1.

Gdy Luis budzi się każdego ranka, przed świtem, niczym za wojskowych czasów, wściekłość nie pozwala już zasnąć. Ogarnia go nagłymi atakami, które odpuszczają na krótko, a potem wracają, wiele razy każdego dnia.

Kiedy Luis budzi się, zza okna dobiegają go odgłosy zwierząt mieszkających na jego farmie. To skromny, lecz ładny dom, na pustyni Teksasu, otoczony ogrodem i kaktusami. Słyszy oddech żony, śpiącej obok i dwuletniego synka w łóżeczku, w rogu pokoju. To taki sielski obrazek. Większość ludzi na jego miejscu żyłaby spokojnie, ciesząc się tym co mają — rodzinnym szczęściem, farmą w Teksasie — zwyczajnym życiem w zamożnym kraju.

I jest głos rozsądku w jego głowie, który mówi, aby się tym wszystkim cieszył. To takie komfortowe życie. Może je wieść spokojnie, pracować, cieszyć się każdym dniem, wychowywać dzieci, żyć w spokoju aż do śmierci.

Wie, że tak by było dla niego najlepiej. Ale choćby bardzo chciał, nie oszuka swojej natury.

Dlatego budzi się codziennie przed świtem i razem z nim budzi się jego wściekłość. Wie, że już nie zaśnie, więc musi się czymś zająć. Wstaje z łóżka tak, by nie obudzić śpiącej żony ani synka, wychodzi przed dom. Zanosi jedzenie dla konia, ziarno dla kur, karmi psy. Podlewa drzewa, które są jeszcze młode i które by uschły błyskawicznie w teksańskim słońcu, gdyby nie dawać im kilkunastu litrów wody każdego ranka i każdego wieczora. Na śniadanie wypija kubek mocnej czarnej kawy.

Farma wymaga dużo pracy. Kupił ten dom po ucieczce z Meksyku. Dom był stary, zaniedbany. Samodzielnie pomalował go, naprawił dach, zrobił remont w środku i postawił ogrodzenie dookoła, zagrody dla zwierząt, magazyn. Kupował zwierzęta, aby samotność i brak zajęcia nie doprowadziły go do szaleństwa. Zbijał drewniany płot i sadził drzewa.
Rok takiego życia powinien go uspokoić, ale wściekłość nie opuszczała go żadnego dnia. Ona rwie jego duszę falami od momentu przebudzenia i nie odchodzi mimo wypicia dwóch piw przed snem.

W końcu zrozumiał, że prawdopodobnie nigdy nie odczuje ulgi.

Gdy Luis budzi się przed świtem, widzi twarz człowieka, którego nienawidzi. Nic w życiu nie sprawiłoby mu większej przyjemności, niż strzelić w tę głowę. Nigdy nie spotkali się twarzą w twarz, ale są zaprzysięgłymi wrogami na wojnie, na której nie bierze się jeńców.

To twarz jednego z najbardziej poszukiwanych przestępców świata — zwykłego prostaka, który zapewne ku swemu zdziwieniu, wyrósł pewnego dnia na przywódcę jednego z głównych karteli narkotykowych Meksyku.

To człowiek, który w swoim rodzinnym stanie nigdy nie jest wymieniany z nazwiska, ani nawet po pseudonimie. Tam wszyscy mówią o nim tylko z szacunkiem — El Señor — Pan. I każdy wie, o którego señora chodzi. Mówią też o nim, niczym o muzułmanie o Allachu, że jest wszędzie i nigdzie jednocześnie. Opowiadają tyle historyjek o jego numerach, że trudno tak naprawdę powiedzieć, w jakiej części jest człowiekiem, a w jakim legendą stworzoną przez plotkarzy.

Luis wie, że jego największy wróg jest tylko człowiekiem, i to wcale nie nadzwyczajnym. I, że być może to jest największą ironią losu. Tym, który trzęsie fundamentalną częścią świata kokainy, nie jest jakiś niesłychany gieroj, lecz wiejski prymityw umiejący jednak do perfekcji korzystać z dwóch rzeczy — okrucieństwa i przekupstwa.

