Dwaj pisarze

…W momencie, kiedy wszystko nam się wydaje stracone, pojawia się znak zdolny nas ocalić; kołatano już we wszystkie drzwi wiodące donikąd, na jedyne zaś, którędy można by wejść i których daremnie szukalibyśmy sto lat, natrafiamy bezwiednie i otwierają się one. — Marcel Proust „Czas odnaleziony” PIW 838.

Najpiękniejszą cnotą jest miłosierdzie — Celeste Albaret „Pan Proust”.

Godzina nie tylko jest godziną, to naczynie wypełnione zapachami, dźwiękami, zamierzeniami, zmiennością aury. To, co zwiemy rzeczywistością, stanowi pewną więź między tymi wrażeniami i tymi wspomnieniami, które otaczają nas równocześnie… Marcel Proust „Uwięziona”.

Proust i Balzak drążą temat różnorodnych miłości, uczuć nieodwzajemnionych. Pytanie retoryczne: czy mogli być sobą bez towarzystwa samotności, czy poza swoimi powieściami mogli kochać kogokolwiek? Odpowiedź szablonowa: z pewnością mogli być tylko kochani, miłość bowiem to dar, którego brak tym, co są stwórcami, ponieważ spełnienie należy do ich postaci.
Dwaj twórczo inni pisarze traktują o sprawie uczucia. Piszą o tym, czego im brak; są młodzi bez względu na wiek. Czytając ich, ogarnia mnie wzruszenie na myśl o ogromie pracy, starań i wyrzeczeń – zastanawiam się nad procesem powstawania utworu.
Zwykle dostrzega się nie to, w jaki sposób został on stworzony, ale to, co zawiera. Mówi się o ilości książek, artykułów i tysiącach listów. Dla wyznawców ich prozy wydaje się oczywiste, że powstało ich tyle.

O Balzaku nie umiem mówić obiektywnie, językiem wyważonym, ponieważ jestem nim zaślepiony;

tak jak Proustem i jego dziwactwami; daj Panie Boże każdemu piszącemu dziwactwa Prousta i w zamian pozwól mu tak pisać, jak Honoriusz!
Artysta nie żyje za szkłem, nie można patrzeć na niego li tylko poprzez dzieła, które stworzył, ale należy widzieć go i oceniać na tle czasów, w których żył, wiedzieć, co go cieszyło, bulwersowało, podnosiło na ułudnym samopoczuciu, jakich miał wrogów, przyjaciół i kto go kochał.

Kiedy się tego nie zna, książki, obrazy, muzyka, zostaną zaledwie książkami, obrazami, muzyką, czymś odrealnionym, wyrwanym z rzeczywistości, martwym i ułomnym, bo niedokończonym, fragmentarycznym i uproszczonym jak szkice, skróty, obrysy, projekty, które niczego nie wyjaśniają, otwierają natomiast pandorową puszkę spekulacji, komentarzy, sugerują, zapowiadają, uruchamiają swawolną wyobraźnię przyczynkarzy, egzegetów i interpretatorów. Kiedy się tego nie zna, nie rozumie się powodu pisania, malowania, komponowania, musu wyrażania się na piśmie, na płótnie, w nutach uporządkowanych w melodię.
Pisarz, malarz, kompozytor czy rzeźbiarz, człowiek przekraczający barierę przeciętności, gdy zaczyna być o nim głośno, narażony jest na cudze opinie. Twórca po swojej śmierci ma zwolenników i pomagierów więcej, niż za życia; niesłychany jest nagły przybór znajomych od zawsze i życzliwców od serca.

Pośmiertne milczenie rewelatora wyzwala bezpieczną agresję jego szemranych komentatorów. Za życia podtruwali go jeden przez drugiego i rzucali nim o ściany, a gdy już go nie ma i nie może się bronić, jak jeden mąż z furią dowodzą, że kochali go bez pamięci już wtedy, gdy go jeszcze nie było na świecie… Mnożą się więc figury pełne wazeliny w piórze, a z nieistnienia podnoszą się odpychające skrzaty, starające się oberwać bodaj cętkę z jego gronostajowego płaszcza.

Do wielogodzinnego pisania potrzebny jest nie tylko wyćwiczony mózg, ale i fizyczna forma pozwalająca znieść lub zignorować atlasowe obciążenia kręgosłupa, nadgarstka, karku. Długotrwałe zachowanie pozycji unieruchomionego ciała wymaga i treningu, i odpowiednich predyspozycji organizmu; sprawnych oczu, precyzyjnego zgrania myśli z ręką. Konieczna jest synchronizacja fizycznych cech z cechami psychicznymi, dostrojenie tempa narodzin zdań do tempa ich zapisu: wymogi formy dyscyplinują treść; bez harmonii nie ma dzieła.

