W pomieszczeniu można było wyczuć wielkie podniecenie. Monika z ciekawością przyglądała się siedzącym wokół niej ludziom. Ich wzrok skupiony był na scenie, na której wystawiony był mały eksponat. Wielki monitor ustawiony z boku znakomicie powiększał przedmiot i pozwalał dojrzeć najmniejsze szczegóły danego egzemplarza. Kobieta spojrzała ukradkiem na daną pozycję w katalogu dzisiejszej aukcji i z niedowierzaniem przeczytała opis sprzedawanego eksponatu: złoty sygnet z Janusz Kordekwizerunkiem zarzucającego sieć, świętego Piotra w łodzi. Prawdopodobnie pierścień papieski z dziesiątego wieku. Spojrzała jeszcze raz na wielki monitor i mimowolny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Atmosfera w pomieszczeniu gęstniała. Dziesiątki nowobogackich entuzjastów sztuki z wypiekami na twarzy szykowało się na nowy zakup, który prawdopodobnie zniknie później zapomniany w ogromnym sejfie w jednym z wielkich banków. Mężczyzna prowadzący aukcję chrząknął znacząco i głośno zakomunikował:
– Następna pozycja numer dwadzieścia trzy. Złoty pierścień papieski z dziesiątego wieku. Pierwszy tego typu sygnet zachowany w bardzo dobrym stanie. Cena wywoławcza trzydzieści tysięcy euro. Okazja!
Na widowni zaczął pojawiać się las tabliczek z numerkami. Każdy gest podniesionej ręki windował cenę przedmiotu, który co sekundę zyskiwał na wartości.
Monika spojrzała na zegarek. Dochodziła jedenasta. Wstała i schylając się zaczęła przeciskać się poprzez rzędy krzeseł do wyjścia. Nikt nie zwracał uwagi na wychodzącą drobną postać z wyjątkiem młodego mężczyzny, który poderwał się z krzesła i podążył za kobietą. Tuż za drzwiami dziewczyna usłyszała pytanie:
– Nie podobała się pani dzisiejsza aukcja, pani Johanson?
Odwróciła się i przyjrzała nieznanemu mężczyźnie. Był wysoki i wysportowany. Mógł mieć około trzydziestu lat. Nienaganny garnitur zdradzał pewną zasobność majątkową a wystający z kieszeni katalog aukcyjny zapowiadał jeszcze jednego poszukiwacza antyków.
– Pewnie wie pan tak dobrze jak ja, że ten sygnet to falsyfikat. Pierścień rybaka zaczął być używany przez papieży dopiero od trzynastego wieku. Powinien zawierać imię głowy kościoła, a co najważniejsze po śmierci papieża sygnet jest publicznie niszczony przez kamerlinga, aby już nikt nie mógł się nim posługiwać. A tak z ciekawości skąd pan zna moje nazwisko?
– Wiem o pani dużo więcej. Monika Johanson, lat trzydzieści dwa, historyk sztuki specjalizujący się w antykach o chrześcijańskim rodowodzie. Autorka książki o zapomnianych skarbach Watykanu. Mam mówić dalej?
Monika z ciekawością wpatrywała się w twarz swojego rozmówcy. Ostro zapytała:
– Kim pan jest do cholery?
– Przepraszam nie przedstawiłem się. Gdzie moje dobre maniery? Nazywam się Jean Cosmo. Jestem – jakby to powiedzieć – pośrednikiem w delikatnych transakcjach. Mój zleceniodawca chciałby się z panią spotkać. Chodzi o ekspertyzę na temat pewnego eksponatu. Liczy na pani wiedzę zawodową i oczywiście dyskrecję.
– Ale dlaczego ja? Niech pan znajdzie kogoś innego!
– Nie znam większego eksperta od średniowiecznych zabytków niż pani. To duże wyzwanie dla naukowca. Czyż nie?
Niespodziewana oferta zaciekawiła kobietę na tyle, że w jej głowie zakotłowały się myśli. Tajemniczy eksponat. Nieznany marszand. To może być ciekawa historia. Monika jeszcze raz uważnie przyjrzała się twarzy Cosmo. To nie mógł być kawał.
– Dobrze. Zgadzam się. Szczegóły ustalimy później. Oto moja wizytówka. Proszę o telefon w tej sprawie.
– Oczywiście, skontaktuję się z panią niezwłocznie – mężczyzna pokazał garnitur niespotykanie białych zębów. – A więc, do zobaczenia.
