To była długo oczekiwana rozmowa. Jerzy Gumowski — jedna z najważniejszych postaci polskiej fotografii prasowej. Fotoreporter z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem. Członek ZPAF. Wykładowca w Warszawskiej Szkole Filmowej. W stanie wojennym członek Grupy Oporu Solidarni. 16 grudnia 2011 roku, odznaczonym Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
[Foto: Jerzy Gumowski źródło: portfolio]


Portal Eprawda.pl: Jest Pan bez wątpienia jedną z legend polskiej fotografii prasowej. Wieloletnie doświadczenie jako fotograf, fotoreporter, fotoedytor. Współpraca z najważniejszymi polskimi tytułami prasowymi. Jest Pan laureatem wielu nagród na prestiżowych konkursach fotograficznych. Pana fotografie były prezentowane na niezliczonych wystawach indywidualnych i zbiorowych. Ma Pan również bogate doświadczenie w pracy z młodymi adeptami fotografii i filmu. Jak by Pan ocenił kondycję współczesnej fotografii, a w szczególności fotografii prasowej i dokumentalnej. Czy najlepsze lata fotografia ma już za sobą?

Nie pokuszę się o jednoznaczną ocenę kondycji współczesnej fotografii, zarówno tej określanej mianem artystycznej, jak i tej, którą uznaje się za fotografię prasową czy dokumentalną. Choć z głębokiej analizy obu nasuwa się dość czarny obraz. Dam taki przykład. Odkryłem ostatnio — przez przypadek — niezwykle interesujące fotografie Romualda Kropata. Jedna z nich przedstawia praskie wybrzeże Wisły w Warszawie, sfotografowane w letni słoneczny dzień z mostu Poniatowskiego. To wspaniała dokumentalna, może nawet prasowa, fotografia; świat, którego już nie ma, zatrzymany w ułamku sekundy; świat z ludźmi, którzy może już nie żyją; plaża, której już nie ma, bo dziś wygląda zupełnie inaczej. Wspaniała fotografia, jakich jest zapewne więcej, zapewne jedyna i bardzo unikalna. Pomyślałem sobie od razu, że może warto pójść na most w to samo miejsce i w jakiś lipcowy gorący dzień z tego samego miejsca zrobić nową fotografię dla porównania:
http://www.fotografiakolekcjonerska.pl/obiekty_na_sprzedaz?obiekt=11203
Ale zaraz po tych myślach przyszła następna: „Po cholerę, w jakim celu? Dla potomnych?”… bez sensu. Przecież fotografii, a właściwie zdjęć z tego miejsca, powstało już kilkaset tysięcy i wszystkie są prawie takie same, zrobione aparatem, telefonem, tabletem, kamerą otworkową, nagrane w postaci filmiku albo uwiecznione przez ekipę Google. Jaki z tego wniosek? Do czasu wejścia w życie fotografii z zapisem cyfrowym mieliśmy do czynienia z unikalnym, indywidualnym i niepowtarzalnym zapisem analogowym. Wszystko, co powstało i powstaje w tym zapisie, jest nie do powtórzenia, i to jest olbrzymia wartość, nie jedyna, ale pierwotna. Wniosek drugi:

zapis cyfrowy cofa nas do analfabetyzmu fotograficznego.

Mając aparat cyfrowy w ręku, większość z nas tworzy zdjęcia — zdjęcie, a nie fotografię. Tak, jak ludzie piszący długopisem czy na klawiaturze nie zawsze są pisarzami i nie zawsze piszą gramatycznie, stylistycznie i z poprawną ortografią. Te miliardy zdjęć powstających na całym świecie co godzina, tak, jak biliony słów zapisywanych na serwerach, zabija nam pomału nasze wyobrażenie o fotografii. Z tego punktu widzenia kryzys fotografii jest wielki. Jest oczywiście druga strona medalu, czyli nadal funkcjonujący i pracujący znakomici fotoreporterzy i fotografowie dokumentaliści. Na świecie dzieje się wiele ważnych i mniej ważnych wydarzeń i cały czas ktoś tam jest i fotografuje wszystko, co go otacza. Takim przykładem były zeszłoroczne wydarzenia w Kijowie na Ukrainie. Powstało tam kilka znakomitych fotografii, w tym spory materiał Jakuba Szymczuka, który można by pokazywać jako przykład wybitnej fotografii reporterskiej. Na co dzień, a właściwie od czasu do czasu, zajmuję się analizą fotografii prasowej przysyłanej na konkursy organizowane przez Klub Fotografii Prasowej przy SDP. Z roku na rok grono jurorów ma coraz większe problemy z wybraniem kilku lub kilkunastu prac na wystawę, z powodu mizernej jakości przysyłanych prac. Wystarczy zresztą zobaczyć, jakie zdjęcia wygrywają w krajowych konkursach fotografii prasowej i porównać to z laureatami sprzed, na przykład, dziesięciu lat.