Lot nad kukułczym gniazdem

Najpierw zobaczyłem film – wywarł na mnie ogromne wrażenie. Potem byłem na spektaklu w Teatrze Powszechnym z udziałem Wojciecha Pszoniaka w roli McMurphy’ego. Na końcu przeczytałem książkę.
O ile film bardzo mi się podobał, to przedstawienie teatralne, mimo koncertowej gry aktorów i doskonałej reżyserii, już mniej. Po lekturze książki stwierdziłem, że ani film, ani teatr nie umywają się do bogactwa pierwowzoru. Być może z powodu narratora tego dzieła, Metysa Bromdena, postaci ukazanej w filmie szczątkowo, a kluczowej dla książki.

Marek Jastrząb

Kadr z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem” w reżyserii M. Formana. Źródło: materiały prasowe

Zwalisty Indianin, Wódz Bromden opowiada o „kombinacie”, miejscu, w którym przebywa, miejscu przeznaczonym dla ludzi wątłego usposobienia. Mówi o zakompleksionych, skonstruowanych z plasteliny przeciętniakach usiłujących dostroić się do tak zwanej większości. Twierdzi, że jest jednym z nich. Nauczony, że aby przetrwać w świecie skonstruowanym przez drani, należy udawać innego, niż się jest – staje się dla pozostałych nieszkodliwy – udaje głuchoniemego.

Z premedytacją, skutecznie i od lat wyprowadza w pole mieszkańców i personel. Chroni się za portierą niewidzialności; choć widzi wszystko i wszystko rozumie, to z nikim nie dzieli się posiadaną wiedzą. Nie dzieli się nią do czasu, gdy na oddziale zjawia się McMurphy. Wódz obdarza go zaufaniem, zdradza się, odsłania przed nim: zdziera dotychczasową maskę nieporadnego słabeusza i odnajduje się w sobie. Ale tylko McMurphemu pokazuje, kim jest naprawdę. Pozostałych boi się nadal, dalej jest wobec nich powściągliwy i lękliwy.

Rzecz dzieje się na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego. Do wnętrza tego piekła, do „domu odnowy psychicznej”, krokiem nonszalanckim i pogardliwym przybywa nowy pacjent, McMurphy. To człowiek nieprzeżarty obłudą, odporny na hipokryzję, sybaryta i szuler, z czym się zresztą nie kryje; nie daje się wepchnąć do psychoterapeutycznego towarzystwa wzajemnej adoracji.
W pierwszych rozdziałach tego utworu jest nieprzepisowo rezolutny, krzykliwie radosny i egoistycznie narowisty. A zwłaszcza (co personel pielęgniarski doprowadza do wściekłości) – zdrowszy psychicznie od tych, którzy go chcą kurować. Dlatego od pierwszej chwili pobytu w tym miejscu drażni ludzi przyzwyczajonych do regularnej, usystematyzowanej wegetacji. Ale nie tylko drażni, bo skupia na sobie uwagę, zaciekawia i burzy ich stereotypowe nawyki życia pod kloszem, intryguje siłą niepokornego charakteru.

Z początku daje się zwieść landrynkowej atmosferze zakładu. Jest śmiały, tryska trzpiotowatym humorkiem, nieskrępowaną, złośliwą, wisielczą wesołością, swobodnym traktowaniem samego siebie. Obce mu są uczone wywody tutejszych pacjentów, krasomówcze tyrady mające wyjaśnić ich uniżone postępowanie, ich mętne wątpliwości i jękliwe refleksje. Dla niego są to przywary, charakterologiczne usterki prowadzące prosto w drapieżne objęcia tutejszych konowałów.
Ze wszystkiego i każdego żartuje, nikogo nie oszczędza; ostrze jego drwiny tnie z taką samą bezwzględnością tych, co sprawiają wrażenie normalnych, jak i tych, co nimi są tylko z nazwy, a że jest z niego facet, który z niejednego pieca chleb jadł, trafia do psychiatrycznego klasztoru dla mentalnych umrzyków, duchowych sztywniaków zanurzonych w rozgoryczonej medytacji o swoich niefartach, wadach, kompleksach i pobyt swój traktuje jak dalszy ciąg przygody, zabawy z życiem. Trafia i od razu dowodzi swoim zachowaniem, że jest inny niż ci, z którymi go ulokowano.

