— A pracował pan kiedyś?
— Tak, próbowałem.*

Śnieg kurzył coraz mocniej za kołnierz. Z szarówki, która towarzyszyła przez cały dzień, powietrze bezszelestnie weszło w noc. Mróz był wszędzie. Buty grzęzły miarowo w bieli: skrzyp — szur szur szur, skrzyp — szur szur szur. Biel też była wszędzie: pod stopami, przed oczami; przybierając kształt zmrożonego kryształu, wypełniała puste miejsca w przestrzeni, które jeszcze nie stały się jej łupem. Zbierała się w czapy na plecakach i na czapkach — w stożki. Mimo iż w lesie zaległo mgliste i wypełnione padającym śniegiem powietrze, oddychało się dobrze. W górach, na wysokości tysiąca dwustu metrów nad poziomem morza, zawsze oddycha się dobrze.
Strach. Tak. Coś na pewno czaiło się w lesie, bo cóż by to był za las, gdyby nocą nie żył pieśnią swoich zwierząt, drzew i wszelakiego niewymienionego życia. Coś z pewnością czaiło się w ciemnościach, stąpało na czterech łapach i żarzyło ślepiami. Pozostawało jednak niezauważone, poza zasięgiem źrenic. Naszych źrenic. Zwłaszcza że światło z supernowoczesnej latarki na wskroś — jakby z pochodni — rozświetlało drogę ciepłym blaskiem, zwielokrotnionym odbiciem śniegu i dawało złudne poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Może bestia tliła się w głowach i rozpalała wyobraźnię? Jednak twarze nie drgały ze strachu. A może i drgały? Lecz w migotliwym świetle, w refleksach śnieżnych płatków trudno było strach wziąć za strach. Łatwiej przyznać było, że to zmęczenie.
Marsz odmierzały oddechy i miarowe, wspomniane już, skrzyp — szur szur szur na cztery nogi, cztery dłonie i dwa nosy. Było w tym skrzypieniu słychać muzykę, takt do taktu — umiłowanie dla ciszy, złożoności przyrody, siły natury, respektu połączonego z pasją i z podziwem. Ze śpiewem serca, romantyzmem natury, uwielbieniem dla ziemi, która pozwala stres — jak łuski — zrzucać z siebie stopniowo, krok za krokiem. Zrzucać na tyle skutecznie, że z każdą kolejną minutą stajemy się czyści i nadzy; władni, mocni, jędrni jaźnią, trzeźwi do nabrania odpowiedniego dystansu wobec siebie i życia. Aż chce się śpiewać. Aż chce się bić w pierś, drwić, krzyczeć, że jest się zrodzonym, spełnionym, niespełnionym od nowa i znów raz jeszcze. S t w o r z o n y m.

