Na marginesie Ziemi obiecanej

Autor opisuje w niej włókiennicze życie miasteczka Łódź. Życie w nim podporządkowane jest żarłocznym interesom. Uczucia, miłość, ludzie odruchy, podlegają grze, kalkulacjom, bezdusznej zabawie w przeliczanie kosztów i strat. Małżeństwo w tej wyżymaczce jest owocem wyrachowania. Zagadnieniem finansowym: ile można stracić, a co zyskać. Epuzera nie interesuje biedna najdroższa. Ważne są dla niego majątkowe profity i właściwe koneksje.

Moim zdaniem jest to książka jak najbardziej współczesna i nie mam nic przeciwko filmowym adaptacjom lektur, o ile są wiernymi ilustracjami zamysłów pisarzy. Jeśli są ścisłymi, czyli niedorabiającymi do pierwowzoru nowych znaczeń, odkrywczych spojrzeń, lub zaprezentowania pogłębionego dna.
Z powodzeniem mogłaby zostać napisana dzisiaj. Dlatego, jak sądzę, byłoby dobrze pokusić się o jej ponowne sfilmowanie. Zwłaszcza teraz, gdy poznawanie obowiązkowych utworów literackich należy do rzadkości.

Główny temat powieści Stanisława Reymonta nie zawiera się w posępnym opisie dziewiętnastowiecznej Łodzi, Nie jest TYLKO prymitywną symulacją narodzin żarłocznego kapitalizmu, konfrontacją nędzy z bogactwem, opisem tryumfującej bezwzględności, intryg i złodziejskich planów kasty fabrykantów.

Główny jej temat, to przemiana moralna. Przeobrażenie wyrachowanego i bezwzględnego przemysłowca, Karola Borowieckiego, we wrażliwą istotę, która w ostatnich słowach dzieła wyznaje: przegrałem własne szczęście; trzeba je stwarzać dla innych!

Borowiecki, Polak inżynier i zrujnowany szlachcic, wychowany na patriotycznych ideałach, żyjący w otoczeniu wspomnień o przemijającej świetności rodu, przesiąknięty tradycyjnymi pojęciami na temat honoru i uczciwości, zaczyna dostrzegać, że w świecie, w którym przyszło mu żyć, obowiązują inne zasady i że nie pasują one do powstających, cynicznych czasów.

Bo czasy to były drapieżne. Rodziły się przemysły i fabryki. Z dnia na dzień i z niczego wyrastały wielkie fortuny, a niektóre ginęły bezpowrotnie. Lecz znikały nie te, które powinny: zdobyte w sposób szwindlarski, niezgodny z kupieckim poczuciem sprawiedliwości. Przeciwnie: zostawały tylko te, co opierały się na oszustwach i umiejętnym lawirowaniu pośród cwaniackich norm.

Kadr z filmu "Ziemia obieca", w reżyserii Andrzeja Wajdy. Źródło: materiały prasowe

Kadr z filmu „Ziemia obieca”, w reżyserii Andrzeja Wajdy. Źródło: materiały prasowe

Wchodzę w niesympatyczną atmosferę opisywanych wydarzeń i mam wrażenie, jakby ich ilustratorem był Balzak, najlepszy wirtuoz opisu mechanizmów kiełkującego kapitalizmu. Podobieństwa narzucają się od razu. Jak bohaterzy Balzaka, tak postaci Reymonta – tracą złudzenia i od naiwnego entuzjazmu przechodzą w stan ostrego rozczarowania; ogarnia ich pesymistyczny nastrój zwątpienia we własne możliwości.

Cynizm i sceptycyzm są ich nową naturą: chcieli podbić świat, lecz zamiast tego gnębi ich poczucie doznanej klęski. Klęska zaś jest wyznacznikiem ich żałosnego tryumfu.

Tak u Reymonta, jak u Balzaka upadek dotyka słabych, bo uczciwych, a na placu boju pozostają kanalie, dla których szlam i bagno są naturalnym środowiskiem.

