Czarnobyl 23 lata później.

Decyzja o wyjeździe do Czarnobyla zapadła w jednej chwili. Zafascynowany miejscami opuszczonymi przez człowieka, szybko natrafiłem w internecie na informacje o Prypeci i martwej strefie, wysiedlonej po katastrofie w 1986 roku. W głowie zaczęły się mnożyć pytania bez odpowiedzi. Ciekawość, jak tam jest naprawdę, próba konfrontacji rzeczywistości z mitami, jakie narosły wokół tragedii, wiele wykluczających się nawzajem informacji, często będących czystą fantastyką, i rosnąca ciekawość – zobaczyć to na własne oczy. To przecież jedyne takie miejsce na świecie.

Widok na nieczynną elektownię w Czarnobulu z dachu wieżowca w Prypeci.

Widok na nieczynną elektrownię w Czarnobylu z dachu wieżowca w Prypeci. Foto: Piotr Durak


Później wystarczyło skontaktować się z podobnymi zapaleńcami, naukowcami z Polskiego Towarzystwa Nukleonicznego i dopiąć całą sprawę. I stało się. 31 marca, o godzinie 22.00 spod Sali Kongresowej w Warszawie, wyruszyłem jako jeden z uczestników, na wyprawę naukową „Czarnobyl 2009″.
Opierając się na wiedzy wyniesionej z książek i filmów, nie wiedziałem, czego właściwie powinienem się spodziewać.

W głowie krążyły historie o zmutowanych zwierzętach, dwugłowych dzikach, ośmionogich koniach, grasujących po napromieniowanym terenie.

Znajomi, żartujący na pożegnanie, że po powrocie zaoszczędzę na elektryczności, bo świecąc w nocy będę mógł czytać książki bez lampy, i podobne historie. Na szczęście w autokarze szybko poznałem osoby, które chętnie i wyczerpująco odpowiedziały na każde moje pytanie. Niektórzy jadą do opuszczonej strefy po raz szósty, nigdy nie „świecili”, i żyją, więc może nie będzie tak źle. Na pytanie, dlaczego uporczywie jeżdżą w miejsce, z którego normalny człowiek by uciekał, w dodatku wielokrotnie tam powracają usłyszałem odpowiedź — zobaczysz, ty też zechcesz wrócić — to wciąga…
Granicę w Dorohusku przekroczyliśmy nad ranem, zaś po godz. 18 byliśmy w Sławutyczu – miasteczku pracowników elektrowni, które przez tydzień miało stać się naszym drugim domem. Zamieszkaliśmy w mieszkaniach u Ukraińców, w jednym z wielu dość specyficznych bloków. Blok sześciopiętrowy, za to z windą. Całość dość mocno zaniedbana. Na Ukrainie nie istnieje instytucja Spółdzielni Mieszkaniowych i elewacje budynków nie są odnawiane. Kto więc dba o porządek? Sami mieszkańcy. Jeżeli ktoś na przykład chce ocieplić sobie mieszkanie, okłada styropianem kawałek bloku, resztę pozostawiając nieocieploną. Wychodzi z tego jedna wielka pstrokacizna. W mieszkaniu, które nam przydzielono, jest wszystko, ciepła woda, prąd. Trochę dziwnie wyglądają ściany, oklejone zamiast tapetą stronami kolorowych magazynów, ale idzie się przyzwyczaić. Wieczorem obfita kolacja w „Starym Talinie” — najlepszej restauracji w Sławutyczu, szybko idziemy spać — nazajutrz wyjazd do elektrowni atomowej. Przed snem włączam Biełłę – kieszonkowy miernik promieniowania, w który zaopatrzyłem się przed wyjazdem – wynik nieco mniejszy niż w moim rodzinnym Mielcu – 0,07 µSv/h (mikrosivertów na godzinę) – dawka normalna dla okolicy czystej, porośniętej lasami (na mieleckim rynku 0,15 µSv/h). Jesteśmy ok. 60 km od czarnobylskiej elektrowni, ale chmura radioaktywnych zanieczyszczeń ominęła te tereny. Zasypiam spokojny.