Właśnie wtedy, podczas pozornie monotonnego cichego szur szur, pośród mrozu i oparów żywicy, pośród myśli o czystej energii i przyjemności bycia tu i teraz, pośród gór, przypomniała mi się książka — dokument drogi: Pieśń stworzenia podróżnika Brusa Chatwina**. Jeszcze w poświacie zimy nagość zmieniała z wolna kolor skóry. Śnieg i mróz ustąpiły miejsca słońcu na jedno skinienie ciemnych źrenic. Postać zrobiła się szczerbata, wyrosły jej czarne kręcone loki. Miała odciski, ropnie na stopach i nadszarpnięte zębem czasu dłonie. Przepasana ledwo opaską, bosa, śpiewała pieśń stworzenia dla kolejnej odkrytej przez siebie rzeczy. I czegóż tam nie było obok niej… Woda, słońce, ziemia, piasek, skały czerwone jak heban. Kangur był, koala, pustynne jaszczurki i skowyt dingo, niemożliwy skwar w samo południe i spokój nocnego czuwania, zawieszonego pod Krzyżem Południa pod akompaniament cykad. Był wreszcie on sam, Aborygen. Siedział obok Brusa na ziemi w cieniu eukaliptusa i z namaszczeniem objawiał swój świat, swoją wiarę i wolę życia. Objawiał esencję. Odkrywał serce z pietyzmem od wieków strzeżonej tajemnicy. Kreślił w piasku hymn dla wchodu słońca. W jego postawie, zmęczonych barkach, głowie przechylonej nieznacznie w prawo nie było zakłamania, skrywanej chytrości i ukrytego fortelu, który mógłby — w razie potrzeby — przeciwko nam wykorzystać. Był jak niewymuszona uczciwość, czysta wola, nieskalana, choć zgwałcona przez lata wskutek zepchnięcia na margines. I choć efekty — delikatnie rzecz ujmując — nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, noszące znamiona eksterminacji, odcisnęły piętno, hebanowo-brunatna twarz wciąż była posiadaczką uśmiechniętych oczu. (W okresie wielkich kolonizacji Ameryka Północna stała się kontynentem pionierów, ziemią obiecaną, natomiast Australia — niestety — miejscem zsyłki, kontynentem więźniów i namiestników, kolonią karną. Tym samym również rajem dla popaprańców bożych; jedynych sprawiedliwych, odmierzających prawo i monopol na życie według własnych dekalogów i wygody). Wspomniany nie posiadał outdoorowych butów, ubrania z membraną i tego, bez czego Europejczyk dwudziestego pierwszego wieku nie potrafi sobie już radzić. Niemniej, właściciel skóry ciemnej jak gorzka czekolada od Lindta był wolny i jego duszy nie rozszarpywały na strzępy brak czasu, budziki, ścisk w metrze, znienawidzona jazda podmiejskim, korki, domówki u „znajomych”, terminy, pogoń… pogoń za nie wiadomo (już) czym: za złudą, mistyfikacją narzuconego nam przez nie wiadomo kogo pościgu w próżnię.
Tenże właśnie Aborygen, po otwarciu książki, kładzie rękę na naszym ramieniu i wyrywa z potrzasku. I jest w tym diabelnie skuteczny. Zwłaszcza kiedy zaczyna zaśpiew o ziemi, o historii, gdzie się wszystko pieśnią stworzenia zaczyna i kończy stare. Bo Aborygeni wyśpiewali świat, nim ktokolwiek powiedział pierwsze słowo. I nie odwracają się za maruderami. Trzeba nadążyć, dać sobie zaufać i mieć dużo wewnętrznej siły, żeby wytrwać, ale potem…
Książka tak oto mnie porwała — świeżością, prostotą i uczciwością; w spokój, który toczył się własnym, po części tajemniczym rytmem. Siłą, wiarą i wolnością, która ściska za serce, ilekroć trzeba powrócić do normalnego świata. I to był ten właśnie rytm: skrzyp — szur szur szur, skrzyp — szur szur szur, do złudzenia przypominający odgłos kroków stawianych na śniegu. Były chwile, że traciłam poczucie czasu i wracałam niechętnie do teraźniejszości. I ogromnie zazdrościłam Brusowi, że nie pozwolił sobie wyrwać serca. Poszedł: za śpiewem cykad i pomrukami nocy, za wiatrem i słońcem, na uprażoną, bezwstydną ziemię. (Swojego czasu porzucił pracę, wysyłając legendarny telegram: Wyjechałem do Patagonii na 6 miesięcy, zrywając tym samym współpracę ze słynnym brytyjskim domem aukcyjnym). Jego Australia, Interior Aborygenów*** — piękne, odzyskiwane właśnie. Jak na poły spiralny wzór, z na przemian powtarzającymi się, autonomicznymi paskami czerni i bieli, okalającymi się nawzajem, gdzie tak naprawdę nie wiadomo, czy figura symbolizuje szczyt czy głęboką studnię. A od patrzenia na nią bezustannie kręciło się w głowie. Wciągała i hipnotyzowała, czyniąc z błahostek epopeje, z epopei drobiazgi. Sprawiała falę w przypływach i odpływach. Wciągała i pogrążała jaźń w mistycyzmie, jednak bez ingerencji w nasze dusze i wierzenia. Płuca były swobodne dla każdego następnego oddechu, co czyniło podwaliny i gotowość do samostanowienia o sobie. (Tak podobno następuje każde przewartościowanie poglądów i sądów na świat).
I kiedy nam się wydaje, że to już koniec, że nabrawszy dystansu, jesteśmy gotowi żyć od nowa, autor wyciąga spaloną od słońca dłoń i palcem wskazuje na nas. Ponieważ szukając korzeni i wytłumaczenia dla własnej niespokojnej natury, szuka właściwie odpowiedzi i dowodzi, że — jak Aborygeni — mamy we krwi wędrówkę i pieśń, która czasem, mniej lub bardziej, dzwoni w uszach. Mówi wprost, że człowiek pierwotny był Nomadą i że tkwi w każdym z nas atawistyczny, głęboko zakorzeniony w podświadomości zew wolności i przestrzeni, szept wędrówki. Często się tej wędrówki wstydzimy. Często boimy. Unikamy jak ognia posądzenia o włóczęgę, a co za tym idzie, o brak stałości, która burzyłaby nasz wizerunek i prestiż. Boimy się posądzenia o cygaństwo, a już najbardziej ośmieszenia. Bo cóż powiedzą, kiedy oznajmimy: „Wyruszam przed siebie wyśpiewać pieśń stworzenia, odszukać korzenie…” Wyśmieją nas, czy też własne wyobrażenie o nas: że oto idziemy, z zeszytem w pięciolinie i łopatą, zrobić największe głupstwo świata. Ze strachu więc stworzono nam (i my sobie sami) miasta i granice, jako sankcję, klamrę, do której — pozłoty — wciąż i wciąż wracamy, niestety… Stworzyciele byli podobni Kainowi. On właśnie stał się ojcem naszych klatek, w dniu, gdy z zawiści i zazdrości o nieskrępowane życie, o przemieszczanie się wraz ze świeżością zieleni i dojrzewającymi, dzikimi płodami natury, cyklem pór roku, sam będąc przywiązanym do pługa, z zazdrości o wolność zabił własnego brata, pasterza Abla. I oto dziś korzystamy z konformistycznej złudy porządku i stałości.
Na szczęście bywa, że niektórzy (my) z nowoczesnego, starego świata wyrywają się na wolność. Wrzucają na się lniane podkoszulki, trochę za duże, ale wygodne dżinsy lub też luźną, niekrepującą sukienkę i, nade wszystko, wygodne buty. I jak Indiana Jones przed kamienną kulą, tak my uciekamy przed nawałem cywilizacji. Im dłuższa podróż, tym kula się zmniejsza. Z czasem majaczy w oddali, by — w miarę postępu tułaczki — zniknąć. Lecz wtedy, gdy po jakimś czasie odwrócimy twarze w stronę miast, coraz trudniej okłamać siebie i wrócić gdzieś, gdzie nikniemy w tłumie nic nieznaczącego pędu przed… trudno określić za czym i dokąd.

