Czy żyjemy w czasach schyłku demokracji? Jaka jest Polska i polskie społeczeństwo? Jaka jest współczesna kinematografia? O „dojeniu podatników” przez kolejne rządy. O Hollywood, Nowym Jorku i Woli Niżnej — wreszcie o najnowszych planach artystycznych i filmowych, rozmawialiśmy ponownie z autorem niezapomnianej powieści Zwał. Sławomir Shuty, to pisarz i filmowiec nie zanurzony w nurtach popkultury. Niezależny, bezkompromisowy — nie pozwala się wtłoczyć w żadne artystyczne schematy. Nie unika trudnych tematów. Nie stara się schlebiać tanim gustom publiczności. Jest otwarty i szczery aż do bólu.
[Foto: Sławomir Shuty źródło: portfolio artysty]

Portal Eprawda: Jakie masz zdanie na temat Donalda Trumpa?

Na temat Trumpa powiedziano już wszystko co możliwe. Jego wybór, to jasny sygnał, że demokracja nie tylko w Polsce, ale w Europie i na świecie przechodzi kryzys i nie jest tak jak nam, wychowanym za komuny się wydawało — że to doskonały system społeczno-polityczny. Mieliśmy wszyscy błędne wyobrażenie, że dotarliśmy do przedsionka raju, w którym jedynym problemem będzie dostęp do Internetu i nadwaga. Wypadki ostatnich lat pokazują, że wszystko może się szybko zmienić. Ryzyko kolejnej wojny światowej jest jak najbardziej realne — a u jej podstaw mogą leżeć wadliwie działające instytucje demokratyczne. Z moich obserwacji wynika (przy czym Ameryki nie odkrywam), że nie ma nic doskonałego, wszystko podlega ciągłym zmianom. Jeżeli jest coś stałego na świecie, to właśnie zmiana. To jest tak jak ze złodziejami — ludzie wymyślają nowe zamki, ale wkrótce złodzieje wymyślają nowe sposoby na ich otwieranie. Tak właśnie nasza rzeczywistość podlega prawu ciągłej redefinicji, renegocjacji. Jeżeli się o tym zapomina, a przecież łatwo o tym zapomnieć z pełnym żołądkiem, to wpada się w tarapaty. To dotyczy zarówno człowieka, jak i społeczeństw. I teraz, po dwudziestu latach funkcjonowania w warunkach demokracji, należałoby się zastanowić co można zrobić, by ulepszyć ten system. Wracając do Trumpa. Byłem w Stanach tuż po wyborach. Ludzie, z którymi rozmawiałem narzekali na Trumpa, jednak kiedy pojawiał się temat Hilary, narzekali jeszcze bardziej. Trump nie był częścią skorumpowanego establishmentu — pozornie humanistycznych rządów, za którymi czaił się wielki biznes. Ludzie woleli wybrać prostaka, który mówi jak jest, niż dyplomatę schowanego za maską uśmiechu.

Na zdjęciu: "Uczynić Ameryką znowu wielką" --  obraz Illmy Gore, który w swoim czasie stał się sensacją Internetu i obiegł cały świat. Foto: materiały prasowe

Na zdjęciu: „Uczynić Amerykę znowu wielką” — obraz Illmy Gore, który w swoim czasie stał się sensacją Internetu. Foto: materiały prasowe

Ludzie chcieli realnej zmiany. W Polsce było podobnie. Nie ma co się dziwić, że ludzie głosowali na PiS. Co różni PO i PiS? Można powiedzieć, że nic — z tym, że ci pierwsi udają że im zależy, a ci drudzy się nie pierdolą. Nie stwarzają zasłony dymnej, tylko realizują swoje biznesy. Sukces Trumpa i Kaczyńskiego, to niestety owoc poczynań kawiorowej lewicy, której bardziej interesowała dostępność wegańskiego żarcia, niż problemy najbiedniejszych, a tych wciąż jest najwięcej. Nie ma nic złego w wegańskiej diecie, ale noszenie jej na sztandarach, w momencie gdy połowa kraju żyje na granicy nędzy, to nieporozumienie. To błędne zrozumienie faktu czym powinna być lewica. Wszystko się zmienia. Pozostaje ufać, że na zgliszczach systemów pojawią się politycy, którzy będą mówić językiem społeczeństwa, będą reprezentować jego interesy.

Który jesteś „sort Polaków” — ten lepszy, czy ten gorszy?

Obie kategorie są mi kompletnie obce, sortowanie Polaków na lepszych i gorszych zostało wypromowane przez obecną władzę, z którą nie jest mi po drodze, ale od razu powiem, że z poprzednią też nie było. To smutne, ale od co najmniej dekady obserwujemy walkę dwóch sił, którym chodzi o przejęcie kontroli nad mediami publicznymi, spółkami skarbu państwa, czyli obsadzenie stanowisk swoimi ludźmi i dojenie podatnika. Mam nadzieję, że społeczeństwo polskie wykształci klasę polityków, która będzie reprezentować interes całego narodu, a nie partykularnych grup, które najgłośniej krzyczą. Zresztą ja za młodu ustawiłem się na pozycji outsidera, która może nie jest najlepszą platformą do oglądu świata, ale gdzieś wciąż we mnie pokutuje.

Jaka jest Polska? Olga Lipińska powiedziała kiedyś, że nasz kraj w całej swej nieracjonalnośći jest fascynujący, bo to jeden wielki kabaret i dzięki temu może zarabiać pieniądze na życie. Dobrze Ci się żyje w kraju nad Wisłą?

Polska jest wielka i żyje tu mnóstwo ludzi — z jednymi idzie się dogadać — z innymi nie, ale nie ma co robić sobie nadziei, że gdzie indziej jest inaczej. Jak się ma cztery dychy na karku, nieco świata się widziało, trochę się przeczytało, to jasnym jest, że wszędzie jest bardzo podobnie — nie ma raju, nie ma sytuacji idealnej, są plusy i minusy, każda nacja pielęgnuje swoje absurdy, frustracje i zabobony. Polska nie jest wyjątkiem. Nie jest wcale krajem, gdzie poziom nieracjonalności jest wyjątkowo duży. Obcy mi jest pogląd wielu lewicowych znajomych, którzy załamują ręce, bo żyją wśród “Januszy”, którzy potrafią tylko jedno — wszystko spierdolić.

Ja miałem w życiu wiele szczęścia,

a może na nie zapracowałem, i żyje się mi dobrze, choć nieobce są momenty, w których bezpodstawnie myślę, że wszystko się spieprzyło i nic tylko eutanazja. Co więcej — są pewne fragmenty kraju nad Wisłą, których nie wymieniłbym na Tybety, Tajlandie, Seszele i inne. Dlatego zżymam się, kiedy moja partnerka wymyśla destynacje nowych podróży. Bo czego człowiek chce w takich egzotycznych miejscach, czego ja chcę — spokoju, czystej wody, czystego powietrza, kontaktu z naturą. A wszystko to mam w Polsce, w moich ukochanych Beskidach, bez stresu, bez pieniędzy, bez tłumu turystów. Polska jest nadal pięknym i dzikim krajem, oby trwało to jak najdłużej.

Czyli miłość do ojczyzny można pogodzić z kpinami na jej temat? Przejrzałem wczoraj Twoje kolaże z “artzina pornograficzno-literackiego Baton” i z Twojego fan page’a na Facebooku — portretujesz naszą polską rzeczywistość bez litości i nie jesteś dla niej zbyt łaskawy — mamy “wódkę ojczystą”, mamy “wyznanie miłości do produktu konsumowanego”, mamy podobiznę Jezusa Chrystusa z owieczkami i podpis: “wybaczcie, ale mam sakramencką ochotę na udziec barani”, mamy “samochód jako przedłużenie penisa”, mamy “silikon budowlany w piersiach znanej aktorki”, mamy “The best of Jesus Christ, czyli jak szybko i tanio przemienić wodę w alkohol”, mamy “miniszaszłyki katolickie na cztery osoby w pół godzny”… Czy to nie są kpiny z polskiego społeczeństwa? Kim właściwie jesteś? Cynikiem? Szydercą? Prowokatorem? Anarchistą? Bluźniercą? Buntownikiem? Radykałem? Pornografem?

Zacznę od końca. Mam wrażenie, że nazwy-słowa straciły obecnie znaczenie, wszystko jest wszystkim i niczym, nie widzę też powodu, żeby w jakikolwiek sposób siebie nazywać. Kiedy byłem młodszy rajcowało mnie dopisywanie do swojego CV kolejnych tytułów: pisarz, reżyser, performer, ale wtedy cierpiałem na niedobory ego, teraz pracuję, żeby je rozbijać i nazwy przestały mieć znaczenie — tym bardziej, że wszystkie te nazwy nie są dane na stałe, np. pisarzem jesteś kiedy piszesz, artysta to nie stopień wojskowy, który masz wpisany w dowodzie do końca życia. Przyznam jednak, że bliżej mi do kontrkultury, niż kultury. Miłość do ojczyzny może przyjmować różne oblicza. W moim przypadku nie chodzi o śpiewanie patriotycznych pieśni na narodowych wieczornicach, ale o uwielbienie dla przyrody i ludzi, mimo wszystko.