Czy można powiedzieć, że w mediach od początku lat 90-tych następuje dość gwałtowna rewolucja? Głównie w następstwie, jak Pan zauważył, wynalezienia techniki cyfrowej oraz Internetu. Każda rewolucja ma to do siebie, że coś się kończy i coś zaczyna. Może to oznaczać, że rozwijają się inne gatunki fotografii — na przykład zdjęcia artystyczne, reklamowe, krajobrazowe, uliczne. Czy z prochów starej, ambitnej szkoły fotoreportażu lub dokumentu ma szansę narodzić się jakaś nowa forma przekazu, której jeszcze nie dostrzegamy?

W naszym kraju i w naszych mediach teoria mówiąca, że każda rewolucja ma to do siebie, że coś się kończy i coś zaczyna, nie ma pełnego zastosowania. Jeżeli spojrzymy na to, co pozostało dziś po rewolucyjnych zmianach w prasie przeprowadzonych po okrągłym stole, to obraz zacznie nam przypominać czasy PRL-u. Czołowe dzienniki nie mają działów foto, albo to, co po nich zostało, jest atrapą wolnego dziennikarstwa.

W „Gazecie Wyborczej” pozostali mierni, ale wierni pracownicy korporacyjni,

których zmuszono do podpisania czegoś w rodzaju lojalki. W „Rzeczpospolitej” nie ma działu fotograficznego. Agencje niezależne, typu „Forum” czy „Reporter”, zostały w praktyce wyeliminowane z udziału w fotografii politycznej i społecznej, bo główną rolę przejął PAP. Po dwudziestu pięciu latach wróciliśmy do monopolu fotograficznego PAP-u i do ściśle selekcjonowanych fotoreporterów, zależnych w swoich działaniach od wydawców. To nie jest sytuacja po-rewolucyjna, to jest sytuacja powrotu do przejęcia kontroli nad fotografią prasową przez wydawców. W jakimś stopniu dotyczy to także dziennikarzy. Smutne. Co do, cytuję: prochów starej, ambitnej szkoły fotoreportażu, to nie nazwałbym tego prochami. To jest pewien elementarz dla ludzi wchodzących dziś w zawód fotoreportera.

Na tym elementarzu, albo raczej na tych korzeniach, trzeba zacząć budować kontynuację. Wielu młodych fotografów próbuje odkrywać świat na nowo, a tu wystarczy tylko prześledzić, na przykład, wyniki konkursów Polskiej Fotografii Prasowej, by spróbować zawalczyć o własny indywidualny i niepowtarzalny sposób rejestrowania wydarzeń. Specjalnie piszę tylko o fotografii prasowej, bo mam wrażenie, że to ona jest motorem napędzającym fotografię. Zdjęcia modowe, krajobrazowe czy uliczne to tylko jeden z elementów, w których fotoreporter powinien poruszać się perfekcyjnie. Czy coś się narodzi? Nie bardzo wiem co i po co. Czy pisarz, zmieniając gęsie pióro na klawiaturę, zmieni poemat w coś nowego? Czy pisząc powieść, wniesie w nią nowe elementy? Czy fotografując Canonem mamy przewagę nad tym, kto fotografuje Nikonem albo tabletem? Narzędzie zawsze jest tylko narzędziem, jego doskonałość nie zawsze wpływa na pracę naszego mózgu a fotografie tworzy się głową, nie aparatem.

Wiele zdjęć prasowych w polskich mediach jest publikowanych w Internecie, na przykład na portalu tvn24.pl, lub w ich dziale foto. Tylko że często można tam zauważyć sytuacje kuriozalne — na przykład fotoreportaż z polskiej misji w Afganistanie jest firmowany przez Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych. Wygląda to tak, jakby te zdjęcia wykonali etatowi pracownicy telewizji i wojska, a nie doświadczeni fotoreporterzy. Takich przykładów jest mnóstwo. Portal Gazeta.pl — nawet w nagłówkach — bardzo często publikuje jakieś koszmarnej jakości screenshoty z YouTuba. Wczoraj na głównej opublikowali fotkę z Twittera, wykonaną komórką — jako ilustrację newsa o przyznaniu nagród filmowi Ida. Przecież tam musieli pracować agencyjni fotoreporterzy. Czy redakcja „GW” nie mogła kupić przyzwoitego zdjęcia z Reutersa albo AFP? Poziom zdjęć prasowych, przynajmniej w Internecie, jest rzeczywiście bardzo niski. Z drugiej strony, niezależne niszowe portale i magazyny, na przykład „DOC!”, publikują zdjęcia — na wysokim poziomie — wielu wybitnych polskich fotografów. Proszę mnie zatem poprawić, jeżeli się mylę, ale rozumiem to tak — w Polsce jest wielu wybitnych fotoreporterów i dokumentalistów. Jednak redakcje największych mainstreamowych tytułów prasowych nie chcą tych fotografii publikować. Dlaczego? Tną koszty? Po prostu ich nie stać? Czy uważają, że ludzie i tak tego nie docenią, bo nie znają się na dobrych zdjęciach?