Ale drwiny stosowane przez McMurpy`ego, to złudzenie, pozór, sztuczka, dymna zasłona i charakteryzacja; profilaktyczna ochrona przed atakami Siostry Ratched. A także przed monotonią tutejszych zabiegów polegających na łamaniu cudzych marzeń, na pacyfikowaniu pragnień odstających od tutejszych miar.
Za sobą ma mnóstwo wpadek, mrowie sądowych pomyłek i kryminalnych obertasów z paragrafem w tle, surowo więc traktuje swoją egzystencję. Pozbawiony jest złudzeń i wobec otaczającego świata nie ma naiwnych oczekiwań; ocenia go trzeźwo. Jego główną bronią jest życiowa mądrość; wierzy jej bez zastrzeżeń: dysponuje własnym doświadczeniem, prywatną skalą wartości.

Gdyby pokusić się o scharakteryzowanie go w kilku słowach, to trzeba by było powiedzieć, że jego główną cechą jest – nieustanne zdziwienie. Dziwi się, że pozostali pacjenci nie próbują protestować przeciw robieniu z nich durni. Że tak ochoczo starają się nie przeciwstawiać swoim prześladowcom. Dziwi go bzdurny regulamin tej psychiatrycznej latryny. A jeszcze bardziej się dziwi temu, że ci „niepokalani winowajcy” siedzą tu – dobrowolnie. I to siedzą od wielu lat, choć w każdej chwili mogliby przestać narzekać na swój los, uciec stąd i wybrać się na przechadzkę po prawdziwym życiu.
Mogliby, lecz nie chcą. Nie chcą? Raczej nie mają dokąd uciec. Boją się życia, zmagań z jego problemami, nawet nie usiłują ich rozpoznać, bo tu, mimo wszystko, nie są zagrożeni, są wolni od paraliżującego ciężaru rzeczywistości, od ponoszenia odpowiedzialności za siebie, za rodzinę i potencjalne dzieci.

Zrazu prowadzi w pojedynkę swoją walkę o człowieczą godność i jest to walka samotna, niemal groteskowa, skazana na niepowodzenie. Wydarzenia rozgrywają się w miejscu przeznaczonym do naprawy ludzi społecznie uciążliwych. W miejscu przeprowadzania kapitalnego remontu obyczajowego rozbrykania i sprawiania, by zostali wyposażeni w kołtuńskie poglądy i uniżone kręgosłupy. Ponieważ tylko tacy są tolerowani przez społeczną maszynerię zwaną przez narratora tego dzieła – „systemem”, „układem”, „kombinatem”.

Władzę w nim sprawuje koszmarna i samowładna monarchini, siostra Mildred Ratched. Jest starą, pruderyjną, wojskową pielęgniarką przystosowaną do rygorystycznego przestrzegania regulaminu. Jako wcielenie koniunkturalizmu i wyrachowania, od wielu lat pełni funkcję „miłej osoby”. Na każdym kroku podkreśla, że ma usposobienie łagodne, a wnętrze – człowieka niekonfliktowego; kto jej nie zna, daje się nabrać na manifestowaną przez nią uprzejmość.

W istocie była osobą niszczącą w zarodku każdy przejaw indywidualizmu. Siostra Ratched, czarująca sekutnica o wdzięku irygatora, panowała w szpitalu od dawna, uwielbiała wpędzać ludzi w poczucie winy, w monstrualny wstyd. Była w tym perfidną rutyniarą, drętwą specjalistką od prowokowania awantur i sterowania nimi, fachowcem od wprowadzania zamętu, niepokoju, insynuacji, mówienia nie wprost. Pod jej kierownictwem pacjenci wzajemnie się kaleczyli, nawzajem frymarczyli swoją i cudzą psychiką; pod jej rządami tkwili w swoich wyrzutach sumienia.

Jej celem jest ograniczenie ludzkiej samodzielności, uzależnienie, podporządkowanie  ich od jej woli, skazanie ich na bezradność, zaszczepienie w nich obezwładniającej niemocy i dokuczliwego poczucia winy, przeciwstawienie się ich zorganizowanemu, etycznemu barbarzyństwu. Jej celem jest styranizowanie ich zgodą na marazm, stłamszenie ich przyzwoleniem na prostrację tłumaczoną przez strach, zwierzęcą obawę przed ryzykiem zwyczajnego istnienia.

Domaga się od nich furiackiego manifestowania skruchy i jęczących zwierzeń. Dlatego organizuje psychoterapeutyczne sabaty z marionetkowym udziałem lekarza prowadzącego oddział (lekarz, „mały człowieczek w binoklach”, szefował temu oddziałowi zaledwie symbolicznie, ponieważ na jego czele musiało figurować jakieś popychadło z naukowym tytułem, a ekspertem od kiereszowania chorych pozostawała Naczelna Wywłoka, Wielka Siostra Ratched).