Karol Borowiecki przegrał, ponieważ – wbrew pozorom – chciał się wzbogacić na robieniu kryształowych interesów. Na nieobniżaniu jakości i niezawyżaniu cen produkowanego towaru. Co by było ogromnym zagrożeniem dla dochodów uzyskiwanych przez szubrawców.

W powieści Reymonta przewija się istna kawalkada biznesowych kondotierów. Począwszy od Żydów i Niemców, a na Polaku skończywszy, autor przedstawia czytelnikom plastyczne portrety mieszkańców „miasteczka Łódź”, charakterologiczną galerię postaci owej „ziemi obiecanej”.

Ale Borowiecki nazywa ją – ziemią przeklętą. Przeklętą, ponieważ wyssała z niego wszystkie soki, spustoszyła przyświecające mu wartości, których niepotrzebnie się zaparł, a tracąc je, tak jak swoją miłość, zrozumiał, że zaprzepaścił sens dotychczasowego istnienia.

Tego w filmowej adaptacji nie ma. Jest za to bezpodstawny i pesymistyczny widoczek Borowieckiego nakazującego strzelanie do strajkujących robotników. Czego się nie uświadczy w powieści.

Panuje moda na nonszalanckie niezapoznawanie się z całością książki, zadowalanie się jej namiastką, jaką stanowi ekranizacja.

Jeżeli moda na wariacyjne potraktowanie dzieła dotyczy książki spoza lekturowego kanonu, „szkodliwość społeczna” jest nieduża. Lecz jeżeli już ma zastąpić lekturę szkolną, niech przynajmniej będzie jej wierna.

Inaczej za parę lat wyjdą z naszych szkół nowe pokolenia abiturientów wyedukowane na obrazkach, natomiast nie znające powieści. Przekonane, iż Borowiecki to szuja, i że jest to sylwetka doskonałe odzwierciedlająca zamysły autora.

Tu trzeba zaznaczyć, że wielki wpływ na celuloidowy kształt powieści miały komunistyczne czasy. To im „zawdzięczamy”, że dzieło o przemianie Borowickiego z zimnego drania we wrażliwca zostało zmienione w marksistowską agitkę.

Ps.
W ostatnim rozdziale „Ziemi obiecanej” Karol Borowiecki, reprezentant nowego pokolenia fabrykantów, pozytywista, dorobkiewiczowski reprezentant „ludzi interesu”, generacji wstępującej na biznesowe areny Łodzi, bohater dojrzewający bez goryczy i widocznych kompleksów – dokonuje obrachunku swojego dotychczasowego istnienia.
Stwierdza, że urojeniowa mania wielkości, chciwość osiągnięcia finansowego sukcesu, pogarda i deptanie po cudzych uczuciach, zjawiska te doprowadziły go na skraj emocjonalnego urwiska. Do miejsca, gdy uzmysłowił sobie, co stracił bezpowrotnie. A więc zaprzepaścił wewnętrzny spokój. Równowagę ducha postradaną przez wyrzeczenie się Hanki, przyjaciół, sielankowych wspomnień z Knurowa, całkowite odstrychnięcie się od praw do niewyrachowanych uczuć.

Powtarzam: tego w filmowej adaptacji nie ma. Jest za to bezpodstawny, ideologicznie słuszny widoczek Borowieckiego nakazującego strzelanie do strajkujących robotników. Czego się nie uświadczy w powieści. Co umniejsza i spłyca jej sens.
 

Gabriela Zapolska

W roku 1892, w liście do narzeczonej Stefan Żeromski napisał: „Gdybyś tu była i widziała tę nagą głupotę, tę bezczelną podłość, to nadużycie słowa, tę pompę idiotów,  śmiałabyś się do rozpuku jak ja. Galicja – Kraków, to niewyczerpane źródło humoru, to po prostu sam humor, potrzebujący opisu. Dokoła nędza, głód, ciemnota, a ci w swoich kontuszach i kitach”.