Są dwie przyczyny takiego stanu rzeczy. Pierwsza — historyczna, związana z dynamicznym rozwojem prasy w Polsce po Okrągłym Stole. „Gazeta Wyborcza” jako pierwsza, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, wprowadziła w dziale fotograficznym funkcję tzw. fotoedytora. Była to próba skopiowania podobnych stanowisk w gazetach zachodnich, a przede wszystkim z francuskiego dziennika „Libération”. Niestety, pierwotne założenia mówiące o tym, że ma to być osoba kompletnie nie znająca się na fotografii i sztukach wizualnych doprowadziły do, po pierwsze, konfliktów z fotoreporterami, a po drugie — do spadku jakości publikowanej fotografii. Założenie to wynikało z analizy rynku, bo ktoś, kto wybiera zdjęcia do druku, powinien postrzegać te zdjęcia tak, jak przeciętny czytelnik gazety. Takich też ludzi wybrano do pracy w „Gazecie”, ludzi posługujących się kryterium ładne — brzydkie. W następnych gazetach i tygodnikach schemat ten powielono i z fotoedytorów stworzył się zawód „wybieraczy”, bo redaktorzy zorientowali się dość szybko, że to oni powinni wybierać fotografię, gdyż lepiej się na niej znają niż pracownicy działów fotograficznych. W późniejszym czasie do działów foto w różnych pismach dostali się ludzie z dobrym wykształceniem plastycznym i fotograficznym, ale wpadli w niereformowalny system pierwotny.

Drugą przyczyną jest kondycja finansowa wydawnictw, która doprowadziła do likwidacji (w praktyce) działów fotograficznych i przejścia na formę zakupu pakietu zdjęć z agencji. Kondycja finansowa związana jest też z niezmiennym stosunkiem redaktorów pism do fotografii. W „Rzeczpospolitej” o publikacji zdjęć na poszczególnych kolumnach decydują kierownicy działów, a nie fachowcy od fotografii. W „Gazecie Wyborczej” o tym decydują zwykli redaktorzy, wspomagani przez „wybieraczy”. System ten wpisuje się w bardzo głęboki kryzys dziennikarstwa i mediów w ogóle. Stwarza warunki do politycznego manipulowania obrazem, do prób zakłamania rzeczywistości dokumentowanej przy pomocy fotografii. Widać to w prawie każdym wydaniu codziennych gazet w kraju — zarówno tych papierowych, jak i internetowych. To sympatia polityczna albo wymóg reklamodawcy wpływa na decyzję redaktorów wybierających zdjęcia do publikacji, a nie merytoryczna i artystyczna wartość fotografii. Pewien wyjątek w ostatnim czasie stanowi fotograficzna rozkładówka sobotniego wydania „Gazety Wyborczej”. W tej pogoni za przeciętnością, kasą i reklamą, wydawcy i redaktorzy zapomnieli o podstawowej misji dziennikarstwa — o rzetelnym przekazie informacji i o kształtowaniu rozumnego, wyedukowanego odbiorcy. Z mojego punktu widzenia, to my, ludzie mediów, powinniśmy swoimi publikacjami podnosić poziom naszych odbiorców, a nie odpowiadać na ich gusty i przyzwyczajenia.

Większość „normalnych” ludzi nie jest w stanie odróżnić dobrego zdjęcia od przeciętnego. Dla nich to żadna sztuka — zdjęcie jest po prostu zdjęciem albo, jak to się teraz mówi, „fotką”. Czym się charakteryzują dobre fotografie prasowe i reportażowe? Czy mógłby Pan spróbować wyjaśnić nieobeznanym w temacie czytelnikom, co się składa na to, że mamy do czynienia z wybitną fotografią prasową?

Większość „normalnych” ludzi nie jest w stanie odróżnić dobrego zdjęcia od przeciętnego”… to bardzo trafne spostrzeżenie. Należy zadać sobie też pytanie, czy większość ludzi odróżni dobry tekst od przeciętnego, albo dobry obraz od szmiry. Zakładam, że jedynie w malarstwie możemy liczyć na to, że przeciętny człowiek zobaczy różnicę między Kandinskym a studentem ASP. Ale to jest wynikiem edukacji. O malarstwie, muzyce, filmie uczymy się w szkole. Znamy nazwiska twórców i nawet często możemy je przypasować do dzieła. Czy ktoś spoza branży fotograficznej zna Ansela Adamsa albo Edgara Westona? Fotografia nie bierze się znikąd, ma swój początek, jest powiązana ze sztukami wizualnymi, często porównuje się ją do malarstwa lub grafiki. To są jej korzenie — kto ich nie zna, nie będzie mógł zrobić ani ocenić, co jest „dobre” w fotografii. Trzeba mieć wielki bagaż wiedzy, potem doświadczenia, a na końcu talentu i szczęścia, by tworzyć wybitne fotografie. Co oznacza „wybitne”? Myślę, że to takie, w których widzimy indywidualność autora, perfekcyjną kompozycję liniową, przestrzenną i kolorystyczną; unikalny obraz, zanotowany w ułamkach sekund lub na przestrzeni określonego czasu. W końcu — obraz pokazujący emocje autora albo fotografowanego motywu, przetworzony przez osobiste myślenie twórcy. To bardzo ogólny opis, ale wszystkie jego elementy są niezbędne do zrozumienia, czym jest fotografia, nie tylko ta dobra.