Siostra Mildred prowadzi oddział w sposób apodyktyczny i niepodzielny. Nielitościwa i bezwzględna, pewna swojej nieograniczonej potęgi, nakazuje pacjentom i podwładnym ścisłe przestrzeganie postanowień regulaminu. Ale trzęsie nie tylko chorymi i niższym personelem: skutecznie wpływa na decyzje lekarzy; od wszystkich wymaga dosłownego respektowania zwyczajów ustanowionych przez nią. Przepisy jednak były oderwane od konkretnych sytuacji. Przeważnie martwe i absurdalne: nie miały ułatwiać pacjentom życia, ale przeciwnie – komplikować.

Trudności związane z regulaminem są dla Siostry Ratched elementem gry, emocjonalnymi igraszkami z lokatorami tej siedziby, wynikiem rywalizacji z innymi ludźmi i nieokiełznanej chęci triumfalnego postawienia na swoim.

Mieszkańców traktuje niejednakowo. Jedni stanowią wdzięczne obiekty do strofowania, wytykania palcem i pouczania, zaś innych nie dostrzega: w niczym jej nie zagrażają. Niewidoczni i nieobecni duchem, wegetują na uboczu istotnych zdarzeń, pokątnie należą do warzywnego świata jędrnych nieboszczyków.
Regulamin, groteskowe nakazy, zakazy i absurdalne wymogi, są ceną ich marnej wegetacji, kosztem ich schronienia przed złowrogim, otaczającym światem. Świat zewnętrzny jest im nieprzyjazny; wolą tkwić w swoich urojeniach i kompleksach, zabobonach i trwożliwych zapatrywaniach, aniżeli stawić mu czoła. Wolą istnieć pod kloszem, poddać się dyrektywom określonym przez „kombinat”, ulec im, nosić umowną etykietkę świra.

* * *

Rytm i język tekstu, układ zdań, stylistyczny rozmach i błyskotliwość, wszystko, co zachęciło mnie do przeczytania tego utworu, stało się dla mnie ważne. Lecz to, co było w nim najistotniejsze, określiłbym jako „przesłanie”. A przesłaniem jest brak zgody na moralne stereotypy. Sprzeciw wobec nieautentycznych postaw ludzkiego postępowania. To starcie ze złem wystrojonym w oportunistyczne szaty dobra. Odwieczny bunt: pojedynek dobra z poczuciem wszechobecności zła. Bezkrwawy bój. Walka człowieczej przyzwoitości z resztkami odwagi. Nieustanne zmaganie się z etycznym systemem nakazów i zakazów. Z regułami poprawnego postępowania.

W bohaterach tej powieści drzemią zasady wyuczone w trakcie tresury społecznej. Lecz choć w uśpieniu, to żyją w nich nadal i jakkolwiek są ukryte w zakamarkach zaszczutych dusz, to niekiedy postaci te stawiają opór, buntują się wreszcie i chcą istnieć  samodzielnie.
Według autora, człowiek godzi się ze swoim losem, a jednocześnie sprzeciwia mu się; gdy los zaczyna mu dokuczać, gotów jest podjąć z nim walkę. I niekiedy zmienia ją w zwycięstwo skierowane przeciw reakcjom na przerażającą rzeczywistość. Tak jak dzieje się to w trakcie jednej ze znamiennych scen, w symbolicznym momencie zderzenia wątłych sił McMurpy`ego z olbrzymią konsolą, z próbą jej udźwignięcia, z próbą co prawda nieudaną, zakończoną fiaskiem i z góry skazaną na niepowodzenie, a jednak, wbrew tym oczywistościom – podjętą. Bo nie chodziło w niej o podniesienie  ciężaru przekraczającego fizyczne możliwości bohatera, lecz o podjęcie wyzwania, o to, że już samo istnienie niepotrzebnego ciężaru stanowiło dla niego obrazę, zniewagę, prowokowało do buntu i manifestowania protestu. Konsola to zaledwie beletrystyczna figura, uosobienie banalnej przeszkody w realizacji nadrzędnego celu, jakim było zapoczątkowanie oporu i buntu mieszkańców wobec rządów Wielkiej Siostry.
I w tej oto dekoracji rozgrywa się dramat. Nie mam zamiaru streszczać powieści. Pragnę tylko zachęcić do jej lektury. Kto chce, niech sam sobie poszuka dalszego ciągu. Choćby po to, by wiedzieć, czego można oczekiwać od mistrzów pióra.

