Krzesło numer sześć

Nagrody Nobla, to taka instytucja staruszek, która się nigdy nie zestarzeje i zawsze będzie czysta. Nie ja to wymyśliłem tylko szwedzka Pisarka, zasiadająca w Szwedzkiej Akademii na krześle numer sześć. Oczywiście ona była jedną z tych osób, które decydowały o przyznaniu Literackiej Nagrody Nobla. Miejsce w Szwedzkiej Akademii na pewno jej się należało, bo osiągnęła w literaturze wiele. W sensie sławy i pieniędzy. Ja nic nie osiągnąłem. I to zarówno na pierwszej płaszczyźnie jak i w drugim obszarze. A gdybym zajmował się w tym opowiadaniu jeszcze innymi bytami, to byłoby tak samo. Wszędzie jej osiągnięcia i wszędzie moje porażki. Ona wielka, a ja mały człowiek wysokiego wzrostu. Z tym, że nigdy bym nie zamienił mojego przegranego życia na jej wygrane.

Oboje mieszkaliśmy w Lund i należeliśmy do katolickiej parafii świętego Tomasza. Po mszach piliśmy nieraz kawę w sali parafialnej. Czarną, gorzką i bez cukru.
Poznałem Pisarkę przypadkowo. Siedziałem z moim znajomym, nawiasem mówiąc, pochodzącym ze zbankrutowanej arystokratycznej rodziny duńskiej i piliśmy kawę. Ja na niego mówiłem Arystokrata. A on, wiedząc, że pochodzę z rodziny kowali wiejskich, tytułował mnie Anty-Arystokrata. Pisarka przypadkowo przysiadła się do nas. Wiedziałem, że była typowym zimnym, skandynawskim wychowem. Z takim dużym dystansem do otaczającego świata.
Miałem ze sobą kwartalnik „Karkonosze”, gdzie wydrukowane było moje opowiadanie „Mała Łódka”, wyróżnione w konkursie im. Jana Drzeżdżona w Wejherowie. Arystokrata pokazał wzrokiem na mnie i powiedział:
— Też pisarz.
Ona po usłyszeniu tych słów, spojrzała na mnie i… stało się dla mnie jasne, że najchętniej uciekłaby od razu, ale miała pełny kubek kawy i nie bardzo jej to wypadało. Ja otworzyłem „Karkonosze”, podkreśliłem paznokciem moje nazwisko, tytuł opowiadania i palcem wskazałem na siebie. Ona zerknęła na swój kubek pełny kawy, uznała prawdopodobnie, że nie wypada uciekać i przez grzeczność zagadała:
— Jaki tytuł?
— Mała Łódka.
— Dlaczego taki?
Wiedziałem co powiedzieć, żeby została trochę dłużej. Walnąłem prosto jak kulą w płot, bo było dla mnie jasne, że jest bystra i domyślna, więc drzazgi ze sztachet zahaczą o czułe miejsca jej szarych komórek.
— Bo jestem wysoki i mam trochę do ukrycia w życiorysie.
Ona zerknęła na moją długą postać i przysunęła swoją starczą, mocno zniszczoną twarz blisko mojej. Patrzyła na mnie jakoś tak wnikliwie, jakoś tak uważnie, że zacząłem wątpić, czy to co powiedziałem, miało rzeczywiście sens. Nie wiedziałem też, czy coś dopowiedzieć, czy lepiej milczeć. Po chwili zacząłem kurczyć się ze strachu i niepewności przed jej wzrokiem. I gdy byłem już taki malutki, że można mnie było zgarnąć na szufelkę i umieścić w małym koszu na śmiecie, to ona zakończyła rozmowę. Było to takie zdanie w sensie oznajmującym, stosunkowo krótkie, ale treściwe i wymowne. Składało się bowiem tylko z jednego wyrazu-sapnięcia.
— Mhm.
Wypiła łyk swojej czarnej, gorzkiej kawy i doszła zapewne do wniosku, że skoro kubek nie jest już pełny, a ja nadal milczę, to nie będzie nietaktem odejść. Wstała ciężko od stolika i z trudem ruszyła ku wyjściu. Widząc te jej ciężkie kroki, miałem nawet ochotę podejść do niej i pocieszyć ją, że na pewno nie będę jej prosił o pomoc. Przypuszczałem, że to napełniłoby ją taką radością, że jej ciężki chód od razu zmieniłby się w lekki i zwiewny. Ona jednak uczepiła się ramienia jakiegoś starszego mężczyzny i zaczęła trochę raźniej stawiać kroki.