Porozmawiajmy przez chwilę o samej fotografii prasowej i dokumentalnej. Które zdjęcia warto znać? Zdaję sobie sprawę z tego, że było i jest wielu znakomitych fotoreporterów. Jednak czy mógłby Pan wskazać dwa, trzy nazwiska fotografów, których Pan ceni najbardziej?

Myślę, że ktoś, kto poważnie podchodzi do fotografii, a na dodatek stara się zostać fotografem, nie powinien szufladkować dorobku swoich poprzedników i mówić, że to warto, a tego nie warto znać. Fotograf porusza się w sferze sztuk wizualnych, od grafiki po malarstwo. Powinien znać zasady i historię powstawania obrazu. Skupiając się na naszej codzienności, czy warto znać prace Ćwika, Kowalskiego, Gudzowatego, Dederki, Rydet, Morka, Jarosińskiej, Starzewskiego, Ociepki, Beksińskiego, Tomaszewskiego, Sawki (wstawiam te nazwiska bez logicznego ciągu) i kilkuset innych twórców? Tak, warto znać! Ale ostatnio, ze względu na film fabularny, zacząłem po raz kolejny poznawać prace Bractwa BANG BANG, czyli Kena Oosterbroeka, Grega  Marinovicha, Kevina Cartera i João Silvy.

Co Pan myśli o konkursie World Press Photo? Czy to rzeczywiście jest ta Mekka wszystkich fotoreporterów — najlepszy, najbardziej prestiżowy w świecie konkurs fotografii prasowej? I, co najważniejsze, zdjęcia najlepsze z najlepszych. Moim zdaniem, fotografia tegorocznego laureata, Johna Stanmeyera, była faktycznie znakomita.

Na świecie są dwa wielkie i liczące się konkursy fotografii prasowej — World Press Photo i Picture Of The Year. Oba bardzo ważne i bardzo prestiżowe. Udział w nich otwiera drogę do kariery, a przede wszystkim wyzwala fotografa z macek lokalnych (krajowych) uwarunkowań. W Polsce przyjęło się, że to WPP jest tym najważniejszym i najbardziej nośnym konkursem. Myślę, że należy go postrzegać w sposób ogólny, analizując cały materiał nagrodzony przez jurorów we wszystkich kategoriach. Ten coroczny obraz fotograficzny świata ma też swoje słabe strony, wynikające z systemu wyboru tej najlepszej, jedynej fotografii roku. To właśnie ta jedyna fotografia roku często stwarza problemy. Cała reszta jest mozaiką świata i wydarzeń. Cieszy mnie bardzo fakt, że coraz więcej moich kolegów po fachu, fotografów z Polski, zyskuje uznanie na WPP.

Który konkurs fotografii prasowej w Polsce jest najlepszy?

W Polsce jest podobnie, mamy dwa konkursy — Grand Press Photo i BZ WBK Press Foto. Oba ważne i dość trudno określić, który z nich jest bardziej prestiżowy. Niestety, oba związane są z innymi środowiskami wydawniczymi, co dość często skutkuje różnymi, dziwnymi wyborami. Ma to też związek z regulaminem i doborem jury. Jeden konkurs związany jest z środowiskiem, nazwijmy to, w cudzysłowie, „Gazety Wyborczej”, drugi — z trochę bardziej niezależnym środowiskiem „Rzeczpospolitej”. Odzwierciedla to podział, jaki powstał w Polskich mediach. Oba konkursy nie dopracowały się systemu powoływania niezależnych członków jury, gwarantujących w stu procentach wybory bez polityczno-środowiskowych układów.

Co to znaczy: „podział w polskich mediach”? Kto ustala reguły gry w polskiej prasie?

Wydaje mi się, że podział w polskich mediach jest doskonale widoczny. Podział ten związany jest z interesami politycznymi poszczególnych grup znajdujących się akurat u władzy. Z jednej strony, główną tubą niosącą ze sobą ideologię, nazwijmy ją, lewicowo-liberalną jest „Gazeta Wyborcza”, skupiająca wokoło siebie zarówno nurty polityczne, jak i organizacje, na przykład „Krytykę Polityczną”. Z drugiej strony — środowiska, nazwijmy je umownie prawicowe, kiedyś skupione w okolicach „Rzeczpospolitej”, związane przede wszystkim z opozycją parlamentarną. Podział ten dotyczy także tygodników i miesięczników.

Spotkanie i rozmowy w Magdalence. 16 wrzesień 1988 r. Adam Michnik (w środku) -- red. naczelny Gazety Wyborczej.  Czesław Kiszczak (po prawej). Lech Wałęsa (po lewej).