Ciekawy dworzec w Sławutyczu, z którego tory prowadzą tylko w jednym kierunku – do elektrowni. Kolejka, którą jedziemy wraz z pracownikami, wiezie nas częściowo przez teren Białorusi. Ciekawie wyglądamy przez okna. „Możecie robić zdjęcia wszędzie — instruuje nas pan Marek, nasz opiekun – ale unikajcie zdjęć ludzi. Oni ciągle żyją jeszcze w podświadomym strachu, w innym systemie, w którym nawet przyjaciel mógł okazać się ukrytym szpiegiem, są bardzo wyczuleni na obcych. Nie przeklinać, są na to wrażliwi. I pamiętać, jesteście tu gośćmi, pracownicy mają pierwszeństwo”. Grzecznie ustępujemy miejsca w kolejce, ustawiając się rzędem wzdłuż okien. Granica z Białorusią jest w tym miejscu umowna – tereny przez które przejeżdżamy to głównie bagna, olbrzymie rozlewiska, gdzieniegdzie pojawiają się pierwsze zabudowania – dawno opuszczone przez człowieka. Im bliżej celu podróży tym ich więcej. Duży, żelazny most na rzece Prypeć i…

Elektrownię widać już z daleka. Charakterystyczny komin czwartego, nieczynnego reaktora,

wielokrotnie uwieczniany na zdjęciach przez fotoreporterów. Na stacji ścisła kontrola, tory się kończą, wyjście tylko na jedną, lewą stronę, pod czujnym okiem kamery. Ukrainiec w mundurze sprawdza nasze paszporty. Miejsce, w którym jesteśmy, jest dostępne jedynie dla pracowników. A w elektrowni wciąż pracuje 3,5 tyś ludzi. Pytam pana Marka czym się zajmują, skoro od 2000 roku wszystkie reaktory są wyłączone, paliwo nuklearne z rdzeni wywiezione, teren gruntownie oczyszczony. „Z reaktorem nie jest tak jak z żelazkiem — słyszę odpowiedź — ciągle prowadzone są prace likwidacyjne, przygotowywana jest budowa nowego sarkofagu nad jednostką czwartą. Unia Europejska i liczne organizacje dają na to grube pieniądze, z których ci ludzie żyją.

Sarkofag reaktora w Czarnobylu. Foto: Piotr Durak.

Sarkofag reaktora w Czarnobylu. Foto: Piotr Durak


Wielokrotnie ich obecną działalność ciężko nazwać pracą, robotnicy spokojnie rozmawiają, czytają gazety, oglądają telewizję. Ale są ważni — likwidują elektrownię atomową. Tylko, że wszystko jest tu już zlikwidowane. Jeżeli budowa nowego sarkofagu jeszcze się nie rozpoczęła, to dlatego, że wówczas skończą się fundusze, z których ci ludzie utrzymują swoje rodziny”. Z ciekawości włączam dozymetr — pomiar wciąż mniejszy niż w centrum Mielca — 0,12 µSv/h. A przecież jesteśmy w korytarzu elektrowni atomowej!
Ukraiński autobus wywozi nas pod sarkofag czwartego reaktora. Dopiero w drodze dozymetr budzi się, dawka promieniowania rośnie. Gdy wysiadamy tuż pod bramą, ok. 150 metrów od sarkofagu czwartego reaktora, pomiar wskazuje już 3,33 µSv/h — dawka ok. 30 razy większa od normalnej (tj. takiej, do której przywykłem). Sarkofag jest olbrzymi. 76 metrów wysokości, 176 metrów długości. Wielkie, szare, betonowe cielsko, oplecione ścianą dźwigów i rusztowań, poprzecinane brunatnymi zaciekami i zielonymi plamami mchu. Dziś, pod błękitnym niebem, widać wyraźnie, że budynek powstawał z narażeniem życia, w wielkim pośpiechu. Monumentalny gmach budowano w miejscu tak napromieniowanym, że człowiek mógł w nim przebywać najwyżej kilkadziesiąt sekund!