– Do zobaczenia. – Kobieta wybiegła na zalaną słońcem ulicę i założyła okulary przeciwsłoneczne. Rzymski upał był jak zawsze nieznośny, a ona spieszyła do uniwersytetu na spóźnione już zajęcia ze studentami. Przechodząc obok pubu rzuciła tylko spojrzenie na wystawiony na zewnątrz telewizor. Właśnie nadawane były wiadomości. Wraz z migającymi obrazkami usłyszała wyraźny głos lektora: 
– Stan papieża pogarsza się. Lekarze mówią, że jest już agonalny. Ocenia się, że jest to kwestia kilkunastu dni. Dziennikarze na całym świecie dokonują oceny szans potencjalnych papabili, którzy mogą zasiąść na piotrowym tronie…
Głos lektora stopniowo zlewał się z odgłosem tętniącej ulicy.

Kilka dni później Monika jadąc limuzyną z zaciemnionymi szybami, zastanawiała się co może narodzić się z tej groteskowej sytuacji. Ta cała potrzeba zachowania tajemnicy śmieszyło ją, ale i zarazem podniecało. To mogła być wspaniała przygoda. Jej dawno stłumiona przez rozum dusza poszukiwacza skarbów odezwała się teraz na nowo. To przez nią została historykiem sztuki. Odkrywała historię każdego przedmiotu. Ludzi, którzy go używali na co dzień. Starała się zawsze odgadnąć: jak wówczas żyli? Co myśleli? Jakie mieli marzenia? To było dla niej zawsze fascynujące. Kobieta spojrzała na towarzyszącego jej mężczyznę. Jean Cosmo. Nigdy o nim nie słyszała. Czy to prawdziwe nazwisko? A z resztą, to nie miało przecież większego znaczenia. W milczeniu spoglądała przez okno samochodu na rzędy palm i cyprysów migających wzdłuż trasy przejazdu. Był to piękny, ale i monotonny obrazek. Nagle samochód zaczął zwalniać, skręcił w boczną dróżkę i zatrzymał się przed okazałą rzymską willą. Tak. Nadszedł czas na spotkanie z tajemniczym sponsorem.
Grube mury willi skutecznie dawały ochronę przed wszędobylskim upałem. Monika z uwagą oglądała antyczne rzeźby i stare obrazy zawieszone na ścianach. Ich właściciel miał dobry gust. Rzeczywiście znał się na sztuce i potrafił doceniać piękno. To było widać. Milczący dotąd Jean Cosmo westchnął:
– Pięknie tutaj. Prawda?
Kobieta tylko skinęła głową, nie przerywając oglądania eksponatów. Oprócz muzeów nie spotkała jeszcze takiego nagromadzenia tylu pięknych rzeczy w prywatnych zbiorach. Nagle usłyszała odgłos otwieranych drzwi i spojrzała w ich kierunku.
– A oto nadchodzi nasz gospodarz – usłyszała jeszcze ciche zdanie.
Otwarte drzwi wprowadziły do pomieszczenia oślepiające promienie słońca. Kobieta mimowolnie zmrużyła oczy. Zobaczyła średniego wzrostu postać w długiej tunice. Stąd nie potrafiła odgadnąć czy to był mężczyzna, czy kobieta. Tajemniczy głos powiedział:
– Dziękuję pani za przybycie. Jean, tobie też dziękuję, możesz odejść. Nie będziesz już mi potrzebny.
– Tak jest eminencjo – skłonił się Cosmo.
Eminencjo? W głowie Moniki pojawiło się zaskoczenie. Gospodarz domu właśnie posunął się kilka kroków do wewnątrz i kobieta ujrzała purpurata. Mężczyznę w średnim wieku, ubranego w kardynalski strój. Nie wierzyła własnym oczom. To było dla niej wielkie zaskoczenie.
– Witam panią. Nazywam się kardynał Mancini. Miło mi panią gościć w moich prywatnych apartamentach.
– To dla mnie wielki zaszczyt proszę pana, to znaczy … eminencjo – dodała szybko zmieszana Monika.
– Rozumiem pani zaskoczenie. Jestem osobą niejako publiczną i zależało mi na zachowaniu dyskrecji. Jean doskonale wywiązał się z powierzonego mu zadania.
– Niewątpliwie – dodała skwapliwie.
