„Szampan w świecie narkotyków”, tajne operacje w Meksyku. Cocaleros z Chapare. Wojna, której nie można wygrać. Podróże przez narkostrefy i alternatywny świat Faveli. Rozmawiamy z Łukaszem Czeszumskim — podróżnikiem i dziennikarzem, autorem książki Biały szlak. Reportaże ze świata wojny kokainowej.
[Foto: Łukasz Czeszumski źródło: archiwum autora]


Portal Eprawda.pl: Zacznijmy od początku. Kim jesteś? Dziennikarzem, podróżnikiem, awanturnikiem, pisarzem?

Od dziecka marzyłem o tym, aby poznawać świat. Wszystko, czym później się zajmowałem, było krokami do realizacji tego celu. Poznawać, to znaczy również podróżować, ale podróżowanie jest tu środkiem, nie celem. Nie chodzi o zaliczanie krajów czy bicie rekordów, a o bywanie w różnych miejscach, przesiąknięcie ich atmosferą, poznawanie losów ludzkich. Potraktowanie świata jako wielkiej biblioteki pełnej książek. Nigdy nie przeczytasz ich wszystkich, ale zrób tyle, ile się da — zdobądź jak największy zasób wiedzy. Nie jest to proste, tym bardziej, jeśli nie jesteś milionerem albo nie masz sponsora, który za wszystko zapłaci. Wtedy musisz po prostu zacisnąć zęby, dużo pracować i oszczędzać pieniądze na to, by swoją pasję realizować wbrew przeciwnościom. Ale jeśli naprawdę ma się w sobie tę pasję, to da się radę. Dziennikarstwo też było dla mnie takim środkiem. To nie jest sposób na zarobek, ale na dotarcie do ludzkich historii oraz miejsc, gdzie inni nie docierają. Zawsze byłem w dziennikarstwie tylko freelancerem — ale wolę to, niż być etatowym dziennikarzem, który nie realizuje swoich materiałów tylko zlecone. A czy awanturnikiem? Awanturnik to słowo rozumiane wieloznacznie. Synonimem jest „poszukiwacz przygód”. I w tym coś jest, bo przecież, jeśli chce się poznawać świat, nie można bać się rzucenia na głęboką wodę. Tylko to da nam pełnię doświadczenia. Aby zrozumieć, co to jest dżungla, musisz wziąć maczetę i wyruszyć w jej środek. Aby wiedzieć, jak wygląda wojna, musisz odkryć sposób, aby się na niej znaleźć.

Nie poznasz prawdziwego życia z filmów lub książek.

Zdobędziesz wiedzę, ale to będzie tylko teoria bez doświadczenia. A czy jestem pisarzem…? Fajnie byłoby być pisarzem, który może utrzymać się ze swojej twórczości. Do tego jeszcze daleka droga. Mentalnie zawsze moim celem było pisanie. Podróże, dziennikarstwo czy „poszukiwanie przygód” były sposobem realizacji — sposobem na zdobycie materiału, doświadczenia, wiedzy i zrozumienia tego, jak świat potrafi być wielowymiarowy. Dopiero po przejściu tego wszystkiego zdobywasz inspirację — i masz o czym pisać. Na razie ukazał się mój Biały Szlak. Ta książka jest kumulacją tych wszystkich doświadczeń. Aby ją napisać, musiałem poznać mnóstwo ludzkich historii. Nie zza biurka, ani nie ze stolika w kawiarni. Trzeba było zrozumieć życie dżungli i życie w slumsach, docierać do ludzi ze wszystkich stron konfliktu narkotykowego i wysłuchać historii, które chcieli mi przekazać. Opowieści, w których był ich punkt widzenia, ich sposób widzenia świata. Takie spotkania są fascynujące. Z każdą taką rozmową zdobywa się nowy element wiedzy, zwiększa się nasze zrozumienie nie tylko tematu, ale natury ludzkiej oraz tego, jak ten świat jest wielki i niejednorodny.

Czy prowadzisz statystykę swoich wypraw? Ile krajów udało Ci się do tej pory odwiedzić?

Prowadzę zapiski podsumowujące każdy wyjazd. Liczba krajów to niecałe sto, ale statystyki są mylące, bo w wielu krajach byłem krótko i przelotnie, w innych zaś wielokrotnie i często na dłuższy czas, jak np. w Peru, Panamie. Najbardziej miarodajny jest wg mnie czas, jaki spędziło się poznając dany kraj i podróżując po nim.

Pamiętasz swoją pierwszą podróż „z prawdziwego zdarzenia”?

W drugiej połowie liceum. Nadchodziły wakacje, ciągnęło mnie w świat, ale nie miałem pieniędzy. Wziąłem stary plecak, śpiwór, konserwy i ruszyłem autostopem do Maroka. Jeździłem autostopem i szedłem na piechotę, spałem w namiocie po lasach, czasem w parkach, myłem się na stacjach benzynowych. Pracowałem dorywczo, aby zarobić trochę grosza na dalszą podróż, a potem jechałem dalej. O pracę nie było łatwo, Polska nie była wtedy w Unii, więc było to życie na zasadzie „nielegalnego imigranta”. Pamiętam jak pracowałem w restauracji w Holandii, po czternaście-szesnaście godzin dziennie, a jednocześnie nocowałem w namiocie, który ukryłem w lasku koło zjazdu z autostrady. Jedzenie i prysznic miałem w pracy, więc w sumie stwierdziłem, że wynajęcie pokoju nie jest mi już potrzebne. Szczególnie że nie spieszyło mi się z powrotem do namiotu w mokrym lesie – i mogłem wyrobić sporo nadgodzin. Autostop jest cholerną próbą cierpliwości… Ale często dzięki temu sposobowi podróżowania spotykałem bardzo ciekawych ludzi. I dzięki autostopowi szybko uczyłem się języków. W szkole jakoś mi języki nie szły, a tu ogromny postęp był każdego dnia. Do dziś uważam że – aby nauczyć się dobrze języka — trzeba po prostu pojechać tam, gdzie będziesz rozmawiał przez cały dzień.

Na zdjęciu: Łukasz Czeszumski -- polski podróżnik, dziennikarz i pisarz. Foto: materiały archiwalne.

Na zdjęciu: Łukasz Czeszumski — polski podróżnik, dziennikarz i pisarz. Foto: materiały archiwalne


Oczywiście, mając jakieś podstawy z książki w pamięci, aby od czegoś zacząć. Gdy kilka lat później jechałem do Afganistanu (już nie autostopem), przekraczając granicę miałem karteczkę, a na niej wypisane z Internetu tłumaczenie około stu kluczowych słów z polskiego na perski. I od pierwszej chwili musisz wiedzieć, jak kupić chleb, znaleźć hotel, spytać, ile co kosztuje — słowem poradzić sobie z podstawowymi sprawami. Znasz te sto słówek i potem już w praktyce poznajesz kolejne. I szybko je poznajesz a twoja pamięć zaczyna działać nagle niczym komputer, bo przecież inaczej nie załatwisz najbardziej podstawowych spraw! Dlatego uważam, że w każdej podróży najtrudniejsze jest to, aby zdecydować się i ją zacząć. Potem jakoś się to toczy. Po drugie — największym walorem dla samorozwoju jest to, aby podróżować samotnie. Wtedy nie zamykamy się w żadnej grupie, jesteś całkowicie otwarty na otaczający świat i możesz najwięcej poznać. Podróże z kimś dają komfort, oparcie psychiczne, ale oddzielają od otoczenia.