Na zdjęciu: screenshot jednej ze stron fanzina "Baton", pod redakcją Sławomira Shutego. Foto: materiały prasowe

Na zdjęciu: screenshot jednej ze stron klasycznego fanzina „Baton”, pod redakcją Sławomira Shutego. Źródło: portfolio artysty

Kilka razy podejmowałem próbę emigracji, ale zawsze wracałem bo brakowało mi miejsc, w które wrosłem i przyjaciół, znajomych. Z kolei cynizm, szydera i darcie łacha z instytucji katolicko-narodowych wynikają z tego, że moim zdaniem idzie to wszystko w złą stronę i niewiele ma wspólnego z moim rozumieniem pojęcia „ojczyzna”, oraz spuścizny religijnej, którą praktykujemy. Idzie to w złą stronę i czyni z ludzi niewolników, zamiast dawać im szansę na prawdziwe zrozumienia siebie.

Chciałem jeszcze wrócić do wcześniejszego pytania, bo coś mi w Twojej odpowiedzi nie daje spokoju. Skoro nasza “racjonalność” jako narodu nie jest wcale “gorsza” od innych nacji, to jak wytłumaczyć katastrofę pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku? Jak to możliwe, że sprawny technicznie samolot wiozący wszystkich najważniejszych polityków na czele z prezydentem RP, walnął prosto w ziemię, zupełnie tak, jakby piloci nie mieli pojęcia o lataniu samolotem. Może jednak Polska nie jest normalnym, typowym krajem w centrum Europy, skoro dzieją się tutaj takie absurdy. Może Polska to nie kraj, ale “stan umysłu”?

Smoleńsk to była wielka tragedia narodowa, doświadczamy jej skutki do dziś: polityczną walkę dwóch zwaśnionych sił, ale przecież państwo musi funkcjonować, ludzie chcą żyć, nikomu nie jest na rękę emigracja, a jednak Polacy emigrują. Biorąc pod uwagę spektakl polityczny jaki toczy się przed naszymi oczami, to tak — Polska jest “stanem umysłu”. Trzeba pamiętać, że podobny spektakl toczy się w każdym innym europejskim kraju. Ma on inny wymiar i z reguły, o ile państwo jest poważne dotyczy ekonomii, ale wiadomo, że ekonomia i jej idol — pieniądz, to nie wszystko, są np. kwestie obyczajowe. Kiedyś w Polsce pokutowała opinia, że na południu Europy jest raj. Jest ciepło, ludzie są wyluzowani, serdeczni. Czytałem wywiad z Kazikiem, który jak wiadomo jest rezydentem Teneryfy, który wyznał, że biurokracja w Hiszpanii, to dopiero hardcore. Oglądałem video dziewczyny-frika — Polki, która przeniosła się w okolice hiszpańskiej wsi, żeby zarazić ludzi uprawą lokalnych warzyw i umiejętnością cieszenia się z chwili, jej refleksje nie napawały optymizmem, ludzie na wsi byli super zamknięci, stanowili gderliwą i podejrzliwą społeczność. Polska to stan umysłu, bo siłą rzeczy kształtuje nas język, krajobraz, warunki atmosferyczne, ale ja się z tego cieszę, uwielbiam cztery pory roku. Nigdy nie przeprowadziłbym się na południe, rośliny są tam suche i żółte.

Pozwolisz, że zapytam o Kraków i Twoją słynną frazę Kraków to makieta dla turystów. Czy ta wypowiedź, to była jawna krytyka dokonań prezydenta Jacka Majchrowskiego, który grzeje się ciepłem tej posady od 2002 roku, czyli od 15 lat? Dlaczego ludzie wciąż na niego głosują, skoro miasto wygląda prawie tak samo jak za czasów PRL-u. Jechałem niedawno autem przez Kraków w drodze na Kielce i powiem Ci szczerze: szału nie było.

Masz rację, szału nie ma, ale jest też dużo plusów. Ja w Kraków wrosłem, o ile życie będzie się układać, pewnie zostanę tu do końca. Tak naprawdę żyję w rozkroku, między Krakowem, a Wolą Niżną w Beskidzie Niskim — mam tam ziemię, dom i wszystko czego mi trzeba do życia — czyste powietrze, czystą wodę do picia, czystą rzekę, łąkę pełną ziół, las, w którym można się zgubić, czyli to czego człowiek oczekuje w kontakcie z przyrodą. Bonusowo palę ogniska kiedy mam na to ochotę, a palenie ognisk to dla mnie ważna rzecz i nie ciągnie mnie w podróże do tak zwanych egzotycznych miejsc. Zatem moje życie nie jest skoncentrowane na Krakowie. Jestem tu “pół-turystą”. Kiedyś postrzegałem Kraków tylko w odniesieniu do Starego Miasta, stąd ta fraza „makieta dla turystów”, wiadomo, że miasto jest większe, i prawdziwe życie toczy się obok. Po moim wywiadzie do bodajże Dwutygodnika, w którym jechałem po Krakowie, że to prowincja, że nie ma pracy, a wszyscy wyjeżdżają do Warszawy, posypały się na moją głowę gromy. Może nie miałem racji, ale niemal każdy z mojego środowiska, czyli artystów, którzy czy to skończyli ASP, czy PWST, czy szkołę filmową, wyjechali do Warszawy. Można powiedzieć — taka jest kolej rzeczy, tak właśnie funkcjonuje Polska — z jednym miastem centralnym i szeregiem pomniejszych, w różnych fazach rozkładu czy umiarkowanego wzrostu. To się wszystko zmienia, Kraków się zmienia, i są w tym kraju dużo straszniejsze miejsca, więc teraz już nie narzekam, uśmiecham się przez łzy.

Co to za “dużo straszniejsze miejsca”?

Z całym szacunkiem do rodaków i bez wchodzenia w szczegóły — są miasta, nawet duże, w których życie zastygło w nieokreślonym bezczasie — miasta senne, duszne, brudne i bez perspektyw, bez pracy, miejsca, w których kwitnie różnej maści patologia. Ja na przykład boję się małych miasteczek, takich które nie są miastem, ale nie są też wsią, mam wrażenie, że żyjąc w takich okolicznościach poszedłbym w długą, zapił się na śmierć. Ale to pewnie niczym nie umotywowana paranoja, albo kwestia osobowa, przecież ludzie tam mieszkają, mają dzieci, umierają, są mniej lub bardziej szczęśliwi. Ale czy w Londynie, Nowy Jorku, Berlinie, wszyscy są zadowoleni? Wręcz przeciwnie, jest wiele frustracji, wszystko w zasadzie zależy od człowieka — którą połowę szklanki zobaczy. Wracając do Krakowa — dla kontrastu: Kraków to miasto akademickie, więc co roku mamy napływ świeżej krwi, ludzi ciekawych świata, energicznych, nie pozbawionych nadziei — życie tu pulsuje, z pewnością życie biologiczne.

Ale w Londynie czy Berlinie nie ma takiego smogu jak w Krakowie i innych polskich miastach. Myślę, że ludzie narzekają na ten kraj z powodu tych różnic cywilizacyjnych między Zachodem a Wschodem, a nie z powodu mentalności ludzi czy roślinności. W sumie przebywanie zimą w Krakowie, to narażanie swojego zdrowia i życia. Wola Niżna leży blisko Bieszczad, więc żyjesz zdrowiej, ale to jest spory kawałek drogi. Jeździsz do Krakowa autem czy pociągiem?

Przebywanie zimą w Polsce grozi kalectwem. Rok temu wszyscy myśleli, że smog jest tylko w Krakowie, ale jak zaczęto badać powietrze, to się okazało, że mamy ten problem w całym kraju, paradoksalnie nawet w miastach położonych u stóp gór. Fakt, byłoby fajnie oddychać dobrym powietrzem — bez dwóch zdań i pewnie większość Polaków cierpi z powodu głupich, kolejno następujących po sobie rządów, którym zależy tylko na przejęciu władzy i wydojeniu podatnika, stąd istotnie — jest różnica cywilizacyjna. Ale też nie ma co się oszukiwać, ostatnia moja wycieczka do Nowego Jorku uświadomiła mi, że

Ameryka potrafi się świetnie sprzedawać i reklamować, ale za fasadą dobrobytu i wolności jest wielka bieda.