Spotkanie i rozmowy w Magdalence. 16 wrzesień 1988 r. Adam Michnik (w środku) — red. naczelny Gazety Wyborczej. Czesław Kiszczak (po prawej). Lech Wałęsa (po lewej). Foto i żródło: materiały archiwalne


Tym samym głosem mówią pracownicy „Polityki”, „Newsweeka”, „Przekroju” czy „Angory” — tak samo, jak bardzo podobne widzenie świata można przeczytać w „Do Rzeczy”, „W Sieci” czy „Gość Niedzielny”. Siła tych środowisk polega na ich opiniotwórczości oraz na kształceniu i przekazywaniu na zewnątrz ludzi wiernych rodzimym redakcjom. I tak, byli pracownicy „Gazety” zasilają szeregi dziennikarzy i redaktorów, na przykład, „Polityki” (Jacek Żakowski, Artur Domosławski), a byli dziennikarze „Rzeczpospolitej” (Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz) są członkami redakcji „Do Rzeczy”. W prasie papierowej, ale także w Internecie, te dwa podmioty decydują o tym, kto może być dziennikarzem, fotoreporterem, a kto nie. Przy czym przynależność do jednego środowiska wyklucza możliwość zmiany poglądów i pozostania, na przykład, dziennikarzem śledczym. Ktoś, kto świadomie przeciwstawi się jednej z opcji, w praktyce zostanie zniszczony i wyeliminowany z zawodu dziennikarza. Niestety, nadal monopol na jedynie słuszną informację i przekaz polityczny ma środowisko „Gazety Wyborczej”, bo jej ludzie, po praktykach na Czerskiej, zdobywają intratne stanowiska w aparacie władzy. To „Gazeta” decyduje też o sytuacji polskiej fotografii prasowej, bo dysponuje finansami i ogromnym aparatem marketingowym. Ubolewam nad takim podziałem, ale od, mniej więcej, dziesięciu lat stał on się bardzo widoczny i nadal się utrwala.

Chciałbym jeszcze, zanim przejdziemy do rozmowy o Pana dorobku i karierze, zapytać o kwestię, która budzi wielkie kontrowersje. Jest taka część opinii publicznej, która uważa, że wszystkimi mediami mainstreamowymi kierują wielkie korporacje. Jako właściciele wielkich wydawnictw medialnych, mają kontrolę nad redakcjami i dziennikarzami. Już samo omijanie pewnych tematów może być formą kontroli. Proszę powiedzieć, jaka jest Pana opinia w kwestii niezależności mediów. Czy prasa w Polsce jest naprawdę wolna?

Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: outdoorowa firma niszczy mały park osiedlowy, wycinając kilkadziesiąt drzew, tylko po to, by postawić tam konstrukcje pod wielkie billboardy. Mieszkańcy protestują, piszą listy do władz, robią pikietę, w końcu proszą o pomoc dziennikarzy największej gazety w okolicy. Dziennikarz pisze przejmujący artykuł, fotoreporter robi świetne zdjęcia. Materiał i fotografie nigdy się nie ukazują, bo firma outdoorowa  zamieszcza w gazecie reklamy za spore pieniądze. Niestety, przy obecnym systemie finansowania mediów takich sytuacji jest mnóstwo. Na przykład, zamieszczenie obowiązkowych ogłoszeń władz miejskich (dużego miasta) na łamach papierowego wydania gazety i na portalu internetowym, może przynieść ponad milionowe dochody wydawcy gazety. Czy pozwoli sobie na krytykę reklamodawcy?

Optymizmem napawa jednak fakt, że istnieją naprawdę niezależne źródła informacji — myślę tu o forach internetowych, grupach społecznościowych, niezależnych portalach informacyjnych, czy nawet o FB [Facebooku — przyp.red.]. Jeżeli spojrzymy na całość mediów w Polsce, to należy przyjąć, że w swojej różnorodności są niezależne, bo większość zarówno dobrych jak i złych wiadomości oraz komentarzy zawsze gdzieś można znaleźć. Jeżeli o jakimś wydarzeniu nie dowiemy się w TVN albo w TVP, to na pewno będzie można o nim usłyszeć w TV Republika, i na odwrót. Jeżeli czegoś nie przeczytamy w „Gazecie Wyborczej”, to znajdziemy to w tygodniku „Do Rzeczy”, albo na innych opozycyjnych portalach. Najgorsza sytuacja czeka nas wtedy, gdy przyzwyczaimy się do jednego nośnika informacji i swoje postrzeganie świata oprzemy tylko o to, co jest napisane, na przykład, w „Rzeczpospolitej”.

Pana życiorys i dorobek zawodowy jest tak bogaty, że właściwie by go omówić, trzeba by napisać oddzielny wywiad. Przez ponad dwadzieścia lat współpracował Pan jako fotoreporter z najważniejszymi tytułami prasowymi w Polsce. Który moment w Pańskiej karierze fotografa był najważniejszy?