Pisarka zasiadająca w Szwedzkiej Akademi na krześle numer sześć nie lgnęła do mnie. Ja nie lgnąłem do niej. Całkowita więc zgodność zapatrywań. Ona omijała mnie dosyć dużym łukiem, ale nie miałem jej tego za złe, bo ją rozumiałem. Raz to jej dystans, a po drugie, to… paru Polaków mieszkających w Skandynawii, którzy uważali, że to co piszą jest literaturą, nachodziło ją dosyć często. I z dużą regularnością prosili o pomoc w zrobieniu kariery. Dostawała też telefony z Krakowa czy Warszawy w podobnych tematach. Ona mi tego osobiście nie mówiła, ale ten jej szeroki łuk wobec mojej osoby, przemawiał wyraźnie, że miała już tego w nadmiernym nadmiarze.

Podkreślała często przywiązanie do kultury francuskiej. Spędziła tam bowiem wiele lat swojego życia. A jeszcze częściej wyrażała swój anty-amerykanizm. Być może była to jedna z przesłanek jej sympatii do Kultury Polskiej okresu PRL- u i sporej niechęci do Kultury Polskiej, która rozkwitła obficie w Polsce Wolnej i Demokratycznej. Wiedziała dobrze, że ten zły i niedobry PRL nie popierał ludobójstwa amerykańskiego w Wietnamie. A dobra, sprawiedliwa i demokratyczna Polska takich skrupułów już nie miała, tylko pośpieszyła z bratnią pomocą w mordowaniu niewinnych ludzi w Iraku czy Afganistanie. Nieraz mówiła: w przeliczeniu na głowę jednego, małego dziecka, to Amerykanie w Wietnamie spuścili osiemset kilo bomb, czyli prawie jedna tona na jedną małą główkę a wynik ten poprawili jeszcze bardziej w następnych krajach.
Przypadki chodzą po ludziach, nieraz ludzie po przypadkach i wypadkach. Ona zataczała łuk w jedną stronę, ja starałem się obchodzić ją jak najdalej od strony przeciwnej. I po kilku miesiącach znowu się spotkaliśmy twarzą w lico.
Ona milczała, a ja dla odmiany nic nie mówiłem. I było nam chyba z tym dobrze i do twarzy. Po chwili przysiadła jednak do nas studentka-poetka z Uniwersytetu i zaczęła mówić. Najpierw do niej a później do mnie.
I dokładnie powiedziała to, czego się spodziewałem i obawiałem:
— Ci twoi krajanie mówią, to co mówią, myśl sobie co chcesz, jak ktoś po otrzymaniu Literackiego Nobla przez prawie dziesięć lat jednego dobrego wiersza sklecić nie może, to jest to dla zasiadających w Akademii kompromitacja… ona jej wygłosiła po francusku laudację, ale jak teraz patrzy się na tamtej dokonania, to widać, że prawie w każdym słowie się pomyliła.
Przygotowany byłem na te słowa, więc nic nie mówiłem. Pisarka spodziewała się chyba też tego, więc w przeciwieństwie do mnie milczała. Studentka popiła gorzkiej, czarnej kawy i z czarną goryczą dodała:
— Chyba przy żadnym Literackim Noblu nie było takiego twórczego milczenia, co przy… niedawno byłam na targach książki w Göteborgu, to najlepszy francuski poeta trzy razy mi powtórzył, że nie wystarczy wsadzić papierosa w usta, wykrzywić twarz w jakimś tam niby uśmiechu i już nikt nie zauważy tej niemocy twórczej, która jej dokuczała przez całe życie… a potem zadzwonił późnym wieczorem do hotelu, żeby to powiedzieć po raz czwarty i zapytał, czy znam dobrze życiorysy twórców, bo niektórych kandydatów do Nobli, to chyba bezpieka zgłaszała… mea culpa.
Studentka złożyła ręce jak do modlitwy, spojrzała w niebo a później szybko przeżegnała się. Ja nadal nie bardzo wiedziałem co powiedzieć, więc w dalszym ciągu milczałem. A Pisarka bądź piła swoją czarną, gorzką kawę bez cukru, bądź nic nie mówiła.

