Dziennikarz, prozaik, podróżnik i eksplorator. Piotr Durak to człowiek, który na pontonie przepłynął wszystkie największe rzeki w Polsce. Od lat dokumentuje popadające w ruinę zabytki architektury sakralnej i bada miejsca opuszczone przez człowieka — głównie stare kopalnie. Autor trzech powieści i dwóch tomików wierszy. Dzisiaj w szczerej rozmowie o życiu, wolności i adrenalinie.
[Foto: Piotr Durak źródło: archiwum autora]


Portal Eprawda.pl: Co odpowiadasz, gdy ktoś Cię pyta: „Czym się zajmujesz?”

Zwykle, gdy ktoś tak pyta, chodzi o pracę zawodową. Obecnie jestem dziennikarzem w Tygodniku Regionalnym „Korso” w Mielcu. Zajmuję się tam głównie reportażem i informacjami z pięciu gmin powiatu mieleckiego. Z wykształcenia zaś jestem nauczycielem języka polskiego, kilka lat uczyłem w różnych szkołach. Inną kwestią jest, czym zajmuję się po pracy lub obok pracy… Tych tematów trochę uzbierałoby się. W tej chwili pracuję nad swoją piątą z kolei książką, często jestem też w podróży, jak nie na wodzie, to na wschód lub południe od Polski. Odwiedzam miejsca opuszczone przez człowieka, zamknięte fabryki, kopalnie, popadające w ruinę kościoły i cerkwie bez wiernych. Z tego przygotowuję wystawy, albumy i prezentacje.

Mieszkasz w Mielcu od urodzenia? Jakie jest to miasto?

Bardzo specyficzne. To miasto, które odniosło ogromny sukces w latach 70. XX wieku. Było wówczas rajem dla ludzi, rozwijał się prężnie Zakład Lotniczy, produkowano wiele typów samolotów, drużyna Stal Mielec była dwukrotnym mistrzem Polski, w mieście kwitły kultura i sztuka, zjeżdżano tutaj z całej Polski. W latach 90. nastąpił krach, wszystko zaczęło się sypać, począwszy od fabryki, która upadła, by dostać się w prywatne ręce. Ogólny nastrój przygnębienia, tysiące ludzi bez pracy, poszukujących swojej drogi, mnóstwo upadających pustostanów — to obrazki, które mam w oczach z dzieciństwa. Bardzo dużo czasu spędzaliśmy wtedy nad rzeką Wisłoką, z przyjaciółmi, na wagarach, kontemplując nieco ponurą rzeczywistość upadłego miasta. Dziś Mielec stanął mocno na nogi — ale jest jakby ciągle rozdarty między swoją komunistyczną, barwną historią, a współczesnością. Utworzona tu Specjalna Strefa Ekonomiczna uratowała ludzi od bezrobocia. Bo to miasto typowo przemysłowe. O ile ludzie o specjalnościach technicznych, mechanicznych, inżynierowie produkcji, mogą tutaj się odnaleźć, o tyle humaniści, ludzie kultury, niespecjalnie mają tu czego szukać. Typowe miasto, które rozwinęło się przy wielkiej fabryce i które dziś ciągle poszukuje własnej tożsamości. Podobnie zresztą jak pobliski Tarnobrzeg, Dębica czy Stalowa Wola.

Czy praca nauczyciela sprawiała Ci satysfakcję? Wiele się słyszy negatywnych opinii na temat współczesnej młodzieży.

Praca nauczyciela bardzo mi odpowiadała. Nie jestem człowiekiem, dla którego pieniądz jest celem, może być ewentualnie środkiem do jakichś celów, ale myślę, że moje potrzeby nie są wygórowane, więc i zarobki w tym zawodzie były dla mnie adekwatne do wykonywanej pracy. Traktowałem to trochę jak misję, chciałem zarażać tę młodzież miłością do literatury, kultury, sztuki, do poezji. Nie bałem się im czytać wierszy z perspektywy sufitu, stojąc na stole i mówiąc, że próbuję się wzbić na poziom danego utworu.

Edward Stachura w Ciechocinku w 1970 r. Foto: Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.

Edward Stachura w Ciechocinku w 1970 r. Foto: Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza


Albo krzyczeć, czy w końcu odgrywać omdlenie, interpretując „Wielką Improwizację” z III cz. Dziadów, wreszcie grać na gitarze twórczość Kaczmarskiego czy Stachury, w nawiązaniach do innych tekstów czy wydarzeń. Dobry nauczyciel, a zwłaszcza polonista, nie może bać się być trochę aktorem, bać się śmieszności, czy trudnych zagadnień i pytań. I dawało mi ogromną satysfakcję obserwowanie, że moje metody przynoszą skutek, że uczniowie, nawet bezwolnie, nie przykładając się, coś zapamiętali, wynieśli. Zawsze im mówiłem, że w swoim życiu mogą być, kim chcą. Ale zanim będą lekarzami, prawnikami, mechanikami, fryzjerami czy biznesmenami, są przede wszystkim Polakami. I powinni znać swoją historię, tradycję, kulturę – to podstawa, na której dopiero mogą coś więcej nadbudować.

Jak na Twoje metody wychowawcze reagowała dyrekcja szkoły?

Byłem na ciągłych zastępstwach, i w pewnym momencie, gdy już miała wrócić po urlopie zastępowana przeze mnie polonistka, chcąc mnie nieco przygasić, zniechęcić (a może sprawdzić?), dostawałem najtrudniejsze klasy gimnazjum. Ale i tu jakoś umiałem dogadać się z tymi dziećmi, nie narzekałem. Tam, gdzie inni widzieli problemy, ja widziałem wyzwania. Myślę, że o ile nasz system edukacji zbrodniczo wręcz ogłupia młodzież, rokrocznie zaniżając wymagania w myśl prostej zasady:

po co nam wykształcone społeczeństwo — takim przecież trudniej manipulować!

— to jednak nie ma specjalnie trudnej młodzieży. Są za to, i to niestety w większości, źli nauczyciele, którzy minęli się z powołaniem, którzy nie czują tego zawodu, ale dostali pracę często po znajomości, bo byli dziećmi dyrektorów, innych nauczycieli itp. Szkoły to instytucje bardzo „rodzinne”: matka przekazuje swój etat córce, mąż wciąga żonę, ta swoją siostrę, z przeświadczeniem, że to lekka praca — po 4-5 godzin dziennie, wolne weekendy, święta, wakacje itp. I siedzą tacy na stanowiskach, którzy by się świetnie nadawali do fabryki, dokręcać śrubki, na farmę kury macać, ale od kształtowania młodych umysłów powinni się trzymać z daleka. Ilu znam polonistów, na których lekcjach rzygać się chce z nudów, którzy czytają z kartki i dyktują stetryczałym głosem to samo od 30 lat… Ilu dzieciaków wychodzi z takich lekcji z przeświadczeniem, że czytanie jakiejkolwiek książki jest bez sensu. Niestety, cała moja praca w szkołach była obciążona widmem świadomości, że pracuję na zastępstwo. Że jestem tu na chwilę, bo wróci pani polonistka po macierzyńskim i będę musiał odejść, cokolwiek bym nie zrobił. Tak było trzykrotnie. Mimo że moi uczniowie mieli najlepsze wyniki, że pisali o pozostawienie mnie w szkole petycje do dyrektorów, protestowali, trzykrotnie po przyzwyczajeniu się do nich, żegnałem ich. To było smutne. A potem nie znalazło się nigdzie nawet paru godzin zastępstwa, wróciłem do czegoś, co zawsze dobrze mi szło — do dziennikarstwa.
 
„Nasz system edukacji zbrodniczo wręcz ogłupia młodzież” — nie spodziewałem się po Tobie takiej odpowiedzi. Do tej pory takie opinie padały z ust „antysystemowców” i nie były traktowane poważnie przez normalnych ludzi. To nie brzmi optymistycznie. To brzmi jak ostrzeżenie.