Kobieta cały czas przyglądała się swojemu gospodarzowi. Pomimo nienagannej, budzącej respekt purpurowej sutanny był to mężczyzna dość radośnie usposobiony do życia. Jego wiek był trudny do odgadnięcia. Miał mieć zarówno trzydzieści, jak i pięćdziesiąt lat. Chociaż z racji swojego urzędu zapewne była to ta druga liczba. Zachowywał się swobodnie jakby nie przywiązywał wagi do swojej funkcji. Jego pogodna, gładko ogolona twarz dawała poczucie bezpieczeństwa, chociaż miała w sobie coś dziwnego. Nie potrafiła tego określić. Ale łagodne rysy dobrze komponowały się z lekko przyprószonymi siwizną włosami. Wydawało jej się, że już gdzieś widziała tę twarz.
– Jest pani ekspertem w dziedzinie średniowiecznych artefaktów. Moja prośba jest bardzo delikatna i zależy mi na zachowaniu tajemnicy. Czy jest pani skłonna mi to przyrzec?
– Tak. Chociaż nie wiem jeszcze o co chodzi. Ale tak. Przyrzekam.
– Dobrze – kardynał zamyślił się. Ta chwila ciszy wydawała się trwać w nieskończoność. – Przejdźmy więc do rzeczy. Co pani wie o sella stercoraria? – purpurat nagle wyprostował się.
Teraz Monika wykorzystała swoją chwilę ciszy, po której wolno wyrecytowała encyklopedyczną wiedzę:
– Sella stercoraria. Dosłownie: krzesło gnojne. Krzesło z otworem w siedzisku używane przez cesarzy i później monarchów do… nazwijmy to elegancko… codziennej toalety. Najpierw było zrobione z kamienia, później z drewna. Do dzisiejszych czasów zachowało się kilka autentycznych okazów. Jeden jest z muzeum w Luwrze, a drugi, jak ksiądz wie, w muzeum watykańskim.
– Tak, wiem – przerwał szybko kardynał.
– Czy to wszystko, co może pani o tym powiedzieć?
– Czy ksiądz mnie sprawdza? – Monika nastroszyła się.
– Te wszystkie wiadomości można było sprawdzić w byle jakiej encyklopedii lub w internecie.
– Przepraszam, nie chciałem pani urazić. Pytam tylko, czy… słyszała pani o… wykorzystywaniu tej rzeczy w innych celach?
Monika uśmiechnęła się. Oczywiście w swoich badaniach natrafiła na średniowieczne wzmianki o testach kandydatów na papieży na sella stercoraria, ale traktowała to raczej jako wymyślone historie. Zresztą kościół nigdy nie przyznał się do stosowania takich praktyk.
– Myśli ksiądz o sprawdzaniu płci przyszłych papieży? – zaśmiała się.
Kardynał nie podjął tego tematu. Jego powaga przywróciła kobietę do porządku.
– Myślę, że jest dyskusja czysto akademicka. Zresztą dobrze zachowany eksponat znajduje się tutaj w Rzymie. Ksiądz nie będzie miał pewnie problemu z dotarciem do tajemniczych i strzeżonych magazynów watykańskich. Ja widziałam to krzesło tylko na fotografii w książce.
– Jest jeszcze jeden egzemplarz. Myślę, że jest to autentyk – wolno powiedział Mancini, zwracając uwagę na reakcję kobiety.
– Pewien milioner przedstawił mi ofertę jego nabycia. 
– Naprawdę? To byłaby okazja!
– Tak. Ale przedtem chciałbym, aby pani obejrzała je na własne oczy, jeśli to potrzebne przeprowadziła stosowne badania i przedstawiła mi wyniki swojej pracy.
– Nie wiem, czy znajdę czas na to zlecenie. Jest właśnie sesja na mojej uczelni. Mam zobowiązania.
– To nie potrwa długo. Mnie też zależy na czasie. Ten przedmiot znajduje się w Grecji, zaledwie godzinę lotu stąd. 
– No nie wiem…
– Nie wspomniałem jeszcze o honorarium. Czy zadowoli się pani kwotą dziesięciu tysięcy euro?
– Ile? – oczy kobiety otworzyły się.
– Powiedzmy: dwadzieścia tysięcy euro, plus oczywiście wydatki. Koszty ewentualnych badań i tak dalej.
Monika przełknęła ślinę w ustach. Ta propozycja była nie do odrzucenia.
– Dlaczego księdzu tak bardzo zależy na tej rzeczy? – zapytała.