Ten kryminalista, to tylko symbol narkotykowej przemocy, jeden z jej wielu elementów. A cały kartel to mechanizm, który morduje co roku wiele tysięcy ludzi i zastrasza miliony. Macki jego organizacji sięgają krańców obu Ameryk. Powiązane z nim gangi działają w Kolumbii, Peru i Panamie. Dokonują morderstw i porwań w Nowym Jorku i Phoenix, w Sydney i w Jakarcie. Ten wiejski bandyta musi być dumny, że urósł do takiej wielkości.

Najpotężniejsi przywódcy meksykańskich karteli narkotykowych, schwytani przez służby specjalne i policję, m.in. Joaquín "El Chapo" Guzmán, Servando Gómez Martínez (La Tuta),  Omar Treviño Morales,    Benjamín Arellano Félix, José Díaz Barajas,    Iván Cazarín Molina, Beltrán Leyva. Foto: materiały prasowe

Najpotężniejsi przywódcy meksykańskich karteli narkotykowych, schwytani przez służby specjalne i policję, m.in. Joaquín „El Chapo” Guzmán, Servando Gómez Martínez (La Tuta), Omar Treviño Morales, Benjamín Arellano Félix, José Díaz Barajas, Iván Cazarín Molina, Beltrán Leyva. Foto: materiały prasowe


I tu każdy mógłby się zastanowić — jak tak duży i rozwinięty kraj, jakim jest Meksyk, mógł dać się zastraszyć i kontrolować bandom przestępców? To jest najbardziej tragiczne, bo twarz zbrodni w Meksyku, to nie twarz szefa kartelu, ale innego drugiego największego wroga Luisa − twarzy Polityka.

To twarz, która śni się Luisowi w jego koszmarach. Twarz, w którą potrafiłby tłuc pięściami, aż by zamieniła się w krwawą miazgę, a to i tak by nie ugasiło jego wściekłości. Polityk cieszy się wieloletnią karierą w różnych państwowych sektorach. To człowiek bez skazy, wykształcony i dobrze wychowany. Lubi fotografować się z prostymi ludźmi — zawsze robi wtedy starannie przećwiczoną minę człowieka, który rozumie ich problemy, starszego brata, w którym znajdą oparcie. To jedna z tych sztuczek, jakie zawsze działają na otumaniony naród.

Dowody na współpracę Polityka i Bandyty posiadają wszyscy zainteresowani, twierdzi Luis. Policja Federalna, rząd centralny. Ale nikt go nie ruszy, nikt nie powie jednego słowa. Nikt nie potrzebuje kłopotów. Ludzie, którzy za bardzo interesują się tymi sprawami, znikają.

W tych czasach nie opłaca się być bohaterem.

To Luis pewnego dnia nie wytrzymał. Ma żelazne nerwy w akcji, w walce, ale w życiu codziennym jest impulsywny i gwałtowny. Nie potrafi udawać. Nie potrafi grać. Luis nie wytrzymał podczas dużego wspólnego spotkania oficjeli z wojska, policji i władz stanowych. Kolejna z narad o tym, jak zwalczać przestępczość narkotykową, która pożera kraj. Znowu te same przemowy pełne patosu. Tu słowa o poświęceniu dla ojczyzny, a tam, w tym samym czasie kolejne miliony dolarów idą na konta numeryczne w Panamie. Każdy grzecznie gra swoją rolę w „kokainowym teatrze”.

Luis patrzył w twarz Polityka, tak gładko recytującą swoją przemowę. A przez jego umysł przelatywały obrazy rzeczy, które sam widział — leżące na pustyni głowy obcięte przez bandytów piłami spalinowymi. Poszatkowane kulami zwłoki. I ten straszny obraz, który zawsze powraca — ten jeden bandzior — a w istocie, gdy się zastanowić, przecież zwykły biedak, który poszedł do kartelu, bo chciał uszczknąć sobie kilka łyków z narkotykowej rzeki. Gdy Luis go dopadł, chłopak ranny i pokrwawiony krył się pod podwoziem samochodu i wrzeszczał histerycznie do swojej mamy, aby go ratowała. Jego matki tam oczywiście nie było. Byli za to liczni koledzy z gangu, pozabijani już w zasadzce żołnierzy rządowych.