A kim według Twojej definicji jest ten „normalny człowiek”? Czy człowiekiem, który ślepo wierzy i ufa, że tak jak jest, jest dobrze i najlepiej na świecie, bo tak mu powiedziano w telewizji, w mediach? Jesteśmy ciekawym krajem, w którym media zamiast krytycznie oceniać władzę, służą władzy i mówią to, co dla danej władzy jest korzystne. Wydaje mi się, że taki „normalny człowiek” w związku z tym po prostu nie dostrzega, jak z systemem edukacji w Polsce jest źle. Mówię na przykładzie języka polskiego i historii, bo na tym się znam i wiem, jak na przestrzeni ostatnich piętnastu lat zmieniały się programy nauczania tych przedmiotów. Z roku na rok zmniejszanie ilości godzin, zmniejszanie ilości lektur szkolnych w szkołach, w myśl zasad, że „na co młodzieży ten polski, lepiej niech zdobędą praktyczne umiejętności”, „przecież oni i tak tych książek nie czytają” itp. Z lektur, które czytałem w czteroletnim liceum jako uczeń, obecnie została 1/3 — a i to jest omawiane we fragmentach, bez czasu poświęconego na zarysowanie tła historycznego, mentalności ludzi, którzy tworzyli w tamtych czasach. A po co nam to? A choćby po to, że mając wiedzę o tym, jak było kiedyś, jak ludzie myśleli, jakimi zasadami się kierowali, możemy sobie wyrobić opinię o naszych czasach — własne poglądy. A władza tego nie chce. Każda władza chciałaby mieć społeczeństwo „funkcjonalnych analfabetów”, którzy by pięknie umieli przykręcać śrubki w fabrykach za najniższą stawkę i nie podnosili głów do góry. Tacy, którzy ślepo uwierzą w każdą obietnicę i oddadzą głos na władzę. Znajomość literatury, kultury i historii jest tutaj niewskazana, wręcz szkodliwa. Takie rozleniwienie, rozmemłanie społeczeństwa bardzo łatwo osiągnąć.

Jak już wspomniałem, nauczyciele w sporej części są do d… Tak stworzył ich system i przywileje. Karta Nauczyciela spowodowała to, że belfra z odpowiednim stażem, choćby naprawdę był człowiekiem tępym, bez powołania i wyników, z pracy zwolnić nie można. Ci belfrowie w sporej części zniechęcają młodzież do nauki samą swoją postawą. Do tego dochodzi technologia, która w założeniach ma człowiekowi służyć — w praktyce zaś służy, ale i obezwładnia. Młody człowiek ma dziesiątki ważniejszych i „ciekawszych” zajęć niż nauka: są gry komputerowe, telewizja, fejsbuk, smartfony, galerie handlowe itp. Młodzież staje się leniwa, zniechęcona do czytania, do pracy nad sobą, chciałaby za to mieć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem. No i tu, zamiast z tym lenistwem walczyć, nasza władza chętnie się na to godzi — skoro i tak nie czytają lektur — ograniczmy lektury do minimum, skoro nie lubią historii i mówią „po co nam to” — ograniczmy tę zbędną historię, bo może faktycznie niepotrzebna. Skoro coraz gorzej radzą sobie na egzaminach, systematycznie obniżajmy poziom egzaminów. Trzeba być ślepym, żeby tego nie widzieć. Biorę do ręki maturę z 1998 i z 2015 roku i widać to gołym okiem. Orłem z matmy nie byłem, nie miałem z tym przedmiotem do czynienia od wielu lat, a współczesną maturę rozwiązałem na 70%. Zrobiłem też eksperyment: dałem egzamin maturalny z 1998 roku tegorocznemu maturzyście. Z pięciu zadań rozumiał dwa, ale zrobiłby jedno. Gdyby dać do napisania maturę z polskiego z końca lat 90. dzisiejszym uczniom i zastosować system oceniania z tamtych lat (każdy błąd ort. obniżał ocenę o stopień, brak trzech przecinków liczono jak jeden ort.) przypuszczam, że mielibyśmy ok. 75% matur z polskiego niezdanych. Już nie wspominając o tym, że większość nie potrafiłaby stworzyć takiego przekrojowego eseju, jaki wówczas był wymagany. To byłaby rzeź. Ktoś powie: dzisiejsze czasy wymagają od ludzi innych umiejętności niż kiedyś. Tyle, że ja uważam, że te inne umiejętności swoją drogą — a świadomość tego kim jesteśmy, znajomość swojej historii, umiejętność wyciągania wniosków i jasność wypowiadania ich, w mowie i w piśmie — to jest podstawa.

Wydaje mi się, że polska szkoła to zwykła, prymitywna tresura. Gdy ja chodziłem do szkoły w latach 80-tych tak właśnie było. Z tego, co mówisz, wynika, że niewiele zmieniło się na lepsze. Czy pomimo tego co powiedziałeś, wróciłbyś do tego zawodu? Co jest ciekawsze: praca nauczyciela czy dziennikarza?

Oczywiście, że tresura — nauka rozwiązywania testów i fabryka funkcjonalnych analfabetów, którzy mają później pracować, konsumować i głosować, a nie myśleć. W pewnym stopniu zawsze tak było — ilustrowali to już Pink Floydzi w świetnym filmie The Wall i w teledysku do przeboju Another brick in the wall. Jako dziecko bałem się tych maszerujących młotków w teledysku. To, co było łatwe do zaobserwowania w Stanach już w latach 70., teraz jest wyraźne u nas. Mówię nienajgorzej po angielsku i przebywając w Chicago, rozmawiałem z wieloma Amerykanami. Gdy mówiłem im, że jestem z Polski, najczęstszą ich reakcją było pytanie: „Polska? W którym to leży stanie?” Tak samo będzie u nas. Młodzi Polacy wiedzą może sporo o starożytnym Egipcie (bo powtarzają to w podstawówce, w gimnazjum i w liceum), znają datę bitwy pod Grunwaldem, ale niewiele potrafią powiedzieć o zaborach, jeszcze mniej o I i II wojnie światowej, a o czasach komunizmu nie wiedzą nic.

Okładka albumy DVD "The Wall" grupy Pink Floyd.

Okładka albumy DVD „The Wall” grupy Pink Floyd


Gdyż zwykle nauczyciele nie dojdą do tego momentu realizując program, a jeśli nawet, to jest już wtedy lato i inne rozrywki na świecie. Pomimo tego, jednak wróciłbym do nauczania, choć przysiągłem sobie, że już nie „na zastępstwo”. Za bardzo przyzwyczajam się do miejsc i ludzi. Jako nauczyciel miałem świadomość jakiejś misji, że przynajmniej w tych kilkunastu czy kilkudziesięciu młodych ludziach mogę coś obudzić, zaciekawić literaturą czy poezją. Miałem z tego mnóstwo satysfakcji. Jako nauczyciel miałem też, nie ukrywam, znacznie więcej czasu dla moich bliskich oraz na realizację swoich pozazawodowych pasji: pisania, wielodniowych spływów pontonem, chodzenia po górach i pod górami, odkrywania opuszczonych kopalni…

Nikt też nie straszył mnie co chwila sądem, jak to się zdarza w pracy dziennikarskiej.

Praca dziennikarza na pewno jest ciekawa, bo każdy dzień przynosi w niej coś nowego, odmiennego. Poznaje się mnóstwo inspirujących ludzi i ich historie. Czasem denerwuje jednak konieczność ciągłej mobilizacji i skupiania się na wielu sprawach jednocześnie. Bo nauczycielem się bywa. W szkole. Potem wychodzi się ze szkoły i jest się ojcem, mężem, kimkolwiek. A dziennikarzem jest się 24 godziny na dobę. Wyjście z redakcji nic nie zmienia. Nie ma dwumiesięcznych wakacji, niewiele jest wolnych weekendów. Wiele moich spraw pozazawodowych na tym cierpi, ale jednocześnie też rozwijam się w trochę innym kierunku. Trudno porównywać te dwa zawody.

Kto Cię straszy sądem?

Różnie to bywa. Staram się nie unikać tematów trudnych, związanych z przekrętami niektórych firm czy przedsiębiorców. Jestem trochę takim dziennikarzem śledczym i nie każdemu podoba się to, że chcę go opisać. Miałem całkiem sporo takich przypadków. Myślę, że groźby typu „spotkamy się w sądzie” itp. są trochę wliczone w ten zawód. O szczegółach nie chciałbym się rozgadywać, bo są to wewnętrzne sprawy gazety, w której pracuję. Każdy dziennikarz powinien być zaznajomiony z prawem prasowym i nie bać się — kiedy trzeba — walczyć w sądzie o swoje racje, o wolność wypowiedzi. Sąd, to jak wiadomo, niemiła instytucja, ale też jest dla ludzi… Zresztą, zwykle na straszeniu sądem się kończy, bo staram się pisać uważnie, zgodnie z zasadami prawa prasowego i z poszanowaniem praw własności intelektualnej. To stresujące, ale jest jak burza, która przechodzi.

Czy media (a w szczególności prasa) są w naszym kraju wolne i niezależne?