Członkinię Szwedzkiej Akademii spotkał dosyć chłodny prysznic na spotkaniu ze studentami Uniwersytetu w Lund. Zarząd Fundacji Noblowskiej obracał pieniędzmi tak, żeby przynosiło to zyski. W miarę możliwości jak najwyższe. Szczególnie dobre osiągnięcia miał arystokrata Stig Ramel. Nawiasem mówiąc urodzony w Lund. A w drugim nawiasie dodając, którego rodzina wywodziła swoje pochodzenie z wczesnośredniowiecznego Szczecina. Plotki chodziły, że Zarząd Noblowski był bardzo zainteresowany w tym, by samoloty bojowe Jas Gripen znajdowały nabywców. Czy była to prawda prawdziwa, czy bardziej prawda nieprawdziwa, nie mi osądzać. Studenci wytknęli to Pisarce:
— Wy kompromitujecie Literacką Nagrodę Nobla!… jakiś kraj ogłosi przetarg na zakup samolotów bojowych, to wy dla zachęty od razu posyłacie tam Literackiego Nobla a oni później i tak kupią samoloty amerykańskie!… ogłosiła chęć zakupu samolotów Austra, Nobel Literacki do Wiednia, ogłosiły Węgry, Nobel Literacki do Budapesztu, zapowiedziała się w tym temacie Południowa Afryka, Nobel do Pretorii, Turcja to do Turcji… dokonania Noblistki, to zmieszczą się w zeszycie szesnastokartkowym w kratkę, żeby mogła każdą literkę w osobnej rubryce umieścić, bo inaczej to i szesnastokartkowy zeszyt byłby za duży dla niej!… zajmijcie się literaturą sensu stricto, czyli dobrą a nie działaniami na rzecz wspierania przemysłu zbrojeniowego!… przecież w samej Skandynawii jest kilkadziesiąt albo i kilkaset osób, które mają dużo lepszą twórczość od Poetki Noblistki.
Kilka osób nagrodziło to oklaskami.

Po tym spotkaniu Pisarka bardzo zgorzkniała. Widać to było w jej gorzkim, ciężkim oddechu, słychać było w jej gorzkich słowach i jej gorzkim milczeniu. Widziałem wyraźnie tę jej zimną gorycz, gdy piła po mszy gorzką, czarną kawę w sali parafialnej.
Płynęła niedziela za niedzielą i w końcu my napłynęliśmy po raz kolejny na siebie. Staruszka gotująca proboszczowi obiady, zaczęła krzątać się w kuchni i z jej dolatujących słów wynikało, że nie mogła znaleźć cebuli. Studentka popatrzyła na mnie i takim władczym głosem powiedziała:
— Poszperaj po kieszeniach, może masz tam kilka główek cebuli!
Ja byłem prawie na sto punktów procentowych pewny, że cebuli nie mam przy sobie, więc nie reagowałem. Studentce to się chyba nie podobało, bo powróciła do tematu:
— No nie bądź taki wredny, poszperaj w kieszeniach, jak nie masz kilku, to narazie wystarczyłoby, gdybyś chociaż jedną dużą znalazł.
Ja byłem pewny, że tej jednej dużej też nie mam przy sobie i nadal nie reagowałem. Ona patrzyła jeszcze przez chwilę na mnie a później sapnęła z niezadowolenia przez nos i wróciła do tematu. Tym razem przedmiotem jej zainteresowań była okołonoblowość.

Noblistka po odbiór Nagrody Nobla nie przyjechała sama. O osobach towarzyszących Noblistce studentka-poetka miała zdanie średnie, niższe niż średnie albo bardzo poniżej średniości.
— Przyjedzie taki, znajomość języków słaba albo żenująca, nakłamie, nakłamie i co on chce przez to osiągnąć… jeden zapewniał, że Noblistka wydrukowała mało, ale stworzyła dużo, że ma pełne szuflady wspaniałej twórczości, że teraz to dopiero zachwyci Świat osiągnięciami… drugi, poziom języków porównywalny, czyli żenujący, przytakiwał i przytakiwał, trzeci przytakiwał, czwarta albo przytakiwała albo jeszcze coś tam radosnego dodawała, piąty był chyba dyplomatą, ale prawdopodobnie od spraw kompromitacji swojego kraju… mogłabym spytać, gdzie te wspaniałe utwory, miało być ich przecież tak wiele.
Pisarka słyszała każde słowo, ale zachowywała się tak, jakby żadne do niej nie docierało. Ze mną było podobnie.