Te sekundy ostatniej akcji wracały mu przed oczy ciągle i ciągle. Luis nie ma serca z kamienia, ale rozkaz to rozkaz. Łzy ciekły mu z oczu, gdy składał się do karabinu M-4 i naciskał spust, a pociski przebijały podwozie, pod którym chował się skomlący młodzieniec. Luis strzelał raz za razem i myślał tylko o jednym, by w końcu nieszczęśnika dobić, żeby go w końcu uciszyć.

Czasem to ten wrzask mamo ratuj! budzi go z otchłani snu w ciemnościach przedświtu, w bezpiecznym Teksasie, i nie daje już zasnąć.

I wtedy podczas tej narady otworzył oczy i napotkał spojrzenie Polityka, który stał w swoim eleganckim garniturze, wyperfumowany i z powagą na twarzy recytował z pamięci formułki o konieczności walki z przestępczością, o nadludzkim wysiłku, o lepszym jutrze — to nie był człowiek, który widział kiedykolwiek widok rozszarpanych ciał, który słyszał wrzaski umierających młodych ludzi. Polityk, a jednocześnie kamrat od interesów przywódcy kartelu.

Luis wyszedł na środek sali i wskazał na Polityka palcem. Ten przerwał mowę w środku słowa.
— Jesteś zwykłą kurwą kartelu — powiedział Luis. — Wszyscy to wiedzą i któregoś dnia zapłacisz za to.

Potem Luis wymaszerował z sali.
Wiedział, że klamka zapadła, ale wiedział też, że lepiej być sobą, niż do końca życia kulić głowę. Mina Polityka gdy usłyszał wyzwisko wystarczyła mu za całą satysfakcję.

Tydzień potem pierwszy raz próbowali Luisa zabić.

2.

Od dziecka marzył o wojsku. Gdy tylko nauczył się czytać, pochłaniał książki o walkach Azteków z konkwistadorami, o rewolucji meksykańskiej i życiu w dawnych wiekach. O drugiej wojnie światowej i szaleństwie nazizmu.

Z portretu na ścianie w rodzinnym domu spoglądał na małego Luisa człowiek, który nie znał strachu − José Arango, znany jako Pancho Villa, przywódca rewolucji meksykańskiej. Kowboj, który przez noce pił, rankami prowadził bitwy, a wieczorami odwiedzał nowe kochanki. Prawdziwy wojownik, człowiek który nie klękał przed nikim. I mały Luis chciał pewnego dnia być taki jak on.

Ruszył za swoją militarną pasją i wstąpił do akademii wojskowej. Żelazna dyscyplina szkoły wojskowej z internatem, potem ambicja, która prowadziła go dalej — od pozycji podporucznika w oddziałach piechoty, przez selekcję do oddziałów spadochroniarzy. A potem jeszcze trudniejszy cel, dostać się do elity armii, do „najlepszych z najlepszych” — sił specjalnych.

Wielomiesięczny kurs komandosów, podczas którego ani razu nie wyszli z dżungli. Musieli na przykład przez tydzień nie spać, jedna za drugą dobą na okrągło i bez przerwy wykonywać zadania. Mimowolnie zapadali w nieprzytomność, ale wymyślili sposób — łapali w dżungli jadowite mrówki i w chwilach słabości pozwalali im kąsać się w szyje. Jad wywoływał uderzenie adrenaliny i odpędzał senność. Przeszedł przez to wszystko, bo wiedział, że droga do wymarzonej formacji otwarta jest tylko dla ludzi niezłomnych.

Lata płynęły na ciągłej aktywności. Morderczy trening był tylko przygotowaniem do właściwej służby. Poligony, treningi, skoki spadochronowe, patrolowanie pełnego przemytników pogranicza z USA. W końcu pierwsze prawdziwe akcje.

W 2006 roku prezydent Calderón ogłosił rozpoczęcie wojny przeciw kartelom narkotykowym. Wojsko z entuzjazmem zabrało się do realizacji planu bezpieczeństwa. Podwyższono żołdy, zwiększono uprawnienia, na arenę wojny przeciw kartelom trafiły pojazdy humvee, helikoptery i mnóstwo amerykańskiej broni.