Żeby opowiedzieć o najważniejszym momencie w moim życiu zawodowym, muszę opisać kontekst. W PRL-u zajmowałem się fotografią artystyczną, reklamową, techniczną. Miałem swój zakład fotograficzny, zajmujący się tymi stronami fotografii, których normalne zakłady nie oferowały. Praca w mediach, a właściwie w reżimowych gazetach i tygodnikach, w moim wypadku nie wchodziła w grę. Byłaby zdradą ideałów i przejściem na ciemną stronę mocy. Moje pokolenie z komuną nie kolaborowało. Nie znaczy to, że nie fascynowała mnie praca dla prasy. Dlatego, na przykład, robiłem reportaże dla francuskiego pisma o pociągach. Nie pamiętam już, kiedy — czy po, czy przed Okrągłym Stołem — zaproponowano mi wejście do grupy sześciu fotografów zakładających dział fotograficzny w nowo powstającej gazecie. Wtedy jeszcze nie wiadomo było, jak będzie się nazywać, a potem nadano jej nazwę „Gazeta Wyborcza”. I tak to się zaczęło, bo wtedy była to moja gazeta, gazeta ludzi, którzy — w imię wolności — wyszli z podziemia i zaczęli budować od podstaw coś nowego, unikalnego i niepowtarzalnego. Ale nie był to ten najważniejszy dzień. On przyszedł parę miesięcy potem, w redakcji, w siedzibie dawnego żłobka. Przyszedł do mnie późniejszy szef korporacji i zapytał, czy zostałbym szefem działu fotograficznego Gazety Wyborczej. Odpowiedź była błyskawiczna: NIE!, jestem fotografem i chcę fotografować! I tak się zaczęła największa przygoda życia.

Co było dalej? Fotografował Pan ludzi i wydarzenia, o których dzisiaj młodzież uczy się na lekcjach historii. Pamiętam te czasy. Pamiętam jedno z pierwszych wydań „GW”, jeszcze z logo „Solidarność”. Proszę nam opowiedzieć o swoim najbardziej emocjonującym zdjęciu, czy — jak to się dzisiaj ładnie mówi — „zleceniu”.

Nie bardzo wiem, co mam opowiedzieć — czy przeżycia podczas pierwszej wyprawy na dawne polskie Kresy w 1990 roku, czy pierwszy samodzielny wyjazd do Rygi, czy może reporterską przygodę w oblężonym Sarajewie. A może cała bałkańska przygoda byłaby ciekawym materiałem do opowieści o fotograficznej pracy w krajach objętych działaniami wojennymi. Często myślę o Meksyku i pracy w mieście Ciudad Juárez. Tak naprawdę, gdy pomyślę o fotografiach, które kiedyś robiłem, mam olbrzymią ilość obrazów w głowie, a wokół każdego jakąś historię. Ale może — ku przestrodze dla innych — opiszę coś, co pośród wielu dramatycznych i bardzo niebezpiecznych wydarzeń związanych z fotografią, zostało mi mocno w pamięci. Pracowałem wtedy w „Gazecie Wyborczej”; jeden z jej „fotoedytorów”, wiedząc o tym, że latam na paralotni i fotografuję, wymyślił, że fajnie by było obfotografować z powietrza i z ziemi ciekawe miejsca wkoło Warszawy. Pomysł był ciekawy i od początku mojego latania w jakiś tam sposób był realizowany, na przykład podczas latania w okolicach Wilanowa. Co skutkowało, po pięciu latach, powstaniem albumu Wilanów górą. Podczas realizacji tego pomysłu i lotu nad Zakroczymiem, wpadłem w bardzo silne turbulencje, zagrażające życiu. Właściwie sekundy zadecydowały o tym, że dziś mogę odpowiadać na pytania. Nie spowodowało to przerwania realizacji pomysłu, wszystko, co było zaplanowane, zostało wykonane i opublikowane w „Gazecie Stołecznej”. Pod koniec projektu „fotoedytor” dostał nagrodę „wybitnego pracownika”.

Praca dla prasy jest najbardziej prestiżowa? Adrenalina, rozgłos, nagrody, pieniądze? Jednak wykonanie fotografii, która obiegnie cały świat, musi być bardzo trudne. Często, kiedy oglądamy programy informacyjne w TV, widać wielu fotoreporterów lub ludzi z profesjonalnymi aparatami. Co ich przyciąga do tego zawodu?

Ja nie wiem, co przyciąga innych, szczególnie dziś, gdy wszyscy są „fotografami”. Wiem, że dla mnie najważniejsze było to, że fotoreporter to tak naprawdę wolny człowiek, twórca; ktoś, kto dziś jest w Warszawie, a jutro może być w Doniecku; ktoś, kogo głównym celem jest podzielenie się z innymi tym, co zobaczył i zarejestrował aparatem. W końcu ktoś, kto swoją pracą może przyczynić się do naprawienia jakiegoś małego fragmentu naszej rzeczywistości.

Fotoreporterzy lubią być postrzegani w kategorii ludzi z „misją”, z jakimś szczytnym celem. To wszystko prawda, nikt tego nie kwestionuje, ale czy nie miało dla Pana nigdy znaczenia to, o czym już wspomniałem, czyli podróże, przygoda, adrenalina, być może nawet sława i pieniądze? Wielu młodych fotografów tym się ekscytuje, a nie „ratowaniem świata”. Wspomniał Pan wcześniej: „Fascynowała mnie praca dla prasy”. Dlaczego?

To są kwestie wartości — podróże, przygoda, adrenalina, sława i pieniądze dla mnie były rzeczą wtórną, ale świat się zmienia. Sam się zastanawiam nad tym, czy dziś młodzi byliby w stanie poświęcić dziesięć lat swojego życia dla kraju i dla przyszłości. Myślę o moich kolegach i stanie wojennym.