Przybytek bożych dopustów

Ma dwadzieścia cztery lata. Toczy go radosne poczucie zdrowia. Jest pewien, że idzie  w dobrą stronę.

Jak dotąd nie narzekał na los. Jego życie było uporządkowane i proste. Płynęło w spokojnym, ustalonym rytmie, jakby miało trwać wiecznie, nie widział więc specjalnych powodów, by się nad nim zastanawiać. Biegło wyznaczonymi koleinami rozsądku, bez podniecających zaburzeń, wstrząsów, niespodzianek; nurtem przekonań odziedziczonych po przodkach, zapatrywań wtłoczonych mu w pamięć przez otoczenie zostawione na równinach.

Tomasz Mann

Na zdjęciu: Tomasz Mann — jeden z najwybitniejszych pisarzy, laureat nagrody Nobla z literatury. Foto: materiały prasowe

I takie było dla niego – łagodnej zapowiedzi mężczyzny wychowanego w przekonaniu, że ma przed sobą czas. Ale na co mu ten czas? Dopiero później dostrzegł, że był mu potrzebny do tego, by dorosnąć, dojrzeć do wyjścia spod surowych gorsetów, okrzepnąć w pojęciach innych, zaprzestać wydawania prędkich i pochopnych ocen, pogodzić się ze zmianą punktów widzenia.

Przybył do międzynarodowego sanatorium Berghof w Davos, do szwajcarskiej miejscowości uzdrowiskowej, przyjechał w odwiedziny do leczącego się z gruźlicy kuzyna i by odpocząć przy okazji. Planował być w nim trzy tygodnie, jednak został tam siedem lat. I w tym miejscu rozgrywa się akcja powieści Tomasza Manna Czarodziejska Góra.

* * *

Trzy tygodnie, to niepoważny termin. W sam raz taki, by niczego nie zobaczyć.

Główny bohater nazywa się Hans Castorp, jest Niemcem pochodzenia mieszczańskiego, świeżo upieczonym, majętnym inżynierem ze skłonnościami do egzaltacji. Lecz poprzez tresurę mieszczańskiego wychowania jest również nawykły do powściągliwej gimnastyki umysłu.
Drugim bohaterem jest jego przyrodni kuzyn, Joachim Ziemssen, zakamieniały żołnierz o siermiężnych poglądach wyznawanych przez wojsko. Hans Castorp, to cywil o duszy poczciwego pacyfisty.
Kuzyni są nieśmiali, lecz uprzejmi. Wobec innych ludzi zachowują się z delikatną rezerwą; od małego uczeni szacunku do starszych są lubiani, uczynni, przeto nie mają wrogów. Zazwyczaj bywają we własnym towarzystwie, ale w trakcie rozwoju fabuły, do obu kuzynów dochodzi trzeci bohater, Włoch Lodowico Settembrini, mason, erudyta, radykalny humanista pozujący na nieprzejednanego intelektualistę, literat o zapędach pedagogicznych.

Jest to zwolennik demokracji, postępu, nowoczesności, maniakalny gloryfikator Człowieka Rozumnego, wróg wszelakich cierpień, przesądów, schorzeń i niedomóg tłamszących ludzkość, augur skłonny do instruowania, a przede wszystkim ateistyczny moralizator łasy na komplementy. Lubi popisywać się nagromadzoną wiedzą, strofować kogo bądź i prostować ścieżki swoim uczniom.
W tym przypadku wdzięcznym obiektem jego pedagogicznej szlifierki jest Hans Castorp, natura umysłowo dziewicza, jeszcze nieskażona efekciarstwem i wolna od sceptycyzmu. Jest dla niego wyzwaniem, plastyczną osobowością, postacią godną rzeźbienia, nadającą się do psychicznego ugniatania jak glina, do formowania jak tabula rasa. Nazywa go wiecznym dla życia strapieniem, a Hans odwzajemnia mu się obdarzając go epitetem KATARYNIARZ.

Całe trio prowadzi niekończące się dyskusje, lecz są to raczej apodyktyczne monologi Settembriniego, aniżeli równorzędny przepływ zdań; Ziemssen ogranicza się do milczenia, przeważnie stanowi tło, dekorację, uboczny pretekst do jednostronnej wymiany  argumentów. Tylko Castorp bąknie czasem jakieś krzywe słówko sprzeciwu pod adresem mentora, lecz, zgromiony jego ripostą, cichnie.
Ale choć w obecności swojego dydaktyka zachowują taktowne milczenie, to przecież słuchają go z prawie nabożną czcią i dopiero, gdy ich kuglarski wychowawca odchodzi z pola widzenia, odważają się komentować jego wypowiedzi.