Z tym niestety jako Polska mamy spore kłopoty. Trochę to nie dziwi w kraju, który sam — tak uważam — nie jest w pełni wolny i niezależny, a jego suwerenność ogranicza szereg międzynarodowych umów. O mediach zawsze mówiło się „czwarta władza” — jest to instytucja, która w teorii ma rządzących krajem pilnować i piętnować ich nadużycia. Tymczasem w Polsce mamy sytuację, w której media nie pilnują władzy, ale jej służą. Bardzo tu widoczny jest podział naszego kraju na środowiska liberalne, prozachodnie i konserwatywnych patriotów. Staram się utrzymywać złoty środek i balansować między jednymi a drugimi, ale wydaje mi się, że w pewnym momencie każdy dziennikarz musi bardziej przechylić się na którąś ze stron. Inaczej będzie stale na marginesie. Wystarczy poczytać, jak jest przedstawiane jedno i to samo wydarzenie przez różne media. Co jest akcentowane i ile miejsca na co się poświęca. Bardzo łatwo jest doświadczonemu dziennikarzowi skonstruować artykuł, który dla czytelnika będzie pozornie rzetelny i obustronny, a tak naprawdę sympatia po jego lekturze będzie zdecydowanie – jednostronna. Przykładem są niemal wszystkie teksty „Gazety Wyborczej”. Komentarze po ostatnich wynikach wyborów parlamentarnych, czy podaniu składu nowego rządu PiS — 90% artykułu to straszenie PiSem i wytykanie im błędów sprzed lat, przytaczanie kontrowersyjnych wypowiedzi itp. — zaś 10% może poświęcone jest porażce Platformy, gdzie pada jedno zdanie o degeneracji niektórych członków tej partii, bez wyjaśnienia ani rozwinięcia myśli. Czytelnik odbiera to tak, że owszem, artykuł jest rzetelny, bo mówi źle o obu tych ugrupowaniach, ale uważny czytelnik od razu widzi, kto tu jest zły, a kto dobry, kto gdzieś tam przypadkowo i niewinnie się zdegenerował i nie dostał (biedaczek!) kolejnej szansy, a kogo naprawdę mamy się bać.

Oczywiście w drugą stronę też to działa. Poza tym media są własnością prywatną, znajdują się w rękach naprawdę różnych ludzi. Za większością polskich tytułów prasowych kryją się zagraniczne, zachodnie korporacje, które też mają swoje cele w Polsce i realizują je pod przykrywką „niezależnych mediów”. Człowiek z natury swej jest ułomny, przekupny. Niewielu jest dziennikarzy, którzy pozostają pośrodku, bo jak już wspomniałem, żeby coś osiągnąć w tym zawodzie, trzeba opowiedzieć się po którejś ze stron. Ba, dodam, że stron stworzonych nieco sztucznie… Mam dobry kontakt z kilkoma posłami i wiem, że dla polityków taki podział polskiego społeczeństwa i mediów jest bardzo wygodny — pozwala dwóm medialnie skłóconym i walczącym partiom utrzymywać się u władzy przez wiele, wiele lat. Kłótnie i przepychanki, które obserwujemy w mediach, są nam serwowane często na pokaz, żeby wbić odbiorcy do głowy, że w polityce zachodzi jakaś wielka walka dobra ze złem, jak w Biblii lub w klasycznych westernach. Tymczasem często zdarza się tak, że ci politycy, którzy urągają sobie wzajemnie przed kamerami, po wszystkim idą wspólnie na wódkę lub dobrą kolację z pieniędzy podatników.

O polskiej polityce można by rozmawiać całą noc, ale wątpię, czy warto. Dlatego porozmawiajmy o przygodzie i adrenalinie. Skąd Twoje zainteresowanie miejscami opuszczonymi przez człowieka?

Temat-rzeka [śmiech — przyp.red]. Około osiem lat temu bardzo zainteresowałem się odwiedzaniem miejsc opuszczonych przez człowieka. Teraz nazywa się to „urban exploration”. Bardzo dużo podróżowałem do miejsc, które kiedyś tętniły życiem i pracą ludzi — do ruin fabryk, do opuszczonych miast. Odwiedziłem m.in. Prypeć — miasto opuszczone po katastrofie w Czarnobylu. Potrzebowałem chyba pewnego wstrząsu po tym, jak moja ostatnia książka nie odniosła spodziewanego sukcesu, przeżywałem też mocno pewne rozstanie. Chodząc po Prypeci natrafiłem na opuszczoną bibliotekę. Tysiące książek zgniłych od wilgoci leżało na ziemi, chodziłem po nich, bo inaczej przejść się nie dało, a były tam nie tylko dzieła Lenina, ale i Puszkin, Tołstoj, Dostojewski, Jesienin, Błok… Chodziłem po tych dziełach i rozmyślałem o tym, jak krucha i niepewna swej przyszłości jest myśl ludzka.

Opuszczona biblioteka w mieście Prypeć niedaleko elektrowni w Czarnobylu. 2007 r.

Opuszczona biblioteka w mieście Prypeć niedaleko elektrowni w Czarnobylu. 2007 r. Foto: Piotr Durak


I jak łatwo sztuka przegrywa z technologią, wrażliwość z pogonią za pieniądzem i co tak naprawdę po nas zostaje. Początkowo traktowałem te wyjazdy do miejsc opuszczonych i zrujnowanych jako inspiracje do kolejnych książek, reportaży, opowiadań, znacznie później zacząłem robić zdjęcia i… trochę uzależniłem się od takich miejsc i wyjazdów. Za każdym razem dotykam historii i obecności ludzi, którzy stamtąd odeszli, wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach i mocno przeżywam w głowie wyimaginowane historie tych, którzy być może przede mną dotykali tych samych ścian i sprzętów… Przez osiem lat odwiedziłem kilkaset takich obiektów, wśród nich głównie opuszczone kopalnie i podziemia.

Dlaczego interesują Cię opuszczone kopalnie i różnego rodzaju podziemia? Wchodzisz tam, fotografujesz, narażasz się na niebezpieczeństwo. Co tam jest ciekawego?

To najtrudniejszy odłam eksploracji. Zainteresowanie nimi zawdzięczam Marcinowi Hasiakowi — rzeszowskiemu eksploratorowi, prowadzącemu stronę Zrujnowane.cba.pl. To Marcin jakby wprowadził mnie w ten świat. Opuszczone kopalnie to miejsca, w których z pewnością większość ludzi nie chciałaby się znaleźć. Napawają lękiem i słusznie, bo bywają śmiertelnie niebezpieczne. Z tego względu wymagają od eksploratora odpowiedniej psychiki i dużej pokory. Samo odszukanie zapomnianej dziury w ziemi bywa wielką przygodą. To porównywanie starych map górniczych z nowymi mapami, namierzanie, nieraz odkopywanie. Wreszcie wejście, które czasem wymaga użycia specjalistycznych technik. I pobyt w środku. Każdy krok musi być przemyślany, zdarzają się ukryte dziury, zalane studzienki, szyby, sufit grożący zawaleniem od samego echa kroków, wreszcie miejsca, gdzie gromadzi się niebezpieczny gaz, metan, tlenek węgla, siarkowodór… Nie trzeba mówić, że

we wszystkich tych miejscach znajdujemy się nielegalnie

i w przypadku, gdyby cokolwiek komuś się stało, prawdopodobnie nie byłoby nawet szans na ratunek, bo służby ratunkowe mogłyby odmówić akcji w obawie o życie ratowników. Oczywiście nie wszędzie występują na raz te zagrożenia i każda kopalnia jest inna. Jednak gdy przezwycięży się swój strach, można zobaczyć rzeczy, o jakich wielu ludziom nawet się nie śniło. Sama świadomość, że często znajdujemy się w miejscu, gdzie od kilkudziesięciu lat nie było żadnego człowieka, że ludzie wydarli z ziemi nieraz niesamowite wielkie królestwa, komory, korytarze. Patetyczne, ogromne piękno, mnóstwo kolorów, które odsłaniają się przed oczami odpowiednio oświetlone latarkami, porzucony sprzęt górniczy, przerdzewiały i martwy, a w nim zaklęta historia ciężkiej ludzkiej pracy. Oprócz tego ogromna dawka adrenaliny… No i last but not the least: kwestia psychologiczna. To jest zupełne odcięcie się od świata zewnętrznego i wszelkich jego problemów. Te zostają definitywnie na powierzchni i pod ziemią nie ma na nie czasu. Dwa dni podziemnej eksploracji to całkowity reset dla mózgu. Wraca się stamtąd jak z innego całkiem świata i to jest chyba najważniejsze. Resztę widać na zdjęciach…

No właśnie — zdjęcia. Są groźne, nietypowe, z innego świata…

W podziemiach przeszedłem samodzielny kurs robienia zdjęć, w miejscu gdzie nie ma żadnego źródła światła poza latarką, gdzie każdy ruch tej latarki powoduje inny efekt świetlny… Nazywamy to „malowanie światłem”. Ustawia się aparat na statywie, przymyka przysłonę i przez długi czas naświetlania wydobywa się z ciemności barwy, kształty… Będę nieskromny, ale zdjęcia które wynoszę spod ziemi, śmiało można powiedzieć, są jedynymi takimi na świecie. Nie ma identycznych. Czego nie można już powiedzieć o zdjęciach naziemnych ruin, opuszczonych kościołów czy pałaców – miejsc, gdzie może dotrzeć prawie każdy. To także jakaś satysfakcja, choć w porównaniu do adrenaliny i tego, co się widzi na żywo, mało istotna sprawa.