Meksykanski prezydent Felipe Calderon podczas spotkania dwustronnego z prezydentem Obamą w Białym Domu. May. 2010 rok. Foto: materiały prasowe

Meksykański prezydent Felipe Calderon podczas spotkania dwustronnego z prezydentem Obamą w Białym Domu. Maj. 2010 rok. Foto: materiały prasowe


Luisa wysłano do samego serca konfliktu. Ten stan był od dłuższego czasu areną najgłośniejszych walk pomiędzy władzami i dwoma konkurencyjnymi kartelami. Jeden z karteli był słabszy, a drugi silniejszy – wyrastał na monopolistę. Mówiło się o silnych powiązaniach między lokalną władzą i większym z karteli. Ten układ władzy i przestępczości ustalił się w wielu rejonach Meksyku.

— To działa tak — objaśnia Luis: Gdy wybierany jest nowy gubernator, prawie zawsze jest on człowiekiem kartelu. Kartel sfinansował jego kampanię wyborczą, pomógł wynieść go na pozycję. Nowy gubernator ma pod sobą prokuratorów i policjantów, aby wykonywać ich rękami brudną robotę. To są ludzie, którzy od lat dostają, jak to się mówi, „dwie pensje”, jedną od rządu i drugą od kartelu.

Wojsko miało uderzyć niczym żelazna pięść rządu i zaprowadzić porządek. Świat oczekiwał wyników tej potyczki. Skutki okazały się tragiczne. Ogień przemocy buchnął pod niebo, a kartele dalej rosły w siłę. W pierwszym roku po ogłoszeniu działań wojskowych zginęło prawie trzy tysiące ludzi. W kolejnych latach liczba ofiar miała tylko rosnąć. Kartele zaczęły stosować terroryzm. Zaczęły się zabójstwa wysokich funkcjonariuszy Policji Federalnej, masakry cywilnej ludności, egzekucje domniemanych konfidentów i świadków. Wskutek wzmożonych działań armii schwytano bądź zabito wielu szefów półświatka, lecz nie osłabiło to na dłuższą metę żadnego z wielkich karteli. Coraz częściej zaczęły się pojawiać głosy twierdzące, że kartele napuszczają na swoich konkurentów policję lub wojsko, rękami funkcjonariuszy wyrównując porachunki.

— W stanie działa duży kartel, który ma powiązania z urzędem gubernatora i policją. Gdy do stanu wkracza wojsko, ma walczyć z kartelem. Ale jak to zrobić? Gdzie szukać trafikantów? Jedyne co ci zostaje, to uzyskać informatorów w konkurencyjnym kartelu.

Mniejszy kartel chce bowiem odzyskać dawną pozycję, ale nie ma wystarczającej siły, aby tego dokonać. Wystarczy jednak wystawić transporty lub ludzi dużego kartelu siłom specjalnym, a one zajmują się resztą.

— Uderzasz, osłabiając duży kartel. Ty wypełniasz swoją robotę, a zyskuje inny kartel.
— A więc celem rządu nie jest zniszczenie wszystkich karteli? — pytam.
— Rządowi nie chodzi o wojnę z narkotykami. Celem rządu jest utrzymanie równowagi, zabezpieczenie sobie bytu. Osłabianie największych karteli, aby żaden nie wyrósł zanadto, aby nie osiągnął monopolu, gdyż wtedy stałby się zagrożeniem dla całości państwa.

— Wojna Calderona okazała się burdelem. Do tej pory było wiele ofiar narcos, a teraz było ich jeszcze więcej. Wojna trwa od lat, na miasta graniczne puszczono wojsko, ale ostateczny wynik jest taki, że korupcja zniweczyła wszystkie wysiłki. Bandyci wobec agresji działali coraz bardziej zajadle. Jeśli bandyta wie, że za to, że jest w kartelu będzie zabity albo osadzony na wiele lat, przestaje się krygować. Będzie mordował na lewo i prawo, będzie zabijał potencjalnych świadków, będzie strzelał do policjantów, bo wie, że kara i tak czeka go taka sama.