– Ma ona dla mnie wielkie znaczenie historyczne. I osobiste.
– Zgadzam się! – powiedziała Monika odruchowo wyciągając rękę w kierunku Manciniego.
Kardynał uścisnął dłoń kobiety. Uścisk był bardzo słaby. Monika zwróciła uwagę na drobną i smukła dłoń purpurata. Wypielęgnowane paznokcie jakby muśnięte bezbarwnym lakierem. W promieniach słońca błysnął też sygnet kardynalski.
Ten na pewno jest prawdziwy – pomyślała.
Tak, jak obiecywał kardynał, lot nie trwał długo. Po niecałej godzinie w iluminatorze wyczarterowanego samolotu pojawiła się zielona, grecka wyspa.
Na lotnisku kobietę powitał wielki napis: witamy na Korfu, życzymy udanego pobytu. Na pewno pobyt będzie udany – pomyślała.
Przy wyjściu z portu, tak jak było umówione, czekał na nią samochód z kierowcą.
– Kalimera – przywitał się grzecznie, po czym przeszedł na łamany angielski. – Dzień dobry. Mam zawieźć panią do posiadłości pana Papadopulosa. Proszę wsiadać.
– Dziękuję – odparła, po czym poprawiła się.
– Efcharisto – kierowca uśmiechnął się serdecznie.
Po dwudziestu minutach jazdy przybyli na miejsce. Monika wysiadła z samochodu i wzięła ze sobą małą, podręczną torbę. Zobaczyła wielki, biały dom z przeszklonymi ścianami wciśnięty na półce skalnej. Nawet zdziwiła się, że taka wielka bryła jakby zaprzeczając prawu grawitacji, nie spada do morza. Kierowca zaprowadził ją na wielki, szklany taras, z którego dopiero teraz można było docenić piękno tego miejsca. Lazurowe morze zlewało się z błękitnym niebem. Skały wyłaniające się z wody pokrywała bujna, zielona roślinność. Jakże inaczej wyobrażała sobie Grecję. Jako spaloną słońcem ziemię.
– Witamy na Paleokastritsa – usłyszała za sobą miękki głos. – To najpiękniejsze miejsce na Korfu.
Monika odwróciła się. Głos należał do sympatycznego, starszego człowieka o siwych włosach i długiej brodzie. Ubrany był w szerokie bermudy i białą koszulę, która wystawiona była na zewnątrz spodni.
– Jestem Papadopulos. Cieszę się, że panią widzę.
– Monika Johanson – przedstawiła się.
– Tak. Kardynał Mancini dobrze panią opisał. Piękna i silna kobieta.
– Chyba się zarumieniłam. Takie słowa w ustach duchownego?
– Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi – odparł Grek.
– Nie można oceniać człowieka po stroju.
– Istotnie. Mieszka pan w ładnym miejscu – kobieta rozejrzała się.
– Tak. Jestem już stary. Wszystkie interesy przekazałem mojemu synowi. Teraz tylko odpoczywam. Grecja to piękny kraj i dobrzy ludzie. Niewiele już mi czasu pozostało. Chciałbym przeżyć go jak najpiękniej.
– Zna pan cel mojej wizyty?
– Tak moje dziecko. Kazałem przenieść ten przedmiot do mojego gabinetu. Zaraz może pani go zobaczyć –wskazał gestem najbliższe drzwi.
W pomieszczeniu zwanym gabinetem znajdowało się kilkaset książek w skórzanych oprawach, poukładanych tematycznie na wielu półkach. Na centralnym miejscu było mahoniowe biurko, na którym stała piękna lampa z ręcznie robionym abażurem z witraży. Ale nie to zwróciło uwagę kobiety. W rogu pokoju stało masywne, drewniane, ręcznie rzeźbione krzesło z otworem w siedzisku. Lekkie podwyższenie i wysokie oparcie dodawało mu dostojności, a nawet aury tajemniczości. Kobieta podeszła bliżej i dotknęła ręką podłokietnika. Drewno było lekko spróchniałe i wydawało specyficzny zapach. Monika włożyła dłoń w otwór siedziska. Rzeczywiście było tam sporo miejsca na genitalia mężczyzny. Z tyłu tron posiadał odchylaną klapkę, przez którą służba mogła dokonywać wszelkich intymnych czynności. 
– Kupiłem to krzesło kilkadziesiąt lat temu – usłyszała za sobą głos.