Wystarczy, że w NYC zbłądzisz gdzieś poza Manhattan i hipsterskie miejscówki, a miasto zaczyna wyglądać jak Nowa Huta — pełne jest sfrustrowanych, biednych ludzi, tak zwanych “working class”. Oczywiście, jest tam wiele możliwości do zmiany takiego statusu, pewnie więcej niż w Polsce, ale nie wszyscy wiedzą jak to zrobić. A co do cierpienia z powodu mentalności… mam wrażenie, że to też jest problem. Polacy są szczuci przeciwko sobie, ale Kaczyński nie jest wcale tutaj pierwszy. W dziwny sposób walczymy ze sobą zamiast współpracować — nie pracujemy nad sobą, wolimy się opluwać.
Na wioskę dojeżdżam samochodem, w tej części Beskidu Niskiego nie ma wielu opcji, żeby dojechać autobusem. Można ale dłużej by to trwało.

A nie miałeś ochoty, żeby dołączyć do Maleńczuka pod Wawelem i raz na zawsze przegnać stamtąd tego wrzoda na dupie, czyli posła Kaczyńskiego?

Do Maleńczuka z chęcią dołączę przy innej okazji, ale blokować Kaczyńskiemu odwiedziny na grobie brata, to niekoniecznie — do pewnych rzeczy nie należy się posuwać, bo zapanuje chaos i bezhołowie. Wiem, że Kaczyński sam przesuwa granicę tego, co wolno, a co nie, ale lepiej nie odpowiadać złem za nadobne, bo ta spirala agresji nigdy się nie skończy. Moim zdaniem, w tej sytuacji lepszy byłby jakiś parodystyczny, pozytywny protest — patrz działania Pomarańczowej Alternatywy — niż wycie rozgorączkowanego tłumu, który pragnie linczu. To, z czym teraz mamy do czynienia — całe to przejęcie władzy przez PiS, obsadzanie swoimi ludźmi intratnych stanowisk, to spektakl, z którym mamy do czynienia od dawna. W przypadku “dobrej zmiany” przedstawienie „przejmujemy władzę” jest dobrze nagłośnione przez tak zwane opozycyjne media, ale przecież działo się tak samo kiedy władzę przejmowała PO. Przejmowanie władzy zawsze wiąże się z roszadami, zajmowaniem stołków i układaniem prawa pod siebie, być może wcześniej zmiany te nie były aż tak rewolucyjne, ale jednak. Na Boga — jeżeli na PiS głosowała 1/5 społeczeństwa, to przecież na PO głosowała też 1/5 społeczeństwa, czyli obecne i poprzednie władze popiera niewielka część Polaków. Co z resztą? Ma to w dupie, ale może nie będzie miała.

Porozmawiajmy o Twoich sprawach zawodowych. Każdy, kto ma jakieś aspiracje, chciałby pracować z najlepszymi. Od pewnego czasu robisz filmy i nigdy Ci nie uwierzę jeżeli powiesz, że nie chciałbyś spędzić w Hollywood kilka lat, żeby uczyć się filmowego rzemiosła od najlepszych. Dlatego kiedyś do Paryża zjeżdzali artyści z całej Europy. Też uważam, że “wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Jednak to nie jest takie proste. Jeżeli ktoś myśli poważnie o karierze zawodowej, to powinien bywać wśród najlepszych. Dlatego najlepszych inżynierów można spotkac w NASA albo w Dubaju, a najlepszych filmowców w Los Angeles. Opowiedz coś więcej o Nowym Jorku. To bardzo ciekawe.

Pewnie, że chciałbym pracować z najlepszymi, ale sztuka nie jest dla mnie priorytetem w życiu. Jest ważna, ale nie poświęciłbym w imię sztuki mojej rodziny. Jak pewnie wiesz, zmieniłem swój zawód dość późno, w wieku 30 lat. Wtedy też urodziło się moje pierwsze dziecko. Teraz z czterdziechą na karku nie mogę wszystkiego rzucić w imię pracy z najlepszymi. I pewnie nigdy nie wyjadę do Hollywood uczyć się rzemiosła, no chyba, że wspólnie z rodziną, ale to nie jest taka prosta sprawa — dzieci chodzą do szkół, partnerka pracuje, trudno w jednej chwili zrezygnować z życia. Powtórzę: sztuka nie jest dla mnie najważniejsza, kiedyś musiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie i odpowiedziałem — bardziej jestem człowiekiem niż artystą. Zazdroszczę pracującym w Warszawie, która stwarza większe możliwości filmowe, ale uczę się jeść życie małą łyżką. Małą, ale dwa razy szybciej. Albo kiedy trzeba, to wolniej. Co do Nowego Jorku… panuje tam kapitalizm rodem z XIX wieku. Mamy wyspę Manhattan, a nawet jej fragment porośnięty wieżowcami. Wokół kłębi się klasa robotnicza, która obsługuje ten blichtr.

Na zdjęciu: "Sammy" -- bezdomny na Manhatanie. Foto: Paul Zwolinski

Na zdjęciu: „Sammy” — bezdomny na Manhatanie. Foto: Paul Zwolinski

Nie przypominam sobie żadnego europejskiego miasta z taką ilością żebraków i nędzy na ulicach, a i tak Nowy Jork, to nie Ameryka, to bardziej miasto europejskie, tolerancyjne, bez przemocy. Ameryka umie się sprzedawać, świetnie się reklamuje, ale proza życia jest tam zgoła inna. Ludzie są zmęczeni, sfrustrowani, miłości wobec bliźniego raczej nie uświadczysz. Biorąc pod uwagę brak darmowej służby zdrowia i płatną edukację, odnosisz wrażenie, że model organizacji społeczeństwa amerykańskiego nie należy do wzorcowych. Dlatego, jak powiedziałem wcześniej, żenują mnie podsumowania domorosłych lewaków, którzy usiłują nam wcisnąć, że Polska to piekło na ziemi.

A nie masz wrażenia, że w ogóle wielu ludzi na naszej planecie jest sfrustrowanych? Niby wszystko jest OK, ale “coś ze światem jest nie tak” — mamy tak wiele rozwiniętych technologii (m.in. nowoczesne rolnictwo), moglibyśmy spokojnie wyżywić całą ludzkość i dać każdemu dach nad głową, oraz opiekę medyczną, a jednak to nie działa. Dlaczego?

“Frustracja”, to moim zdaniem niezbyt dobre słowo do oddania tego, co dzieje się na planecie. O frustracji możemy mówić w przypadku pierwszego świata i jego okolic, reszta globu boryka się z dużo poważniejszymi problemami i nie ma czasu na tego typu ekstrawagancję. Kiedy jesteś głodny, nie zastanawiasz się „co jest nie tak ze światem”, tylko szukasz jedzenia, rządzi tobą instynkt przetrwania. Koncentrując się jednak na świecie, którego to pytanie dotyczy, to gdzieś czytałem ciekawą opinię, że ludzie skazani są na zagładę, ponieważ biologicznie jesteśmy skonstruowani tak, aby egoistycznie zagarniać wszystko pod siebie. To instynkt przetrwania, chcesz przeżyć, musisz walczyć o swoje, dla siebie, pod siebie — gromadzić zapasy, jeść, zabezpieczać przyszłość swoją i dzieci. Trudno z tym walczyć, bo jest to zapisane w kodzie genetycznym, który jak wiadomo warunkuje nasze życie. Wszyscy wiemy, że gdybyśmy nie marnowali jedzenia, gdyby wielkie korporacje, które rządzą rynkiem, nie kierowały się kapitalistyczną zasadą chciwości, to problem głodu byłby rozwiązany.

Chciwość to choroba ego,

„ja — moje”, z egoistycznym podejściem do świata próbują walczyć religie — człowiek to nie tylko biologia, ale i wolna wola. Odnoszę jednak wrażenie, że z religiami we współczesnym świecie coś jest nie tak, radykalizują się, są narzędziem walki politycznej. Na własny użytek skonstruowałem sobie teorię, że są dwa rodzaje religii: religie Matki i religie Ojca. Społeczeństwa wysoko rozwinięte, w których panuje kapitalizm, są zdominowane przez myślenie typowe dla religii Ojca, to znaczy eksploatację świata, czynienie go sobie poddanym. Religie Matki, które są obecnie w odwrocie, to myślenie nakazujące współistnieć ze światem, szanować go, szanować życie zwierząt i roślin, bo wszystko co nas otacza jest Bogiem. Na przykład dawniej, kiedy panował szacunek dla świata, jedzono mięso, zabijano zwierzęta, ale każda taka śmierć była związana z rytuałem. Musiałeś przeprosić żywą istotę za to, że chcesz ją zjeść, podziękować, że dzięki niej ty możesz żyć. Ciało zabitego zwierzęcia było święte i nie marnowało się ani jednego fragmentu przez szacunek dla tej ofiary. Teraz zwierzęta hoduje się w strasznych warunkach, zabija w bestialski sposób, po czym duża część mięsa jest marnowana. Kupujesz burgera, gryziesz dwa razy i wyrzucasz, bo nie chcesz być gruby. Holokaust zwierząt wyzwala cierpienie, które nie znika tak po prostu. Świat, życie, to nie tylko biologia. I żeby było jasne — nie chodzi tu o wegetarianizm, ale o świadomość kim się jest, skąd się pochodzi — szacunek, który niestety jest obcy cywilizacji konsumpcyjnej.