Ta rzeczywistość stała się celem obserwacji Gabrieli Zapolskiej – okolica Dulskich, Daumów i Żelaznej. Z pasją, werwą, żywiołowo, bez wytchnienia, często wyolbrzymiając rolę przeciwników, tropi ludzką głupotę i obłudę zadając ciosy, które nie mają odpowiednika co do siły i celności w literaturze polskiej, a nawet europejskiej tego okresu. Bez szerszych horyzontów politycznych, daleka od naukowej analizy społecznej, błądząc nieraz w uogólnieniach, przejaskrawionych generalizacjach i płynnych wnioskach, ta znakomita odkrywczyni emocjonalnych pokładów życia, umiała wytropić najistotniejszą ułomność, słabość człowieczej duszy i poruszając się po labiryntach naturalizmu, bić w nią piórem namiętnym, bo wyostrzonym przez irytację.

Gabriela Zapolska

Na zdjęciu: Gabriela Zapolska, właśc. Maria Gabriela Janowska z domu Piotrowska herbu Korwin, primo voto Śnieżko-Błocka (ur. 30 marca 1857 w Podhajcach, zm. 17 grudnia 1921 we Lwowie – polska aktorka, dramatopisarka, powieściopisarka i publicystka. Źródło: Wikipedia


Maria Gabriela Śnieżko-Błocka z Korwin-Piotrowskich, 2° voto Janowska, znana w literaturze pod pseudonimami: Józef Maskoff, Walery Tomicki. Urodziła się we wsi Podhajce na Wołyniu, w 1857 r. W r. 1921 została pochowana we Lwowie w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Łyczakowskim. Jest dramatopisarką, uprawia też publicystyczną prozę, a w 1882 r., po zerwaniu z rodziną i mężem, zostaje aktorką. Do roku 1900 występuje na scenach Krakowa, we Lwowie, Poznaniu i w galicyjskich zespołach wędrownych. Wyjeżdża do Paryża. W latach 1890-95 występuje m. in. w Theatre Libre w Paryżu u Antoine’a, a także gra niewielkie role w teatrzykach bulwarowych. Po powrocie do kraju organizuje we Lwowie, razem z drugim mężem, malarzem S. Janowskim, zespół teatralny, z którym objeżdża Galicję (1904).
Związana z naturalizmem, ukazuje drastyczne strony etyki, narażając się na niełaskę kół konserwatywnych i katolickich. Przedstawicielem tego nurtu niechęci wobec pisarki jest Teodor Jeske-Choiński zarzucający jej lubieżność i ordynarność, rywal i zarazem przyjaciel Sienkiewicza, autor przeszło trzydziestu historycznych powieści, antysemita obwołany „heroldem oportunizmu”, twórca  terminu POZYTYWIZM. Nic dziwnego, gdyż wyrażała przeciwne poglądy: interesując się kulturą żydowską, piętnowała antysemityzm, a zakłamany świat dbałości o zachowanie moralnych pozorów budził w niej wstręt, toteż jako nazbyt przenikliwa obserwatorka ludzkich postaw, była znienawidzona za ujawnianie tych mechanizmów.

Wg utworów Zapolskiej zrealizowano m.in. filmy: Carewicz M. Fuchsa (1918), Tamten W. Lenczewskiego (1921), O czym się nie mówi E. Puchalskiego w 1924 r. i M. Krawicza w 1939 r., Policmajster Tagiejew J. Gardana (1929), Moralność pani Dulskiej B. Niewolina.
Publikuje zbiory opowiadań – Akwarele (1885), książkę,  która wywołuje zjadliwą napaść literackiej krytyki, środowiskową agresję towarzyszącą odtąd całej jej twórczości. W 1890 wydaje Z dziejów boleści a następnie cykl Menażeria ludzka (1893). Potem powieści społeczno-obyczajowe, np.: Kaśka Kariatyda (w Przeglądzie Tygodniowym na przestrzeni lat 1885-1886, a wydanie książkowe w 1888 r.), Zaszumi las (1899), Sezonową miłość (tom 1-3, 1905) i jej kontynuację – Córkę Tuśki (1907).
Do jej najwybitniejszych utworów scenicznych należą komedie obyczajowe: Żabusia (1897), Moralność pani Dulskiej (1906), Ich czworo (1907), Skiz (1908), Panna Maliczewska (1910). Tę znakomitą sztukę, którą Boy uważał za stojącą wyżej od „Moralności Pani Duskiej”, oparła Zapolska na prawdziwych losach tysięcy dziewcząt, które w jej epoce garnęły się do teatru.