Służby dyplomatyczne za PRL-u były takie jakie były. Na ogół niezbyt profesjonalne albo anty-najlepsze. Do tego często zajmowały się tym, czym się zajmowały. Co nieco mogłem powiedzieć, bo mnie chcieli zwerbować. Niestety, głupi byłem i zachciało mi się być szlachetnym. Dzisiaj za to płacę. Inni takich skrupułów nie mieli. Zostałbym agentem, pisał donosy, brał za to wynagrodzenie, dostał paszport konsularny a późnej Minister Spraw Wewnętrznych podrzuciłby mi moją teczkę, tak jak to zrobił z… wiadomo kogo mam na myśli. Podpierdoliłbym obciążające mnie dokumenty, tak jak to zrobił… wiadomo kogo mam na myśli. Sąd Lustracyjny by mnie oczyścił, tak jak to zrobił z… wiadomo kogo mam na myśli. I udawałbym uczciwego człowieka i szlachetnego patriotę, tak jak to robi… wiadomo kogo mam na myśli. I powołując się na wyrok Sądu Lustracyjnego, podawałbym jeszcze uczciwych ludzi do Sądu za mówienie prawdy iż byłem agentem. Tak jak to robi… wiadomo kogo mam na myśli. No i bezpieka zgłosiłaby może moją kandydaturę do jakiegoś Nobla.

Arystokrata na temat Literackiej Nagrody Nobla nie wypowiadał się chętnie. Natomiast nie miał skrępowań, by mówić o kandydatach do Pokojowej Nagrody Nobla. Jeden jego przodek był premierem rządu Królestwa Danii, inny przodek był ministrem finansów, jeszcze inny ministrem kultury, który wylansował Hansa Christiana Andersena a ambasadorów i generałów, to miał w rodzinie kilkunastu. Zatem co nieco wiedział.

I według Arystokraty połowa z kandydatów do Pokojowej Nagrody Nobla, to pogranicze hochsztaplerstwa i kryminalizmu, druga połowa to nieroby, którzy nie chcą się brać za uczciwą pracę, bo udawanie prześladowanych jest bardziej dochodowe, trzecia połowa to agenci bezpieki własnej lub zagranicznej, czwarta połowa to prześladowani-milionerzy a ta malutka piąta czy szósta połowa to różnorodna różność, być może jakiś uczciwy przez przypadek czy niedopatrzenie też się tam zaplącze, ale… taka dzisiaj polityka, tacy politycy, takie służby dyplomatyczne i… i do tego niedouczeni agenci.
Studentka – poetka rozeznanie w promowaniu polskiej kultury za granicą miała dosyć realne.
— Ten wasz Instytut Polski w Sztokholmie prowadzi Ministerstwo Spraw Zagranicznych, więc byłoby dobrze, gdyby wasi dyplomaci coś przeczytali
z osiągnięć tych, których tam staracie się promować.
Ja do Instytutu mam zakaz wstępu, gdyż znajduję się na ministra Czarnej Liście, więc nabrałem wody w usta. Pisarka też co nieco wiedziała o dokonaniach Instytutu Polskiego w stolicy Szwecji, więc nabrała kawy do ust.

Polskie służby dyplomatyczne w Szwecji, za czasów PRL-u, były takie jakie były, czyli dalekie od doskonałości. Kochająca się rodzina, zebrana przy Okrągłym Stole uzgodniła, że po dojściu do władzy niekomunistycznego premiera, nastąpi wymiana kadr dyplomatycznych. Czyli tych słabych, zastąpi się jeszcze gorszymi. Uczciwych nieuczciwymi, żeby lansowali kolesi i rozkradli niekorzystne dokumenty tam, gdzie one się znajdowały. Znajomość języków obcych, zgodnie z ustaleniami kochającej się rodziny okrągłostołowej, nie była obowiązkowa. Tak stało się w Szwecji. Dyplomaci z Konsulatu Polskiego w Malmö zaczęli wspierać Polską Kulturę, czyli przestali zapraszać na spotkanie opłatkowe tych, co coś osiągnęli, rozkradli też archiwum polskie, jakie było zdeponowane na Uniwersytecie w Lund. Po uszczupleniu wielu teczek, wiele osób odetchnęło z ulgą. I do Polski powróciło wielu, użyjmy określenia, Szlachetnych Patriotów. Dyplomaci pookrągłostołowi albo sami byli kiedyś agentami bezpieki, albo współpracowali z takowymi, bo wiedzieli którzy opozycjoniści i literaci pisali donosy. O otoczeniu Poetki Noblistki nic na ogół nie mówili, ale wybuchali nieraz takim ironicznym i sugestywnym śmiechem, że… Szwedzka Pisarka zachowywała się powściągliwie, ale też znała problemy z powiązaniami Poetki Noblistki.