Wiesz o tym, że to, co przed chwilą powiedziałeś jest “lewackie”? W naszym kraju każdy, kto nie chce zbić majątku jest “lewakiem”. Każdy, kto walczy o prawa zwierząt jest “lewakiem”. Ja też jestem “lewakiem”, bo napisałem kilka antysystemowych felietonów na Eprawdzie. Jakie widzisz rozwiązanie tego egzystencjalnego dramatu bycia człowiekiem? Walka? Bunt? Eskapizm?

To straszne, że obecnie wszystko stało się polityczne. Każde słowo, gest, wygląd, wszystko stało się manifestem politycznym, uszeregowanym w “lewactwie” lub “prawactwie”. Czy można sobie wyobrazić, że GW nagradza nagrodą Nike powieść, która jest świetna literacko, ale poglądowo po prawej stronie?
Chyba nie… Nie ma już mowy o człowieku, prawdzie, pięknie, nie zwraca się uwagi na styl — jest lewo i prawo. Owszem, GW nagradza książki niepolityczne, ale to listek figowy, a autorzy tych książek, nawet jeśli nie dotykają polityki, to  zazwyczaj plasują się po lewej stronie. Druga, prawa strona robi to samo, czego teraz doświadczamy. Gdzie są nagrody dla ludzi, którym zwisa polityka, ale kochają sztukę, są oddani muzie? W dawnych czasach, kiedy byłem aktywny medialnie, zostałem zaproszony na panel dyskusyjny zorganizowany przez “Krytykę Polityczną” na temat, o ile dobrze pamiętam: „Dlaczego sztuka powinna być zaangażowana”. Powiedziałem, wprawiając w konsternację wszystkich gości, którzy liczyli, że po „Zwale” stanę się tubą lewicy, że sztuka nie musi być zaangażowana — ba, nie powinna być zaangażowana. Sztuka, to kontakt z metafizyką, winna nieść człowiekowi wytchnienie, katharzis. Ale “Krytyka Polityczna” cisnęła, że sztuka musi być polityczna. I teraz w pewnym sensie wyśnił się ten sen, ale w koszmarnym wydaniu. Przyszła “dobra zmiana” i zmiotła treści lewicowe, sztuka stała się polityką, ale w prawicowym wydaniu.

Na zdjęciu: jedna z prac Banksy'ego -- uznanego artysty street art, słynącego z zaangażowanych społecznie tematów. Foto: materiały prasowe

Na zdjęciu: graffiti, którego autorem jest Banksy — uznawany za jednego z najważniejszych, zaangażowanych społecznie twórców street artu. Foto: materiały prasowe

Nie chcę powiedzieć, że sztuka nie może być polityczna. Tworzenie, to intymny proces zachodzący w głowie twórcy, który owszem może mieć potrzebę wyrażenie swojego stanowiska odnośnie polityki. Ale kiedy się to staje powszechne, dominujące, i kiedy jako artysta musisz opowiedzieć się po prawej lub lewej stronie, to jest to chore, deprawujące. Prowadzi to do publicystycznej pyskówki i hodowaniu tandety, którą się sprzedaje tylko dlatego, że jest polityczna — jest nasza, albo wasza. Rozmawiałem kiedyś z W. Sasnalem i K. Majmurkiem, którzy przekonywali mnie, że sztuka musi być polityczna, bo rzeczywistość jest polityczna — wszystko jest polityką. Prawda, ale równie prawdziwe jest stwierdzenie, że wszystko jest mitem, że rzeczywistość jest mityczna. I ja tego wolę się trzymać. Rozwiązanie dramatu egzystencjalnego? Dorośnięcie. Kapitalizm, komunizm, konsumpcjonizm to polityka, woli hodować człowieka, który nie dorasta, bo takim człowiekiem się łatwiej steruje. Życie ludzkie składa się z kilku etapów, każdy etap ma coś do zaoferowania, przynosi ci wiedzę na temat egzystencji, innymi słowy wzbogaca. Teraz starcy chcą być młodzi, bo życie to młodość, seks i zabawa. No właśnie, niekoniecznie. Rozwiązanie dramatu egzystencji to praca nad sobą, kiedyś służyły ku temu odpowiednie rytuały, teraz ich nie ma, co nie znaczy, że nie można dorosnąć, wyrwać się z koszmaru.

Lubisz oglądać telewizję?

Nie oglądam, nie ma po co, w czasach internetu?

TV to ciągle potęga — w dostarczaniu emerytom i rencistom darmowej rozrywki niezbyt wysokich lotów, ale za cenę prania mózgów reklamami proszków, keczupów i lekarstw na zgagę. Ja czasem oglądam i mam wrażenie, że TV jak w lustrze odbija stan ducha i intelektu Polish Homo Sapiens 2017. Ale nie o tym chciałbym teraz porozmawiać… Nie wszyscy wiedzą, że jesteś również filmowcem i reżyserem. Dlaczego postanowiłeś robić filmy?

No jasne, że potęga. Jednak Internetem posługują się ludzie młodzi, a emerytów i rencistów jest od groma — w końcu ktoś głosował na PiS. Ja TV nie dotykam, dlatego nie mam wglądu w „stan duchowy i intelektualny Homo Sapiens 2017″, oglądałem wcześniej. Mam wrażenie, że poziom rozrywki się nie zmienia. Martwią mnie jednak ciągłe zakusy władzy by płacić abonament, zwłaszcza ta aktualna ma wielką chrapkę na nasz hajs. PiS odżegnuje się od komuny, a przecież abonament to spuścizna starego systemu, i jeżeli wtedy abonament miał jakieś ekonomiczne uzasadnienie, to teraz nie ma. Płacenie za posiadanie odbiornika telewizyjnego, to jakiś poroniony pomysł. Co do mnie — owszem — od pewnego czasu zająłem się pracą nad filmem, czy to przy pisaniu scenariuszy, czy reżyserowaniu własnych produkcji. Niestety, ucierpiała na tym moja literacka działalność, trudno trzymać dwie sroki za ogon.
Filmy robię, bo najprościej rzecz ujmując zakochałem się w kinie. Mój kontakt ze sztuką rozpoczął się równolegle — od pisania i robienia zdjęć. Jakiś czas temu robiłem regularne cykle prezentujące moje zdjęcia, pracowałem wtedy na slajdach, robiłem w krakowskich knajpach “slideshows”. Zazwyczaj były to takie komiksy pokazujące Polskę, każdy cykl miał swoją tezę. W magazynku obrotowym do rzutnika slajdów mieściło się 175 slajdów, i tworzyły one zamkniętą całość. Jeden obrazek wynikał z drugiego, można powiedzieć, że robiłem statyczno-fotograficzne filmy. Potem pomyślałem sobie, że może warto pójść o krok dalej i ożywić te obrazki. Kolega kupił sobie cyfrową kamerę, nie wypadało nie zrobić filmu.Tak powstał krótki metraż „W drodze”.

Czy od rozrywki preferujesz kino ambitne, alternatywne, albo inaczej mówiąc niezależne?

Co to w ogóle jest kino ambitne? Ambitne to często nudne. A niezależne często jest nieudolne. Świetną definicję kina niezależnego dał jakiś prezenter telewizyjny w programie typu „Kawa czy herbata”. W studio był mój kolega Piotr Kielar — reżyser, dla którego napisałem (wraz z Grzegorzem Dryją) scenariusz horroru „Satan Spa”. Prowadzący zapytał: Co to właściwie jest kino niezależne? I odpowiedział sobie od razu, że kino niezależne, to takie, w którym nikomu na niczym nie zależy… Dla mnie ta definicja to bomba! Wszyscy jesteśmy od czegoś zależni, zazwyczaj od pieniędzy ale i od ludzi. Produkując kino niezależne też potrzebne są finanse. Nie lubię kategoryzowania sztuki używając kryterium pieniądza.

Niestety obecnie tak właśnie ocenia się sztukę — gdy artysta sprzedaje się za wielkie pieniądze, znaczy że jest dobry, nie sprzedaje się, nie warto zawracać sobie nim głowy,

no chyba, że po śmierci, bo wtedy wstyd, że się nie dostrzegło mistrza. Wracając do kina… są świetnie filmy wysokobudżetowe, są znakomite niskobudżetowe. Wiadomo kino komercyjne, zazwyczaj jest skierowane do widza masowego, co często wiąże się z miałką treścią i postawieniem nacisku na efekty specjalne. Kino offowe z kolei podejmuje tematy, które zazwyczaj nie pojawiają się w mainstreamie. Ale zarówno efekty specjalne, jak i trudne tematy, to element sztuki kina, i interesuje mnie to w tym samym stopniu. Idealnie, kiedy kino z wielkim budżetem podejmuje temat spoza głównego nurtu. Przykład: „Lśnienie” Kubrica.