O warunkach ich życia nieraz wspomina Zapolska w swoich felietonach: „Często padał na plecy śnieg na scenie,  a nie wiadomo było, co wieczorem kupić: – czy bułkę czy naftę, aby się roli nauczyć… Trzeba niepospolitej znajomości swej własnej godności aby nie zwątpić i nie upaść pod ciosami szyderstwa i nędzy”. To były wspomnienia wielkiej pisarki z czasów, gdy sama występowała w objazdowych teatrzykach w Galicji. Adolf Dygasiński pisze o autorce tak: Ileż ona odebrała kułaków, szturchańców za to, że odważyła się pisać! Wątpić należy, czy w literaturze świata był kiedy wypadek, aby kogoś równie sponiewierano na wszystkie strony. A jednak ona zwyciężyła!

Była artystką, o której Boy mówi, że zrobiła więcej w polskiej dramaturgii niż całe zastępy mężczyzn. A w swojej pracy „Polska Komedia Ludzka” stwierdza: „Wstyd powiedzieć, ale ze wszystkich naszych współczesnych komediopisarzy, ta baba ma może najbardziej męski chwyt, największą zdolność spojrzenia, najdalej posuniętą ekonomię scenicznego wyrazu i gestu. Od początku do końca, każde słowo jest potrzebne, każde jest na swoim miejscu, każde niesie; nie licząc tych – a jest ich bez liku, które iskrzą się samorodnym, nieodpartym dowcipem”. (Flirt z Melpomeną)
Nazwana przez niego „żandarmem w spódnicy”, zajmowała się w swoich utworach demaskowaniem obłudy, walczyła z filisterskimi obyczajami ładującymi ludzki ród w podwójną, kołtuńską przyzwoitość; czy to poprzez dzieła przeznaczone scenie, czy w opowiadaniach, nowelach lub powieściach, tępiła wszelkie zjawiska związane z niesprawiedliwością. Rozprawiała się szczególnie z krzywdzącym traktowaniem kobiet. Kobiet upadłych z winy biedy, z przyczyn finansowych niedostatków, a nie z powodu złego prowadzenia. Przymuszonych społecznymi warunkami do uprawiania duchowej prostytucji, do lawirowania wśród zawsze złych wyborów.

W opisywanych przez Zapolską czasach istniał wyraźny dwupodział moralny; ten, co legitymował się lada kamienicą, był automatycznie lepszy od tego, kto  był w owej posesji dozorcą, służącym, kapitałowym pariasem: właściciel, posiadacz, surowo recenzował uczynki ludzi spoza kręgu jego materialnej kondycji. A osądzał, posługując się drobnomieszczańskimi probierzami zamożności: dokonywał ocen z wyniosłego, pogardliwego punktu widzenia swoich srebrnych zastaw i złotych sedesów.
 

Ryszard Kapuściński

Czytanie książek pana Ryszarda zacząłem wcześnie. Na długo przed „Szachinszachem”, „Imperium” czy „Wojną futbolową”.  Zanim do Polski dotarła międzynarodowa sława jego utworów.
W prasie znajdowałem artykuły pisane przez niego z odległych stron. Korespondencje z Indii, Chin, Ameryki Łacińskiej, Afryki, informacje i depesze z miejsc nasiąkniętych ludzką krzywdą, nędzą i niesprawiedliwością. Teksty relacjonujące, komentujące, przedstawiające wielobarwną, egzotyczną  rzeczywistość kraju, z którego je wysyłał. A były one tak niedościgłe, że wkrótce okrzyknięto go „Cesarzem reportażu”.

Ryszard Kapuściński nieprzypadkowo powołuje się na starogreckiego historyka Herodota i na jego prekursorską metodę zbierania wiadomości „u źródeł”: nazywa go pierwszym reportażystą. Herodot stwierdza: „aby lepiej poznać siebie, trzeba poznać  Innych, bo to Oni właśnie są tym zwierciadłem, w którym my się przeglądamy”. Ta  uwaga jest kluczem do zrozumienia twórczości Kapuścińskiego: pisma Herodota są  jego brewiarzem i zabiera go w każdą delegację. Przy czym nie urządza sobie wypraw turystyczno-rekreacyjnych, a przeciwnie: stara się  wniknąć w atmosferę miejsca pobytu. Przesiąknąć jego klimatem. Utożsamić z nim po to, by móc go odtwarzać.