Dobrze mówisz po hiszpańsku?

Tak, dobrze.

Porozmawiajmy o Ameryce Łacińskiej, ponieważ z informacji, które znalazłem na Twój temat w Internecie, wynika, że tam spędziłeś najwięcej czasu. Czy państwa Ameryki Południowej to wciąż „kraje trzeciego świata”? Jak mamy rozumieć to określenie? Jaki jest ten kontynent?

Określenie „kraje trzeciego świata” wyszło już z użycia, to z pewnością kraje „rozwijające się”. Ameryka Południowa… pod względem natury – nieogarniona. Góry, dżungle, rzeki, pustkowia – wiele miejsc wciąż dziewiczych, gdzie wciąż to dzika natura dyktuje warunki. A główne miasta — ogromne, pełne życia, gdzie wciąż coś się dzieje. Społeczeństwa z kolei rozwarstwione. Milionerzy, którzy mają wszystko, nieliczna klasa średnia — i warstwy biedne — biedota miejska i wiejska. Tylko że tam bieda nie zabiera dobrego humoru… Nie ma tego, co w Polsce — zgorzknienia, wiecznych pretensji i rozpolitykowania. Tam np. każdy wie, że politycy kradną, no ale cóż — tacy są politycy, a trzeba myśleć o własnym życiu, zamiast na to narzekać. Mówi się, że optymizm Latynosów jest rzeczą nieskończoną. Większość z nich ma w sobie pogodzenie z życiem, znajdowanie radości w drobnych rzeczach. Do tego mamy elementy kultur indiańskich — przywiązanie do życia we wspólnocie, uczciwości, wzajemnym poszanowaniu. No i wiele innych zjawisk regionalnych, mniejszości czy regionalnych problemów — to już wygląda różnie w każdym kraju — temat na długą opowieść… Amerykę Łacińską postrzegamy często stereotypowo – jako jednorodny kontynent. A tam są i miejscowości plażowe i miasta górnicze położone na 4-5 tysięcach m n.p.m. Są takie kraje jak Brazylia — nowoczesne, ludne, o świetnej infrastrukturze, i mamy takie kraiki jak Surinam — zapadły i ubogi, gdzie czas upływa tak samo, jak przed wiekami i nikt się niczym nie przejmuje.

Czy Brazylia to gospodarcze i kulturalne epicentrum kontynentu? Które z państw Ameryki Południowej jest najmniej cywilizowane, „dzikie”, niebezpieczne?

Brazylia zajmuje blisko połowę terytorium Ameryki Południowej, dzieli się z grubsza na nowoczesne, zamożne południe i ubogą północ. Ale Brazylia ma swoje problemy, a Brazylijczycy są raczej skoncentrowani na sprawach własnego kraju. Rozwój Brazylii oraz rozwój krajów hiszpańskojęzycznych odbywał się innymi drogami i w pewnej izolacji. Brazylia, jako kraj, jest wielka i bogata, ale ma blisko 200 mln. obywateli, których trzeba wyżywić, ogromną klasę biedoty skłonnej do przestępczości, a koszta życia są dość wysokie w porównaniu z okolicznymi krajami. Co do krajów „dzikich i niebezpiecznych”, żadnego nie da się tak określić. Niebezpieczne są poszczególne miasta, dzielnice czy regiony, w tych miejscach przestępczość jest wielokrotnie wyższa niż w pozostałych. Jeśli patrzymy na statystyki, kraje Ameryki Łacińskiej mają o wiele wyższą przestępczość niż np. Europa. Ale to nie jest tak, że po ulicach latają wariaci z maczetami! Gros tej przestępczości to porachunki między ludźmi zaangażowanymi w nielegalne działania. To przemoc w biednych dzielnicach, w których nie ma prawie żadnej kontroli, albo rzeczy odbywające się na terenach opanowanych przez takie zjawiska jak przemyt i handel narkotykami (obszary które nazywam „Narkostrefami”), wydobycie złota, albo – jak w Kolumbii – działalność grup partyzanckich.

Ale obok tych wszystkich głośnych spraw, masz spokojne i bezpieczne centra miast, kurorty czy sielskie wioski, gdzie nic złego ci się nie powinno przytrafić. Mnóstwo turystów jeździ po tych krajach i jak ktoś nie szuka kłopotów ani sam się nie wystawia na ofiarę, to raczej mu się nic nie stanie. Podstawa bezpieczeństwa jest jedna — żyć dobrze z miejscowymi. Zawsze doradzą, gdzie jest groźnie, czego nie robić itp. A po drugie, być rozważnym i nie popadać w zbytni hurraoptymizm. Zawsze trzeba pamiętać, że są to kraje, w których dzieje się sporo złych rzeczy i choć te sprawy to margines w ogólnym obrazie, jak masz pecha, to mogą być straty.

Kiedy wpadłeś na pomysł zbadania zjawiska „narkostref” i problemu karteli narkotykowych? To było działanie zaplanowane czy spontaniczne?

To było w trakcie pierwszej podróży po Ameryce Południowej. Gdy byłem w La Paz, odwiedziłem niewielkie muzeum koki, poświęcone roli tego środka w kulturze miejscowych Indian i sprawom handlu kokainą. Stwierdziłem, że to bardzo ciekawy temat. Porozmawiałem z właścicielem muzeum, rozpisałem sobie ten temat i pojechałem do Chapare, boliwijskiego centrum produkcji koki. Tam odwiedziłem hurtownie liści koki, rozmawiałem z cocaleros, czyli producentami liści, potem spotkałem się z pułkownikiem policji antynarkotykowej Umopar, a następnego dnia pojechałem na całodniową akcję z policjantami, którzy poszukiwali w dżungli fabryk kokainy. Trzeba tu rozróżnić dwie sprawy — liście koki są w Boliwii i w Peru używane od tysiącleci, są legalne i sprzedawane na każdym rogu. Nielegalna jest kokaina, którą produkuje się w laboratoriach m.in. w Chapare. Same liście są traktowane jak kawa i nie są one w Boliwii żadnym problemem. Ale już kokaina to rzecz nielegalna, a więc idzie za nią to wszystko – przestępcze organizacje, porachunki, korupcja, morderstwa itd. Potem w Rio de Janeiro poznałem człowieka, który zabrał mnie do faveli kontrolowanej ówcześnie przez CV — jeden z brazylijskich karteli. Takie