Nie jestem filmoznawcą, ale wg. mnie współczesne filmy można podzielić na dwie główne kategorie: filmy wizualne, gdzie najważniejsza jest właśnie warstwa wizualna (skomplikowane i efektowne ujęcia, efekty specjalne) i filmy aktorsko-literackie, gdzie głównym elementem są dialogi i gra aktorska (np. filmy Zanussiego czy Kieślowskiego). Są również możliwe pewne podgrupy i style mieszane. “Lśnienie” zaliczyłbym do filmu “wizualno-aktrorskiego”. Jeżeli zgodzisz się z takim podziałem, to jakie Ty chciałbyś reżyserować filmy?

To ciekawy, ale bardzo uproszczony podział, trudno mi na niego przystać, bo w ogóle nie odzwierciedla rzeczywistości. To tak jakbyś chciał podzielić kino, literaturę, w ogóle sztukę na ciekawą i nudną. To znaczy można to zrobić, ale obie te kategorie są bardzo subiektywne. Podobnie zaproponowany przez Ciebie podział. Weźmy film „Drzewo Życia” Malick’a. W tym filmie ważna jest warstwa wizualna, dialogi oraz aktorzy. I nie jest to przykład jedyny w swoim rodzaju. Myślę, że każdy reżyser chce, żeby jego film był atrakcyjny wizualnie i dobrze zagrany, ze świetnymi dialogami. Nie wszyscy jednak mogą sobie na to pozwolić. Film to synergia, współdziałanie wielu czynników. Scenariusz, zdjęcia, efekty specjalne, make up, scenografia, kostium itp. Dopiero suma wszystkich tych wartości składa się na ostateczny efekt jakim jest film. Każdy z tych elementów kosztuje — im większy budżet — tym często większa swoboda artystyczna. Przytoczony przez Ciebie przykład „Lśnienia”, to film z wielkim budżetem, dającym twórcy dużo możliwości inscenizacyjnych, scenograficznych itd. Hotel, który widzimy w filmie został zbudowany od podstaw na potrzeby produkcji. Idealnie robić filmy, przy produkcji których nie musisz martwić się o budżet. Co jest z kolei utopią. Zawsze jest ktoś, kto patrzy ci na ręce i tnie koszty.

Czy jesteś gotowy na to, żeby wyreżyserować film fabularny z wysokiem budżetem? Mam na myśli umiejętności reżyserskie, czyli kierowanie ekipą filmową z prawdziwego zdarzenia i wyczucie artystyczne, czyli przekonanie, że sceny które wymyślisz i wyreżyserujesz będą znakomite i Twój film odniesie sukces u widzów.

To zależy o jakim budżecie mówimy. Pewnie filmu za 100 mln dolarów bym nie zrobił, ale za milion polskich złotych już tak. Jestem w trakcie kończenia krótkometrażowego debiutu reżyserskiego zrealizowanego w Studio Munka, a potem chciałbym walczyć o debiut pełnometrażowy. Myślę, że na film za bańkę mam umiejętności. Robienie filmu jest trochę jak prowadzenie biznesu. Mam do tego przygotowanie, kończyłem przecież ekonomię. Co do wyczucia artystycznego i nudy na ekranie, to staram się tego wystrzegać jak mogę.
Dziesięć lat temu zarówno w filmie i literaturze leciałem po bandzie, realizując przede wszystkim swoje ego i artystyczne wizje. Teraz wiem, że istotny, a może najistotniejszy w tym procesie jest odbiorca. Co nie znaczy, że chciałbym schlebiać jego gustom. Sztuka to rodzaj komunikacji, trzeba wypracować model, który pozwoli się wyrazić artyście, ale i będzie czytelny dla odbiorcy.

Wielu krytyków ma złe zdanie o hollywoodzkich blockbusterach, jakby złośliwie nie potrafili docenić kreatywności i wspaniałego rzemiosła filmowców produkujących wielkie widowiska. Pamiętam sceny z takich filmów jak “Casino Royale” (sam początek filmu — strzelanina i pościg), albo początek Stark Expo z “Iron Man 2” i wejście głównego bohatera. To sceny, które wibijają w fotel. Nie lubię filmów z “gadającymi głowami” (z kilkoma wyjątkami np. “Pulp Fiction”). Lubię prawdzie kino, czyli emocje i widowiskowość, rozmach, świetny scenariusz. Dlaczego wiele osób krytykuje to, co robi Hollywood?

Przyznam, że nie jestem specjalistą od układów panujących w Hollywood. Hollywood to wielki biznes, generujący wielkie zyski, często przynoszący też straty. Podstawą każdego biznesu jest oczekiwanie, że pokryje się koszty produkcji i osiągnie zysk, mówiąc kolokwialnie: zarobi się. Kino amerykańskie jest często schematyczne. Możesz z zegarkiem w ręku powiedzieć, kiedy nastąpią zwroty akcji i jak skończy się historia. Jeżeli oglądasz taki schemat po razy tysięczny, dziesięciotysięczny, to przestaje cię to bawić. Bo jednak sztuka, to poszukiwanie nowego, wychodzenie poza schemat — właśnie to powoduje, że my jako ludzkość rozwijamy się, idziemy do przodu. Osobiście lubię od czasu do czasu skoczyć do kina na coś kasowego, to też ma walor poznawczy, ale nie mógłbym oglądać wyłącznie przebojów z top listy. Ostatnio wrzuciłem sobie nowego „Johna Wicka” i ręce można załamać. Efekty i bijatyki niby na dobrym poziomie, ale po prostu w to nie wierzysz, a jak nie wierzysz w to co widzisz, to wszystko traci sens i nie ma kina.

Nie chce mi się wierzyć, że jesteś w stanie z zegarkiem w ręku przewiedzieć kiedy nastąpi zwrot akcji w filmach Ridleya Scotta czy Spielberga.

Możemy się założyć, że tak jest. Chodzi o to, że rozrywkowe kino hollywodzkie, zresztą nie tylko rozrywkowe, korzysta ze schematu zwanego “podróżą bohatera”, który został przez specjalistów skodyfikowany z dokładnością co do do minuty, np. z reguły tak jest, że w filmie trwającym około 90 minut pierwszy punkt zwrotny ma miejsce w 23 minucie. “Podróż bohatera” jest schematem wywodzącym się z klasycznego trójaktowego dramatu antycznego, a ten z kolei na swoje źródła w rytuałach. Podróż bohatera w swojej pierwotnej wersji, to strukturalny zapis inicjacyjnego tripu szamańskiego. Osobiście jestem zakochany w tych schemacie, a służy on do dynamizowania historii, budowania dramaturgii wydarzeń. Dlatego często mamy wrażenie, że kino amerykańskie się ogląda, jest dynamiczne, a europejskie to nudy. Co oczywiście nie jest prawdą, jednakowoż każdy twórca filmowy powinien ten schemat znać, choćby po to, żeby się od niego odbić.

Bardzo wiele współczesnych filmów, właściwie nawet większość, bez żadnych skrupułów pokazuje przemoc. Dlaczego?

Dla takiego samego powodu, z jakiego wiele filmów pokazuje sex, to się po prostu sprzedaje. Sex & violence — atawizmy, których nigdy nie uda się z człowieka wymazać, zresztą po co? To część jego natury, czy tego chcemy czy nie.

Przejdźmy na krajowe podwórko. Co sądzisz o współczesnej polskiej kinematografii?

Kino polskie bardzo się zmienia. Do głosu dochodzą nowi, młodzi twórcy, którzy są świadomi wspomnianego powyżej schematu. Czytali Voglera „Podróż autora”, książki Jozefa Campbella, czy nawet „Morfologia bajki” Proppa. To obecnie pozycje obowiązkowe każdego scenarzysty. Pomijając sam schemat dramaturgiczny, w kinie pojawiają się nowe rozwiązania formalne, a przede wszystkim nowe, aktualne tematy. Weźmy dla przykłady film Tymańskiego „Polskie gówno”. Można mieć zastrzeżenia co do historii czy dramaturgi, jednakowoż jest to jedyny, naprawdę jedyny film, który opisuje doświadczenie mojego pokolenia. Idąc do kina, chcesz też zobaczyć coś, w czym odbija się twoje życie. Dlaczego filmy o Relidze, czy Beksińskim odniosły taki sukces? Pomijając sposób realizacji i świetny temat opowiadają o rzeczywistości, która jeszcze przed chwilą działa się obok nas. Moi zdaniem idzie to wszystko w dobrym kierunku. Pojawiają się filmy, po oglądnięciu których mówię „wow”. A przecież jeszcze kilka lat temu oglądało się to wszystko z zażenowaniem. Pamiętam festiwal w Gdyni, na którym pokazywałem swój film (w sekcji pozakonkursowej). Pamiętam swoje wrażenia po oglądnięciu konkursu głównego i wielkie zdziwienie, że nikt nie wygwizduje tych gniotów. To niebywałe… oglądasz gniota, kończy się, idą napisy i wszyscy klaszczą. Ja rozumiem, że jest środowisko, w środowisku są układy, jak nie poklaszczesz na filmie kolegi, on nie poklaszcze na twoim — to normalne, ale przecież na te filmy chodziła też tak zwana normalna publika, krytyczna mam nadzieję publika, ale nic — było lizanie dup.