Te nasze milczenia nie były wyraźnie inspirujące dla studentki – poetki, bo dopiła kawę i wyszła.
Pisarce na okrągłą rocznicę jej urodzin, Szwedzka Akademia poświęciła całe posiedzenie. I były kwiaty, szampan, gratulacje, życzenia, pochwały pod adresem jej twórczości a ona opowiedziała o swoim ostatnim dokonaniu twórczym. Ja zbliżałem się do sześćdziesiątki, drażnił mnie jej zimny wychów
i jej milczenie co do faktów o których wiedziała. Zacząłem więc uzewnętrzniać rozgoryczenie i podrzucać jej tematy na posiedzenia Szwedzkiej Akademii.
– Moja żona wyszła za mnie z uwagi na postać mojego ojca, który był gwarantem dobrej przyszłości dla nas, on był nałogowym alkoholikiem, ale obiecał, że postara się być trzeźwy parę dni w roku a później systematycznie każdego roku dorzucać jeszcze po parę dni, czas leci szybko, to na nasze srebrne wesele on byłby już trzeźwy dzień czy nawet półtora dnia na tydzień, powiedz o tym na najbliższym posiedzeniu Akademii.
Ona zazwyczaj patrzyła na mnie uważnie i w bezruchu.
Wiedziałem, że to co mówiłem było bez sensu i chamowate, ale jakieś złe moce pchały mnie w złą stronę tak mocno, że nie potrafiłem inaczej. Brnąłem
i grzęzłem z każdym słowem. I mimo, że woda bagna zalewała mi usta, to nie przestawałem mówić, tylko najpierw wypowiadałem słowa nosem a później bąbelkowałem spod lustra wody. Obok mnie siedział często kolega szkolny Tomasza Łubieńskiego i Janusza Głowackiego. Z tym ostatnim dzielił zresztą tę samą ławkę w liceum. I on mi kilka razy mówił;”Głowie pomogli w USA i zrobił karierę, jakby tobie ktoś pomógł, to może też byś zrobił, bo piszecie podobnie”. Ja zamiast paść do stóp Pisarki i skomleć tak długo, aż ona zsunęłaby się z krzesła, położyła na podłodze swoją twarz obok mojej i wyszeptała: pomogę — to brnąłem dalej i dalej.

Pomysły w podrzucaniu tematów na posiedzenie Szwedzkiej Akademii mnie nie opuszczały:
— Odebrałem staranne wychowanie, jak wracaliśmy ze szkoły to koledzy wchodzili w krzaki i sikali, a ja nigdy tego nie robiłem, tylko dyskretnie oddawałem mocz do czapki i niosłem do najbliższej studzienki kanalizacyjnej, tam opróżniałem czapkę, uderzałem nią kilka razy w kolano i nakładałem na głowę, wiedząc, że postąpiłem szlachetnie… opowiedz na posiedzeniu Akademii o Lwówku Śląskim, bo tam się urodziłem… opowiedz, jak pierwszy raz w życiu macałem moją koleżankę, na drodze z Soboty do Dębowego Gaju… opowiedz im w Sztokholmie, że napisałem opowiadanie o mojej krewnej, którą na sześćdziesiąte urodziny zaswędział interes, nie było w pobliżu mężczyzny, ale pasł się na łące młody źrebak, ani się nie obejrzałem a krewna już się pod jego brzuchem dwoiła i troiła, tak, że teraz mój głośny śmiech podobny jest do rżenia… byliśmy dobrze wychowani, koledzy przy katarze wycierali nosy w rękaw, my jak się usmarkaliśmy, to pożyczaliśmy od kogoś czystą chusteczkę, wysmarkaliśmy się i oddawaliśmy chusteczki … później krewna wybiegła z łąki i gnała jak na skrzydłach, że trudno miałem uchwycić jej nogi, by ściągnąć ją na ziemię… powiedz też o Niedoprzędzarce PA 9, bo na ten temat pisałem pracę dyplomową, gdy kończyłem Technikum Włókiennicze w Kaliszu.
Pisarka najczęściej słuchała moich słów z uwagą, ale z jeszcze większą uwagą kontrolowała swoje milczenie.
Brnąłem mimo iż żona też ostrzegała mnie kilkakrotnie:”Jak masz a-talent, to zostaw tę staruszkę w spokoju, ona ledwie chodzi a po tych twoich a-dowcipach, to ona ma trudno wyjść z kościoła, przecież te twoje a-przemyślenia, to słonia by z nóg zwaliły”.
Moja żona zawsze miała rację. Ja na prawie nigdy.

