkę osób stojących obok wykopanego w ziemi dołu. Obok na podwyższeniu leżała trumna. Wysiliłem wzrok aby przeczytać napis na tabliczce:

Zbigniew Machoń
żył lat 29
pokój jego duszy

Niemożliwe! To był mój pogrzeb. Przyjrzałem się dokładnie postaciom obok trumny. Słyszałem dokładnie o czym rozmawiali, każdy szept, widziałem każdy grymas twarzy.
— Mamo! Długo jeszcze? — z niecierpliwością pytał kilkuletni chłopiec. Mój syn.
— Bartuś! To jest pogrzeb twojego ojca. Nie zadawaj takich pytań. Wiem, że pewnie go nie pamiętasz. Tatuś rzadko bywał w domu. Ciągle pracował. Jak dorośniesz pokaże ci go na zdjęciu — mówiła Beata.
— Będzie padać — stwierdziła szeptem stojąca obok Kasia, moja koleżanka z pracy — nie wzięłam parasolki. Byłeś męskim szowinistą i przez ciebie mam jeszcze zmoknąć? Idę już.
Moje zdziwienie nie miało granic. Moja rodzina i przyjaciele tak mnie widzieli? Czyżbym był aż takim draniem? Z trudem docierało do mnie jak żyłem i ile błędów popełniłem w trakcie tak krótkiego życia. Mój dotychczasowy system wartości był nic nie znaczącym tutaj aktem.
— Tak Zbigniewie. Zatraciłeś to, co najważniejsze. Miłość do drugiego człowieka. Twój egoizm zniszczył nie tylko ciebie ale także twoich bliskich. Pamięć o tobie szybko przeminie. Popadniesz w nicość.
— Ale to niemożliwe! Ja tak nie chciałem! Muszę to naprawić!
— Już za późno Zbigniewie. Twój czas minął.
— Daj mi szansę! Tylko jeden dzień. Chciałbym się pożegnać z rodziną. Proszę.
Ta chwila ciszy trwała jak wieczność. Zresztą co mogłem wiedzieć o wieczności.
— Dobrze. Dostaniesz ostatnią szansę. Daję ci jeden dzień. To mało. Ale i bardzo dużo aby docenić cud życia i naprawić chociaż niewielką cześć szkód, które wyrządziłeś.
Jeden dzień. Jeden wspaniały dzień — pomyślałem z radością.

***

Otworzyłem oczy. Obok mnie na łóżku spała moja żona. Spojrzałem na zegarek. Wskazywał godzinę siódmą rano. Zerwałem się z łóżka i zacząłem ubierać. Przecież to był mój ostatni dzień. Nie mogłem go zmarnować. Wybiegłem z domu. W pierwszym napotkanym sklepie kupiłem świeże bułeczki i serek. Dla mojej żony na śniadanie. Tak jak lubiła. Nie zapomniałem też o kwiatach, pęku czerwonych róż. Dzisiaj była nasza rocznica ślubu.
— Szefie, daj złotówkę na bułkę. Od wczoraj nic nie jadłem — usłyszałem chwiejny głos. To był znajomy łachmaniarz.
— Oczywiście — odrzekłem z radością — chociaż, mam bułkę przy sobie mogę cię poczęstować.
Biedak zawahał się przez chwilę, ale przyjął poczęstunek i zaczął łapczywie jeść.
— Jednak byłeś głodny — stwierdziłem cicho. Wyjąłem z siatki następną bułkę i wcisnąłem mu do kieszeni.
— Powodzenia — powiedziałem odchodząc. Łachmaniarz z szacunkiem skinął głową.
Biegłem po schodach po kilka stopni do domu. Wszedłem cicho do mieszkania. Beata właśnie wstawała z łóżka.
— Zbyszek, gdzie byłeś? — zapytała.
— Byłem po świeże bułeczki dla mojej żonki — odrzekłem wesoło.
— A poza tym — wyjąłem zza pleców bukiet kwiatów — chciałem ci zrobić niespodziankę, dzisiaj jest nasza rocznica ślubu. Zapraszam cię wieczorem na kolację.
— Pamiętałeś? — jej zdziwione oczy zaszkliły się łzami.
— Oczywiście. Pięknie dzisiaj wyglądasz,
— Teraz to już przesadziłeś, nic nie piłeś?
— Coś ty, z samego rana — spojrzałem na zegarek, dochodziła ósma. Praca! Przypomniałem sobie. Gorączkowo szukałem rozwiązania.
— Wiesz co. Zjedz spokojnie śniadanie, a ja podjadę na chwilę do pracy. Przekażę dokumenty koleżance i wezmę dzisiaj dzień urlopu. Kiedy wrócę pójdziemy razem z Bartusiem na spacer.
— Zbyszek. Nie poznaję ciebie. Dobrze się czujesz?
— Bardzo dobrze! Nigdy w życiu nie czułem się lepiej — odparłem i chwyciłem marynarkę.
— Pa kochanie, do zobaczenia.
Jechałem samochodem uważając na wszystkie znaki drogowe i sygnalizację świetlną. Sam się dziwiłem, że można tak wolno prowadzić samochód. Człowiek uczy się przez całe życie. Ściśle mówiąc, w moim przypadku, w ostatnim dniu życia. Gdy dotarłem do pracy dochodziła już jedenasta. Szef w pracy ponownie uraczył mnie spojrzeniem, które mówiło: znowu zawaliłeś, będę o tym pamiętał. Wszedłem do mojego pokoju.
— O! Kasiu! Jak ty ładnie dzisiaj wyglądasz. Ta nowa fryzura bardzo ci pasuje — wykrzyknąłem na wstępie do mojej koleżanki.
— Naprawdę? — wyjąkała zaskoczona kobieta — dziękuję.
— Wiesz, mam do ciebie wielką prośbę. Na moim biurku leżą dokumenty dla klienta. Miałem się dzisiaj z nim spotkać, ale niestety nie mogę, możesz mnie zastąpić? — zapytałem — mamy dzisiaj z żoną rocznicę ślubu, chciałem to uczcić, rozumiesz?
— Ten niebieski sweterek podkreśla twoje błękitne oczy, wiesz? — wyrwało mi się niby przypadkiem.
— No cóż… dobrze — powiedziała zaskoczona Kasia — pozdrów ode mnie Beatę i Bartusia.
— Oczywiście, nie zapomnę. Jesteś wspaniała — zawołałem.
Wracałem do domu jak opętany. Czekał mnie długi spacer z żoną i synem, później miła kolacja we dwoje, a jeszcze później… — myślałem łapczywie. Nawet nie zauważyłem jak z boku wyjechał ogromny TIR i przeraźliwie trąbiąc uderzył w bok mojego samochodu.