Wojna z narkotykami okazała się tak krwawa, że rząd zaczął w końcu fałszować statystyki dotyczące liczby ofiar, aby nie budzić paniki w kraju. Jak bowiem walczyć z przestępczością, która jest wrośnięta w tkankę całego społeczeństwa? Stereotypowy obraz kartelu to zamaskowani w kominiarki zabójcy albo pokazywani w telewizji bieda-przemytnicy, stojący pokornie obok paczek zarekwirowanych narkotyków. Ci ludzie to tylko mięso armatnie.

Tak trudno walczyć skutecznie z kartelami, które mają swoje macki wśród oficjeli rządu, prokuratorów, policjantów, wojskowych, biznesmenów, dziennikarzy, których władza w wielu stanach jest absolutna, zagwarantowana współpracą władz, mediów, pieniądza i powszechnym terrorem.

Luis był już wtedy od lat w mieście Polityka i Bandyty.
— Wykonywaliśmy dla rządu „czarne operacje”.

Rozkaz przychodzi na linii wywiad — generał sił specjalnych — oddział wykonawczy. Wszystkie takie akcje są tajne, tak samo jak ich wynik oraz tożsamość uczestniczących w nich weteranów. Tajność jest kluczowa, bez niej bowiem kartel od razu rozpracuje grupę wykonawczą i po kolei wymorduje jej członków. Nie można ufać lokalnej policji, nie można ufać lokalnym władzom, ani ufać innym oficerom czy żołnierzom, bo nigdy nie wiadomo, kto może przekazywać informacje kartelom. O tych operacjach nie mówi się w wiadomościach, ani nie pisze w gazetach. Nieistotny jest ani cel propagandowy, ani zdanie opinii publicznej. Liczy się tylko skuteczność. Skoro jest wojna z narkotykami, robimy kartelom wojnę. Zostawiamy trupy bandziorów i odjeżdżamy. Zawsze gdy wywiad namierza właściwy cel w tym mieście, do wykonania wyroku jedzie grupa Luisa.

Wojny narkotykowe pochłaniają co roku tysiące ofiar. Szacuje się, że od początku wojny proklamowanej przez prezydenta Calderona do 2011 w Meksyku śmierć poniosło już ponad 43 tys. osób. Foto: Luis

Konwój członków kartelu ostrzelany przez meksykańskie siły specjalne podczas jednej z operacji. Wojny narkotykowe pochłaniają co roku tysiące ofiar. Szacuje się, że od początku wojny proklamowanej przez prezydenta Calderona do 2011 w Meksyku śmierć poniosło już ponad 43 tys. osób. Foto: Luis


Te akcje są szybkie i bezlitosne. Ataki na konwoje z narkotykami. Akcje chwytania liderów kartelu. Rajdy na ich kryjówki. Zbrojne likwidacje band sicarios. Bo bandyci są mocni, gdy są w grupie i gdy kogoś napadają. Gdy to na nich uderzają z zaskoczenia zamaskowani komandosi, bandyci giną jak muchy, nie oddają jednego strzału. Dla operatora sił specjalnych dopuszczenie do takich akcji to najwyższy honor.

Czarne operacje odbywają się często na granicy prawa. To sposób, aby państwo pozbyło się zagrożeń w sposób skuteczny, ale sekretny. Rozkazy dawane są ustnie. Plotki i pytania dementowane. Za takie operacje nie dostaje się medali ani pochwał od dowództwa, często jedyną nagrodą jest duma z przynależności do towarzystwa dopuszczonego do sekretnych misji.

Na początku taktyka sprowadzenia do walki z kartelami armii była sukcesem. Kartele, mimo, że posiadające broń wojskową, pancerne pojazdy i rekrutujące wielu zawodowców, nie mogły równać się w starciach z zawodowym wojskiem. Luis ze swoją grupą miał w tym czasie wiele sukcesów. Czuł się człowiekiem pędzącym na fali kariery.

Oczywiście, system miał także swoje rysy. Znanym problemem armii było przechodzenie doświadczonych ludzi na stronę karteli. Liczba takich przypadków była często pokaźna. Jeszcze w 1997 roku miał miejsce głośny skandal — kilkudziesięciu żołnierzy GAFE kierowanych przez oficera Artura Guzmána Decenę zdezerterowało. Wszyscy przeszli na służbę kartelu Golf. Utworzyli Los Zetas — grupę narkonajemników. Dezerterzy byli bardzo dobrze opłacani przez kartel, jednak kilka lat później większość z nich zginęło w walce i egzekucjach. Sam dowódca zginął w 2002 roku w strzelaninie z wojskiem. Z czasem Los Zetas stworzyli własny kartel, który przejął między innymi przemytniczy korytarz przez graniczne miasto Nuevo Laredo.