W krajach skandynawskich dyrektor teatru nie wystawia w swoim teatrze sztuk własnego autorstwa, bo to uważane jest za nieuczciwe nadużywanie stanowiska. W złym PRL-u też tego na ogół nie robiono. W wolnej i demokratycznej Polsce takich skrupułów nie ma. Dyrektor sam pisze dla siebie sztukę i sam ją reżyseruje, czyli sam sobie z pieniędzy publicznych przyznaje prezenty. Po prapremierze sztuki dyrektora teatru przychodzi kolej na kierownika literackiego. On też sam sobie pisze sztukę i sam reżyseruje. A jak sam nic nie potrafi, to robi to jego krewny albo kolega czy koleżanka. Poziom tych sztuk na ogół jest taki, że… Jednak otrzymują z pieniędzy publicznych prezenty. Powiedzieć w takim teatrze, że się wygrało wiele konkursów na sztuki teatralne, to od razu polecą wulgaryzmy na takiego twórcę ze strony odbiorców prezentów. Prawidłowość w wolnej, demokratycznej Polsce jest niezmienna, im więcej autor nie będący kolesiem dostał nagród, tym większe wulgaryzmy
i wyzwiska. Ministerstwo Kultury wynalazło kilka nazw dla tych przekrętów
i się nimi wymiennie posługuje; troska o widza, dbałość o wysoki poziom przedstawień, swoboda repertuarowa i artystyczna oraz inne. Minister Kultury wygłasza te piękne słowa, do tych mało pięknych nieuczciwości i na pewno sądzi, że Europa tego nie widzi i, że wszyscy wierzą w to, co on mówi.

Pisarka zasiadająca w Szwedzkiej Akademii, miała na temat tych postępowań polskich teatrów po upadku PRL-u, zdanie dosyć konkretne. Z Ministrem Kultury, który to popierał, rzecz miała się podobnie. Patrząc na nią widziałem, że to ją po prostu brzydziło, ale wiedziałem też, że jej zimny chów będzie dla niej większym imperatywem. I nakaże jej milczenie.
Studentka-poetka była dobrze rozeznana w naszej najnowszej Kulturze i nie miała zwyczaju milczeć podczas picia kawy w sali parafialnej:
— Jakby Szwedzka Akademia przyznawała Noble Za Świńskie Zachowania W Teatrach to Polska byłaby każdego roku laureatem… jak siedzę w Związku Pisarzy w Sztokholmie, to czuję fetor tych zachowań a wasz Minister Kultury zachowuje się tak, jakby powonienie stracił… jak dyrektorzy teatrów w Polsce sami sobie piszą sztuki, to i sami powinni to oglądać, żeby ta nieuczciwość nie miała związku z uczciwą publicznością.
Mówiąc o Polsce, studentka-poetka często zerkała ku górze, jakby oczekiwała, że Duch Święty zsunie się w dół i coś w tej materii zmieni.