***
Czułem się wypalony psychicznie. Znowu zawaliłem. Byłem nieudacznikiem. Myśli kłębiły mi się po głowie.
— Nie myśl tak źle o sobie — usłyszałem znajomy głos.
— To ty? — zapytałem — dlaczego mnie zabrałeś w takim momencie?
— Trzeba tak żyć, aby każdy moment był właściwy. Twoja misja na ziemi dobiegła końca. Możesz odpocząć.
— A moja żona? Mój syn?
— Bardzo cię kochają. Chcesz ich zobaczyć?
Przez mgłę ujrzałem dobrze już znaną scenę mojego pogrzebu. Jakże była inna od poprzedniej wizji. Wokół trumny stało już kilkanaście osób. Zapłakana żona, syn. Przyjaciele. Koledzy z pracy.
— Żegnaj kochany Zbyszku — usłyszałem cichy głos Beaty — na zawsze pozostaniesz w moim sercu. Bartuś, chodź zapalimy tacie świeczkę. Jak dorośniesz opowiem ci jakim był wspaniałym człowiekiem.
— Zbyszku — szlochała Kasia — byłeś dobrym kolegą. Będzie nam brakować ciebie.
Kolejne warstwy ziemi pokrywały moje doczesne szczątki oddzielając mnie od rzeczywistego świata. Nie chciałem na to patrzeć.
— I co dalej? — zapytałem.
— Nie zmarnowałeś tego dnia. Będziesz żył tak długo jak będziesz istniał w ich pamięci. Popatrz.
Spojrzałem jeszcze raz na ruchomy obraz. Zobaczyłem coś dziwnego. Po zakończeniu ceremonii pogrzebowej wszyscy rozeszli się do domów. Na cmentarzu pozostał tylko jeden człowiek, którego nie dojrzałem wcześniej. Był to znajomy łachmaniarz spotkany dzisiejszego ranka. Podszedł do grobu i trzęsącymi rękami położył na nim mały polny kwiatek.
— To dla ciebie szefie. Byłeś porządnym człowiekiem.
Obraz zniknął. Nie mogłem nic powiedzieć. Wzruszenie odebrało mi mowę. Jednak moje życie miało jakiś sens. Nie zmarnowałem go.
— Zbigniewie. Już czas. Jesteś moim gościem. Zapraszam.
Ruszyłem wolno w kierunku olśniewającego światła.
 

……………………………………………………….
Janusz Kordek (luckyman) — krakowianin. Pasjonuję się muzyką, teatrem, malarstwem oraz dobrą literaturą. Pierwsze teksty literackie zacząłem publikować na portalu Opowiadania.pl, gdzie dwa razy udało mi się zdobyć nagrodę miesiąca za najlepsze opowiadanie. Wybrane, najciekawsze teksty zebrałem i wydałem w zbiorze opowiadań „Zapach duszy” (Wydawnictwo MyBook). Później zaczęła się przygoda z portalem Extrastory.pl oraz internetowym kwartalnikiem literacko-artystycznym „sZAFa”. Jednak wciąż poszukuję.
09.09.2013. Kraków

To był mój pogrzeb. JANUSZ KORDEK „Jeden dzień z życia i śmierci”
5 votes, 4.80 avg. rating (95% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.
[2] Komentarze

Co o tym sądzisz?