W odróżnieniu od Joachima Ziemssena, poczciwej duszy wypełnionej kapralską prostaczkowością, Hans Castorp, skrupulant, obowiązkowicz i precyzyjniak, chłonie wiedzę o sprawach tak mu nieznanych, że aby je pojąć, zaczyna kształcić się od podstaw, studiować dziedziny dalekie od inżynierii: sięgać po dzieła biologiczne lub z astronomii. Czyta i duma o budowie wszechświata lub ludzkiego organizmu, a czyni to wszystko po to, by bez przeszkód podążać zawiłym tropem przemyśleń Settembriniego.
Settembrini odczuwa samotność erudycyjną; brakuje mu właściwego audytorium zdolnego docenić jego błyskotliwość. Gnębi go fakt, że nie ma równego sobie przeciwnika, toteż odzyskuje wigor, gdy w drugim tomie powieści pisarz przydaje mu nowego interlokutora, słabowitej kompleksji Leona Napthę, zręcznego oportunistę dialogującego z upodobaniem na obojętnie jaki temat, mrocznego jezuitę o kwaskowatym usposobieniu, scholastyka od niechcenia szermującego sofizmatami, chwalcę średniowiecza, zwolennika moralnych sadyzmów lub stosowania terroru.

Oboje stworzą wyśmienity duet a Hans Castorp, zażenowany obserwator ich zazdrosnej rywalizacji, będzie w środku, pozostanie ofiarą ich pedagogicznej walki: wciśnięty pomiędzy młot, a kowadło. Od tej chwili będą wieść słowne, zaborcze utarczki o jego duszę, o panowanie nad nią, a inżynier posłuży im za worek treningowy.

* * *

Śmierć, jej nieustanna obecność w tym miejscu, jej dotkliwe uprzytomnienia, że na nich patrzy i tylko czyha, by ich dopaść, ta rozpaczliwa świadomość nieuchronnego przemijania, towarzyszy im wciąż. Wpływa na ich postępowanie i tryb życia; z chwilą wkroczenia do gruźliczego świata na górze, odrzucają zwyczaje przywiezione ze świata nizin, a stosują się do obowiązujących tu; poprzednie wydają się im banalne, niespójne z obecnie prowadzonym życiem na kredyt.
W obliczu częstej perspektywy zgonu zdawano sobie sprawę, że czas ma tu inne znaczenie, a dawniejsze zainteresowania i przyziemne problemy – praca, obowiązkowość – tracą sens. Więc go zabijają, przestają się nim przejmować, a w  miejsce starych, pojawiają im się nowe pasje: krótkie romanse, pijane zabawy, napady obżarstwa, intrygi lub drobnostkowe plotki pozwalające zapomnieć o fluktuacjach choroby.

Monotonna, próżniacza, nudnawa egzystencja ludzi goszczących w sanatorium, koncentruje się na realizacji codziennych zadań, na obfitych posiłkach, regulaminowym leżakowaniu na werandzie i koedukacyjnych lub indywidualnych spacerach; zarząd Berghofu jak umie, tak dba o rozrywki swoich kuracjuszy.

Jedną z nich jest wizyta naczelnego lekarza w jadalni – radcy dworu Behrensa, spotkanie dające pensjonariuszom możliwość niezobowiązującego pogawędzenia na tematy oderwane od dolegliwości.
Urozmaicenie stanowią też wieczorki poświęcone wywoływaniu duchów, podejrzanie atrakcyjne seanse spirytystyczne czy psychoterapeutyczne rozmowy i wykłady urządzane przez doktora Krokowskiego, asystenta radcy. Mówi się na nich o ekscytującym powiązaniu miłości z umieraniem, przestrzega przed seksualną rozwiązłością pogłębiającą chorobę.

Ale nie wszyscy rezydenci Berghofu przejmują się tymi uwagami. Większość bagatelizuje zakazy i zajmuje się wywoływaniem duchów ze swojej przeszłości, czyli talerzykowymi głupstwami.
Jakkolwiek spędzają ten skrofuliczny czas, nieodmiennie dręczy ich spóźniona nostalgia za opuszczonymi krajami, opanowuje gwałtownym przypomnieniem utraconej sielanki z momentów minionego zdrowia. Wtedy niektórzy z tego  bractwa wyłamują się ze zwartych szeregów pacjentów: gnani tęsknotą za poprzednim życiem, decydują się przerwać kurację i wrócić w normalne strony.