Która z tych kopalń wywiera największe wrażenie?

Każda jest inna. W jednej, sprzed dwóch wieków, znajdziemy bardzo stare artefakty i wielobarwne nacieki rodem z najpiękniejszych jaskiń, w innej, nowszej — można odnaleźć cały sprzęt górniczy zamurowany przed kilkunastu laty bezpowrotnie, kiedy kopalnia ogłosiła upadłość. Byłem w opuszczonej podziemnej fabryce silników do czołgów w Czechach, gdzie zachowały się narzędzia i rzeczy osobiste pracujących tam podczas II wojny światowej żydowskich więźniów, byłem w kopalni fosforytów, gdzie spoczywają do dzisiaj szczątki dinozaurów… Nie mogę tu konkretnie wymienić, która z kopalń robi największe wrażenie, tzn. podać nazwy, czy przybliżonej lokalizacji, bo jak wspomniałem, wszystkie te wejścia odbywały się w sposób nielegalny. Jednak za jedne z najciekawszych mogę uznać kopalnie rudy złota i miedzi w Rumunii.

Opuszczona kopalnia rudy miedzi złota. Rumunia. 2013 r.

Opuszczona kopalnia rudy miedzi złota. Rumunia. 2013 r. Foto: Piotr Durak


Nigdzie wcześniej nie spotkałem tylu kolorów pod ziemią i tak wielkiej różnorodności sprzętu górniczego, pożeranego przez siły przyrody. Ogólnie, żeby zobaczyć coś naprawdę wielkiego i imponującego w temacie podziemi, trzeba jednak wyjechać z Polski, na południe, ot choćby na pobliską Słowację. W Polsce też nie brakuje ciekawych dziur, ale to trochę nie ta skala.

Jakiego używasz sprzętu? Miałeś taki moment, że było niebezpiecznie?

Jeśli chodzi o sprzęt, to nie można obyć się bez dobrego oświetlenia i zapasu akumulatorków. Stosuję dobrą czołówkę Fenix HP30, poza tym mam w kieszeni drugą mocną latarkę, oczywiście sprzęt wodoodporny, bo czasami mocno leje się na głowę. Poza tym odzież — to przede wszystkim wodery. Typowe, wędkarskie, gumowe spodnie, sięgające powyżej pasa. Czasami zdarza się brodzić w wodzie głębokiej do ok. 1,2 metra, w zalanych partiach korytarzy. Czasami przydają się liny i sprzęt wspinaczkowy, z uprzężą i całym oprzyrządowaniem, wodoodporna kurtka, solidna, by się nie podarła o skały. Przydaje się także miernik poziomu tlenu, a już najlepszy byłby taki alarmujący o stężeniu niebezpiecznych gazów, ale to jest drogi sprzęt i nie posiadam takowego. Jeśli chodzi o łączność to pod ziemią nie ma jej wcale, koniec zasięgu tel. itp. Trzeba się z tym oswoić. Wchodząc do opuszczonej kopalni, musimy mieć odpowiednio nastrojoną psychikę. Zbyt słaba sprawi, że nie wejdziemy wcale, albo wystraszymy się po kilkunastu metrach. Zbyt silna sprawić może, że nie wyjdziemy z powrotem na powierzchnię. Tu nie można „chojrakować” — są miejsca, po których po prostu nie da się przejść i trzeba to zaakceptować. Jesteśmy w środowisku wrogim dla człowieka, nienaturalnym. Te korytarze i komory człowiek wydarł ziemi, a ziemia ma to do siebie, że prędzej czy później odbiera, co swoje. Każda opuszczona kopalnia kiedyś się zawali — to tylko kwestia czasu. Nigdy nie wchodzimy w takie miejsca samotnie. Oczywiście zdarzały się sytuacje zagubienia drogi w labiryncie podziemnych tuneli, ale zawsze gdzieś się wyjdzie i znajdzie powrotną drogę, przecież nie ma innego wyjścia. Zdarzały się sytuacje obruszeń sklepienia, gdy sufit zawalił się nieopodal. W opuszczonej kopalni magnezytu na Słowacji są miejsca, gdzie ciśnienie górotworu tak zgniotło stalowe obudowy, że z szerokiego na cztery metry korytarza, pozostał kilkucentymetrowy przesmyk. Przeciskaliśmy się tamtędy górą, ponad zawaliskami i wręcz słychać było skrzypienie stalowych belek, które choć miały grubość ludzkiej nogi, łamały się pod ciężarem skał jak zapałki. Dlatego też nikomu, kogo osobiście nie znam, nie udzielam odpowiedzi na liczne pytania: gdzie jest to miejsce.

Co myślisz o słynnej sprawie „złotego pociągu” z okolic Wałbrzycha? Mam na myśli to, czy w Polsce są jeszcze jakieś nieodkryte skarby np. z czasów II wojny światowej. Na świecie wydobywanie z oceanu wraków ze złotem to wielki biznes, a w Polsce?

Złoty pociąg to piękna legenda i wierzę, że może być w niej coś z prawdy. Są miejsca, do których można dotrzeć tylko dzisiaj, przy najnowszych zdobyczach techniki, jak chociażby sondy głębinowe czy georadary. Wiele skarbów dziedzictwa kultury wciąż ma status zaginionych i oczywiście możliwe, że znajdują się w tajnych zbiorach różnych przodków zbrodniarzy wojennych itp., ale mogą też pozostawać ukryte. Niemcy byli specjalistami w zacieraniu śladów. W Czechach byłem świadkiem docierania współczesnych eksploratorów do części podziemnego kompleksu Richard. Mówili, że za kilkoma ścianami znajdowała się podobno ukryta cała dokumentacja tajnej niemieckiej fabryki. Więc nie wykluczam niczego. Ale to, co się stało w Wałbrzychu i okolicach po ogłoszeniu, że może tam być złoty pociąg, to odrobinę nie moja bajka. Gorączka złota, najazd setek poszukiwaczy… Nie lubię pracować w takiej atmosferze,

nie lubię tłumów,

konkurencji i takiego wyścigu. Myślę, że Polska w niemal każdej dziedzinie goni światowe trendy, również w poszukiwaniu skarbów. Tyle, że jest to bardzo kosztowna „zabawa”. Sam sprzęt do poszukiwania to grube tysiące złotych, a jeślibyśmy mówili o eksploracjach głębinowych, to wręcz miliony. Na Zachodzie zajmują się tym bogacze-pasjonaci. W Polsce niewiele jest takich osób. Raczej mamy tu do czynienia z armią amatorów, z których każdy liczy na szybki zysk. Trzeba też pamiętać, że na Zachodzie (zwłaszcza w USA) obowiązuje inne, znacznie bardziej korzystne dla odkrywcy prawo. Tam na poszukiwaniu skarbów naprawdę można się wzbogacić, u nas, gdyby grać całkiem uczciwie, to trzeba by samodzielnie odnaleźć skarb wartości złotego pociągu, żeby odczuć znaczną poprawę statusu życiowego.

Porozmawiajmy o starych zabytkach, opuszczonych cerkwiach, kościołach, rozmaitych ruinach, które z wielką pasją odwiedzasz i dokumentujesz. Dlaczego?