favele to świat alternatywny,

żyjący poza systemem. Rodzisz się w faveli w biedzie i żyjesz tą biedą. Jednocześnie powstają tam kartele i gangi, robiące ogromne pieniądze na handlu narkotykami. I tak tworzy się świat alternatywny w środku miasta. Świat ze swoimi specyficznymi prawami i zasadami. Poznać to wszystko, to była przygoda o wiele ciekawsza niż te wszystkie nudne, turystyczne miejsca. Więc wróciłem z podróży i napisałem reportaż o Chapare i potem drugi o favelach. To były najciekawsze reportaże, które powstały z tej mojej podróży. I później, podróżując wielokrotnie po Ameryce, organizując wyjazdy przygodowe oraz poznając samotnie nowe miejsca, gdy miałem trochę czasu i sposobności, poznawałem kolejne fragmenty szlaku kokainy. Peru, Kolumbia, w końcu Meksyk i USA. Każdy z tych fragmentów był inny i w każdym rozgrywają się dramatyczne rzeczy. Gdy uznałem, że mam już komplet reportaży z całej drogi białego proszku, czyli dziesięć lat później, powstała z tego książka. Technicznie wyglądało to tak – najpierw zbieram maksymalną liczbę informacji teoretycznych, relacji z danego rejonu. Zapisuję wstępne pomysły. Potem jadę na miejsce i szukam sposobu dotarcia blisko tematu. Z jednej strony te tematy są ukryte, ale z drugiej, gdy jesteś w „narkostrefie”, to już nie tak bardzo. Bo jeśli w danym rejonie np. Kolumbii walczy wojsko, paramilitarni i partyzanci, są gangi i żołnierze karteli, to każda z tych grup ma swoje argumenty do działania i nikt nie ukrywa się, że jest tym kim jest i robi to co robi, bo przeciwna strona i tak to dobrze wie. Tam każdy wie, kto jest kim bo oni wszyscy grają, można powiedzieć, „na jednej scenie”. Zresztą tak to teraz widzę – ta cała globalna wojna z narkotykami to taki wielki teatr, gdzie każdy gra swoją rolę w kolejnych częściach przedstawienia. Tylko aktorzy się zmieniają. Ten teatr utrzymuje się z wielkich zysków z narkotyków, więc on nigdy nie zbankrutuje…

Zastanawiam się, jak Ci się udawało zdobywać zaufanie ludzi z tego środowiska. Wspominałeś o cocaleros, o pułkowniku policji antynarkotykowej, o przewodniku po favelach. Czy żeby wejść do tego świata — trzeba mieć jakieś specjalne predyspozycje? Jak Ci ludzie reagowali na kamerę albo na fakt, że będziesz o nich pisał książkę?

Do faveli, która jest pod kontrolą gangów, musi Cię ktoś wprowadzić. Ktoś, kto jest stamtąd. Wyjaśnia, kim jesteś, pilnuje abyś nie łamał miejscowych zasad, np. nie robił zdjęć uzbrojonym członkom gangów. Jeśli ich spotkacie i im się coś nie podoba, przekazują to jemu w swoim slangu, ty tego nie rozumiesz, a on tak i Ci mówi: „Chodźmy stąd, tu będzie zaraz niebezpiecznie”. Jest takim „łącznikiem międzykulturowym”. Bo w takich favelach nawet miejscowi Brazylijczycy się nie pojawiają, nie znają tych wszystkich reguł, ustaleń. Tam potrzebujesz takiego przewodnika, bo bez niego niewiele zdziałasz. Druga sprawa — instytucje oficjalne. Policjanci antynarkotykowi to profesjonaliści, ludzie, którzy wykonują ciężką i ryzykowną robotę. Jeśli zjawia się człowiek, który chce tę ich robotę zobaczyć, pojechać z nimi na akcję i potem opisać to w uczciwy sposób — to czemu nie? Byle dotrzeć do ludzi z oddziałów liniowych, którzy tę robotę konkretnie wykonują. Oni chcą to pokazać, bo są z tego dumni i mają prawo być. A ci, co siedzą za biurkami albo jacyś „oficerowie prasowi”, są jak politycy – gadają tylko frazesami i niczego ciekawego się od nich nie dowiesz. Z nimi nie zobaczysz prawdy.

Najważniejsze jest zrobić pierwszy krok. Przykład: raz w Kolumbii pojechałem prosto do strefy FARC w Putumayo. To niebezpieczny rejon, ale zaryzykowałem, musiałem zobaczyć, jak to wygląda. Przyjeżdżam. Cicha wioska, pusto, nudno, nic się nie dzieje. Nie ma gdzie iść, od czego zacząć. Więc siadłem w lokalu na obiad. Przy sąsiednim stoliku siedział lokalny chłopina, produkujący swego czasu kokainę oraz były paramilitarny. Zaczęła się ich głośna dyskusja na temat amerykańskich nalotów na plantacje koki. Dołączyłem do tej dyskusji jako „zaciekawiony tematem polski dziennikarz” i wkrótce miałem już nowych przyjaciół. Wkrótce ten chłop zabrał mnie do swojej fabryczki, pokazał wszystko, opowiedział jak wszystko działa w tym rejonie. Mogłem robić zdjęcia czego chciałem. On się nie krygował, żyje w strefie partyzanckiej, tu wszystko jest tajemnicą poliszynela. Zmieniłem potem jego dane, nie publikowałem twarzy – na wszelki wypadek, on sam o to nawet nie prosił, ale wolałem dmuchać na zimne. W jeden dzień zrobiłem ważny materiał. Pomogło szczęście, bliskość tematu. Czasem tak się zdarza. Albo historia Luisa — meksykańskiego oficera, który dowodził czarnymi operacjami sił specjalnych przeciwko kartelom. Moim zdaniem, to jest najmocniejszy reportaż z całej książki. On dopiero po latach opowiedział mi swoją historię w pełni, ze szczegółami.

Był wtedy na liście śmierci kartelu, uciekł do Stanów Zjednoczonych.