— Dziwić się? Korupcja w Meksyku jest rzeczą powszechną — opowiada Luis. — Wiadomo było, że w armii są generałowie, którzy biorą pieniądze od karteli, wiadomo o gubernatorach i wysokich urzędnikach wymiaru sprawiedliwości kupionych przez organizacje przestępcze albo robiących im „przysługi”. Ale większość wojskowych wypełniała swoje zadania obowiązkowo. Wiedzieliśmy, że robota dla kartelu to krótka piłka, parę lat i będziesz zabity, a na dodatek ufajdany współpracą z kryminalistami. Nie po to cztery lata wysilasz mózgownicę w Akademii, nie po to oddajesz swoją młodość, trudząc się na najcięższej służbie, jaką można wymyślić, nie po to ryzykujesz życiem podczas skoków z samolotu i niezliczonych treningów, nie po to doskonalisz się latami w swoim rzemiośle, rzekami potu i krwi, opłacając każdy awans, nie po to miesiącami szarpałeś się w dżungli, trenując do utraty świadomości, aby potem sprzedać to wszystko za walizkę brudnej forsy i znaleźć się w jednym szeregu z gromadą kryminalnych łachmytów.

Kartel osiągnął swoją pozycję dzięki sile pieniądza. Gdy system przestępczy kontroluje władze stanowe, sądownictwo i sektor siłowy, już nie sposób mu się przeciwstawić.

— W końcu doszło do tego etapu, że chcą cię skorumpować i mają pozycję, by stawiać warunki — opowiada. — Pewnego dnia spotykasz kolegę z wojska. Wyszedł z jednostki kilka miesięcy czy lat temu. Nie mieliście ze sobą kontaktu przez ten czas, nigdy nie był bliskim kumplem, ale teraz wita cię na ulicy jak starego przyjaciela. Pyta, co u żony i tak dalej. Na końcu przechodzi do rzeczy, mówi: Słuchaj, przyjacielu, ważni ludzie chcą się z tobą spotkać. Chcą ci zaproponować dobrą pracę. Spotkanie będzie w tym i tym lokalu, tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie. To nie jest propozycja typu chcesz czy nie chcesz. To jest rozkaz. Jeśli odmówisz albo nie przyjdziesz, będzie wielki problem. Ci ludzie nie uznają słowa „nie” za właściwą odpowiedź. Dla nich twoja odmowa to śmiertelna obraza. Za samo to zlecą twoją śmierć.

Luis robi to, na co mało kto ma odwagę — twardo odmawia współpracy z kartelem. Później prosto w twarz nazywa Polityka „kurwą kartelu”. I właściwie to jest tak, jakby jego życie już się skończyło. Nie dociera to do niego. Lata spędzone w ciągłym zagrożeniu uodparniają na strach. Jest w grupie do zadań specjalnych, ma swojego generała i swoich żołnierzy, na ich wszystkich mógł już liczyć w niejednej groźnej sytuacji. Walczysz w środku piekła, ale śmiejesz się śmierci w twarz. Gdy żyjesz tak długo przywykły do niebezpieczeństwa, w momencie gdy staje się ono realne, wchodzisz w nie jak dziecko, nieświadomie.

Nie wiedział, że gdy gra naprawdę się zacznie, zostanie sam jak palec, zdradzony nawet przez państwo, któremu od lat służył.

3.

Tej niedzieli Luis miał wolne. Zapakował więc piankowy kombinezon i ekwipunek do nurkowania, wsiadł w samochód i ruszył szosą w kierunku wybrzeża. Nurkowanie było jego pasją od dawna.

Tego dnia nawet nie dotknął płetwami morskiej wody. Gdy wyjechał z miasta na szosę idącą przez pustynię, dostrzegł, że jest śledzony. Cztery SUV-y z przyciemnianymi szybami podążały za nim jak cienie. Jeden z nich, który jechał jako pierwszy, miał na rejestracji i drzwiach oznaczenia policji stanowej. To nie było żadne pocieszenie. Policja w północnych stanach Meksyku często sama wykonuje dla karteli zlecenia największego kalibru. Policjanci najlepiej potrafią zadbać, aby brudna robota była wykonana odpowiednio.