Na zdjęciu -- Ryszard Kapuściński (urodzony 4 marca 1932 r. w Pinsku na Polesiu), polski reportażysta, dziennikarz i publicysta. Najczęściej tłumaczony za granica polski autor. Źródło: materiały prasowe. Foto: East News

Na zdjęciu: Ryszard Kapuściński (urodzony 4 marca 1932 r. w Pinsku na Polesiu), polski reportażysta, dziennikarz i publicysta. Najczęściej tłumaczony za granica polski autor. Źródło: materiały prasowe. Foto: East News


W dziełach Kapuścińskiego fakty i daty nie są tak ważne, jak aura wytworzona wokół nich. Interesuje go sedno problemu, istota rzeczy, synteza sprawy, reminiscencje i zbitki przeżyć zapamiętanych z różnych miejsc kontynentów. Tworzy z nich kolaże, mozaiki złożone z przenikających się zagadnień. Tym samym buduje własny świat „ogólnych” uczuć; za nic ma drobiazgowe przedstawianie szczegółów; przesadny weryzm – zamula wyobraźnię.

W odróżnieniu od innych korespondentów zagranicznych, nie lubi przebywać w komfortowych warunkach hotelowych państwa, którego jest gościem. Woli być blisko opisywanych wydarzeń. Wśród autochtonów. Uczestniczyć w ich życiu. Ciekawy nieznanego  świata, pragnie go poznać gruntownie, ponieważ zdaje sobie sprawę, że inaczej nie będzie uczciwy w tym, co ma zamiar opowiedzieć.
Jest pasjonatem. Nie tylko pisania, bo i podróży. Wędrówek po bezdrożach Historii. Ruchu i czynu.  Działania. Jest obsesjonistą: uwielbia obserwować początkowe wybuchy i końcowe akordy dogasających rewolucji. Rodzące się nadzieje i odwieczne rozczarowania. Eksplozje ulicznych zamieszek i przejściowe fajerwerki pałacowych przewrotów. Polityczne i społeczne rozgardiasze warte skomentowania.

Pisze nie zawsze zgodnie z konkretnym zdarzeniami i ich dosłowną lokalizacją, natomiast zawsze wiernie z emocjonalnego punktu widzenia.  Lecz ten jego konfabulacyjny styl ma uzasadnienie w specyfice formy przekazu: pojawia się tylko w książkach.  Ale w konwencji serwisów informacyjnych kierowanych do PAP, pan Ryszard  ściśle trzyma się zdarzeń. Dlatego należy oddzielić lakoniczne raporty przesyłane do kraju, od literackiej twórczości. W niej mógł sobie pozwolić na rozmach i głębię przemyśleń. Natomiast teksty płodzone na zlecenie PAP, z konieczności niedługie, kłócą się z jego niepokornym i żywiołowym temperamentem epika; niejednokrotnie chciałby pogalopować po zawiłościach tematu, poszerzyć go i wzbogacić, ale redakcyjne wymogi  krótkich depesz ograniczają mu wypowiedź do mikroskopijnych rozmiarów. Nad czym ubolewa.

Narzeka, że zamiast pisać książki, rozmienia się na drobne pisząc komunikaty, sprawozdania, mało istotne, polityczne meldunki nie mówiące o przyczynach wydarzeń, ale przedstawiające ich skutki. Tęskni więc za spokojem, domem, za chwilami, gdy będzie mógł bez reszty oddać się prawdziwej pracy.
Zanim to jednak nastąpi, męczy się i przycina swoje teksty. Zmusza go to do  bezustannego dokonywania wyboru, miotania pomiędzy tym, co może, a tym, co powinien umieścić w artykule;  galernicza praca nad słowem przynosi efekt w postaci stworzenia unikalnego stylu.