Las się skończył i dwie godziny marszu minęły nie wiadomo kiedy. Podekscytowanie podsycone mrozem, unaocznione w parujących oddechach, adrenalina i wszelkiej maści hormony szczęścia towarzyszyły mi jeszcze przez jakiś czas. Smutek już nadchodził, na razie jednak trzymał się z boku. Zachowywał się jak stary przyjaciel, który na wylot zna moje myśli.
Bowiem kiedy nadchodzi koniec, jeszcze tak właściwie się go nie czuje. Głowę przepełnia inny wymiar, ledwo co zostawiony za plecami. Las i cisza jeszcze są z nami, w samochodzie, pośrodku ośnieżonej drogi. W plecaku, po kieszeniach, tam i tu jeszcze pełno rześkiego powietrza. Nawet kiedy miniemy rogatki miasta zatopionego w świetle latarń czy świątecznych dekoracji. Miasta przykrytego niezadeptanym, sypiącym się bezustannie z chmur pierzem. Nawet wtedy jeszcze nogi idą szlakiem i słyszysz w uszach znaną melodię: skrzyp — szur szur szur, skrzyp — szur szur szur…
Z zadumy wyrywa dopiero dzwoniąca komórka, szczęśliwa z odzyskania zasięgu. Potem szczebiot bratanicy — która czekała powrotu cioci, odmawiając zaśnięcia — dopełnia dzieła. Radość małej rączki na mojej szyi i przejmujące, szeptane do ucha „dobranoc” rozklejają na dobre.
Dom. Byłam w domu. Przy kolacji ważyłam na dłoniach tęsknotę do bliskich i zew, który ciągnie w głuszę. I tym razem waga ani drgnęła, pozostając w równowadze, jakby kpiąc z moich rozterek. Późnym wieczorem, a właściwie już grubo po północy sięgnęłam na półkę. Książka rozgościła się w dłoniach, a szelest kartek koił smutek. Przeglądałam zapiski wetknięte między strony i akapity zaznaczone zakładkami. Nie miałam pojęcia, czego właściwie szukam. Cytat sam wpadł na mnie. Potknął się o oczy, w zamian oczekując uwagi. A może była to sprawka ciemnoskórego przyjaciela. Tak czy siak, czytałam szeptem kilkakrotnie te oto słowa, wypowiedziane przez jednego z bohaterów: „Ameryka jest młoda! Młoda, niewinna i okrutna. A ten kraj stary i na tym polega różnica. Stary, zmęczony i mądry”. Zaprawiony w boju polityk orzekłby, że to czysty populizm rozgoryczonego, biednego człowieka. Wystarczy włączyć TV, żeby zobaczyć prawdę, właściwą stronę lustra. Gdzie Ameryka to wymarzony eden, a historia Australii tak krótka, że nijak porównywać ją choćby do dziejów Europy. Skoro większość mówi tak samo, to znaczy, że ma rację, hołdując iluminacji, dającej wytchnienie całym rzeszom. Jakże błogo w zaciszu domu ogląda się czyjąś krzywdę, odległą na tyle, że staje się bardziej ciekawostką lub też filmem fabularnym, niż prawdą.
Swojego czasu moja znajoma udała się na wycieczkę do Kenii, na safari. Biedaczka, wróciła rozczarowana skąpą ilością zwierząt, upałem, biedą, niedociągnięciami organizacji i tym podobnymi. Orzekła: „W telewizji wszystko lepiej widać, więcej się nie dam namówić.” Przygotowywała się na wielki podbój dziczy, a nie wysiadła ani razu z samochodu. Oczekiwała być może wrażeń jak z ogrodu zoologicznego, gdzie, nie brudząc sobie butów i nie ryzykując draśnięcia, można spojrzeć w oczy lwu czy innemu zwierzęciu. Piętno Kainowe — wciąż żywe, przekazywane z pokolenia na pokolenie — uzależnia od wygód i dostępności życia. Mnie wystarczyłby szelest sawanny drgającej z wiatrem, śpiew świerszczy, wszelakie nocne odgłosy dzikiej przestrzeni. Zeschłe powietrze rozcierane na podniebieniu, kurz na butach, słony pot przy akompaniamencie starej i mądrej ciszy.