Jemu bardzo zależało, abym opisał jego historię, żeby ludzie mogli ją przeczytać. To historia o zakłamaniu w walce z narkotykami, o wszechpotężnej korupcji, która za tym wszystkim stoi. Przekazał mi ją jako przyjacielowi, a nie dziennikarzowi bo on nienawidzi dziennikarzy i nigdy z żadnym nie chce rozmawiać. Powiedział: „Napisz to wszystko w swojej książce, napisz, żeby ludzie dowiedzieli się, jak to wygląda naprawdę”. A więc z tych początków, powierzchownych zwykle, potem tworzą się czasem dobre, bardziej dogłębne kontakty, które prowadzą do nowych ludzi i nowych historii. Dlatego trzeba dbać o ludzi umożliwiających Ci pracę, wiedzieć, jak zrobić swój materiał, aby nie był niebezpieczny dla informatora, i nigdy nie palić za sobą mostów. Kontakty, gdy już je zdobędziesz, zawsze procentują. Inna bardzo ważna kwestia, to umieć wtopić się w świat, o którym chcesz pisać. Nie być outsiderem szukającym sensacji w obcym świecie i bojącym się go. Trzeba umieć spojrzeć na świat oczyma miejscowych i oczyma swoich bohaterów. Trzeba przenocować w faveli, iść tam na imprezę, zamieszkać w wiosce w dżungli choć na jakiś czas, siąść w knajpie w Ciudad Juarez i rozmawiać z miejscowymi o ich codzienności. Bo masz z jednej strony swój temat, wywiady z ludźmi władzy lub z gangsterami, ale musisz też zanurzyć się w świat zwykłych ludzi, bo to jest prawdziwy barometr tego, co się tam dzieje. To Ci pozwala zrozumieć rzeczywistość.

Co Luis miał na myśli mówiąc: „Napisz, żeby ludzie dowiedzieli się jak to wygląda naprawdę”?

Jak wiesz, obecnie krajem o największej przemocy związanej z handlem narkotykami jest Meksyk. Kartele meksykańskie zmonopolizowały przemyt kokainy do USA i na tym stworzyły wielką potęgę. Na przełomie roku 2006/2007 władze Meksyku rozpoczęły tzw. wojnę z narkotykami, wysyłając w rejony zapalne wojsko, bo miejscowa policja sobie już w niczym nie radziła. Tylko że walczyć z kartelem to nie taka prosta sprawa, bo kartel po pierwsze jest ukryty, a po drugie ma wielkie koneksje w swoim stanie. W tych stanach kartel ma kupione wszystko — gubernatora, lokalną policję, kontroluje wszystko, co się dzieje na jego terytorium. Wtedy wchodzi tam wojsko. Mój rozmówca był oficerem sił specjalnych, wykonujących tajne akcje przeciw kartelowi w jednym z północnych stanów. On mi otworzył oczy na to, jak się ta wojna odbywała. Aby wojsko wiedziało, kogo atakować, ma tylko jeden skuteczny sposób — uzyskiwać informacje od konkurencyjnego kartelu. Więc to wygląda tak, że w jednym stanie lokalne władze służą kartelowi A i wojsko atakuje kartel, de facto sprzymierzając się z kartelem B. W stanie obok jest odwrotnie, władze siedzą w kieszeni kartelu B, więc wojsko sprzymierza się z kartelem A. I mało tego, bo ostatnio wychodzą na jaw sprawy takie jak operacja „Fast and Furious” — czyli amerykańskie służby robią to samo w Meksyku, współpracują z jakimś kartelem, oferując jego członkom bezkarność lub przekazując broń, w zamian za informacje służące rozpracowaniu innych karteli.

Z punktu widzenia agenta zwalczającego kartel, taki alians to rzecz naturalna i skuteczna. Dostaje informacje na tacy, wystarczy uderzyć. Pełen sukces. Ale z punktu widzenia ogólnej strategii to wygląda tak, że po prostu kartele załatwiają swoje porachunki rękami władz. Każdy logicznie myślący człowiek wie, że z narkotykami jako takimi nie da się wygrać. To jest i będzie wojna bez końca. Dopóki będą konsumenci, którzy chcą kupować, dopóty będą ludzie, którzy będą bawić się w tę grę, aby im to zapewnić i na tym zarobić. Można przejmować transporty, można zastrzelić gangsterów, wsadzić za kraty jakiegoś bossa na resztę życia, na ich miejsce zaraz wskoczą następni. Teatrzyk trwa. Jednocześnie walki nie można zaprzestać — bo wtedy kartele sięgną najwyższych władz i tak naprawdę w końcu staną ponad państwem, co prawie stało się w latach 80-tych w Kolumbii. Więc władze muszą tę brudną grę kontynuować, żeby zmniejszać siłę największych karteli. Więc to jest ciągła, beznadziejna wojna, która trwa i trwa. I będzie trwała, generując potężne koszty, dziesiątki tysięcy zabitych, rzesze więźniów i rzesze uciekinierów. Od początku ogłoszenia „wojny z narkotykami” w Meksyku zginęło ponad sto tysięcy ludzi.

Ci gangsterzy w narkobiznesie. Jakiego pokroju są to ludzie? Bezwzględni, brutalni, bez żadnych zasad, niewykształceni czy wprost przeciwnie? Czy to co oglądamy na filmach sensacyjnych bardzo różni się od rzeczywistości?

Filmy mocno spłycają rzeczywistość. Reportaż z kolei ma za zadanie pokazać ją dogłębnie, pokazać prawdę, że „każdego człowieka coś stworzyło”. Kartel jest całym systemem, który ma jedno podstawowe zadanie — zarabianie pieniędzy na rynku narkotykowym. Kartel przybiera różne formy w zależności od kraju w którym działa, od danego społeczeństwa i sytuacji. Liderzy karteli i ich zarząd to gangsterzy w typie biznesmenów, ludzie którzy obracają ogromnymi sumami. Dla nich nie ma drogi wyjścia z tej sytuacji, wciąż muszą walczyć z konkurencją, wciąż są ścigani, podsłuchiwani, wciąż żyją na krawędzi. To są ludzie zarówno inteligentni, jak bezwzględni — inaczej by się nie utrzymali. Reszta struktury to cała mieszanina klas. Od rolników, którzy uprawiają kokę i potem przerabiają ją na pastę kokainową w prostych fabryczkach w dżungli — (to są ubodzy wieśniacy bez żadnego wykształcenia, dla których to jest alternatywą, dającą większy zarobek niż uprawa pola), do nielegalnych grup zbrojnych — kontrolujących produkcję i przemyt w danych obszarach.