Adrenalina uderzyła. Pierwsza myśl — oczywista dla żołnierza — bronić się. Ale nie ma czym! Nie miał ze sobą nawet pistoletu. Nie zabierał broni na nurkowanie, od czasu gdy jego kolega po wyjściu z morza stwierdził, że ktoś wybił kamieniem szybę w pozostawionym na pustym parkingu samochodzie, aby ukraść radio, a zabrał przy okazji służbową broń. Ale nawet z pistoletem niczego by nie zdziałał wobec tylu zabójców.

Luis docisnął gaz i chwycił za telefon komórkowy.

Wcisnął numer 0-6-6. To w Meksyku numer alarmowy policji. Odpowiedział mu głos operatora. Luis podał swoje nazwisko, jednostkę i numer służbowy, upewnił się, że rozmowa jest nagrywana, po czym kazał zapisać numer rejestracyjny pierwszego z goniących go pojazdów.

Chevrolet Camaro używamy przez meksykańską policję stanową. Foto: materiały prasowe

Chevrolet Camaro używany przez meksykańską policję federalną. Foto: materiały prasowe


— To samochód policji stanowej, ma oznaczenia — powiedział. — Gonią mnie. Proszę o sprawdzenie, czy podlegam aresztowaniu i pod jakim zarzutem. Jeśli naprawdę chcą mnie aresztować, to zatrzymam się i oddam w ich ręce.
Połączyli go z siedzibą federalnych i kilka minut później usłyszał odpowiedź, której się spodziewał.

— Nie jest pan poszukiwany w żadnej sprawie.
Świadomy, że jest to prawdopodobnie jego ostatnia wiadomość zostawiona na tym świecie powiedział:

— Jeśli zniknę lub zostanę zamordowany, wiecie kto to zrobił — po czym rozłączył się.
Samochody prześladowców przyspieszyły. Kilka minut później zmusili go do zatrzymania się na poboczu. Wyskoczyło z nich kilkunastu mężczyzn w kominiarkach, uzbrojonych w kałasznikowy i pistolety. W mgnieniu oka wyciągnęli go z samochodu, skrępowali ręce plastikowymi kajdankami, wcisnęli na głowę kaptur i wepchnęli do jednego z pojazdów.

Domyślał się, co z nim teraz zrobią. Wybrał swoją stronę w tej wojnie i stał się wrogiem kartelu, za to czekała go standardowa kara. Jak cały Meksyk długi i szeroki, wszyscy niepokorni kończą podobnie. Wywożą ich na bezludzie za miastem i obcinają głowę piłą mechaniczną. Być może nawet nagrają tę scenę, aby przesłać rodzinie, albo pokazywać innym na postrach.

Nie miał szansy pożegnać się z żoną ani małym synkiem. Takie jest więc życie żołnierza i rodzina zawsze musi być przygotowana. Wyprostował hardo głowę. Wiedział, że gdyby mógł cofnąć czas i wybrać inaczej, nigdy by tego nie zrobił. Zawsze miał gdzieś konsekwencje. Nienawidził dwulicowości. Nie jest aniołkiem, w siłach specjalnych nie ma dla takich miejsca. To robota, w której trzeba umieć zmuszać żołnierzy do wykonywania roboty ponad ludzkie siły, trzeba umieć walczyć i trzeba umieć zabijać ludzi. I też trzeba umieć okazać obojętność śmierci, śmiać się z niej, gdy nadejdzie taki moment. Ale zawsze gardził przejściem na drugą stronę. Gardził kartelami, pluł na sprzedajnych gliniarzy i na polityków, oddających swoją ojczyznę na pastwę bandytów. Brzydził się ich strachem i tym, że sprzedawali swoje sumienia za brudne pieniądze.

I gdy już szykowali się do odjazdu, powiedział im z dumą i drwiną w głosie o swoim telefonie na policję: Możecie mnie zabić, ale federalni mają wasze numery i będą się wam dobierać do tyłka — powiedział.