Ekipy budowlańców zmieniały się w przerażającym korowodzie. Ale najpierw… By ugasić palący się grafit, ze śmigłowców zrzucano tony pochłaniającego promieniowanie ołowiu, z setek cystern w specjalnie wydrążony pod reaktorem tunel wylewano setki ton betonu. Zdalnie sterowane maszyny zakopywały napromieniowany gruz, psuły się jednak, więc w końcu zastąpiono je ludźmi… Potem pogorzelisko obłożono betonowymi i stalowymi płytami, tworząc konstrukcję, mającą w założeniach wytrzymać 10-15 lat. Stoi już tak dwudziesty trzeci rok. I pęka, nawet zza muru ogrodzenia widać spore niedoróbki w betonowej osłonie. Każdy krok bliżej muru, zwieńczonego drutami kolczastymi i trakcją pod napięciem, powoduje przyspieszony ostrzegawczy pisk dozymetru. Przy samym murze — bliżej podejść się nie da – pomiar wynosi przeszło 7,26 µSv/h. Stukrotnie przekroczona „normalna” dawka wydaje się wynikiem ogromnym, a przecież to wciąż śmiesznie mało. 7,26 µSv/h to 726 µR/h (mikrorentgenów na godzinę), czyli 0,726 mR/h (milirentgena na godzinę), czyli 0,00726 R/h (Rentgena na godzinę). Przyjęło się, że dawka groźna dla zdrowia, mogąca dać objawy choroby popromiennej, zaczyna się od 0,5 R/h, dawka śmiertelna to 500 R pochłonięte w ciągu pięciu godzin. Jesteśmy więc zupełnie bezpieczni, choć może nadmiernie podnieceni wynikami na wyświetlaczach mierników. Strażnicy przy bramie śmieją się do nas, pokazując palcami. Dla nich to normalna praca, jak każda inna, po dziewięć godzin dziennie, codziennie…
Pod czwartym sarkofagiem spędzamy około pół godziny, po czym jedziemy zwiedzać miasto Czarnobyl. Niegdyś 12-tysięczne, historyczne grodzisko,

dziś na stałe żyje tu ok. 500 osób, choć tło promieniowania oscyluje w granicach normy.

Przy wjeździe punkt kontrolny, sprawdzanie paszportów. Postój pod pomnikiem poległych w akcji gaśniczej strażaków… Strażacy pierwsi byli na miejscu pożaru reaktora. Nikt nie uprzedził ich, z czym naprawdę przyjdzie im walczyć, jednostki gaśnicze ściągano z wszystkich okolicznych miejscowości. Byli to młodzi chłopcy, ambitni, chcący przysłużyć się ojczyźnie. Wielu z nich zmarło wkrótce po akcji na chorobę popromienną, wielu do dzisiaj żyjących już zawsze będzie odczuwać skutki tamtej nocy. Wozy strażackie nigdy nie powróciły do swoich remiz. Zbyt napromieniowane musiały zostać zdekompletowane i wraz ze śmigłowcami i wojskowymi transporterami, porzucone na wielkim złomowisku w Rosoce pod Czarnobylem. Dziś wszystkie te wozy to przeżarte rdzą wraki. Na dawnym stadionie w Czarnobylu oglądamy kilka takich pojazdów. Tabliczki ostrzegają przed dotykaniem skażonego metalu.

Jedziemy przez ulicę, po obu stronach mając porzucone kamienice i domy zionące czeluścią otwartych okien, pozarastane skłębionymi krzakami, puste. Zatrzymujemy się dłużej nad zalewem, by spojrzeć na wraki barek i statków, porzucone na zawsze w czarnobylskiej przystani. To tymi barkami dowożono żwir i piach do gaszenia pożaru reaktora. Przyjęły na siebie ogromną dawkę promieniowania, musiały zostać porzucone. Wielkie złomowisko okrętów wywiera wstrząsające wrażenie. Niektóre barki tkwią zaryte głęboko w brzeg, inne dryfują smutnie po wodzie gdzie wiatr zawieje, jeszcze inne, częściowo zatopione wystawiają nad powierzchnię wody szczątki kominów, czy budek kapitańskich, jak ręce topielców. Za plecami martwa ściana opuszczonych domów…
Tuż obok dawnego stadionu cerkiew św. Eliasza z XVIII wieku. Obok porzuconych chałup wygląda imponująco. Zupełnie nienadgryziona zębem czasu, zadbana, jakby świeżo odmalowana, błyszczy się w słońcu bielą, błękitem, złotem. Mentalność tutejszych mieszkańców nie pozwala zaniedbać cerkwi, dbają o nią, jak tylko potrafią. Kontrast jest oszołamiający – naprzeciwko opuszczone, rozsypujące się ze starości chaty mieszkańców i wielka, wspaniała świątynia.