Na zdjęciu: Sławoimir Shuty (w środku) na planie filmu "Pokój". Obok aktorzy: Krzysiek Zarzecki i Piotr Głowacki. Foto: materiały prasowe

Na zdjęciu: Sławoimir Shuty (w środku) na planie filmu „Pokój”. Obok aktorzy: Krzysiek Zarzecki i Piotr Głowacki. Foto: materiały prasowe


Wszystko niby piękne, ładne, głaszczemy się po głowach, a filmy gówniane. Przecież niedawno jeszcze panowała opinia, że na polski film do kina, to nikt nie idzie, bo to strata czasu i pieniędzy. Kino po transformacji ustrojowej, zostało opanowane niestety przez mafiozów kultury, żyło w cieniu wielkich polskich realistów, było niejako skażone realizmem. Ostatnio próbowałem oglądać „Powidoki”. Strzemiński to świetny temat — awangarda, artyści, romanse, komuna. Co z tego wyszło? Realistyczny, dydaktyczny gniot. Zupełnie niedawno zastanawiałem się na Fejsbuku, dlaczego w Polsce nie kręci się horrorów, kina grozy. „Powidoki” dały mi do myślenia, że owszem kręci się kino, choć nie grozy, a zgrozy. To też jakiś element charakterystyczny dla polskiego kina, że twórcy tetryczeją i pod koniec życia zapominają czym powinna być sztuka filmowa. Oczywiście wszyscy tetryczejemy — to normalny proces, ale w Ameryce tacy staruszkowie sceny jak Martin Scorsese, czy Ridley Scott, wcale nie oddają pola i ciągle robią filmy, które w niczym nie ustępują energią młodym. Możesz oczywiście powiedzieć, że wolno im stetryczeć, a tym samym robić kino właściwe do swego temperamentu, ale na Boga, co jeśli wszystkie filmy są takie?

Jeśli chodzi o mnie, to nie mam dobrego zdania na temat polskich filmów fabularnych i przeważnie gdy widzę polski film w TV, to zmieniam kanał, ale nie mówię tego złośliwie. Moim zdaniem głównym problemem naszych reżyserów jest niski poziom realizacji filmów i mało ciekawe scenariusze. Oglądałem film “Bogowie” (ponieważ miał dobre recenzje). Aktorstwo było dobre. Dialogi również, całkiem dobry scenariusz. Jednak w wielu scenach brakowało rozmachu, zwłaszcza tych dynamicznych gdy np. Religa zaczyna brawurowo prowadzić samochód. Również sceny operacji na sercu były bo były, ale nic specjalnego. A przecież Religa był chirurgiem, więc sceny operacji na sercu, to powinien być majstersztyk pod każdym względem. Moim zdaniem, to pokazuje albo brak reżyserskich umiejętności, albo jakąś chorą manierę, że ciągle musimy robić “kino moralnego niepokoju” i wszystko, co widowiskowe jest niegodne “wielkiej sztuki filmowej”. Mam wrażenie, że nasi reżyserzy świadomie unikają widowiskowych, czy trudnych technicznie scen, podczas gdy Amerykanie takie sceny celebrują. Jednak gdy już taki sprawny film się pojawia, to zostaje przez środowisko filmowe zlekceważony i niesprawiedliwie osądzony. Mam na myśli “Miasto 44” Komasy. Mówiło się, że to pierwszy polskojęzyczny film zrealizowany na światowym poziomie, który został świadomie zignorowany przez nasze środowisko filmowe na 39 festiwalu filmowym w Gdynii. Tajemnicą poliszynela było to, że przewodniczącym jury tego festiwalu był p. Bugajski, który nie znosił “Miasta 44” i był przeciwny dotacjom na jego realizację. Jednym słowem — polskie piekiełko. Nie widziałem “Powidoków”, ale przypuszczam, że masz rację. Widziałem “Katyń” Wajdy i to nie było kino, tylko bogoojczyźniany moralitet nudny jak flaki z olejem. Wajda zrobił kiedyś bardzo dobry film — “Ziemię obiecaną”. Reasumując… może to Ty jesteś nadzieją polskiego kina, bo znając wszystkie jego wady, możesz ich uniknąć i wyreżyserować dobry, sprawny, wciągający film.

Nie będzie odkrywczym, kiedy powiem, że po przemianach ustrojowych kino polskie przeżywało głęboką zapaść. O ile orientuję się w sytuacji, to kręcono filmy celowo złe. Już tłumaczę… w zasadzie wszystkie filmy były finansowane przez PISF (Państwowy Instytut Sztuki Filmowej) i tam była taka reguła, że jeżeli film jest kasowy, trafia do kin i producent na nim zarabia, to pieniądze które dostał od PISF jest zobowiązany zwrócić. Innymi słowy PISF udzielał producentom pożyczki zwrotnej w przypadku sukcesu — niezwrotnej w przypadku klapy. A więc wystarczyło zrobić film, który miał znikomą oglądalność, nie przynosił zysków, żeby kasa otrzymana od PISF została w kieszeni. A były to grube miliony.

Powstało w ten sposób wiele świetnych gniotów.

Oczywiście nie można zakładać, że wszyscy kierowali się tą zasadą, jednak z jakiegoś powodu kino polskie było gówniane. Jak wspomniałem powyżej, to się zmienia, pojawiają się nowe twarze, nie umoczone w układy towarzyskie, lub umoczone w inne układy, których celem nie jest wyłącznie hajs. Pamiętajmy, że kino to wielkie pieniądze i jak w każdym biznesie, tak i tutaj duże znaczenia mają znajomości, czyli wartości pozaartystyczne. Co do „Bogów”… nie oczekiwałem od tego filmu pościgów samochodowych. Fakt, polskie kino jest skażone moralnym niepokojem, spuścizną smutnego realizmu, to wszystko było dobre w pewnym okresie czasu, ale nie można oczekiwać, że ludzie ciągle oczekują metafizycznych pytań, rozdrapywania ran. To znaczy, ja nadal oczekuję metafizycznych pytań, ale nie takich, nie w ten sposób podanych — moralny niepokój to przeszłość, na Boga jest XXI wiek, filmy takie jak „Terminator” przestają być fikcją. Mówiąc między nami, nienawidziłem kina moralnego niepokoju, wydawało mi się łopatologiczne, nudne i pseudo metafizyczne. Ale jest też taki trend w kinie polskim, że jak ktoś został uznany, jak już sobie zaklepał pozycję, to już jedzie na tym koniu do końca. Nikt — publiczność, krytycy nie weryfikuje tego co taki klasyk tworzy. Przykładem takiego mechanizmu jest świętej pamięci Andrzej Wajda — onegdaj reżyser świetny, który od pewnego momentu tworzył super gnioty, nudne, dydaktyczne, łopatologiczne. I do samego końca był królem polskiego kina. Wszyscy lizali mu tyłek. A przecież nie tylko Wajda spowodował, że kino polskie cieszyło się wielką estymą, także poza granicami kraju. Wspomniałeś o Bugajskim, no to jest ciekawy przypadek reżysera, klasyczny przykład człowieka, który psuje kino. Widziałem “Zaćmę” i „Generała Nila”, widziałem „Śmierć rotmistrza Pileckiego”. Weźmy ostatni przykład — jak można było opowiedzieć historię Pileckiego, którego życie mogło być kanwą mega hitu, kina na miarę światową (przecież on na własne życzenia dostał się do Auszwitz i uciekł z niego). Jak można było zrobić z tej wspaniałej, niesamowitej, bohaterskiej historii, tak potwornego, nudnego gniota. Teraz kręci się filmy o żołnierzach wyklętych i one są straszne, nie dlatego, że temat, że kontrowersje, ale sposób opowiedzenia historii — po prostu dramat. Zamiast pokazać życie bohaterów, choćby kontrowersyjnych, to lepi się łzawe i nudne laurki, które może nadają się dla dzieci w przedszkolu. Te historie o żołnierzach wyklętych pasują idealnie do schematu podróży bohatera, ale scenarzyści tych filmów kompletnie w to nie wchodzą, a przecież to może być wielkie, pasjonujące, katarktyczne kino.