To są całe uzbrojone po zęby i zorganizowane armie – partyzanci, paramilitarni, przemytnicy — od niewiele znaczących grup przemytników, „mułów”, po specjalistów od firm import-eksport, robiących duży przemyt w kontenerach. Wszystkie te schematy to jedno, a drugie to usłyszeć i poznać prawdziwe ludzkie historie. Nie ma nigdy dwóch takich samych. Może kilka przykładów. Hodari — były gangster z Compton. Sam jest mało znany, ale niektórzy kojarzą może rapera The Game. Hodari to jego ojczym. O życiu Hodariego można by zrobić niejeden dobry film sensacyjny. Zaczynał od handlu ulicznego crackiem, aż doszedł do pozycji lidera gangu, robiącego interesy na miliony dolarów. Jego „kariera” była kalkulacją. Wiedział, że pochodzi z biednej rodziny, z biednej dzielnicy pełnej gangów i od dziecka sam chciał zostać gangsterem, bo wiedział, że dragi to duże pieniądze. To człowiek inteligentny, opanowany, budzący sympatię. Jako gangster był zaangażowany w wielkie interesy, wiele strzelanin — same grube sprawy. Dostał wyrok dwudziestu lat więzienia. Po wyjściu na wolność, skończył z gangsterką. Nie musi się w to bawić. Dorobił się, zaczął legalne interesy i może otwarcie opowiadać o starych sprawach. Można powiedzieć, że był wygrany. Ale takie zakończenia są rzadkie. Gdy pojechaliśmy do Compton gdzie działał w latach 90-tych, pokazał mi tam dom pogrzebowy. Posmutniał i stwierdził: „Wiesz, większości moich przyjaciół już nie ma, i tu ich żegnałem.” Albo Juan — producent pasty kokainowej z Putumayo. Przez godzinę wyjaśniał mi kreśląc ołówkiem w zeszycie, że mieszkając w wiosce w środku strefy FARC, nie opłaca się wieśniakom żadna inna uprawa poza koką i jej dalszym przerobem. Nienawidził partyzantów i paramilitarnych, którzy — pod karą śmierci — zmuszają chłopów, by ich grupom puszczali dalej „pastę”. Z kokainy opłacał studia swojemu synowi. Ale sam żył, nie znając dnia ani godziny. Jego córeczka zwariowała po tym, gdy była świadkiem morderstwa na ulicy w wiosce.

A większość z tego, czego się dorobił, przebalował, resztę wydał na motocykl, który w końcu zabrali mu partyzanci. W jego wiosce ciągle odbywały się różne zbrojne rozprawy. Nie wiem nawet, czy on wciąż żyje. Był Baquero — tapicer, który pracował, lakierując i malując meble. To były nie takie zwykłe meble, a sprzęty, w których były wyżłobione skrytki na kokainę do przemytu. Bał się, chciał zwolnić się z firmy, która go zatrudniała, podejrzewał, że na końcu pracy dostanie kulę w łeb zamiast zapłaty, bo sporo się już tego nazbierało… w końcu uciekł z żoną do Ekwadoru.
W Medellin rozmawiałem z chłopakami z gangów, z Sicarios — płatnymi zabójcami. Medellin czy Rio to miasta gdzie w slumsach kartele rekrutują tysiące młodych ludzi, aby ich rękami toczyć wojny narkotykowe. Pierwszy z nich wyglądał jak gimnazjalista a nie umiał policzyć, ilu ludzi zabił w życiu. Drugi z kolei opowiadał, że do tego czasu nie żyje żaden z kolegów, z którymi zaczynał. W tych dzielnicach całe pokolenia idą do gangów i potem całe te pokolenia są dziesiątkowane. Dzieciaki po dziesięć, dwanaście lat dostają broń do ręki i idą zabijać, aby ich szefowie powiększyli swoje terytorium, przejęli szlak przemytniczy, aby robili większą forsę. To cały zbrodniczy system oparty na walce o zyski. Jeśli się w to wgłębić, to nie jest to takie proste, jak pokazują na filmach. Bo masz np. Ciudad Juarez, gdzie działał kartel La Linea, którego cały pion siłowy stanowili policjanci. Po godzinach wykonali tysiące zabójstw. O lokalnych politykach i funkcjonariuszach publicznych kupionych przez kartele w Meksyku już mówiłem. Tak działa korupcja. Wszystko w tym systemie jest oparte na pieniądzu, a życie ludzkie jest mało warte.

Czy wśród tych ludzi nie ma takich, których podnieca niebezpieczne życie? Niekończące się libacje, szybkie samochody, luksusowe prostytutki, broń, przemoc, siła? Chyba, że te szalone narkotykowe orgie to kolejny mit rodem z Holywood.

To oczywiście jest i takie marzenie przyciąga ludzi do tego życia. Ale kartel to trochę jak wielka korporacja. Jest elita, która zgarnia zyski i tłum wyrobników na te zyski ciężko pracujących. Bossowie żyją dobrze i znają zasady gry. To są często ludzie, którzy w legalnym biznesie mogliby mieć wielkie sukcesy. Są milionerami, ale rzadko chcą się z tego wycofać. To sama gra ich uzależnia, nie mniej niż pieniądze. W krajach takich jak Kolumbia czy Meksyk kartele toczą między sobą krwawe wojny, więc ich członkowie nie mogą się za bardzo pokazywać. Bawią się, ale na własnych posiadłościach, albo zamykając się w bezpiecznych domach. Gdy trwa wojna, nikt nie jest bezpieczny. W ramach jednego kartelu co chwilę są różne rozłamy, walki o władzę, dawne zatargi.

Operacja antynarkotykowa w Boliwii. Foto -- Łukasz Czeszumski.

Operacja antynarkotykowa w Boliwii. Foto — Łukasz Czeszumski


Większość z nich używa bardzo dużo alkoholu i narkotyków. Ale to już nie jest zabawa, to oszałamianie się, by zapomnieć o rzeczywistości. Sicarios z Medellin mówili mi: „To życie jest nic nie warte”, „Moje życie nie ma żadnej wartości”. Gdy kartel Sinaloa przejmował Ciudad Juarez, otworzyli sobie restaurację w samym centrum miasta i tam się spotykali. Teraz ta restauracja stoi zabita deskami, bo jakby ktoś z nich się tam zjawił, to by go zaraz odstrzelili. Albo sprawa z Kolumbii. Przywódca głównej organizacji paramilitarnej zlecił zabójstwo znanego satyryka, bo nie spodobały mu się jego żarty. Zabójstwa dokonano w centrum Bogoty. Odbiło się szerokim echem w okolicy, więc grupa zabójców ukryła się na terytorium paramilitarnych koło Monterii na północy kraju. Dostali tam od zadowolonego przywódcy posiadłość ziemską. No i siedzieli na tej posiadłości i od zmierzchu do świtu urządzali popijawy. Trwało to miesiącami, aż w końcu szef organizacji stwierdził, że ci goście go wkurzają, bo nie dość, że oddał im jedną ze swoich najpiękniejszych posiadłości, to jeszcze bezustannie piją i dają zły przykład dla innych. Więc wysłał któregoś świtu grupę przybocznych, żeby się zakradli i tamtych wystrzelali, pokroili maczetami i zakopali. On miał pod sobą 15 tyś. ludzi, więc „ci pracownicy nie spełniają standardów, trzeba ich zwolnić”…