Obiad jemy w stołówce pracowników elektrowni. Obfity, bardzo smaczny posiłek, złożony z kilku dań, zadowala każdego. Wracamy do Sławutycza tą samą drogą – kolejką wraz z pracownikami elektrowni. Po kilkugodzinnym pobycie w skażonej strefie musimy jeszcze przejść przez specjalne bramki, stanąć na czymś w rodzaju wagi i przyłożyć obie dłonie do czytników po bokach urządzenia, odczekać chwilę. Jeżeli zapali się zielona lampka – można iść dalej, jeśli czerwona, w ubraniu, w butach czeka cię prysznic dezaktywujący. Wszyscy przechodzimy bezpiecznie. Co ciekawe, to atrakcja tylko dla nas, nieco na pokaz — pracownicy elektrowni, narażeni na większe dawki, przechodzą spokojnie obok, oddzielnym przejściem. Następny dzień poświęcamy w całości na eksplorację opuszczonego miasta Prypeć. Miasto to, przed katastrofą w elektrowni, było dla mieszkańców czymś w rodzaju wspaniałej oazy. Zbudowane od podstaw w 1970 roku, dla pracowników elektrowni, oferowało niezwykle wysoki jak na owe czasy standard życia. Czterdzieści pięć tysięcy mieszkańców miało dobrze wyposażone sklepy, biblioteki, kino, teatr, stadion, basen, przepiękny, przeszklony dom kultury, przystań dla jachtów, kawiarnie, hotel o podwyższonym standardzie, jeden z najlepiej wyposażonych szpitali – a wszystko to w latach osiemdziesiątych, pod rządami komunizmu. Nie było tylko kościoła, bo dla społeczeństwa socjalistycznego nie był on potrzebny. Zamieszkiwali tu głównie młodzi ludzie, rodziny pracowników elektrowni, stąd, Prypeć za krótkich czasów swej świetności miała największy na Ukrainie przyrost naturalny, stąd też w mieście była ogromna ilość dzieci, i co się z tym wiąże mnóstwo przedszkoli i szkół różnego typu. W niedzielę, 27 kwietnia, o godzinie 14, nad miastem zawyły syreny, na ulice wjechało tysiąc autobusów, wszyscy mieszkańcy musieli opuścić swoje domy. Poza rzeczami osobistymi i zapasem jedzenia na 3 dni, nie mogli nic zabrać ze sobą. Nikt zresztą nie widział takiej potrzeby. Ewakuacja miała być tylko tymczasowa, mieszkańcy mieli powrócić do swoich mieszkań w przeciągu tygodnia. W ciągu 3 godzin wywieziono z Prypeci ponad 45 tyś. osób. Żadna z nich już nigdy nie powróciła do swego domu.

Przy wjeździe do miasta czuję się jakbym przekraczał bramy innego świata. Dookoła otaczają nas blokowiska, w których od 23 lat nikt nie mieszka. Całe miasto zarośnięte drzewami, jeszcze bez liści – to sam początek kwietnia… Jeszcze miesiąc i Prypeć zmieni się w wielką dżunglę, wielu budynków nie będzie widać zza ściany zieleni. Przyroda opanowała to miejsce i powoli odbiera co swoje. Zatrzymujemy się przed dawnym domem ludowym. Ogromny biały budynek, a raczej to, co z niego pozostało. Dostajemy osiem godzin na samodzielne zwiedzanie miasta, i każdy idzie w swoją stronę.

Po chwili zostaję zupełnie sam i ogarnia mnie oszałamiająca cisza.