Pochodzę z Podkarpacia, a to dość specyficzny region Polski. Kiedyś przed wojną stykały się tu trzy kultury, które żyły ze sobą w mniejszej lub większej zgodzie: Polacy, Żydzi, Ukraińcy. Mieliśmy na swoim terenie kościoły, cerkwie i synagogi, wszystko to sąsiadowało ze sobą. Wojna zaś obie te kultury, żydowską i ukraińską – prawosławną, zmiotła z powierzchni ziemi. Fala nienawiści, jaka przetoczyła się przez ludzi, pozostawiła za sobą ruiny i zgliszcza. Rzeź Wołyńska, masowe mordy Polaków w dawnym rejonie lwowskim czy tarnopolskim i będąca jakby ich konsekwencją Akcja Wisła (w dużym uproszczeniu oczywiście), spowodowały sytuację, w której na terenie Podkarpacia i Lubelszczyzny pozostały setki opuszczonych prawosławnych świątyń, cerkwi, z którymi do końca nie wiedziano co zrobić. Po wojnie stały one zupełnie opuszczone, bo ludzi, którzy się w nich modlili, zabrakło, a echa nienawiści do tych ludzi były jeszcze tak głośne, że cerkwie były traktowane wręcz wrogo, Polacy nie chcieli chodzić do poukraińskich cerkwi — nawet do tych, które zostały po wojnie uratowane, gdyż przemianowano je na polskie kościoły. Jak wspomniałem, było kilkaset takich cerkwi, z których większość spalono, zrównano z ziemią, rozebrano na materiał budowlany. Wyglądało to tak, że pod cerkiew podjeżdżały trzy ciągniki, każdy zaczepiał o jedną belkę rozporową i ruszały w przeciwnych stronach, rozdzierając ściany na części, a dach z kopułami sam zapadał się do środka. Potem przychodzili ludzie i zabierali z tych szczątków to, co każdemu się przydawało: blachy, deski, belki… Za późno się urodziłem, by udokumentować istnienie tych świątyń — w wielu przypadkach zrobiły to inne osoby. Ale w pewnym momencie, gdy włóczyłem się po miejscach opuszczonych przez człowieka, nie mogłem nie natrafić na będące w ruinie cerkwie. Gdy odwiedziłem trzy z nich na rowerze, tuż przed obroną pracy magisterskiej, zafascynowałem się tym tematem.

To bardzo ciekawe, ale jednocześnie smutne. Nie miałem pojęcia, że wiele cerkwi było świadomie niszczonych przez lokalnych mieszkańców. Religia prawosławna jest mniej autorytarna niż katolicka?

Religia prawosławna wydaje mi się być bardziej konserwatywna, znajdować się bliżej tradycji niż obecne chrześcijaństwo. Ludzie, którzy wznosili te cerkwie, często byli bardzo biedni, nie mieli nic, a mimo tego dzielili się wszystkim, pracowali społecznie przy budowach tych świątyń, spotykali się w nich, śpiewali, palili świece, kadzidła. Ci ludzie mieli łaskę wiary — taką, jakiej dziś się prawie nie spotyka. I po tym wszystkim zostały te ruiny, które promieniują dla mnie do dziś niesamowitą energią. Odnalazłem i udokumentowałem na zdjęciach pięćdziesiąt osiem opuszczonych i zapomnianych cerkwi. Wszystkie w Polsce, kilka na Ukrainie. W tych miejscach uczyłem się innej niż pod ziemią sztuki fotografii, wykorzystywania naturalnego światła, skupiania się na wymownych detalach. W cerkwiach, jakie odwiedzam, po wojnie były magazyny PGR, stajnie, kurniki, szalety publiczne. Są też takie, w których działał Kościół katolicki, ale z chwilą wybudowania nowego, większego budynku kościoła, dawną cerkiew porzucono. Jestem z religijnej rodziny i takie widoki były dla mnie wstrząsem. Nie chciałbym być jednak jednostronny… Po zmianie granic, na dzisiejszej Ukrainie również pozostało kilkaset polskich kościołów, które spotkał ten sam los — stopniowo przemieniły się w ruiny. Według dokumentacji sporządzonej przez ks. Adama Skowrę końcem XX wieku, sto siedemnaście niegdyś polskich świątyń na zachodniej Ukrainie to ruina, gdzie nie odprawia się liturgii. Obecnie chyba trochę mniej, bo część przestała istnieć, część zaś jest remontowana. Więc po odwiedzeniu wszystkich cerkwi w ruinie przyszedł czas na odwiedzenie tych kościołów na Ukrainie. Do tej pory widziałem ich zaledwie około dwudziestu, gdyż dotarcie do nich jest trudne i czasochłonne. Są rozrzucone na znacznie większym obszarze niż cerkwie w Polsce i dojazd do nich uniemożliwia skutecznie stan tamtejszych dróg. Bywało, że do wioski oddalonej o 30 km jechało się autem przez ponad trzy godziny. Ale powoli i nad tym pracuję.

Który z porzuconych kościołów jest najciekawszy

Najciekawsza jak dotąd wydała mi się chyba kolegiata w Ołyce — niegdyś najwspanialszy i największy polski kościół na Wołyniu, dziś ruina będąca w fatalnym stanie, ale ciągle tak wielka i majestatyczna… Podobne wrażenie wywiera kościół w Wyżnianach, 30 km za Lwowem – to najstarsza świątynia w tamtejszym rejonie, pochodzi z XV wieku. W Polsce z pewnością byłaby pod ścisłą ochroną, jest ruiną, co prawda przez ostatnie lata ten stan się zmienia.

Kolegiata w Ołyce. 2015 r. Foto: Piotr Durak.

Kolegiata w Ołyce. 2015 r. Foto: Piotr Durak


W międzyczasie trafiłem także na dolny Śląsk. Tam również, po zmianie granic i masowych przesiedleniach ludności niemieckiej na zachód, pozostały opuszczone kościoły ewangelickie. Do dziś jest tam kilkadziesiąt tych świątyń w ruinie, w tym uznawana za najpiękniejszą w Polsce ruina kościoła w Żeliszewie, do której zjeżdżali pasjonaci miejsc opuszczonych z całej Europy (miejsce obecnie w remoncie). Inną sytuację odkryłem w Czechach i w Niemczech, gdzie również jest dużo pustych i popadających w ruinę kościołów, ale to z innego powodu — ludzie po prostu odchodzą od wiary, coraz mniej jest osób praktykujących, coraz mniej księży i powołań. Odwiedzanie tych miejsc to przygody pełne refleksji i smutku, ale i nauka historii. Śledząc upadek wiary i to, co nienawiść może uczynić z ludźmi, zbieram siły i materiały do kolejnej książki.

Co należy zrobić, aby nie dopuścić do zniknięcia z powierzchni ziemi tych zabytków? Czy największą przeszkodą w ich renowacji jest brak funduszy?

Brak funduszy jak najbardziej przeszkadza, bo po prawdzie, jest całkiem spore grono osób, które chciałyby uratować te zabytki, ale nie ma na to pieniędzy. Co więcej, gdy mówimy o porzuconych cerkwiach, nie ma pieniędzy również na bieżące utrzymanie tych budynków — ich konserwacje, ogrzewanie, czy łatanie dachów. I też niespecjalnie ma się kto o to upomnieć. Bo dla kogo? Ukraińców, którzy modlili się w tej cerkwi już dawno nie ma. Oczywiście należy oddać sprawiedliwość tym ludziom i organizacjom, którzy w ostatnich latach przyczynili się do remontu tych miejsc. Od około dziesięciu lat dużo się dzieje w tym temacie, pisane są projekty do Unii Europejskiej o dofinansowania remontów, działają prężnie różne stowarzyszenia na tę rzecz, powoli odżywają cerkwie w Bystrem, w Nowym Bruśnie, w Narolu, w Kotowie, w Żernicy Wyżnej. Trzeba też przyznać, że całkiem sporo tych budowli, uznanych za najstarsze i najcenniejsze, ma swoich opiekunów, przeniesiono je do skansenów, zrekonstruowano. Można powiedzieć, że do lat 90. XX wieku w tym temacie było fatalnie. Cerkwie opuszczone i zrujnowane stały jak wyrzut sumienia, były regularnie dewastowane i niszczone, lub wykorzystywane w innych celach. Później, głównie przez brak funduszy, sytuacja była patowa, obecnie zaś temat nieco drgnął. W tym wypadku cieszy mnie fakt, że współczesne pokolenie nie jest już tak obciążone tą tragiczną pamięcią historyczną i traktuje te miejsca po prostu jako zabytki, które trzeba uratować.