W kartelach nie dostaje się wypowiedzenia, tylko obcinają ci głowę,

tak to wygląda… Zresztą parę lat później ten przywódca sam zginął, zastrzelony przez własnych ludzi na zlecenie rodzonego brata. W mojej książce jest też jedna dość zabawna historia, którą usłyszałem w Meksyku. O pewnym drobnym gangsterze, któremu boss podarował w dowód wdzięczności prawie pół miliona dolarów. No i ten gość, gdy dostał te pieniądze, oszalał. Pojechał do swojej rodzinnej wioski, zaprosił całą okolicę i urządził wielką imprezę. Ciężarówkami sprowadzał alkohol, dragi i prostytutki. Orkiestra Mariachis grała dniami i nocami. I w cztery dni i cztery noce udało mu się wydać wszystko co miał. Był z tego dumny, podobno mawiał: „Jestem jednym z niewielu na tym świecie, którzy mieli dane przeszastać pół miliona dolarów w kilka dni!”. Skończył, pracując na stacji benzynowej, a po jakimś czasie na tę stację podjechali jacyś ludzie i zastrzelili go za stare sprawy. Więc większość tych historii ma prosty schemat — po zabawie zostaje tylko kac, a po życiu nic nie zostaje. No i ciekawa sprawa — większość z tych, którzy porzucili to życie, z którymi rozmawiałem, twierdzili tak — gdy wstępowali do tych organizacji, byli młodzi i naiwni, wierzyli w pewien mit. Zobaczyli wiele śmierci i przeżyli dużo strachu, a gdy udało im się wydostać, odkrywali, że legalne życie nie jest wcale złe. Że też możesz sobie pozwolić na zabawę, a nie musisz bać się chodzić po ulicy, nie musisz bać się policji, możesz sobie wreszcie żyć i nie oglądać się ciągle za siebie. Kolumbijski producent pasty pokazał mi szufladę w swoim domu: „Widzisz tę szufladę? Kiedyś ona była pełna pieniędzy. Jak robisz w kokainie, to jest jakaś magia — pieniędzy było pełno, aż tu nagle nie masz nic, zniknęły i nic nie zostało”.

Czy podczas tych akcji wojska i policji w dżungli, widziałeś stanowiska do produkcji pasty kokainowej? Jak to wyglądało? Co Cię najbardziej zaskoczyło?

Tak, po krótszym lub dłuższym szukaniu niemal zawsze natrafia się na jakąś fabrykę. Te rejony specjalizują się w produkcji, jest mało dróg, tych fabryk są dziesiątki tysięcy w takiej strefie. Fabryka pasty kokainowej to nie jakieś wielkie laboratorium — to wielki „basen” do ekstraktowania liści, magazyn liści, kanistry z chemikaliami. Rzadko dochodzi w takich nalotach do aresztowań – producenci pasty mają swoje „czujki”, które widzą, że ktoś się zbliża. Gdy policja wjeżdża w rejon z głównej szosy albo wlatuje helikopterami, miejscowi wystrzeliwują fajerwerki i wszystkie fabryki są opróżniane. Policjanci znajdują tylko pustą fabrykę, podpalają ją i wracają do bazy zadowoleni. Trafikanci zakładają nową fabrykę, ich szef wlicza straty w koszta i wszystko kręci się dalej.

Opowiedz o swoim najbardziej dramatycznym przeżyciu podczas podróży i zbierania materiałów do książki Biały Szlak.

Były sytuacje ryzykowne, nie było skrajnych bo gdyby się taka zdarzyła, to raczej bym z tego nie wyszedł. Każde wejście do narkostrefy oznacza pewne ryzyko. Gdy idziesz do faveli, którą kontroluje gang, musisz wiedzieć, co to za gang, dostać mniej lub bardziej formalne zezwolenie, aby tam wejść. Najlepiej mieć kogoś stamtąd, kto zna sytuację, ma kontakty, wie jak działać. Ale to też nie gwarantuje bezpieczeństwa, są różne sytuacje. Miałem raz taką sprawę, że chciałem nocować w domu znajomego w Pavunie — jednej z najbardziej skonfliktowanych faveli w Rio. W środku nocy musiałem stamtąd znikać bo ludzie się bali, że coś złego się wydarzy. Innym razem byłem zaproszony na małą imprezę w Pavunie.

Wyjrzałem raz za okno, a tam jechała uliczką kawalkada motocykli z dzieciakami obwieszonymi karabinami.

Widzą mnie oczywiście. Nie schowam się nagle bo pomyślą, że się boję. Więc stoisz sobie spokojnie i patrzysz obojętnie, jakby to była zwyczajna rzecz. Jakbyś wyjął aparat i zaczął robić zdjęcia, albo zrobił inną głupotę, to sytuacja mogłaby przybrać nieciekawy obrót. W Boliwii, Peru czy Kolumbii, gdy jeździłem z policją i wojskiem po dżunglach, teoretycznie jesteś w strefie walk, są tam laboratoria, trafikanci, partyzanci. Ale jesteś tam z uzbrojonym oddziałem, w razie czego przyleci wsparcie, więc nie jesteś tam „goły i wesoły”, nawet gdyby doszło do strzelaniny. Największe napięcie jest wtedy, gdy ruszasz do strefy sam, nie znasz tam nikogo, bo nikogo nie dało się znaleźć, i masz małą wiedzę o sytuacji na miejscu. I tu zagrożeniem nie jest wcale jakiś kartel ani mafia — dla nich nie jesteś nikim znaczącym ani groźnym. Zagrożenie jest takie, że to strefa bezprawia, jest pełno różnych małych band, mogą być rebelianci czy ludność wiejska, która uzna Cię za np. amerykańskiego agenta — tam taka paranoja jest powszechna. Jest zagrożenie porwaniem — dla okupu, albo żeby sprawdzić, coś za jeden. I w końcu jesteś w miejscu, gdzie codziennie giną ludzie, więc życie ludzkie jest tanie, a prawo nie działa. W takich miejscach musisz być mobilny, wjechać, zrobić materiał i szybko zniknąć. Wyrabiać dobre kontakty z miejscowymi, bo ludzie chętnie opowiedzą o tym, jak wygląda ich życie, co się dzieje na tym obszarze. Zrozumieją, że jesteś gościem, który przejechał pół świata, aby zobaczyć ich życie i ich problemy, że nie jesteś częścią tego konfliktu, że nie przyjechałeś, aby ingerować w to, co się tu dzieje, ani robić komuś krzywdę. Przyjechałeś, aby poznać prawdę o pewnym rejonie świata. Poznać ludzi, żyjących w bardzo dramatycznych okolicznościach i spojrzeć na świat ich oczami, aby ten świat i to życie lepiej zrozumieć. I ludzie ci wtedy pomogą i doradzą. Powiedzą – nie jedź tam, bo tam teraz rządzi bardzo groźna banda, paranoiczna, nie lubią obcych. Za to jedź tam, idź do tego gościa, on jest w porządku, on wiele przeżył, on się chętnie tym podzieli, jeśli nie podasz jego nazwiska i jakichś rzeczy, przez które może mieć kłopoty.

Obiegowa opinia głosi, że handel kokainą jest niezwykle dochodowy. Gram kokainy w Londynie kosztuje około pięćdziesięciu funtów. Ile ten sam gram kosztuje w Meksyku albo Kolumbii? Jak się robi wielki biznes na kokainie?