Rosjanka, Kławdia Chauchat, niespełniona miłość Hansa Castorpa, opuszcza przybytek bożych dopustów i zwiedza, podróżuje, odpędza od siebie myśli o postępującym schorzeniu, Joachim Ziemssen, rycerz wyprofilowany na pruską modłę, wraca do koszarowych powinności, lecz zarówno Kławdia jak Joachim, zjawiają się w Berghofie – ponownie; kuzyn, by umrzeć, madame Chauchat, by przywieźć na górę swojego towarzysza niedoli, Holendra o nazwisku Mynheer Peeperkorn, postać bajecznie osobliwą, władcze zero, jak się o nim wyraża Hans Castorp. Hans wie, że aby zbliżyć się do Kławdii, musi go  poznać, polubić, zaprzyjaźnić się z nim nawet (w miarę możliwości) i tym sposobem sprawić sobie choć odrobinę rozkoszy.

Jednak poznać Peeperkorna jest niemożliwością; Holender ucieka wszelkim diagnozom. Mimo to, a może ze względu na mgławicowość aluzyjnych wypowiedzi, jest najlepszą postacią utworu Tomasza Manna. Pisarza – ironisty.

Majestatyczny, króluje nad otoczeniem. Wydaje się nad nim unosić. Dominuje aparycją, monumentalnością, dostojeństwem bijącym z całej postury, wydaje komendy, narzuca wolę, decyduje, poleca i zaleca, a czyni to tak sugestywnie i z taką mocą przekonywania, że nikt z jego rozmówców nie ośmiela się zaoponować. Ale gdy rozmowy poczynają przybierać tony filozoficzne, kiedy na arenie pojawiają się Settembrini oraz Naptha i dyskusja schodzi na tematy abstrakcyjne, metafizyczne i mało przyziemne, Peeperkorn jest bezradny.

Można odnieść wrażenie, że dopóki nie otworzy ust, uchodzi za mądrego, że z chwilą, gdy zaczyna mówić, iluzje te pryskają na boki, a z otworu gębowego wyciekają mu słowa oskubane ze znaczenia, że treść zdań rozjeżdża się z formą, a ich forma lewituje nad treścią. Lecz to pozór bo w tym szaleństwie jest metoda: zdania są celowo złamane, rzekomo na niby, a w istocie z premedytacją niedokończone. Są zostawione domyślności słuchaczy, a Peeperkorn, wypowiadając ich cząstki, pozwala je uzupełnić, wzbogacić niedopowiedzenia o brakujące elementy.

Mimo tych ujemnych zalet, Hans Castorp odnosi się do niego z szacunkiem. Ze względu na miłość do Kławdii, jest pełen respektu, uprzedzająco grzeczny, niemal czołobitny w owej szarmanckości. Wierzy w jego wielkość i format. Stara się zrozumieć, co takiego dostrzegła Kławdia, że związała z nim los. Tym samym próbuje usprawiedliwić ją z dokonanego wyboru. Choć Settembrini lub Naptha, nie rozumiejąc Peeperkorna, uważają go za karykaturę intelektualisty, a nawet – zamkniętą głowę, jakkolwiek twierdzą, że wywiera na Hansa zgubny wpływ i usilnie  odradzają mu kontakty z ową mizerotą, to on nadal i do nieszczęśliwego końca zabiega o jego względy.

* * *

Skoro już wydukałem tezę, że Mann był ironistą, pociągnijmy tą myśl dalej i powiedzmy: pisząc poważną książkę o chorobie, mówił nie tylko o sanatoryjnych ludziach pożeranych przez gruźlicę, o ich powolnym staczaniu się w nicość lub otępienie; powieść rozgrywa się przecież na tle przybliżającej się wojny!
I Wojna Światowa, widmo upadku cywilizacyjnego, ciąży nad mieszkańcami tej luksusowej  poczekalni do niebytu, a ironia polega na ogarniającym ich mętliku, chaosie, poczuciu bezwyjściowości. Kultura, jej dotychczasowy walor i udział w życiu człowieka, tracą siłę naturalnego istnienia, stają się martwymi obiektami spekulacji, rozważań na jałowym biegu. Do niczego pożytecznego nie prowadzą, niczego też nie wyjaśniają, są tylko jak kamień w bucie.

Jałowe, puste, demagogiczne są więc rozmowy Settembriniego z Napthą, bo jak tamtejsza, schyłkowa Europa nie dysponowała prawdziwymi intelektualistami, postacie z tej książki tylko uzurpują sobie prawo do zabierania głosu, do wypowiadania się o filozofii, historii, polityce.