Co myślisz o współczesnej kulturze materialnej w naszym kraju? O współczesnej architekturze? Jak oceniasz gust przeciętnego obywatela? Nie sugeruję, że ten gust jest zły, ale ciekawi mnie, jak Twoim zdaniem to, co teraz tworzymy, można porównać z tym, co budowano kilkadziesiąt lat temu.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie architektury, aczkolwiek jestem miłośnikiem budownictwa i wzornictwa przedwojennego. Podziwiam architektów i twórców secesji, klasycyzmu, baroku. Były to czasy, kiedy budynek i każda rzecz codziennego użytku miała być nie tylko użyteczna, ale i piękna. Potem odeszło się od tego, traktując płaskorzeźby na kamienicach, ozdobne murale czy plafony, a nawet zwykłe rzygacze na rynnach jako zbyteczne. Może i tak jest, ale przecież nie samym praktycyzmem żyje człowiek. Byłem ostatnio w opuszczonej cementowni pod Mediolanem. Budynek z XIX wieku, typowo przemysłowy, a jednak dziesiątki kolumn podtrzymujących strop w hali suszenia kątowników wystylizowano tam na wzór dorycki.

Opuszczona XIX wieczna cementowania pod Miedolanem. Foto: Piotr Durak.

Opuszczona XIX wieczna cementowania pod Miedolanem. Foto: Piotr Durak


Miały piękne żłobienia, zdobienia głowic… Cała hala przez to wyglądała bardziej jak w jakimś pałacu niż w cementowni. Miałem porównanie i pomyślałem sobie: „Gdzie coś takiego byłoby możliwe w czasach stalinizmu, gdy wznoszono polskie cementownie w Grodźcu, czy w Jaworznie-Szczakowej (obecnie też w ruinie)?” Bo potem przyszły czasy komunizmu, gdzie stawiano wielkie, przyciężkie gmaszyska, nie licząc się specjalnie z estetyką. Każda kultura zawiera w sobie doświadczenia kultur ją poprzedzających, współczesność nie jest od tego wolna. Z jednej strony mamy więc nastawienie na praktycyzm, z drugiej zaś próbę zrzucenia ciężkiej formy poprzez stosowanie dużej ilości szkła. Nowoczesne technologie sprawiają, że budynkom można nadać dowolny kształt i architekci korzystają z tego mocno. Do mnie jakoś te bryły nie przemawiają, brak mi w nich duszy, indywidualności. Większość budynków, choć oczywiście ładniejsza niż w socjalizmie, ma jeden główny cel — być praktyczna. Z racji innej swojej pasji, widzę to głównie na mostach. Niegdyś były to ogromne konstrukcje, kratownicowe, wiszące. Dziś w większości są to proste, stalowe belki pokryte asfaltem, łączące oba brzegi rzeki. Przepływając pod mostem sprzed wieku, jest co podziwiać. Most współczesny, mimo że dużo lżejszy i praktyczniejszy, jest przeważnie brzydki i nie robi wrażenia (choć oczywiście bywają wyjątki!). Tak więc odeszliśmy od estetyki na rzecz praktyczności. A ja zgadzam się tu całkowicie ze Zbigniewem Herbertem: „Estetyka może być pomocna w życiu. Nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”.

Powiedziałeś, że „przepływając pod mostem sprzed wieku, jest co podziwiać”. Jak to się stało, że zacząłeś pływać na pontonie po wielkich, polskich rzekach? Doszło do tego, że, jeśli mnie pamięć nie myli, „zdobyłeś” wszystkie największe rzeki w Polsce.
 
To było po studiach, kiedy miałem wakacje i zastanawiałem się, w jaki sposób mogę je spożytkować. Wiedziałem, że o pracę w zawodzie nauczyciela jest ciężko, więc to mogły być ostatnie wakacje mojego życia. Chciałem gdzieś pojechać rowerem, ale że rower towarzyszył mi od najmłodszych lat i objechałem już nim całą Polskę i parę ościennych krajów, stwierdziłem, że nie ma trasy, która mogłaby mnie usatysfakcjonować, a tam, gdzie chciałbym pojechać, bałem się trochę jechać sam. Chodził mi po głowie Bliski Wschód, Armenia i byłe republiki radzieckie. Nie znalazłem jednak żadnego kompana do tych podróży, samotnie się bałem, więc chciałem wymyślić coś równie dzikiego, najlepiej w granicach Polski. I wówczas przypomniało mi się, jak w dzieciństwie na wagarach stawałem na kładce nad Wisłoką w Mielcu i patrzyłem w dal wzdłuż rzeki, marząc, by kiedyś popłynąć nią do morza. Dzień później kupiłem ponton i wypłynąłem na Wisłok w Rzeszowie. Dwa dni później wiosłowałem już w stronę Bałtyku. Było to pewne wyzwanie ponieważ nie umiem pływać i od dzieciństwa bałem się wody. Topiłem się jako dzieciak i jakiś lęk pozostał, coś sprawiło jednak, że w pontonie poczułem się pewnie i stabilnie. To było jak jazda na rowerze, tylko praca rękami i przez zupełnie bajkowe krainy, dziki Wisłok, dziki San i najcudowniejsza ze wszystkich rzek — Wisła. Pierwotnie chciałem sprawdzić, jak wygląda ujście Wisłoka do Sanu, potem Sanu do Wisły, bo

nie sądziłem, że jestem w stanie dowiosłować do Bałtyku,

ale gdy już dostałem się wodą w okolice ujścia Sanu za Sandomierzem, wiedziałem, że popłynę dalej. W Kazimierzu Dolnym, zapytany dokąd płynę, odpowiedziałem po raz pierwszy, że nad morze. No i po trzech tygodniach udało się — przybiłem do centrum Gdańska, nawet dalej, bo wylądowałem na Westerplatte na około dwa tygodnie przed 70. rocznicą wybuchu II wojny światowej. Przygody, które przeżyłem po drodze, długo by opowiadać. To temat na książkę, która, mam nadzieję, powstanie. Dość dodać, że od tego czasu uzależniłem się od pływania po rzekach i mam już w rękach ponad 7 tys. km po dwudziestu dwóch rzekach Polski. Wisłę przepłynąłem trzykrotnie, poza tym całą dziesiątkę najdłuższych rzek Polski, choć Wartę i Odrę niecałą jeszcze niestety. Za to mam na koncie cały Bug, Narew, Pilicę, Noteć, Dunajec, Wisłokę i najdłuższą wodną trasę, jaką można przebyć na terenie naszego kraju: od źródeł Sanu do Dziwnowa, ponad 1400 km, które udało się przebyć w nieco ponad miesiąc w 2011 roku, wraz z przyjacielem Piotrem Smotrysiem na dwa pontony. Nie było to pierwsze w Polsce pokonanie tej trasy, ale z tego co wiem, pierwsze na pontonie.

Co Cię tak uzależniło od rzek? To jest potrzeba przygody czy kontaktu z przyrodą?

Chyba trochę jak z podziemiami — to ucieczka w zupełnie inny świat. Całkowite zjednoczenie się z przyrodą, bez żadnego pośpiechu, zwolnienie obrotów, życie z nurtem rzeki. Żeby w pełni wejść w ten świat, potrzeba minimum dwóch tygodni, dlatego też najlepsze trasy to te liczące ponad tysiąc km wodą. Przygody swoją drogą, tych jest pełno na trasie i jeśli komukolwiek płynięcie rzeką wydawałoby się nudne, to spieszę powiedzieć, że każdy dzień jest tu inny, niesie inne doświadczenia, spotkania i myśli. Bo podczas spływu dużo się myśli. Ma się naprawdę czas na wyciszenie się, na przemyślenie wielu spraw, na podjęcie mniej lub bardziej ważnych decyzji. Zaskoczyło mnie, jak pusto jest nad rzekami w Polsce. Płynąc Bugiem, można przez kilka dni nikogo nie spotkać, zaś nad Wisłą też są długie godziny samotności, zwłaszcza poza miastami i miasteczkami. Jestem umiarkowanym naturystą (nie mylić z ekshibicjonistą!) (śmiech), więc przez wiele tych odcinków płynąłem nago, oczywiście zakrywając się, gdy spostrzegłem jakichś ludzi na horyzoncie, ale tak — to ta nagość sprawiała mi dużo radości.

Rzeka Bug. Okolice Gródka. 2012 r. Foto: Piotr Durak.