Sama produkcja jest tania. Liście koki sprzedawane są po dolarze za kilogram, trzystu kilogramów liści trzeba na kilogram kokainy. Chemiczne odczynniki też są niedrogie. Dlatego w dżungli kilogram pasty sprzedawany jest za osiemset do tysiąca dolarów. Potem w laboratoriach tworzy się kokainę HCI, wartą około 2 tys. dolarów. W Ameryce Łacińskiej wcale nie jest tak, że kokaina jest łatwo dostępna w detalu. Miejscowi rzadko jej używają. Poza głównie Brazylią, która zużywa blisko dwadzieścia procent światowej kokainy, szczególnie w favelach. W Meksyku kilogram w hurcie, w rozliczeniach między kartelami (bo one nie kupują kilograma, tylko np. od razu sto) to około 10 tys. dolarów. Cena rośnie dramatycznie w dwóch progach — w wyniku przemytu do USA lub Europy bo przemyt wymaga kosztownych zabiegów, a część transportów wpada w ręce policji. Drugim takim progiem jest dystrybucja i detal. Bo tu też ciągle ktoś wpada, są zakupy kontrolowane, aresztowani dilerzy itd. Poza tym, na każdym etapie już po przemycie odbywa się rozcieńczanie kokainy z innymi środkami, aby więcej jej sprzedać. Na rozcieńczaniu każdy etap dystrybucji zarabia sporo pieniędzy. DEA publikuje raporty z oceną czystości ulicznej kokainy, wynosi ona zwykle od dwudziestu do sześćdziesięciu procent. Więc ten gram w Londynie na ulicy wart pięćdziesiąt funtów czyli jakieś sześćdziesiąt pięć dolarów — daje czystą kokainę o wartości stu-stu dwudziestu dolarów w najlepszym razie. Zarabia na tym diler, zarabia dystrybutor, zarabia grupa przestępcza, która to sprowadziła. Kartel z kolei zarabia na dużej ilości, którą udało się przemycić, uwzględniając straty z transportów, które przejęła policja. Kartele w Amerykach muszą utrzymać z tego swoją strukturę, często bardzo rozbudowaną i kosztowną. No i policja też zarabia jako instytucja, bo gdy przejmuje gotówkę w organizacji przestępczej, to te pieniądze konfiskuje. No a na samym końcu jest grupa chłopów w dżungli — klasa robotnicza, która wg statystyk, liczy około 300 tys. plus rodziny — oni mają z tego interesu jakiś jeden procent zysku całościowego. W książce The Andean Cocaine Industry jest analiza tego rynku w latach 90-tych, ale w sumie wynik to takie „wiem, że nic nie wiem”. Dane oficjalne podane, wyliczone przez ONZ z 2009 roku: 150 000 – 212 000 hektarów koki, 690-760 ton przejętej kokainy (rocznie), 2009: USA 37 mld USD zysku, Europa 33 mld USD zysku, 2009: produkcja światowa 1100 ton, 440 ton trafiło na rynek (szacunki ogólnikowe). Światowy rynek wielkości 160-180 mld dol. rocznie.

Kartele mają swoich przekupionych celników i ludzi na wysokich stanowiskach w Stanach i Europie?

W niektórych krajach są takie powiązania, ale to raczej w krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie korupcja jest dużo silniejsza. W krajach rozwiniętych są procedury i kontrole utrudniające takie działania. Oczywiście zdarzają się — na przykład w USA — przypadki, że wychodzi na jaw to, że jakiś strażnik graniczny przepuszczał określony samochód o określonej porze w zamian za sowite łapówki, ale to są pojedyncze przypadki. To samo w przypadku celników. Wszędzie może się zdarzyć, że funkcjonariusz skusi się na pozornie łatwy pieniądz. A policja z kolei ma swoich informatorów i agentów w kartelach, więc to jest taka odwieczna gra dwóch sił. Pamiętaj, że sprawy z kokainą od kilku kilogramów w górę to bardzo poważna sprawa – wielkie pieniądze, silni gracze po każdej stronie i, w razie wpadki, bardzo wysokie wyroki. Każdy, kto się w to pakuje, wchodzi w ekstremalnie wysokie ryzyko.

Ile kosztuje kilogram kokainy w hurcie, już po przemycie do USA?

Od 10-15 tys. dolarów w górę. Jeśli jest duży kartel, który sprzedaje, oraz duża organizacja przestępcza o sporej dystrybucji, która kupuje od razu większą ilość, to cena jest niska. Jeśli to mała grupa, mała sprzedaż, miasto gdzie jest mniejszy zbyt, to cena jednostkowa kilograma rośnie. Jest cały łańcuch pośredników, jak w każdym biznesie. Słyszałem, że w latach 90-tych najdroższa kokaina na świecie była w Moskwie — trzysta dolarów za gram w detalu.

Jaką jakość ma kokaina sprzedawana na ulicy?

Czystość wynosi średnio około pięćdziesiąt procent, a często mniej — bo rozcieńczanie znacznie powiększa zysk. W czasach karteli Medellin i Cali był swego rodzaju monopol, kartele kolumbijskie kontrolowały towar w USA, aż do poziomu zaopatrywania dilerów. Ale były też problemy — organy ścigania mogły na tej podstawie żądać ekstradycji samych szefów karteli z Kolumbii. Poza tym, osoba z kolumbijskim paszportem od razu budzi podejrzenia władz, już od przekroczenia granicy. Teraz nie ma już tak wielkich karteli. Kartele z Ameryki Łacińskiej sprzedają towar grupom lokalnym, same zarabiają na hurcie. Obok tego masz grupy np. włoskie czy nigeryjskie, mające swoich przedstawicieli w Ameryce Łacińskiej i już tam robiące interesy.

Dlaczego to właśnie kokaina jako narkotyk zdobyła tak olbrzymią sławę na całym świecie? Pojawia się prawie w każdym filmie sensacyjnym, w literaturze, w muzyce, w popkulturze. Jest narkotykiem otoczonym prawdziwą legendą.

Kojarzy się jako narkotyk pięknych, młodych i bogatych, narkotyk gwiazd rocka i elit. Jest postrzegana jako kosztowna, elegancka. No i mało kogo stać na to, aby stać się jej ciągłym użytkownikiem, więc nie ma opinii narkotyku, który doprowadza do grobu. Jej kariera zaczęła się w latach 70-tych w USA. W tych czasach żadna dobra impreza nie mogła obyć się bez kokainy. Newsweek pisał, że to „szampan w świecie narkotyków”. Podobno członkowie zespołu Aerosmith w ciągu swojej kariery koncertowej zużyli kokainy za 17 mln. dolarów. Ta wesoła era zmieniła swój obraz, gdy na rynek w USA wyszedł crack. Momentalnie stworzył on klasę milionów silnie uzależnionych, zdesperowanych narkomanów. I otworzył wielki, masowy biznes dla przestępczości zorganizowanej. Zaczęła się przemoc, wojny narkotykowe, rozpoczęły się te wszystkie konflikty, które trwają do dziś. W Los Angeles mówi się o tym okresie „epidemia cracku”. Jej plonem było ponad 15 tysięcy zabitych. Byłem kiedyś w melinie palaczy cracku. Straszne miejsce, beznadziejne. Młodzi ludzie, którzy zamienili się w jakieś zombi. Wydawało mi się, że potrafię zrozumieć każdego, ale oni wzbudzali tylko pogardę.