W takim miejscu — jesteśmy przecież w mieście – umysł ludzki nastraja się na odbiór wielu różnych dźwięków, oczekujemy głosów ludzi, śmiechu, śpiewu, płaczu, warkotu silników samochodów, dzwonków wzywających uczniów na lekcje, muzyki, słowem wszystkiego, co wiąże się z obecnością człowieka. Tymczasem tutaj — stoimy i nic — jedynym odgłosem jest śpiew ptaków, jakby odbity przez tysiące ech, zwielokrotniony. Robi się trochę nieswojo. Tysiące pustych okien, często pozbawionych dziś szyb, często otwartych, gdzieniegdzie na balkonach wiszące, porzucone pranie, ale w każdym mieszkaniu tylko kurz i wiatr…

Zwiedzam opuszczony dom kultury „Energetyk”. Niegdyś przeszklone ściany, dziś odłamki szkła pękają pod podeszwą butów. Zerwane płytki posadzki, obraz kompletnej dewastacji. To dzieło ekip likwidatorów miasta – gdy już stało się jasne, że Prypeć nie będzie mogła być ponownie zaludniona, do akcji wkroczyli żołnierze, których zadaniem było uniemożliwić mieszkańcom powrót do domów. Likwidatorzy niszczyli wszystko, czego nie warto było wywozić. Po nich przyszli złodzieje, którzy zabrali resztki cennych rzeczy. Sale w domu kultury nie zachęcają do odwiedzin. Na ścianach obrazy, z których strupami odchodzi farba, po odłamkach szkła na niegdyś pokrytych parkietem schodach wspinam się na piętro – dawna sala sportowa, podłoga z zerwanymi płytkami pcv, bramki do gry w nogę rozklekotane, butwiejące od wilgoci i upływu czasu. Wchodzę w korytarz i, jako polonista, doznaję szoku. Pozostałości dawnej biblioteki, setki książek dawno zrzuconych z regałów, zalegają na ziemi, pleśnieją. Trzeba po nich przejść. Dziwnie się spaceruje po dywanie z książek — niemal bezszelestnie ugina się on pod podeszwą buta, sprężynuje miękkością wilgotnych kartek, coraz częściej zespolonych w jedną masę, niedających się już rozróżnić obrazków, liter, czyichś myśli i nieprzespanych nocy. W większości są to dzieła socjalistów, ideologów komunizmu, ale znajduję też klasykę literatury rosyjskiej; jest Puszkin, Tołstoj, Dostojewski, Błok. Niektórych książek nie da się już czytać, inne trzymają się całkiem nieźle.
Zwiedzam przyległy do domu kultury wydział propagandy. W nim flagi i transparenty przygotowane do obchodów święta pierwszego maja. Portrety przywódców partyjnych, w większości jeszcze dobrze zachowane. Zdjęcia aktorów z jakiejś sztuki z 1985 roku, roku moich urodzin — miałem nieco ponad osiem miesięcy, gdy w tym mieście zamarło życie. Teraz to wielki skansen minionej epoki. Ze sceny teatralnej niewiele zostało. Niebezpiecznie dziś po niej chodzić, deski skrzypią przeraźliwie pod stopami.
Szkoła muzyczna jest miejscem niezwykłym. By dostać się do środka przedzieram się przez las krzewów.

Pan Marek mówił, żeby unikać miejscowej roślinności. O ile promieniowanie w mieście waha się dziś w granicach normy — gdy stoimy na asfalcie — o tyle każdy kontakt w wszechobecnym mchem, trawą lub liśćmi powoduję gwałtowny skok na skali dozymetru.