A w związku z tym, że nic nigdy odkryte do końca nie bywa, miejsc podróży wystarczy dla wielu. Gdyby zatem ktoś chciał, obudził się nagle, oznajmiam, że miejsce po Chatwinie smutno zieje pustką. Czeka na ochotnika, który podźwignie plecak, ołówek, czyste kartki i ruszy (dla i za większość) opowiadać świat, jakiego się boimy, jakiego nie znamy, pulsującego życiem tuż za granicą schematycznego, fałszywego piękna, które nam wpojono. Żywię nadzieję, że może zdarzy się to właśnie wtedy, kiedy ostatnie słowo książki zachłannie stanie się łupem kogoś z was. I może się kiedyś spotkamy.

…………..
*cytat pochodzi z książki Pieśń Stworzenia

**Brus Chatwin (1940-1989) — angielski pisarz, podróżnik, reporter (m.in. Pieśń stworzenia, Wicekról Quidach, W Patagonii), jest bliski Kapuścińskiemu sposobem przedstawiania, postrzegania świata, sposobem rzetelnym, ale i pełnym przestrzeni, pozbawionym dzisiejszego bezwładnego pędu za wszelką informacją. Kapuściński wspomina Chatwina w Lapidariach jako „największe zjawisko współczesnego reportażu w Anglii”.

***Rządy Australii aż do połowy lat 60. XX wieku stosowały wobec Aborygenów politykę przymusowej asymilacji i dopiero wtedy wykreślono ich z oficjalnej Księgi Flory i Fauny (uznając ich za ludzi – stworzenia posiadające wolną wolę, zdolność logicznego myślenia oraz tzw. wyższą świadomość – dało im to prawa człowieka) tego kraju i przyjęto zasadę asymilacji dobrowolnej. Dopiero od 1984 mają pełnię praw wyborczych. Wśród Aborygenów występuje większe bezrobocie i alkoholizm niż wśród pozostałej części ludności. Obecnie ich liczba ponownie maleje, a całą populację szacuje się na ok. 220 tys. osób. 13 lutego 2008 premier Australii wygłosił w parlamencie przemówienie, w którym przeprosił Aborygenów za dyskryminację i prześladowania, w tym praktyki tzw. skradzionego pokolenia. — Wikipedia.org
……………………………
Monika Olech (coca_monka) — urodzona 30 sierpnia 1975 roku w Dusznikach-Zdroju, obecnie wiedzie życie paryskiej emigrantki. Poetka i prozaiczka w jednym ciele, duszą niestrudzenie przemierzająca górskie szlaki, ciałem dystanse ultramaratonów. Przez prawie trzy lata związana z Redakcją Poezji Portalu Pisarskiego. Mawia, że zmęczenie (fizyczne) otwiera umysł, a pisanie to świat równoległy. Mierzy życie na posadzone drzewa i kolekcjonuje. Zwłaszcza chwile.
……………..
Więcej: Portal-pisarski.pl
Foto: Joao Silas
25.09.2015

MONIKA OLECH „Smak podróży”
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.

Słuchamy Cię uważnie...

Twój adres email nie będzie widoczny.
Zaloguj się by nie czekać na moderację komentarza.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>