Czy największym, lub powiedzmy, najsłynniejszym bossem narkotykowy w historii był Pablo Escobar?

O tak. Escobar stał się dla wielu ucieleśnieniem mitu biedaka, który dotarł na szczyty. Kartel Medellin był najsilniejszą organizacją przestępczą na świecie, kontrolował rynek kokainy od etapu produkcji po sprzedaż dystrybutorom w USA. Escobar był w pierwszej dziesiątce najbogatszych ludzi świata. Starał się wpływać na politykę Kolumbii, stawiał żądania władzom. Był do tego medialny, budował dzielnice dla biednych, rozdawał pieniądze potrzebującym. Wszystko po to, aby samemu zdobyć oficjalną władzę w państwie. Możliwe, że by mu się to udało, gdyby do sprawy nie wmieszały się Stany Zjednoczone. Do upadku Escobara przyczynił się nawet nie tyle rząd, co konkurenci z karteli Cali, którzy przeciągnęli na swoją stronę licznych ludzi Escobara. El Patron rządził żelazną ręką, ale lubił też chaotycznie wybierać sobie cele, zabijać każdego kto był blisko, a kogo podejrzewał o spiskowanie. Gdy wypowiedział wojnę rządowi Kolumbii, jego ludzie zabijali policjantów i sędziów, wysadzali bomby na ulicach miast, wysadzili cywilny samolot, zastrzelili kandydata na prezydenta, ministra sprawiedliwości i ogólnie robili dużo hałasu — nawet najbardziej zatwardziali gangsterzy stwierdzili, że Escobar oszalał. Jego właśni ludzie zaczęli się go bać i przechodzić na drugą stronę. A on — z mafiosa — stał się terrorystą, więc skończyła się zabawa, zaczęto na niego polować jak na wściekłego psa. Gdy go dopadnięto, potęga kartelu Medellin była już tylko swoim cieniem. A on nie miał już drogi wyjścia. Starał się przetrwać jak długo się da, próbował odzyskać potęgę. Policjanci namierzyli go w jego kryjówce i zastrzelili. Stał się symbolem świata kokainy podobnie, jak bin Laden był symbolem terroryzmu islamskiego. Znienawidzony przez większość i otoczony kultem przez niektórych.

Jak społeczność międzynarodowa powinna rozwiązać problem handlu narkotykami? Czy to w ogóle możliwe?

Biorąc pod uwagę te wszystkie dekady wojny z narkotykami w Ameryce Łacińskiej i USA (bo właśnie w Amerykach ta wojna jest najbardziej dramatyczna), widząc te wszystkie narkostrefy i ich życie, zrozumiesz to, że z narkotykami jako takimi nie da się wygrać tymi metodami. Jednocześnie tylko ciągła walka ze zjawiskiem zapewni to, że nie dojdzie do rozrostu karteli i terroryzmu z nimi związanego. Bo gdy kartel robi się potężny, to ma wielotysięczne, uzbrojone armie, ma sieć korupcyjną rozciągającą się na całe kraje i toczy regularne wojny. I to już nie jest zabawa, tylko to, co mamy w favelach w Brazylii, w dżunglach Kolumbii czy w miastach północnego Meksyku. I mamy to błędne koło, które wciąż się toczy. Tylko jaki jest tego koszt i jaka liczba ofiar? Ale zastanówmy się nad samym źródłem tej wojny, bo przecież za wszystkim stoi narkobiznes, czyli konsumenci i towar dostarczany im w zamian za zysk. Rozwiązaniem na przyszłość jest tylko stopniowa legalizacja. W końcu alkohol czy papierosy są powszechnie dostępne i większość populacji nie popada w alkoholizm ani nikotynizm. A dragi — kto chce i tak sobie kupi. A czy uzależniają bardziej niż te legalne środki? Wyjąwszy heroinę, crack i meth – te naprawdę paskudne wynalazki, to nie sądzę. Legalizacja to trudny temat, bo budzi wiele emocji, a mało jest fachowej dyskusji. Do tej decyzji muszą dojrzeć i konsumenci narkotyków (aby ludzie umieli poradzić sobie z ryzykiem uzależnienia) i rządy na całym świecie. To dziś brzmi jak utopia, ale myślę, że pewnego dnia to będzie jeden z kroków który wykona ludzkość.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Łukaszem Czeszumskim rozmawiał Christopher Gretkus
24.05.2015
……………………………………………………………

ŁUKASZ CZESZUMSKI

(Zamów książkę)


ŁUKASZ CZESZUMSKI, Biały szlak — zamów książkę.
……………………..
Christopher Gretkus (1970) — wydawca portali Eprawda i Novelmasters, fotograf. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
……………………..
Łukasz Czeszumski (1980) — autor książki „Biały szlak” — zbioru reportaży o kulisach wojen kokainowych w Ameryce Łacińskiej. Podróżnik, autor reportaży z Afganistanu, Pakistanu i Ameryki Łacińskiej.
…………….
Więcej: Portfolio|YouTube|Facebook
Na zdjęciach (slideshow): kompleks faveli Alemao w Rio de Janeiro. Chłopak pokazujący gestem symbol Comando Vermelho — jednego z największych karteli brazylijskich. Zdjęcia autorskie z różnych okresów, np. Boliwia — jedna z pierwszych podróży po Ameryce Południowej (2002-2003). Ekspedycja przez Darien. Reportaż z policją antynarkotykową w Boliwii. Policja antynarkotykowa niszcząca fabrykę kokainy w Chapare. Kontrola policyjna w faveli Prazeres w Rio. Kontrola policyjna w faveli Prazeres w Rio. Hurtownia liści koki. Więzienie w Ciudad Juarez i prowadzony członek kartelu. Świątynia świętej śmierci, satanistycznego kultu rozpowszechnionego w północnym Meksyku. Miejsce strzelaniny w slumsach Ciudad Juarez, oznaczone policyjną taśmą. Dolina Juarez, wioski zniszczone w wojnie karteli. Były gangster Hodari opowiada o wojnach gangów w Los Angeles. Macheteros — grupa drwali w dżungli Boliwii. Ciężko pracujący Latynosi w chwili odpoczynku i inne.
Foto: Łukasz Czeszumski
24.05.2015

ŁUKASZ CZESZUMSKI: „Favele to świat alternatywny. Wojny narkotykowe to teatr, który wiecznie trwa”
11 votes, 4.91 avg. rating (97% score)

..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.
[3] Komentarze

Co o tym sądzisz?