Kapuściński, mistrz lekkiego pióra, maniakalny wędrowiec po literaturze, chodząca encyklopedia i doskonały znawca pisarskich technik, w trakcie tworzenia kieruje się intuicją, wyczuciem. Podobnie, jak Malcolm Lowry, autor powieści „Pod Wulkanem”,  jest chorobliwym cyzelatorem słów: konstruuje swoją prozę z fragmentów wielu wersji jednego zdania, rozdziału czy akapitu, ze ścinków zanotowanych myli i spostrzeżeń, w rezultacie czego powstają teksty impulsywne i rozedrgane.
Istotnie: nikt przed nim nie pisał w ten sposób reportaży. W takim stopniu nie wchodził w skórę rozmówcy. Nie starał się przeniknąć przez najgłębsze warstwy jego psychiki. Nie usiłował zrozumieć drugiego człowieka, jego otoczenia, sposobu myślenia, lokalnych tradycji, zwłaszcza zaś – nikt nie dostrzegał tylu istotnych różnic pomiędzy europejskim pojmowaniem kultury, a kulturami pozostałych kontynentów. Kulturami lekceważonymi i umniejszanymi przez naszą, bezpodstawnie zadufaną w sobie i swoich dokonaniach.
Dla Kapuścińskiego każda była ważna. Niezależnie od wielkości obszaru, na którym występowała. Co stale podkreślał w swoich książkach i wywiadach.
 

Wokulski, Bela i Papcio

Wychowany na lekturach Mickiewiczów, nie umiał odnaleźć się w świecie pragmatycznym i wykastrowanym z empatii; to poezja wysublimowanych piedestałów, na których umieszczono kobiety, poezja romantyczna w wydaniu polskim, zdominowana przez wizerunek bóstwa do abstrakcyjnego kochania, kobiety wiotkiej i uduchowionej, kobiety o kształtach anioła, kobiety, do której można tylko wzdychać, wielbić ją i tęsknić, stała się przyczyną jego klęski, a pozorem zwycięstwa Izabeli Łęckiej.
Literatura westchnień, nakazująca mężczyznom manifestowanie sztucznych afektów, podniosłych i histeryczno-łzawych nastrojów, wyrządzała im więcej szkody, niż przynosiła pożytku. Czołobitne i nabożne traktowanie kobiet uniemożliwiało im dokonywanie trafnego wyboru, gdyż w myśl obowiązującej reguły, wszystkie kobiety były IDEAŁAMI; niezależnie od przywar, których im nie brakowało, należało je czcić. Lecz nie tylko mężczyźni poddawali się czarom romantycznej poezji. Ofiarami jej czytania były również kobiety. Im także wmówiono wyjątkowość; one też żyły w mylnym przeświadczeniu, że są doskonałe.

* * *

Panna Izabela, produkt zakłamania, hipokryzji i przekonań o wyższości szlacheckiego pochodzenia nad pogardzanym stanem kupieckim, również tęskniła za miłością. Za pięknym księciem z pięknej bajki. Z tym, że jej wygórowane oczekiwania i nierealne nadzieje na miłość, zawężone były do kasty, w której przebywała. Inne nie wchodziły w grę. Spokrewniona z arystokracją, przyzwyczajona do bywania na wielkopańskich salonach, próżna, manieryczna, snobka i estetka, wyobrażała sobie, że jest dobrą partią, podczas gdy w istocie należała do rodu nieposażnego.
Nosząc dumną główkę powyżej kapryśnego nosa, traktowała imć Wokulskiego i zaloty jego jak niechciane konkury sklepikarza, przykre urozmaicenia nudy w dni wolne od przyjęć lub teatralnych wizyt. Mówiła, że był liczykrupą, a równocześnie – zakompleksionym neurotykiem bawiącym się w Pana Boga. Zarzucała mu, że jest dorobkiewiczem; kupcem o prymitywnej strukturze moralnej. Nie dostrzegała w nim natomiast pobudek szlachetnych, tego, że był jednym z ostatnich romantyków traktujących miłość do kobiet w sposób zgodny z duchem przemijających czasów.