Gdzie leży problem? Mamy w Polsce dwie duże szkoły filmowe — w Łodzi i w Warszawie. To są dziesiątki absolwentów wydziałów reżyserii każdego roku. Aż chciałoby się krzyknąć: Czego oni was tam uczą do diabła, skoro nie umiecie reżyserować filmów!. Dlaczego nie można w polskich filmach sensacyjnych czy fabularnych zobaczyć porządnie wyreżyserowanej bijatyki, pościgu samochodowego, albo namiętnej sceny łóżkowej. Ciągle wracam do kwestii rzemiosła filmowego, bo uważam, że rzemiosło jest podstawą dobrego, ciekawego kina. Sprawna reżyseria, zdjęcia i montaż, to absolutna podstawa. W filmie “Bogowie” powinna być dobra, kilkunastominutowa scena brawurowej jazdy samochodem, ponieważ Religa był znany z takiej jazdy. Taka scena ma swoje uzasadnienie w scenariuszu. Moim zdaniem, nawet nasi najlepsi reżyserzy, nie mają na koncie żadnej popisowej sceny filmowej z prawdziwego zdarzenia — takiej, która weszłaby do kanonu światowego kina. Wynika z tego chyba smutna wiadomość dla Ciebie — jeżeli uda Ci się nakręcić dobry film fabularny, to najpierw będziesz musiał walczyć o aprobatę z naszym “środowiskiem filmowym”. Jeżeli zostaniesz przez tych ludzi odrzucony, to pozostanie Ci satysfakcja publiczności. I nagrody za granicą, jak w przypadku “Idy” Pawła Pawlikowskiego.

Nie zapominajmy o Katowicach — ta szkoła ma dłuższą historię i renomę niż warszawska. Czego ich uczą? Nie jestem kompetentny by odpowiedzieć na to pytanie. Nigdy się w szkole filmowej nie uczyłem. Mam jednak wielu znajomych w filmówce, uczelniach artystycznych, moja córka chodzi do szkoły plastycznej. W rozmowach z tymi ludźmi pojawiają się takie wnioski: ci, którzy mają wystarczająco dużo samozaparcia, zwykle osiągają, to czego chcą. Ale wszyscy są przycinani do poziomu prowadzących, a prowadzący, to często ci, którym nie udało się wypłynąć na szersze wody i zrobić kariery. Jest to pewna frustracja dydaktyczna, co zresztą mnie dziwi, bo dobry dydaktyk w niczym nie różni się od topowego artysty, a jego rola być może jest większa.

Na zdjęciu: budynek Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. 2011 rok. Foto: Lonta.pl

Na zdjęciu: budynek Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. 2011 rok. Foto: Lonta.pl

Inna sprawa, dużo bardziej poważniejsza to fakt, że rzeczywistość przyspieszyła i prowadzący nie są po prostu przygotowani do ogarniania nowych mediów. Rozmawiałem kiedyś z kolegą, który pisał magisterkę z marketingu w nowych mediach, prowadzący go doktor prosił o materiały, które pozwolą mu cokolwiek rozeznać się w temacie. Moja córka po trzech latach edukacji w plastyku szlifuje realistyczny rysunek. Warsztat jest potrzebny, ale świat sztuki obecnie, to nie tylko warsztat, a nawet wcale nie warsztat — to koncept i umiejętność autopromocji, kontakty z kuratorami. Nie jestem fanem tego systemu kuratorskiego — dziwnego światka, w którym artysta w zasadzie schodzi na drugi plan, a jednak tak ten świat obecnie wygląda. Pytam córkę czy powiedzieli wam kim jest kurator? Nie. Może to za wcześnie, żeby mieszać młodym ludziom w głowach, ale ja mając szesnaście lat rozpoczynałem swoją przygodę ze sztuką i byłem dużo bardziej awangardowy niż obecnie. Naturalnie większość informacji zdobywałem poza szkoła. To smutne, ale szkoła przygotowuje nas do egzystencji w ramach przyjętego systemu. Nie bardzo wiem, czy we  współczesnej Polsce w ogóle taki system istnieje. Może to raczej próby przeszczepiania wzorców z Zachodu na spoiwie poczucia zerowej wartości. Wspominasz „Bogów”… Owszem zgodzę się, że jeżeli Religa był rajdowcem, to niegłupio byłoby pokazać go z tej strony. Z pewnością film miałby większą publikę. Wszyscy lubimy pościgi samochodowe. Ale pościg samochodowy, to raz umiejętności, dwa budżet. Pocieszę cię, przypomnę po raz trzeci: przychodzą nowe pokolenia i wszystko się zmienia, jeżeli jest coś pewnego na tym świecie, to nieustanna zmiana. Starcy kiedyś odejdą, przyjdą ludzie młodzi, może nie skażeni tym stetryczałym, uwikłanym w układy towarzyskie podejściem. W moim przypadku… zobaczymy, na razie muszę skończy rzeczy, które zacząłem. I wtedy będę się zastanawiał nad debiutem pełnometrażowym. Poza ten horyzont czasowy nie sięgam.

To prawda. Budżet filmowy, to kaganiec na szyi wielu filmowców. A propos “pościgów samochodowych”. W Hollywood tego typu scenami zajmują się wyspecjalizowane firmy zewnętrzne — to są ekipy, które kręcą tylko i wyłącznie takie sceny na zlecenie producentów. Nie chcę nawet myśleć jak tego typu sceny kręci się w naszym kraju. Porozmawiajmy o konkretach. Wiesz już jaki film chciałbyś nakręcić? Masz scenariusz?

Tak, tak… Ameryka to wyspecjalizowany przemysł filmowy, natomiast w Polsce żyjemy w cieniu spuścizny realizmu społeczno-obyczajowego. Spuścizna świetnej skądinąd szkoły polskiej, która później przybrała nieciekawą i nudą formę. Jestem jednak dobrej myśli. Polska ma wielki potencjał filmowy, a rynek nadal się rozwija, a zatem może za jakiś czas, o ile nie wybuchnie wojna, będziemy mieli wyspecjalizowane ekipy, które będę umiały zrobić dobry pościg samochodowy. Ja mam zajawkę na horror, oglądam w zasadzie wszystko, co w tym temacie powstaje, do czego uda mi się dotrzeć, chciałbym ustanowić podwaliny pod ten gatunek w Polsce. Horror wiadomo, nie ma u nas dobrej prasy i passy. Były nieudane próby w przeszłości, poza kilkoma wyjątkami np. „Medium”, które i tak nie było czystym gatunkiem. Nie ma tradycji horroru, bo po pierwsze — jest spuścizna realizmu i traktowanie kina gatunkowego, jako czegoś co schlebia niższym gustom, po drugie — horror wymaga wyspecjalizowanej ekipy, efektów specjalnych itp. Ale to się da obejść dobrym pomysłem. A co do pierwszego argumentu — nie zgodzę się, że horror to gatunek gorszy, ja raczej skłaniam się to tezy, że to gatunek pierwszy.

Cała nasza kultura ma swoje źródło w micie,

mit ma korzenie w pierwszej, kluczowej dla rodzaju ludzkiego opowieści, a jest nią rytuał inicjacyjny szamana. Weźmy historię Jezusa, którą żyje duża część globu — to przecież klasyczna opowieść szamańska — śmierć, wstąpienie do piekła, powtórne narodziny, wejście do nieba. Horror kładzie nacisk na ten pierwszy aspekt — zstąpienie do piekieł, gdzie bohater musi konfrontować się z demonami, duchami i umarłymi. Obecnie przygotowuję się do kampanii crowfundingowej, która pozwoliłaby mi zrealizować krótkometrażowy horror, którego akcja dzieje się na polskiej prowincji. Polska jest gotowym plenerem filmowym dla horroru, a nasza rodzima demonologia pełna jest potworów. Jeżeli ten eksperyment wypali będę się starał o pełnometrażowy debiut, oczywiście horror.

Których aktorów cenisz najbardziej? Komu chciałbyś zaproponować główną rolę w swoim filmie? Załóżmy, że możesz wybierać nawet wsród “gwiazd światowej sławy”.

Jest od cholery świetnych aktorów, “gwiazdy światowej sławy” są dlatego gwiazdami, że pomijając kwestie rynku filmowego, finansów i promocji, mogą sobie pozwolić na nieskrępowane doskonalenie warsztatu, dzięki czemu osiągają w aktorstwie mistrzostwo. U nas wiadomo — aktor musi dorabiać, grać w serialach i różnej maści gównach po to, żeby się utrzymać na sensownym poziomie, ale to też się zmienia. Kraków, choć z dala od polskiego rynku filmowego, ma jedną niezwykle istotną zaletę — jest wylęgarnią aktorów. Niemal wszystkie, a może wszystkie obecnie głośne nazwiska studiowały w Krakowie. Wielu grało w tutejszych teatrach. Można powiedzieć, że w Krakowie, gdzie nie rzucić kamieniem, to aktor. Nie ma więc problemów ze znalezieniem świetnej obsady — co ważniejsze — aktorzy godzą się grać za mniejsze stawki, w ogóle idą na rękę filmowcom, za co im chwała, cześć i dziękczynienie. Choć nie przepadam za zmanierowanym repertuarem Teatru Starego, to gra w nim masa utalentowanych, skłonnych do współpracy ludzi.