Rzeka Bug. Okolice Gródka. 2012 r. Foto: Piotr Durak


Fakt, że mogę spać w namiocie na jakiejś wyspie, być może jako pierwszy człowiek w tym miejscu (bo większość wysp wiślanych co roku wygląda inaczej), albo w każdej chwili wziąć po prostu kąpiel w rzece… Wydaje mi się, że wówczas odkrywam pełnię szczęścia, zjednoczenia z naturą, że choć przecież prawie nic nie mam, to mam wszystko. Tak jakby te pięćset złotych zainwestowane w ponton i wiosła to była cała cena wolności. Płyniesz gdzie chcesz, nigdzie nie spieszysz się, zatrzymujesz się, gdzie chcesz i zwiedzasz, co tylko zapragniesz. Dzika radość pierwotnego człowieka, nieskrępowanego dosłownie niczym. Gdy przez kilka tygodni pożyje się takim życiem, powolnym nurtem rzeki, ciężko wrócić do cywilizacji, do ludzi, ale jak już się wróci, bo przecież się musi, odkrywa się w sobie nowe pokłady miłości, życzliwości, empatii. Gdy wypływałem, często byłem struty, przemęczony — ze spływu wracał inny człowiek. To wszystko uzależnia, cały czas tak mam, nawet przejeżdżając lub przechodząc po moście nad jakąś rzeką, że lubię się zapatrzeć w dal i pomyśleć, jak to by było tędy płynąć. Takie małe zboczenie i uzależnienie, bo nie mam innych nałogów, ponad te rzeczne podróże właśnie. No i może czytanie książek.

Porozmawiajmy o Twoich książkach. Ile ich napisałeś? Która jest najlepsza?

Książek mam na koncie sześć, z czego drukiem ukazało się pięć. Ale tak naprawdę moje są cztery. Gdyby zacząć od początku, pierwsza książka pisana w latach dziecięco-młodzieżowych, która rozrosła się do około osiemdziesięciu stron i nie ujrzała druku, opowiadała o zupełnie fantastycznych przygodach pewnej starszej pani, która znalazła się gdzieś w Afryce i zupełnie przypadkiem musiała radzić sobie w dżungli. Trochę nie wiem, skąd przyszedł mi do głowy taki dziwny pomysł i dlaczego bohaterką uczyniłem polską staruszkę z blokowiska, ale różne rzeczy w głowie się dzieją, jak ma się osiem lat, bo wtedy to pisanie się zaczęło. Później była powieść Ostatni rok prawie pięćsetstronicowe „dzieło”, zamykające pewien etap mojego życia — powieść psychologiczna z elementami awanturniczo-przygodowymi. Wiele osób twierdzi, że to najlepsze, co dotąd napisałem. Książka opowiada o rozwoju i degradacji psychiki młodego człowieka, opisuje moje pokolenie wchodzące nieco za wcześnie w życie w wieku lat piętnastu. Blokowiska, ucieczki w ideały, pierwsza miłość, włóczęgi po kanałach ściekowych, wspinaczki na wieże kościelne, przyjaźń i rozczarowania. O tej książce, którą zacząłem w liceum, a ukończyłem na pierwszym roku studiów, dużo by mówić… Dziś oczywiście wiele scen rozpisałbym inaczej, może bardziej skrótowo, ale szczerze mówiąc z tej pozycji na półce bardzo się cieszę. I cieszę się, że byłem niepokorny, nie dałem się tuzom wydawniczym, które mówiły, że wydadzą mi tę książkę, bo podoba im się pomysł, język i styl, ale mam ją skrócić do 250 stron.

Pokazałem wtedy figę dość dużym wydawnictwom, dziś pewnie bym tak nie zrobił, bo może straciłem okazję na wejście do grona „młodych zdolnych”,

Piotr Durak (po lewej) jako juror konkursu "Przeciągi literackie". Obok Józef Baran i Adam Ziemianin.

Piotr Durak (po lewej) jako juror konkursu „Przeciągi literackie”. Obok Józef Baran i Adam Ziemianin. Foto: materiały prasowe


którym wówczas przewodziła Masłowska, ale za to nie straciłem szacunku do samego siebie. A tak całkiem serio — nie miałem pojęcia, jak z 500 stron zrobić 250, kiedy cała książka była podzieloną na cztery części mocno zwartą fabułą. Potem były studia, gdzie ukazały się moje dwa tomiki wierszy: Odnaleźć siebie i Wiatrołomny. Oba dość dobrze przyjęte przez krytykę, recenzowane w fachowej prasie, omawiane. Za ten pierwszy dostałem nawet nagrodę od Związku Literatów Polskich za najlepszy debiut Podkarpacia. Potem było pierwsze i drugie wydanie Ostatniego roku, aż wreszcie Dzienniki rowerowe — książka-reportaż z samotnej wyprawy rowerem z Rzeszowa do Niemiec, na Rugię. Reportaż mocno dygresyjno-refleksyjny, pełen przemyśleń dotyczących Polski, mijanych miejsc, relacji międzyludzkich. Chciałem w nim pokazać psychologię podróży — to, jak podróż zmienia człowieka. To jak dotąd najbardziej dojrzała z moich książek i do dziś, choć od wydania minęło pięć lat, mogę się śmiało podpisać pod każdą myślą w niej zawartą. W międzyczasie były i inne książki, almanachy, byłem redaktorem biografii pewnego biznesmena, redaktorem przewodnika Ziemia Mielecka z moimi autorskimi zdjęciami i trasami turystycznymi, współredaktorem przynajmniej kilku zbiorowych almanachów…

Dlaczego większość artystów i pisarzy nie wyobraża sobie swojego twórczego życia bez osiągnięcia wielkiego sukcesu?

Bo większość z nich podejmuje próby pisarskie od razu z nadzieją na wielki sukces. Nie zdają sobie sprawy, że sukces twórczy i artystyczny to jest może 5% talentu, 5% szczęścia i 90% ciężkiej pracy nad sobą, doskonalenia się, ćwiczeń. Widzą się od razu na podium, ale nie wiedzą, ile trzeba włożyć w to pracy, by podium osiągnąć. Kiedyś też tak myślałem, oczywiście dziś także marzy mi się wielki sukces jako pisarzowi. Ale podróż do Czarnobyla i spacer po gnijącym dywanie z książek nauczyła mnie pokory i dystansu do dzieł ludzkiej ręki, podobnie jak zrujnowane kościoły czy umierające kopalnie. Spływy po rzekach zaś nauczyły mnie cierpliwości i przekonały do tego, że nie liczy się sam cel — zwykle dopłynięcie do morza — ale droga do celu i doświadczenia na niej zdobyte. Po wielu rozczarowaniach, jakie mnie spotykały, nie liczę obecnie na wielki, spektakularny sukces moich książek, reportaży czy zdjęć. Zresztą, to nie te czasy, kiedy pisarz czy reporter stawał się rozpoznawalną gwiazdą. Ale mam dużą satysfakcję, jeśli kończę nad czymś pracę i mogę przy tym powiedzieć, że dałem z siebie wszystko, że to jest najlepsze dzieło, na jakie mnie w tym momencie stać. Z tą myślą planuję teraz kolejne projekty, a gdy je skończę, jeśli ktoś je doceni, to będzie bardzo miło.

Był kiedyś taki amerykański film o środowisku dziennikarzy. Szef redakcji zapytał swojego nowego redaktora: „chcesz być dobry czy sławny?” Tamten nie wiedział, co odpowiedzieć… Czy chciałbyś jako dziennikarz ujawnić jakąś wielką aferę, by z dnia na dzień stać się osobą publiczną?

Działam w środowisku lokalnym i parę lokalnych afer już tutaj wytropiłem… Sprawami wielkich afer, na skalę ogólnopolską, zajmowałbym się pewnie w Warszawie, ale raczej nie marzy mi się praca w tamtejszych mediach. Życie w stolicy kojarzy mi się z wielkim pośpiechem. Miałem epizod w swoim życiu, gdy wpadłem w ten pęd i trochę nie czułem się w tym najlepiej. Jestem humanistą i powtarzam sobie często, że nie żyję po to, by pracować, ale pracuję po to, aby żyć. Mam pasje, które wymagają czasu, treningów i poświęceń. Mam córkę, która, jak dorośnie, pewnie też częściej będzie chciała widywać tatę. Ale, jak mówią niektórzy moi znajomi, mam też mocno przytłumiony instynkt samozachowawczy. Rzadko kiedy się boję tak naprawdę, żeby paraliżował mnie strach. W pracy nie boję się żadnego tematu i gdybym wpadł na trop dużej afery z przyjemnością bym się z nią zmierzył. Ale nie dla sławy, raczej z czystego obowiązku.

Może to zabrzmi trochę banalnie, ale czy życie jest piękne?