Kim był dla niej? Z początku budził odrazę i przerażenie. Bała się jego odmrożonych rąk, czuła, że ją osacza, że wszelkimi sposobami stara się do niej zbliżyć. A potem, gdy już oswoiła się z jego natrętną obecnością, gdy zdecydowała się na przyjęcie jego oświadczyn i popełnienie mezaliansu, raz chciała, by był zabawką, nakręcanym przez nią pajacykiem, to znów innym razem – poczciwiną-totumfackim, uczuciową spluwaczką do pokornego wysłuchiwania jej zwierzeń, rodzajem zausznika, wiernego psa, kamerdynera dopuszczonego do konfidencji, czymś na kształt eunucha, któremu łaskawie powierzałaby swoje najintymniejsze sekrety. Zaś dla ojca panny Belci? Stary Łęcki, zakochany w sobie utracjusz, kompletnie wyzuty z rozumienia czegokolwiek, co należało do twardego chodzenia na własnych nogach, żył w marzycielskiej pewności, że jest człowiekiem zamożnym. Niestety, pewność ta należała tylko do niego, albowiem wierzyciele mieli odmienne zdanie i zbiorowo nałazili mu dom wymachując niezapłaconymi wekslami.

Przed nieuchronną ruiną i całkowitym bankructwem obronił go kupiec galanteryjny Wokulski, przeszło czterdziestoletni wdowiec, człowiek czynu, syberyjski zesłaniec, niemiłosiernie bogaty i na dokładkę – filantrop, który dorobił się na dostawach dla wojska, który zamierzał utworzyć w Warszawie spółkę do handlu z Rosją i miał to nieszczęście, że ośmielił się zadurzyć w jego córce. Pan Łęcki traktował pana Stanisława jak prywatne ratunkowe koło do udzielania pieniężnej pomocy i finansowego zbawcę.

* * *

Ze zgrozą czytam o tym, jak współcześni postrzegają pana Stanisława na tle Laluni Łęckiej. Jak widzą i oceniają faceta uwikłanego w miłosne i dorobkiewiczowskie perypetie. Mężczyznę żyjącego na pograniczu dwóch epok. Epoki odchodzącej, zwanej – romantyczną, i nadciągającej, pozytywistycznej: w połowie tu, w połowie tam. Wśród czasu, w którym przyszło mu borykać się z chłodem codzienności. Z jej sprzecznymi dezyderatami. Tragiczne jest to, że za arbitralne wypowiadanie się o Wokulskim, zabierają się ci, którzy „Lalkę” znają tylko z przelotnego słyszenia, albo zaczerpnęli o niej wiedzę z filmu lub – nonszalanckiego streszczenia szkolnej lektury zawartego w jednym z bryków.
Dzisiaj nie ma w tych zdaniach nic dziwnego: przecież znajdujemy się w świecie sceptycznych sądów i buntowników. Wśród bliźnich wietrzących szwindle, popychanych przez marne przedsięwzięcia. Pośród osób chorobliwie niezdolnych wierzyć w normalne uczucia, w cudzą wrażliwość i niewyrachowane zamiary; tak za Prusa, jak i teraz mamy do czynienia z dwulicowością.

Być może doczekam chwili, gdy za banalne parę lat wykluje się z obecnych buntowników następca Prusa. Lecz kiedy dzisiaj słucham niektórych wypowiedzi na temat znajomości lektur (choćby w maturatobzdura.pl), to myślę sobie, że przy aktualnym, bezstresowym systemie kształcenia, nawet pół wieku nie starczy. A gdy czytam artykuł o „Lalce!” i autor reklamujący się jako PISARZ twierdzi z powagą, że Wokulski był rosyjskim szpiegiem, zaś pod jego tekstem znajduję mrowie zachwyconych komentarzy, to nie sądzę, by mnożenie portali z intelektualnymi zmazami miało w czymkolwiek dopomóc czytelnikom.

CDN

…………………………………………..
Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.
Foto na stronie głównej: grób Witolda Gombrowicza na cmentarzu komunalnym w Vence. Francja.
12.10.2018

MAREK JASTRZĄB „Osobiste spojrzenia na literaturę”
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.
Jeden komentarz

Co o tym sądzisz?