Jak by Pan podsumował te dwadzieścia cztery lata najnowszej historii naszego kraju?

To prawie dwadzieścia pięć lat! Pierwszy okres to kilkanaście wspaniałych lat, tak — mniej więcej — do 2007 roku. To czas budowania, ciężkiej pracy w gronie wspaniałych ludzi. Niewiele nas wszystkich dzieliło, przymykaliśmy oczy na sprawy wtedy drugoplanowe, kraj się dynamicznie rozwijał, polityka i władza nie przeszkadzała w normalnym życiu. Przynajmniej ja tak to dziś postrzegam.
Potem coś zaczęło się zmieniać w złym kierunku. Ostatnie lata z tych dwudziestu pięciu są najgorsze. Rządzący zapomnieli, że są wybrani dla obywateli, a nie przeciw nim, zapomnieli, że kraj trzeba reformować, zmieniać stare bzdurne przepisy. Polityka stała się brudna, wszyscy się nawzajem opluwają. Kulminacją była katastrofa smoleńska oraz czas po niej. We mgle „wielkich” afer, zapominamy o celu, jakim jest nasz wspólny dobrobyt. To, że kilka milionów młodych ludzi musiało wyjechać z Polski, to klęska nas wszystkich, ale przede wszystkim przegrana rządzących.

Co by Pan odpowiedział jakiemuś swojemu młodemu studentowi, gdyby przyszedł do Pana i oznajmił, że sprzedał wszystko, co ma, zapożyczył się po uszy, kupił sprzęt fotograficzny i wyjeżdża jutro na wojnę do Donbasu, bo chce być fotoreporterem.

Niestety, dla młodych ludzi nie mam dobrych rad. W zawodzie fotoreportera w kraju zostali w większości „wierni, ale mierni”, i nie jest to już wolny zawód. Szansą jest emigracja i praca w tym zawodzie w Anglii, Niemczech albo we Francji, może gdzieś za oceanem. Często się nad tym zastanawiam, czy gdybym dziś miał siedemnaście lat, to podjąłbym próbę zostania fotoreporterem; odpowiedź na ogół jest negatywna. Zostałbym FOTOGRAFEM!!!

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Jerzym Gumowskim rozmawiał Christopher Gretkus
17.12.2014 Warszawa

………………………………..
Christopher Gretkus (1970) — wydawca portali Eprawda i Novelmasters, fotograf. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
…………………………….
Jerzy Gumowski — w stanie wojennym członek Grupy Oporu Solidarni w sekcji legalizacji, współpracownik „Tygodnika Mazowsze”, wydawnictwa Głos i pisma „Wiadomości Dnia”, producent teki zdjęć o obozie internowania w Białołęce, wydanej przez wydawnictwo CDN. Dla Oficyny Wydawniczej „Rytm” opracowywał kalendarze, karty pocztowe, serie znaczków i ulotki. Przygotował do druku książkę Droga nadziei Lecha Wałęsy. W maju 1989, po spotkaniu w Komitecie Obywatelskim „Solidarność”, rozpoczął pracę w „Gazecie Wyborczej”. W 1991 został szefem działu foto w dwutygodniku młodzieżowym „ATAK”, a rok później szefem działu foto w dzienniku „Obserwator codzienny” i współpracownikiem „Życia Warszawy”. Od marca 2009 zastępca szefa działu fotograficznego w dzienniku „Rzeczpospolita”. Od 2008 wykładowca w Warszawskiej Szkole Filmowej. Od 1993 członek Związku Polskich Artystów Fotografików. W latach 1992-2000 członek Zarządu Stowarzyszenia Przyjaciół Dębek, w latach 2005-2008 członek Zarządu Polskiego Stowarzyszenia Paralotniowego. 16 grudnia 2011r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
……….
Więcej: Portfolio
17.12.2014 Warszawa

JERZY GUMOWSKI o przygodzie życia, fotografii i mediach
16 votes, 4.94 avg. rating (98% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.
12 Komentarze
  1. Uważam, że polskiej fotografii prasowej, na światowym poziomie nigdy nie było i w dużej mierze nadal nie ma. Naszym fotografiom brakuje uniwersalizmu, jak brakuje tegoż również w filmie. To prawdopodobnie ta dysfunkcja, jest przyczyną braku akceptacji dla oskarowej Idy. Poza tym, możemy zaobserwować zjawisko, jaki miało miejsce pod koniec lat 30′ i po II wojnie, kiedy to fotografowie gremialnie wyjeżdżali do Stanów za chlebem. Nie inaczej jest dziś. Z tą jednak różnicą, że dziś, to podróż w internecie, gdzie publikuje się dobre fotografie, dobrych fotografów vide Lach, czy Nabrdalik oraz kilku innych. Rynek amerykański i wtedy i dziś dyktuje kierunki rozwoju fotoreportażu, fotoeseju, gatunku praktycznie nieznanego i niedocenianego w Europie. Co do naszego rynku, to niech milczenie i komentarz „Gumy” wystarczą. Nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej w kraju, w którym fotograf dokumentalista, realizujący miesiącami lub latami materiał, którego nikt przecież nie kupi, uchodzi za niespełna rozumu lub idiotę…

    • Większość generalizujących komentarzy typu „polska fotografia jest kiepska”, „szwedzkie auta sa super” to akademizm, sztuka dla sztuki. Jeżeli ktos szuka fotograficznych wyżyn to zawsze je znajdzie. Na całym świecie. Czy te wyżyny są w USA? Być może. Być może nie. Historycy fotografii po wielu latach badań źródłowych, może dojdą do w miarę uprawnionych wniosków. My nie powinniśmy koncentrować się na jałowej krytyce ale dzielić się tym co wartościowe. To sie nazywa pozytywny przyklad. Tak jak to co robia ludzie z eprawdy.