– Przez cały czas trzymałem go w tajemnicy w moich prywatnych zbiorach. Ale mój czas się kończy. Niech ten eksponat ucieszy inne oczy.
Monika cały czas bacznie przyglądała się eksponatowi. Nagle na oparciu zobaczyła lekko wytarty już znak: wysoka czapka z trzema diademami. Czyżby to była tiara? – przemknęło jej przez myśl. Trzy korony. Symbol władzy na niebie, ziemi i czyśćcu. Niemożliwe! Czyżby to krzesło było kiedyś w posiadaniu Watykanu?
Chaotyczne myśli przebiegały kobiecie przez głowę. Musiała działać, nie mogła opierać się tylko na domysłach.
– Przepraszam, czy mogę zrobić kilka zdjęć i pobrać niewielką próbkę materiału? Chodzi tylko o niewielki kawałek drewna, kilka drzazg! – zapytała z nadzieją.
– Niech pani robi wszystko, co uzna za stosowne – odpowiedział staruszek.
– Jest pani specjalistką i chyba nie zniszczy tego krzesła. Mam do pani całkowite zaufanie.
Monika z zapałem zabrała się do roboty.
Oczekiwanie na przesłanie wyników badań laboratoryjnych jest zawsze nieznośne dla młodego naukowca. Kobieta traktowała tę sprawę bardzo osobiście. Gdyby wyniki badań izotopem węgla C 14 wskazały na powstanie krzesła we wczesnym średniowieczu oraz gdyby istotnie na tronie widniał herb papieski, można by dokładnie ustalić do którego z papieży należał ten przybytek. Byłaby to wielka sensacja w historycznym światku. Nawet sukces. 
Wreszcie nadszedł ten dzień. Jak zawsze, co rano Monika sprawdzając swoja pocztę zobaczyła w ręku niewielką kopertę z nadrukiem: Pracownia Archeologiczno-Konserwatorska Uniwersytetu… nie czytając dalej szybko rozerwała list i wyciągnęła właściwy dokument. Zakładając okulary wbija się wzrokiem w każde słowo które widniało na tym skrawku papieru.
Próbki badań radiowęglowych pobranego materiału organicznego wskazują, iż drzewo z którego zostało zrobione krzesło zostało ścięte w latach 820 – 860.
Także przesłana dokumentacja fotograficzna obiektu z dużym prawdopodobieństwem wskazuje na autentyczność eksponatu. Zarówno metoda budowy krzesła, układ zdobień oraz analiza resztek farby są zgodne z daną epoką. 
Monika usiadła w fotelu. Minęła prawie minuta zanim jej oddech się wyrównał. A więc sella stercoraria jest prawdziwa. Prawie na pewno należała też do papieża. Dziewiąty wiek. Kto wtedy był papieżem? Zaraz, zaraz – próbowała sobie przypomnieć. Leon IV ? Benedykt III ? A może? Nie! To niemożliwe! Kobieta złapała za telefon i wystukała numer do kardynała. Musiała się z nim zobaczyć!
– Jestem pani bardzo wdzięczny za zaangażowanie w całe przedsięwzięcie – mówił starannie ważąc słowa kardynał.
– Rzeczywiście sella stelcoraria okazała się autentyczna. Jestem już po rozmowie z panem Papadopulosem. Dobiliśmy targu.
– Oczywiście czynnik finansowy miał znaczący wpływ na te transakcję – zauważyła z przekąsem Monika.
– Istotnie, kwota nie należała do najniższych, ale też dużą rolę odegrały inne czynniki – dalej ze spokojem mówił purpurat.
Kobieta przyglądała się Manciniemu. W głowie nieustannie nachodziły ją pytania. Dlaczego tak mu zależało na kupnie tego eksponatu? Dlaczego jest on taki ważny? Czy należał istotnie do papieża? Czy należał do…
– Pani honorarium zostało już przelane na konto – kontynuował hierarcha.
– Do kogo należało to krzesło? – zapytała nagle kobieta.
Po znaczącej chwili ciszy Mancini odpowiedział.
– To trudno stwierdzić. Myślę, że nie jest to teraz ważne.
– Dziewiąty wiek. Leon IV?
– Być może, ale…
– Ioannes Anglicus?
– Kto? – tym razem wydawało się, że kardynał wpadł w zakłopotanie.
– Przecież nie było takiego papieża!
– Dlaczego ksiądz się tak spocił? Proszę się nie denerwować. Ja tylko hipotetycznie pytam.