Ach, życie bywa piękne! Bywa też okrutne, bolesne i trudne, ale i w tym można odnaleźć piękno. Życie jest największym darem, jaki otrzymaliśmy i nigdy nie dostaniemy nic cenniejszego. Dlatego uważam, że należy bardzo je cenić i szanować. Kiedyś, jako nastolatek i potem na studiach, miałem myśli samobójcze — świat i inni ludzie wyrządzili mi parę świństw, z którymi nie umiałem sobie poradzić i śmierć wydawała mi się jedyną ucieczką. I nie uratowała mnie wtedy myśl, że „wszystko przemija, że po chwilach złych zawsze przychodzą dobre, jak po burzy słońce” itp., jak to się zwykło tłumaczyć samobójcom, ale raczej wizja tego, co stałoby się po mojej śmierci — czyli nic. Parę osób zapłakałoby, zasmuciłoby się, ale ci, którzy byli dla mnie źli i podli, byliby dalej tacy sami, Ziemia kręciłaby się nadal, moja śmierć byłaby kompletnie bez znaczenia. Po co więc taka śmierć? Ci, którzy ginęli w walce, za wolność, za ideały, za ojczyznę — to była śmierć. Tymczasem ja jestem tylko małym człowieczkiem, który, owszem, może rzucić się z wieżowca — bo taki sposób sobie wybrałem wtedy — tyle, że kompletnie nic z tego nie wyniknie. Będzie to objaw mojego strachu jedynie, a ci, którzy wyrządzili mi zło, pozostaną. Więc trzeba żyć, na złość im wszystkim i na przekór. Wiesz, jeśli bym miał szansę swoją śmiercią pomóc komukolwiek, ocalić jakiegoś dobrego człowieka lub grupę ludzi, zabiłbym się bez wahania, ale tak? A potem faktycznie było tak, że z tymi złymi chwilami rozprawił się czas i dziś powody, dla których chciałem się zabijać, są oczywiście błahe i mało znaczące. A potem… kilkukrotnie tak się złożyło, że byłem w stanie zagrożenia życia, czy to w górach wysokich, czy podczas spływów, ale to już wyzwalało we mnie energię, by do końca o to życie walczyć. By pokazać śmierci — tej zwyczajnej wariatce, jak ją określił Edward Stachura — że łatwo się nie poddam, że będę żył pełnią życia, wypalę się w swym życiu tak, że śmierć, gdy po mnie przyjdzie, zastanie już tylko garstkę popiołów. Niech rozdmucha je sobie i niech ma złudną świadomość, że nie jest bezrobotna. Inna myśl, że w życiu piękne są tylko chwile — wszystkim znany cytat Ryszarda Riedla — bardzo prosty, ale też prawdziwy. Bo doświadczyłem w swym życiu wielu naprawdę pięknych chwil, widoków zapierających dech w piersiach, wzruszeń. Zachody słońca na dzikim Bugu czy wschody na szczytach Tatr, poranna mgła nad Wisłą czy spotkanie z wilkami w Bieszczadach. Ale i nie tylko podczas eksploracji, spływów, wypraw… I kiedy jest źle, wracam do tych chwil. W dni ciemne i pochmurne oświetlam się tamtym słońcem. Oglądając zdjęcia z przygód, które mogły skończyć się tragicznie, a skończyły się szczęśliwie, nabieram szacunku do życia, cieszę się, że będę miał co opowiadać kiedyś córce i innym ludziom. I wierzę, że jeszcze wiele pięknych chwil przede mną i dla tych chwil warto żyć, warto walczyć i pokonywać przeciwności. Zresztą, tylko od nas zależy, co zrobimy ze swoim życiem.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Piotrem Durakiem rozmawiał Christopher Gretkus
18.11.2015 Mielec

……………………………………………………….
Christopher Gretkus (1970) — wydawca portali Eprawda i Novelmasters, fotograf. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
…………………………………
Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły”. W roku 2007 otrzymał nagrodę równorzędną za najciekawszy debiut podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.
………………………..
Więcej: Facebook
Foto w slideshow: wybrane zdjęcia z licznych galerii Piotra Duraka, wykonane w opuszczonych miejscach, zamkniętych i niedostępnych kopalniach, zapomnianych cerkwiach w Polsce i na Ukrainie. Podczas spływów rzekami Polski i wieczorów autorskich w latach 2005 — 2015.
Foto na stronie głównej: Adam Zajączkowski
18.11.2015. Mielec

PIOTR DURAK: „Spacer po dywanie z gnijących książek w Czarnobylu nauczył mnie pokory” — wywiad
10 votes, 4.85 avg. rating (96% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.
3 Komentarze
  1. Witam Panie Piotrze.
    Przeczytałem ten i kilka innych pańskich artykułów z ciekawością, ale też i z pewnego rodzaju niesmakiem. Z jednej strony, zwiedził Pan kawał świata, dużo widział, z niejednego pieca chleb jadł. Zdawałoby się, z różnymi typami ludzi była okazja porozmawiać, i różne style życia poznać. Jednak wychodzi z Pana sznyt humanisty. Z jakiegoś powodu, na ludzi wykonujących proste (pana zdaniem) prace, patrzy Pan z góry. W tym i w innych felietonach, przebija się co i rusz (…) śrubki w fabryce dokręcać, kury macać(..) a nie brać się do kształcenia młodzieży. Wbrew pozorom, to pogardliwie traktowane wkręcanie śrubek, nie jest czynnością tak nieskomplikowaną jak się wydaje. Pracuje w przemyśle od szesnastu lat, i widziałem już niejednego ‚humanistę’ który nie potrafił zrozumieć prostackiej wręcz listy materiałowej, czy instrukcji montażu. Z lat szkolnych pamiętam, że najlepszymi nauczycielami, byli inżynierowie i technicy którzy dorabiali sobie ucząc. Mając doświadczenie, nie opowiadali bajek, nie zmyślali i nie dorabiali ideologii. Uczyli praktyki, myślenia i analizy.
    Podobnie agrokultura – ktoś musi te kury macać. Przy okazji musi robić jeszcze tysiąc innych rzeczy o których ani Pan, ani Ja nie mamy najmniejszego pojęcia. Ale jeśli pracę swą wykonuje dobrze, trzeba to uszanować. Tak samo jak warto uszanować fakt, że ktoś robotę zaczyna o 4 rano, niezależnie od dnia. I taka osoba, znacznie lepiej wykładała by rolnictwo niż magister-teoretyk.
    Proszę więc o szacunek dla ludzi, pracy prostej ale nie prostackiej.

    Jeszcze jedno. Spadek poziomu matur jest bardzo widoczny. Problem jednak leży w czym innym. Program nauczania, zwłaszcza języka polskiego, od zawsze był wyciągnięty z czapki i nastawiony na hurra-patriotyzm. Mnie osobiście najbardziej drażni w naszym szkolnictwie, fakt że przerabia się dużo nadętego Sienkiewicza, tłucze się do bólu Mickiewiczów, Słowackich, Krasickich. Przez to obraz naszej literatury jest strasznie płaski. Nie przerabia się Mieczysława Smolarskiego (a to powinna być lektura obowiązkowa), nikt się nie zająknie o Dziekońskim czy Namojowskim. Nie wspomina się o tym że Bolesław Prus pisał w periodyku Polska Nowela Fantastyczna. Przy okazji – czy wie Pan, że technologia aerożeli, czyli jednych z najbardziej zaawansowanych materiałów na świecie, została po raz pierwszy opisana przez Prusa właśnie? Od zawsze mieliśmy prekursorów i w nauce i wyobraźni. Ale zamiast tego opowiadało się o cudownym nawróceniu pijanego Kmicica.

    Polecam moje uwagi pod przemyślenie i pozdrawiam
    ~~nauczyciel od wkręcania śrubek

  2. Tzw. edukacja w każdym kraju, nie tylko w Polsce ma młodego człowieka ukształtować, tak by był posłuszny, czyli nie został przestępcą. Najpierw „szkolą” i kształtują go rodzice a potem różne instytucje. To nie jest żadne odkrycie, choć o tym mówi się bardzo mało. Ale już kilkaset lat temu tacy filozofowie jak Rousseau o tym pisali. Gdyby nie było społeczeństw, bo na Ziemi żyłoby niewielu ludzi, to wtedy każdy z nas mógłby być naprawdę wolny – jak ptak. Oczywiście byłoby coś takiego jak prawo silniejszego, walka z innymi drapieżnikami, bo tak działa dzika natura, ale z pewnością człowiek byłby zupełnie inną istotą. Gdyż niemowlak nie rodzi się człowiekiem, tylko nim się staje.

Słuchamy Cię uważnie...