Sprawdzili to przez radio na swoim komisariacie. Naradzili się. W końcu podeszli do niego. Policzymy się z tobą inaczej — stwierdzili, po czym jeden policjant założył gumowe rękawiczki, a potem włożył do jego samochodu worek z narkotykami i trzy pistolety ze startymi numerami seryjnymi. Potem dokonali formalnego aresztowania.
Podczas rutynowej „kontroli” cywilnego samochodu…

— Mogłeś skończyć szybko. A teraz masz zapewnione 50, może 60 lat umierania w więzieniu.
Śmiali się z niego, a on cieszył się w duchu, że przynajmniej pożyje trochę dłużej.

Został aresztowany.
Jednocześnie ruszyła machina propagandowa. Lokalne gazety otrzymały od urzędu gubernatora obszerne informacje na podstawie których powstały artykuły określające Luisa jako „terrorystę, handlarza narkotykami i mordercę” w szeregach armii. Gdy zobaczył te artykuły, stracił ostatnie iluzje.

Generał przyjechał do więzienia, aby go wyciągnąć. Właśnie odbył długą rozmowę z sędzią. Sędzia przejrzał dowody i stwierdził, że są nic niewarte. Cóż za handlarz narkotykami jechałby na nurkowanie z narkotykami i bronią, a ścigany dzwonił na policję? Ale to nie słabość materiału dowodowego uratowała Luisowi skórę, tylko protekcja oficera i jego koneksje z sędziami. Bez ich pomocy bramy więzienia zamknęłyby się za nim na zawsze.

4.

— Meksyk jest pełen takich historii. Ja miałem szczęście, ale co z tymi, przeciw którym ukartowano takie sprawy od początku do końca? Ci, którzy nie chcieli brać pieniędzy od karteli z obawy przed więzieniem są w ten sposób załatwiani i lądują z wyrokami opiewającymi na dziesiątki lat. Odarci ze stanowisk, szacunku, rodziny. Porzuceni jak śmieci, zdradzeni przez własnych kolegów i zmiażdżeni przez propagandę mediów. Tak niewiele brakowało, aby tamtej niedzieli wszystko i dla mnie się w ten sposób skończyło.

Dowódca przekazał mu najnowsze wieści:

— To jest koniec gry. Ja, ty i nasi żołnierze z grupy do zadań specjalnych jesteśmy na liście śmierci kartelu. Nie wiem, jak to zrobili, ale rozpracowali nas. Rząd nie kiwnie palcem. Ludzie kartelu dopadną nas wszędzie w Meksyku. Nasze dni są policzone. Rozmawiałem z ambasadą jednego z europejskich krajów. Zagwarantują mi azyl polityczny w Europie. Wyjeżdżam jak najszybciej. Tobie też mogę pomóc.

Luis nie chciał jechać do Europy. Zdecydował się na Stany Zjednoczone. Znowu niewiele brakowało, gdy jechał na granicę i meksykańska policja znowu próbowała go aresztować, ale widząc ich nawet się nie zatrzymał. Uciekł.

Teraz jest człowiekiem bez twarzy i bez ojczyzny. Wszystkie oszczędności zainwestował w to, żeby zniknąć.

Meksyk 2007-2012.

W 2014 roku Luis otrzymał status uchodźcy politycznego w USA.
Obecnie prowadzi nowe życie z dala od wojny narkotykowej.

…………………………………..
Łukasz Czeszumski (1980) — autor książki „Biały szlak” — zbioru reportaży o kulisach wojen kokainowych w Ameryce Łacińskiej. Podróżnik, autor reportaży z Afganistanu, Pakistanu i Ameryki Łacińskiej.
…………….
Więcej: Portfolio|YouTube|Facebook
Slider na stronie głównej: ciało ofiary wojny karteli w kostnicy w Tijuana. Meksyk. Styczeń 2009.
Foto: Photo/Guillermo Arias/AP.
23.01.2017

ŁUKASZ CZESZUMSKI „Nie ma bohaterów” — reportaż z brudnego świata wojny narkotykowej
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.

Słuchamy Cię uważnie...

Twój adres email nie będzie widoczny.
Zaloguj się by nie czekać na moderację komentarza.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>