Gdy wreszcie wspinam się na piętro szkoły staję „twarzą w twarz” z wrakiem fortepianu. Wspaniały niegdyś instrument leży przewrócony na bok, z otwartą klapą, z niedziałającymi od lat klawiszami, w kałuży brudnozielonej wody, kapiącej z sufitu. Klapa porosła mchem, jedynie struny, poruszone opuszkiem palca wydają dziwny dźwięk, ogłuszający w tym miejscu jęk zarzynanej muzyki. Nagle wszystko ożywa, znika mech i kałuża z podłogi, znika farba strupami łuszcząca się ze ścian, okna są znowu białe i czyste. Fortepian jest nowy, a przy nim siedzi dwunastoletnia Natasza, obok pani Sonia udziela ostatnich wskazówek przed głównym koncertem, mającym się odbyć już za tydzień, z okazji pierwszego maja. Ale pierwszy maja nigdy w tym mieście nie nadszedł… Otwieram oczy i jest tak samo. Przewrócony fortepian gnijący w kałuży, porośnięty kilkunastoletnim mchem.
Szpital w Prypeci. Długie korytarze, ściany z resztkami tynku i farby. Łóżka, z pleśniejącymi kołdrami, wyglądają jak świeżo zasłane. Porozrzucane leki, resztki reflektorów na bloku operacyjnym. Sprzęt medyczny porzucony w nieładzie, w większości pordzewiała aparatura nie nadająca się od dawna do niczego. Malutkie szkielety łóżeczek dla noworodków na opuszczonym oddziale ginekologicznym, stoją równo pod zagrzybiałą ścianą.
Kawiarnia „Pripyat” stoi tuż nad zalewem. Niegdyś miejsce, gdzie serwowano najlepsze lody w mieście. Widok stąd piękny, rozległy taras wbija się miękko w wodę. Wchodzę przez rozbite okno. W środku porozrzucane stoliki, szkielet lady, światło odbite w witrażach, które pełniły tu funkcję okien od strony miasta, pokrywa obraz zniszczenia wielokolorowymi refleksami. Kiedyś musiało tu być pięknie. Teraz lepiej nie zatrzymywać się na dłużej. Mówią, że na skraju miasta zakopano szczątki grafitu z rozbitego reaktora. Część leży na miejscowym cmentarzu, część ponoć na stadionie, część w okolicy zalewu. Nikt właściwie nie wie, w którym miejscu, bo odpowiedzialni za to ludzie dawno nie żyją. Pisk dozymetru każe jak najszybciej opuścić to miejsce.

Chyba najmocniejsze wrażenie wywiera jednak opuszczone przedszkole. Po dzieciach pozostało wszystko: zabawki, ubranka, rysunki na ścianach. Na podłodze porzucone sterty dziecięcych masek przeciwgazowych – przywieziono je tu podczas ewakuacji, jednak nikt nie miał już czasu na ich użycie.

Sala do leżakowania w opuszczonym przedszkolu. Foto: Piotr Durak.

Sala do leżakowania w opuszczonym przedszkolu. Foto: Piotr Durak


Dziś maski leżą wszędzie, zmieszane z dziecięcymi zabawkami, z rdzewiejącymi samochodzikami, z próchniejącymi klockami, z lalkami pozbawionymi przez czas oczu, porośniętymi mchem. Dziecięce łóżeczka, pokryte spleśniałymi materacami, obok tablica i blaty małych stoliczków, na blatach tylko gruba warstwa kurzu, zeszyty z pierwszymi próbami stawianych liter… Nie mniej przerażająca jest szkoła, w której pozostało wszystko: ławki, pomoce naukowe, tablice, pokryte dziś rdzą — na niektórych z nich można jeszcze odczytać zapis ostatniej lekcji. Szkolna biblioteka w prypeckim liceum nr 3 i znowu to przygnębiające uczucie, książki ustępujące pod naciskiem buta. Na ścianach wiszące resztki gablot z gazetkami szkolnymi — króluje postać Lenina: Lenin z dziećmi w ogródku, Lenin rozmawiający z pracownikami huty, Lenin na tle wiwatujących tłumów…
Budynek basenu pozbawiony szyb, niecka, w której od lat nie ma wody, w której już nikt nie będzie brał lekcji pływania. Na dnie potrzaskane płytki, zeszłoroczne liście, szkło, śmieci, płetwy pływackie…