  2. Arturo Mari to jedna z największych osobowości fotograficznych XX w i pontyfikatu Jana Pawła II. Myślę ,że w jego wypadku mowa o tym czy się dorobił czy nie jest trochę nie na miejscu. Nie jest on dobrym przykładem dla fotografów bo takich jak on w historii fotografii więcej nie było. Życzę wszystkim, którzy uprawiają lub będą uprawiać ten zawód by robili to także dla KASY !!! a nie za darmo(za możliwość publikowania) Bo takich fotografów jak Arturo Mari w przyszłości już nie będzie .

  3. Niedawno w TV była rozmowa z fotografem papieża Jana Pawła II, nie sądzę, żeby te człowiek dorobił się na swoich zdjęciach majątku. Nie jest też sławny ale widać, ze jest niesamowicie spełniony gdyż miał okazje fotografować historię i spotkać wielu niesamowitych ludzi. Fotoreporterzy powinni zapomnieć o dobrym zarobku. Dla nich zapłatą jest to co widzieli w życiu. Wiem, że trzeba płacić jakoś rachunki i to jasne, że w Polsce nikt już nie dba o rozwój prasy, ale dziennikarze powinni trochę wyluzować. Do tego zawodu nie idzie się po pieniądze. W Polsce jest wolna amerykanka, jest dżungla, a żeby coś się rozwijało, to trzeba o to dbać. Tylko kto ma to robić, skoro jak słusznie zauważył pan Gumowski, w Polsce odrodziły się wielkie monopole prasowe jak PAP, GW czy RZ – im jest taka sytuacja na rękę. Tam gdzie nie ma gospodarza, zaczynają wyrastać chwasty.

  4. W latach 90-tych były spore różnice po między dziennikarzami i fotoreporterami, także te finansowe. Na 100% etatach były tylko jednostki ( tzw. święte krowy ). Dla fotoreporterów nie było nadgodzin, nie robiło się fuch bo nie było na to czas, o kotletach nikt nie myślał, bo nie było tabloidów. Gdyby dobrze policzyć to niektórzy fotoreporterzy na 12 miesięcy roku ok 5 spędzali poza domem :-) Wtedy za dobrą pracę można było dobrze zarobić . To jak wygląda ten zawód dziś jest sumą działań wydawców i kompletnie rozwalonego środowiska zawodowego. Kiedyś była to elitarna grupa fotografów, dziś zbieranina przypadkowych kolesi dbających tylko o swoją du…..:-( Próby zintegrowania tych ludzi od lat kończą się niepowodzeniem. „Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz”

    • Do początku lat 90-tych, dziennikarz czy fotoreporter z dużego dziennika czy tygodnika mógł spokojnie zarobić do 10 tyś/mies. Kilka tysięcy z etatu plus wierszówki, fuchy, nadgodziny, kotlety itd. I cieszył się dużym prestiżem. Dziś nie zostało już prawie nic. Zwykły dziennikarz musi łaczyć pracę w redakcji (najczęściej „zdalną”), z innymi zajęciami np doradztwo PR, tłumaczenia, prowadzenie FB firmom, by wyjść ponad 3 tyś PLN… Z prestiżu też niewiele zostało. Blogerzy, facebooki, pudelki i inne wynalazki cisną z każdej strony. Niedługo będzie się mówiło „biedny jak dziennikarz”. Fotografowie mają jeszcze gorzej. Zresztą taka likwidacja zawodowa w tej branży miala już miejsce wcześniej gdy w Londynie Murdoch w 1985, wprowadził offset i skład komputerowy w prasie popularnej i kazał zwolnić większość drukarzy. Dziś dziennikarz w GW zarabia 1400 PLN, o ile najpierw był stażystą przez 3 lata za 400PLN. Lepiej być hydraulikiem niż fotoreporterem a żeby się dowartościować, można mieć swój kanał na Youtubie albo bloga.

  5. Przed wynalezieniem netu dziennikarze i fotoreporterzy żyli jak „pączki w maśle”. Byli wyrocznią. Zarabiali duże pieniądze. Kreowali rzeczywistość. Ale to już przeszłość. Teraz muszą się liczyć z konkurencją, która ich niszczy i doprowadza do bankructwa. Każdy kto ma laptopa może opowiedzieć co widział i przeżył. Może strzelić fotkę tak jak umie. Jesteśmy świadkami wielkiej, medialnej rewolucji.

Słuchamy Cię uważnie...