Pisarka wiedziała, że wygrałem wiele konkursów na sztuki teatralne, że starałem się o wystawienie którejś z moich sztuk i, że leciały na mnie wtedy tylko wulgaryzmy. I gdy rozmawialiśmy o tych zachowaniach polskich teatrów po upadku PRL-u, to ona nachylała się w moją stronę i tak życzliwie poklepywała mnie po ramieniu. Nawet wtedy jakby zatracała tę swoją złość na mnie, za podrzucanie tematów-wygłupów na posiedzenia Szwedzkiej Akademii.
Niektórzy mówili, że w twórczości Pisarki mało było błysku i poczucia humoru. Może tak, może i nie. Z tego co ja jej przeczytałem, to zrozumiałem, że było tak a niewykluczone, że było inaczej. W mowie potocznej miała nieraz niezłe dowcipy.
Niestety… z każdym dniem widać było jak Pisarkę zżerała choroba. Jeszcze niedawno nie miała ochoty lub siły by rozmawiać. A z czasem, to nawet już brakowało jej sił, by patrzeć na rozmówcę. Zamykała wtedy oczy i wyglądała, jakby jej postać odeszła od rzeczywistości. Nieraz poruszały jej się przy tym wargi, jakby szeptała w duszy modlitwy.
Widziałem ten jej smutek, więc jednego razu zaryzykowałem i powiedziałem jej dowcip.Ona popatrzyła uważnie na mnie i powiedziała:
— Wiem, że teraz nie żartujesz, jakbyś miał więcej szczęścia w życiu, to już byś dawno miał Literackiego Nobla.
I po tych jej słowach zapadło takie głębokie, gorzkie milczenie. Ona już nie miała chyba ochoty na żarty, ja w dalszym ciągu nie wiedziałem co powiedzieć, więc odezwał się Arystokrata:
— Nie dobijaj Anty-Arystokraty, bo on i tak jest już do końca dobity.
I ona po raz kolejny, tak z bliska popatrzyła na mnie. A później nawet tak poruszała ustami, jakby miała zamiar coś jeszcze dopowiedzieć, albo się trochę do mnie uśmiechnąć.
Nie wiedziałem wtedy, że była to nasza ostatnia rozmowa przy wspólnej kawie.

Pisarka zaczęła odcinać się od żyjącej rzeczywistości. Przez wiele miesięcy nie rozmawialiśmy. Akceptowałem to i w duszy przyznawałem jej rację. Później, gdy ona już… to z takim dużym trudem podeszła do mnie po mszy
i przekazała to, co było chyba ważne dla niej do wyrażenia. Nie zaskoczyły mnie jej słowa. Wielu swoim znajomym też powiedziała, żeby nie przychodzili na jej pogrzeb. I każda z tych osób uszanowała jej wolę.

Ona mieszkała niedaleko miejskiego parku. W czasie gdy… to z Arystokratą chodziliśmy po parku. Z daleka dobiegał głos dzwonów z cmentarnej kaplicy. Widzieliśmy jak w tamtą stronę biegła studentka – poetka z wiązanką kwiatów przepasaną czarną wstążką. Wiał mocny, wilgotny wiatr od strony morza. Arystokrata od czasu do czasu coś mówił, ale ten wiatr zbierał od razu słowa z jego warg, że do mnie docierały jedynie ich strzępy:
— Ona mogła ci pomóc, ale nie chciała… o Polsce, tej po upadku PRL-u, miała zdanie bardzo złe… najpierw Pokojowa Nagroda Nobla, później Literacka Nagroda Nobla i… nie chciała, żeby Nagrody Nobla kojarzone były z agentami bezpieki… mówiła, że skoro Sąd Lustracyjny zajął się Bolkiem, to… wysłać żonę i syna do Oslo, by zwrócili to co tam otrzymali… nie pomogła ci, chociaż należała do naszej parafii, tak samo jak i ty… to powiedziała, żebyś nie poszedł na jej… bo chciała odejść tak, żeby nie zostawiać za sobą żadnych długów… zresztą za życia też utrzymywała dystans.
Nic nie mówiłem. Miała wielkie możliwości w Szwecji, we Francji i innych krajach, ale prawdą też było, że nigdy jej o pomoc nie prosiłem.

Pogoda była taka jaka była. Dzwony w kaplicy cmentarnej dawno ucichły. Widzieliśmy z daleka, jak wielu jej znajomych przechodziło obok jej domu. Niektórzy zerkali w zakurzone, ciemne okna. Arystokrata klepnął mnie w ramię i skręcił w boczną alejkę. Po chwili zacząłem iść w stronę parkowej bramy.
Amen.

…………………………………………….
Jerzy Marciniak (1950) — urodzony w Lwówku Sląskim. Laureat wielu konkursów na sztuki teatralne i opowiadania. Autor powieści, sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych. W Polsce ukończył studia prawnicze, a w Szwecji podyplomowe Studium Reklamy i Marketingu. Członek Związku Pisarzy Szwedzkich — Sekcji Tłumaczy i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Na stałe mieszka w Szwecji.
26.04.2018

JERZY MARCINIAK „Nobel”
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.

Co o tym sądzisz?