– To nie pora na głupie żarty!
– To tylko hipoteza. Być może Ioannes Anglicus istotnie zasiadał na papieskim tronie. W każdej legendzie jest odrobina prawdy.
– Podważa pani historię kościoła! To tylko głupia legenda.
– Dlaczego księdzu tak zależało na kupnie tego eksponatu? Wszystko się zgadza. Wiek krzesła, symbole.
– Po prostu ja także -tak jak pani- interesuję się historią sztuki. To wszystko – odparł Mancini. Jego głos nie był już taki stanowczy. Wyglądał jakby uszło z niego całe powietrze, cały zapał. W blasku zachodzącego słońca jego delikatna twarz nabrała pomarańczowej barwy, a lśniące, bujne włosy spadły mu na czoło. Zmęczony, usiadł na fotelu przypadkowo odsłaniając szczupłe, nagie stopy obute w lekkie, małe sandały. Miał zadziwiająco małe stopy.
Monika nie mogła dalej milczeć. To pytanie nurtowało ją od dłuższego czasu i musiała je zadać.
– Przekazy mówią, że Ioannes Anglicus była kobietą. Słyszał ksiądz o tym? To dlatego przyszły papież musiał przejść badanie na sella stercoraria!
– Kobieta też jest dziełem Boga. Nie można jej odrzucać.
– Nawet w kościele? Nawet jako papieża?
– Niezbadane są ścieżki stwórcy. 
– Może nadszedł czas zmian? – zapytała cicho Monika.
– Niech pani już idzie. Jestem bardzo zmęczony – odrzekł Mancini ocierając pot z czoła.
Kobieta wstała i podeszła do drzwi. Nagle odwróciła się i zatrzymała. Chciała zadać tylko jedno, ostatnie pytanie. Wtedy poznała by już całą prawdę. Tylko wtedy ta cała historia miałaby jakiś sens. Ale Monika nie miała odwagi zapytać. Odwróciła się i cicho zamknęła za sobą drzwi.
Te kilka dni zburzyły spokój w duszy kobiety. Musiała odpocząć. Przemyśleć wszystko od nowa i poukładać swój świat. Leżąc w swoim łóżku bezmyślnie oglądała telewizor. Kolorowe obrazki zmieniały się nieustannie powodując ból głowy. Kobieta sięgnęła po butelkę greckiego wina i nalała szlachetnego napoju do kieliszka. Wraz zapachem powróciły wspomnienia o greckiej wyspie. Nagle ekran w telewizorze zajaśniał białym tłem, pokazała się głowa dziennikarza i pojawił się obraz placu świętego Piotra w Watykanie. Zaciekawiona, zwiększyła głośność odbiornika. Całą powierzchnię ekranu zapełniła znajoma już twarz. Postać ubrana była w w białą, papieską sutannę. Napis na pasku w dole ekranu pokazywał szybko przesuwająca się wiadomość: HABEMUS PAPAM.
A więc mamy nowego papieża! Monika nie wierzyła własnym oczom. Na ekranie nieustannie pokazywano uśmiechniętą twarz Manciniego. Już wiedziała, skąd zdawało jej się, że zna wcześniej tę postać. To on był najbardziej znanym papabili.
Kobieta podniosła kieliszek do góry i wzniosła toast:
– Brawo koleżanko! Życzę ci wszystkiego najlepszego!
To mogło wydarzyć się tylko tutaj – pomyślała.
Kochała to miasto. Przecież ROMA czytane wspak znaczy AMOR.

……………………………………………………….
Janusz Kordek (luckyman) — krakowianin. Pasjonuję się muzyką, teatrem, malarstwem oraz dobrą literaturą. Pierwsze teksty literackie zacząłem publikować na portalu Opowiadania.pl, gdzie dwa razy udało mi się zdobyć nagrodę miesiąca za najlepsze opowiadanie. Wybrane, najciekawsze teksty zebrałem i wydałem w zbiorze opowiadań „Zapach duszy” (Wydawnictwo MyBook). Później zaczęła się przygoda z portalem Extrastory.pl oraz internetowym kwartalnikiem literacko-artystycznym „sZAFa”. Jednak wciąż poszukuję.
foto: materiały archiwalne
08.06.2014. Kraków

JANUSZ KORDEK „Krzesło gnojne”
5 votes, 3.80 avg. rating (78% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.
Jeden komentarz

Co o tym sądzisz?