To nadciągający kataklizm jest głównym bohaterem Czarodziejskiej góry. Jej ironiczna wymowa na tym polega, że ludzie, których uważamy za mądrych, nie są nimi, a poczytywany za głupka Peeperkorn, okazuje się mędrcem.

* * *

Parę słów o pisarzu: Niemiec, urodził się w Lubece, w czerwcu 1875 roku, zmarł w sierpniu 1955 roku w Zurychu. Laureat literackiej nagrody Nobla w 1929 roku.
W 1901 roku, czyli w wieku dwudziestu pięciu lat publikuje zaczętą trzy lata wcześniej powieść Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny. W 1912 pisze Śmierć w Wenecji. 1924 – powstaje Czarodziejska góra. Do najważniejszych dzieł Manna zaliczyć można niewątpliwie cykl czterech powieści pod wspólnym tytułem Józef i jego bracia powstałych w latach 1933-1943.
Utraciwszy obywatelstwo niemieckie, przyjął w roku 1936 obywatelstwo czeskie, zaś osiem lat później został formalnie obywatelem Stanów Zjednoczonych. Po zakończeniu drugiej wojny światowej nie zdecydował się na powrót do Niemiec.

Apogeum powodzenia osiągnął w ostatnim roku życia, gdy ukazały się Wyznania hochsztaplera Feliksa Krülla (1954). O swych książkach mówił, że są „tworzone z własnego życia”, a życie było dla niego „grą, artyzmem, humorem”. I tak – biograficznie – należy patrzeć i oceniać jego dzieła; twórca jest twórcą tylko wówczas, gdy pisze sobą.

MAREK JASTRZĄB Spojrzenia na literaturę — cz. I

…………………………………………..
Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.
Foto na stronie głównej: grób Witolda Gombrowicza na cmentarzu komunalnym w Vence. Francja.
08.11.2018

MAREK JASTRZĄB Spojrzenia na literaturę — cz. II
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie — subskrybuj nasz newsletter.
[14] Komentarze
  1. Powiem wam czym jest „Lot nad…” (ksiązka), bo widzę, że nie wiecie. Otóż, jest to pokazanie mechanizmu działania organizacji zwanej państwem. Oto mamy zderzenie wolności jednego człowieka vs władza instytucji państwowej. Powieść pokazuje, że władza nie tylko może dosłownie wszystko, ale też legalnie stosowała/stosuje np. tortury. Każde państwo na Ziemi jest takie – w mneijszym lub większym stopniu. Od czasu powieści zmieniło się raczej neiwiele. Każdy z nas może zostać przymusowo zamknięty w takiej instytucj, jeżeli zacznie się zachowywać… niekonwencjonalnie. Ale to temat na długi komentarz.

  2. Dokładnie pamiętam swoje wrażenia podczas czytania „Lotu…” – olbrzymie, rozedrgane emocje nastolatki… Jak ja nienawidziłam Siostry Ratched, jak kibicowałam McMurphy’emu! W myślach zestawiałam rzeczywiste, otaczające mnie osoby z bohaterami dramatu – robię tak do tej pory, gdy fabuła mnie wciąga ;-)
    Czekam na kolejne fascynacje pana Jastrzębia – lubię takie powroty do przeszłości…

  3. Czysta przyjemność. Stary, dobry, że tak powiem „przedwojenny styl” pisania. Gimbaza nie zrozumie ani słowa. Stara gwardia przeciwnie.

    • nie sądziłem, że pisanie uwzględniające różnorodność słów doczeka się definicyjnej szuflady w postaci określenia „przedwojenny styl”. To prawie jak „staromodny” lub „niedzisiejszy”. Idąc tym zdezelowanym tropem powinienem spodziewać się awansu na ”zakutego mohera nudzącego młódź”. Takie postawienie sprawy wyjaśniałoby minimalne zainteresowanie czytelników e-prawdy moją bazgraniną.

    • A.J
      Dzięki okrutne!
      Nie ma to, jak autor nadzieje się na reakcję czytelnika. A jeśli na dodatek będzie to reakcja pochwalna, bidny skryba nie wie, gdzie ma się podziać ze szczęścia. Tak czy owak dostaje motywacyjnego kopa.

  4. „Pośmiertne milczenie rewelatora wyzwala bezpieczną agresję jego szemranych komentatorów.”

    …………….

    Nie myślałem, że w zyciu jeszcze przeczytam tak cudowne zdanie

Dlaczego literatura?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.