Wspinam się na dach 16-to piętrowego wieżowca, na skraju miasta, by z góry ogarnąć całą okolicę. Schody grożą miejscami zawaleniem,

obchodzę bokiem leżące w przejściu fragmenty mebli, krzeseł, przechodzę przez szkielet porzuconego pianina. Zwiedzam kilka opuszczonych mieszkań. Każde to inna historia, tragedia jednej rodziny. Tapety odchodzące ze ścian, połamane meble, zdekompletowane pralki i kuchenki gazowe. Gdzieniegdzie w szafach pozostałości ubrań, na łóżkach pierzyny, w łazienkach, zwykle pozbawionych kafelków, wanny, muszle klozetowe, z sufitów zwisają pozbawione żarówek lampy. Farba, spękana, łuszcząca się ze ścian i wszechobecny, dwudziestotrzyletni kurz. W Prypeci żaden dom, żadne mieszkanie nie stanowi tajemnicy. Wszystkie drzwi są otwarte ze względów bezpieczeństwa, wszędzie można wejść. Wyobraźnia pracuje na zwiększonych obrotach.

Widok z dachu wieżowca przeraża. W tle elektrownia atomowa, a pode mną setki domów, tysiące mieszkań, na zawsze pustych, w każdym pozostawiony fragment czyjegoś życia. I cisza, przerażająca cisza. Ktoś obliczył, że za 200 lat miasto zawali się samo…
Na koniec wędruję w stronę dawnego „Wesołego miasteczka”. To symboliczne miejsce. Park rozrywki miał zostać otwarty pierwszego maja. Zmontowano przywiezioną prosto z Kijowa karuzelę, diabelski młyn, tor z elektrycznymi samochodzikami. Nigdy jednak nie usłyszano tu śmiechu dzieci, nigdy nie zagrała tu muzyka, karuzela nigdy nie ruszyła. Dziś cała konstrukcja stoi mocno przerdzewiała, niekompletna. Żółte girlandy i zdobione kosze smętnie skrzypią na wietrze. Paradoksalnie to miejsce zabawy jest najniebezpieczniejszym punktem miasta. Ze względu na duże nagromadzenie metalu, dawka promieniowania jest tu kilkunastokrotnie wyższa niż gdzie indziej. Robię kilka zdjęć, odchodzę w stronę autokaru. Opis to tylko wyimek tego, co zobaczyłem. To, co zobaczyłem to tylko wyimek wielkiej całości. Trzeba będzie pomyśleć o powrocie… Czarnobyl nie był największą katastrofą przemysłową w dziejach.

Żadna jednak katastrofa nie miała takiego znaczenia psychologicznego. Energia atomowa, z którą wiązano ogromne nadzieje obróciła się przeciw jej twórcom. Podczas wybuchu reaktora zginęła jedna osoba, na pomniku ofiar Czarnobyla w Sławutyczu widnieje 30 nazwisk: pracowników elektrowni, strażaków, którzy zmarli w skutek napromieniowania w kolejnych dniach. Oficjalne informacje mówią o 59 zgonach. Nie podają wiadomości o 600 pilotach śmigłowców, którzy przyjęli na siebie potencjalnie śmiertelne dawki, kilkuset górnikach kopiących tunel pod ruinami reaktora, wreszcie o 500 tyś armii likwidatorów skutków katastrofy, młodych mężczyznach, których wielu zmarło nie dożywszy 40 lat. Dokładnej liczby ofiar nie poznamy nigdy, trudno bowiem ocenić, czy choroby, na które ludzie zapadali, były bezpośrednim skutkiem Czarnobyla. Ze skażonej strefy wysiedlono 350 tyś osób. Dziś tereny te w wielu miejscach spełniają normy dla ponownego zasiedlenia, nikt jednak nie wraca. Budynki od dawna nie nadają się do zamieszkania, infrastruktura drogowa jest w ruinie, żaden przemysł nie istnieje. Jedynie zwierzęta i rośliny mają się tu dobrze, wszystko kwitnie, owocuje ponad normę, populacja zajęcy, saren i wilków zwiększyła się kilkunastokrotnie.

Czarnobyl. Kwiecień. 2009
……………………………………………………….
Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły”. W roku 2007 otrzymał nagrodę równorzędną za najciekawszy debiut podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.
Foto: Piotr Durak
21.09.2013. Rzeszów

Dozymetr budzi się powoli. Dawka promieniowania rośnie. PIOTR DURAK „Wymarłe miasto”
6 votes, 4.33 avg. rating (87% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.
[2] Komentarze

Co o tym sądzisz?