Czyli do swojego filmu zaangażujesz nieznanych, ale zdolnych aktorów z Krakowa. Bardzo dobry pomysł. Mogę Ci podrzucic jedno nazwisko: Natalia Siwiec… Nie śmiej się. Ona jest boska. Pasowałaby idealnie do horroru. Ja aktorów nie lubię (tak samo jak piłkarzy). Nie wydaje Ci się, że ci wszyscy aktorzy zachowują się jak święte krowy? Wydaje im się, że są jakąś elitą — jakimś crème de la crème, a jeszcze całkiem niedawno (jakieś 200 lat temu, jak podają źródła historyczne) cyrkowców, komediantów i trubadurów nie wpuszczano po zmroku za mury miasta, ponieważ ludzie ci mieli opinię złodziei, dziwek, naciągaczy i oszustów. A dziś? Sławny aktor bywa alfą i omegą, wyrocznią i autorytetem w każdej dziedzinie. Wszyscy ich podziwiają i spijają każde słowo z ich ust niczym eliksir młodości. Aktor został gubernatorem Kalifornii. Showman i producent konkursu piękności rządzi obecnie Ameryką. Trzeba poczekać, aż prezydentem Polski zostanie aktor gejowskiego porno.

Dokładnie, angażowanie ludzi z Krakowa to także logistyka — dojazdy, oraz obniżenie kosztów czyli np. noclegi. Co do p. Siwiec… wiem o jakich horrorach myślisz. Ładna kobieta z dużym biustem ucieka przed potworem i głośno krzyczy, by w finale zostać krwawo zabita, ale to nie moja bajka. Nie chcę kręcić horrorów, które zwabią publikę żądną widoku maltretowanych kobiet — to właśnie błędne rozumienie tego czym jest ten gatunek. Nie chodzi o to, żebyśmy z popcornem w łapie przez półtorej godziny patrzyli na nagie torsy, które zalewają się krwią. Oczywiście, nie mam nic przeciwko prażonej kukurydzy i ładnym ciałom — to element współczesnej popkultury.

Na zdjęciu: Natalis Siwiec -- polska modelka, aktorka i celebrytka. Foto: Plejada.pl

Na zdjęciu: Natalia Siwiec — polska modelka, aktorka i celebrytka. Foto: Plejada.pl

Ładne ciała przyciągają widzów, co jest w tym biznesie szalenie ważne. Jednak wolałbym łączyć przyjemne z pożytecznym i robić horrory, które poza atrakcyjnym obrazkiem, niosą istotną treść. I takie filmy powstają. Należy do nich wspomniane w naszej rozmowie „Lśnienie”, a ostatnio „The Witch”, czy „A dark song”, zresztą padło też nazwisko Ridleya Scotta — seria z Obcym, to przykład znakomitego horroru, łączącego popkulturę z klasycznym archetypem walki ze smokiem, symbolem zła. Co do drugiej części pytania… mówisz bardziej o tak zwanych celebrytach — rzeczywiście jest to sytuacja paradoksalna, kiedy ludzie będący na samym końcu tego skomplikowanego łańcucha pokarmowego stają się najważniejsi. Jednak nie wszyscy zdolni aktorzy są celebrytami, a i wśród celebrytów znajdziesz zdolnych aktorów, którym nie poprzewracało się w dupie.

Czy to będzie tak, że kiedy uda Ci się wyreżyserować dobry film fabularny, to nastąpi koniec Sławomira Shutego jako pisarza i początek Sławomira Shutego filmowca? A więc to prawda, że w dzisiejszych czasach wszyscy chcą kręcić filmy, bo bycie uznanym, a zwłaszcza kasowym reżyserem filmowym, to wejście na sam szczyt hierarchii społecznej.

Pewnie nie, praca nad filmem w moim przypadku, to zarówno pisanie jak i reżyserowanie, a proces produkcyjny filmu w Polsce, w tak zwanym mainstreamie, to kilka dobrych lat — coś trzeba robić pomiędzy, a że na razie nie grozi mi reżyserowanie seriali, to pewnie będę pisał. Jak wspomniałem powyżej — mam w tym roku do dokończenia kilka otwartych projektów filmowych i mam nadzieję, że wyrobię się z nimi do zimy. Potem siadam i pracuję literacko. Mam kilka interesujących pomysłów do rozwinięcia. Co do bycia kasowym i drabiny społecznej… kiedyś po drugim filmie, za który zgarneliśmy nagrodę, kolega zarzucał mi, że przestałem pisać i robić filmy dla większego fejmu i hajsu. No cóż, więcej w film zainwestowałem, niż zyskałem. I raczej nie spodziewam się, że będzie inaczej, a jednak nadal chce to robić czyli… może to jednak prawdziwa miłość? Zresztą spójrz na tych znanych reżyserów filmowych. Który z nich stoi na szczycie drabiny społecznej? To mniejsce w dzisiejszym świecie należy do celebrytów. Do produktu. Zresztą, co to za drabina…

Kto robi najlepsze filmy w Polsce i na świecie?

Jest cała masa reżyserów, których szanuję, poczynając od nieżyjących jak Kubric, Hitchock, Bergman, przez współczesnych mainstreamowych filmowców jak Nolan, Anderson, Scott, Apatow lub bracia Cohen. I trochę mniej streamowych jak Harmony Corine — po zupełnie offowych jak węgierscy bracia Bucharow. Zresztą nie nazwiska są tu najważniejsze. Jak pokazuje historia, każdemu zdarza się popełnić gniota i wzoszenie świątyń genialnym reżyserom jest bez sensu, np. uważa się że “Pulp Fiction” jest filmem genialnym, ale jego genialność pojawiła sie dopiero w montażu (nie ujmując niczego Tarantiono). To montażystka tego filmu sprawiła, że jest on zachwycający formalnie. Najważniejsze jest kino, a kino to efekt współpracy całego zespołu — suma wartości dodanych każdego zaangażowanego na planie filmowym człowieka. Kino jest synergią. I właśnie tak chciałbym widzieć kino — jako współpracę z utalentowanym zespołem.

Na koniec pytanie sztampowe: najbliższe plany filmowe?

Zdobycie pieniądze na film, który chciałem zrobić od dawna, ale bałem się, że nigdy nie znajdę na to pieniędzy — horror. Na szczęście dziś funkcjonują fundusze crowdfundingowe, zdaję się na to jak na ślepy los. Zdobędę hajs — kręcę, stawiam kamień węgielny pod kino gatunku (horroru) w Polsce. Nie — to trzeba będzie poczekać. Scenariusz jest napisany, aktorzy zaproszeni, plenery czekają, tylko wejść i kręcić.. no niestety film, to przedsięwzięcie, które potrzebuje hajsiwa. Dlaczego fiksuję się tak na horrorze? Horror to gatunek pierwszy, opowiada o kluczowym dla człowieka doznaniu — przygodach w świecie pozazmysłowym, którego istnienie nie jest już kwestionowane przez oficjalną naukę. W tym kraju nie kręci się horrorów. Dlaczego? Intencją robienia horrorów jest niejako zmuszenie widza do katharzis. Katarzis jest potrzebne, nie wywołamy go opluwając się wzajemnie, przyniesie je sztuka — filmowa metafora. Horror bardzo nam — Polakom się teraz przyda. Najbliższe plany, to walka o produkcję “Knura”.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Ze Sławomirem Shutym rozmawiał Christopher Gretkus
02.07.2017. Kraków

„Radość tworzenia nie jest oczywista”. SŁAWOMIR SHUTY — wywiad część I
……………………………………………..
Christopher Gretkus (1970) — wydawca portali Eprawda i Novelmasters, fotograf. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
………………………………
Sławomir Shuty (1973) — polski prozaik, fotograf i reżyser. Najbardziej znany z działalności pisarskiej, publikował w Rastrze, Lampie i Iskrze Bożej, bruLionie, stale współpracuje z Ha!artem, gdzie przez pewien czas prowadził dodatek pt. Baton, kontynuowany obecnie na portalu Ha!artu. Współtwórca krakowskiego Klubu Artystycznego Galeria T.A.M. Wychował się w blokowiskach Nowej Huty, jego pseudonim jest zniekształconym zwrotem „z Huty”. Laureat Paszportu Polityki w dziedzinie literatury za powieść Zwał („za literacki słuch, za pasję i odwagę w portretowaniu polskiej rzeczywistości”), za którą w grudniu 2004 r. uhonorowany został Nagrodą Krakowska Książka Miesiąca. Gościnnie prowadził warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Na Operze Nowohuckiej zespołu WU-HAE ukazał się jego esej (bez tytułu) dotyczący Nowej Huty.
……………………….
Więcej: Portfolio|Facebook|Instagram
05.07.2017. Kraków

„Radość tworzenia nie jest oczywista”. SŁAWOMIR SHUTY — wywiad część II
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.

Co o tym sądzisz?