Polski prozaik, fotograf i reżyser, laureat Paszportu Polityki w dziedzinie literatury za powieść Zwał, zdobywca kilku nagród filmowych. Współtwórca krakowskiego „Galeria T.A.M” — Sławomir Shuty — w szczerej rozmowie o literackich niewypałach i arcydziełach, przysłowiowej karierze w Warszawie i makiecie dla turystów, czyli już od dawna nie-królewskim Krakowie.
[Foto: Sławomir Shuty źródło: Facebook fan page i materiały prasowe]


Portal Eprawda.pl: Fotografia “Napalm strike” Nicka Uta z 1972 roku, zmieniła losy całego narodu — wpłynęła na zakończenie wojny w Wietnamie. Z kolei zdjęcie “Raising the Flag on Iwo Jima” Joe Rosenthala z 1945 roku, przyczyniła się do zwycięstwa Amerykanów w Indochinach. „Boska Komedia” Dante Alighieriego, została napisana z pragnienia oczyszczenia moralnego ludzkości. Jednak dopiero kilkaset lat później wzbudziła szersze zainteresowanie. Czy zatem literatura ma taką moc jak obraz, jak fotografia? Czy książka może zmienić świat?

Jest wiele rzeczy, które mają potencjał zmiany świata, sztuka też, w różnych przejawach, ma taką moc. W historii literatury jest wiele pozycji, które bądź to pchały ludzi w objęcia śmierci, bądź wywoływały rewolucje obyczajowe. Możemy odnieść wrażenie, że książka obecnie traci siłę, moc oddziaływania, ale opowieść, która jest jej jądrem, nie umiera. Opowieść jest tym, co ma siłę wywołania zmian.

Czy taką “książką wszechczasów” jest Pismo Święte czyli Biblia?

Pismo Święte jest pozycją niezwykle wpływową, z pewnością było i jest motorem wielu, często krwawych, przemian, jednak nazywanie biblii „książką wszechczasów” nie jest właściwe. Podobnie jak twierdzenie, że jest jeden Bóg i nazywa się Jehowa. Biblia jest ważna dla pewnego kręgu kulturowego, podobnych ksiąg jest więcej i często zawierają bardziej użyteczną dla życia treść. Każda z nich zawiera wiele szczegółów związanych konkretnie z danym wycinkiem historii, krainą geograficzną, czy nacją. Ich wspólnym rdzeniem jest wysnuta z rytuału inicjacyjnego opowieść, historia o przemianie; z życia śmierć, ze śmierci w życie, z dziecka w dorosłego, z nocy w dzień itp.

Wydaje się, że niektóre książki wywoływały pewne zmiany w społeczeństwie — np. wydanie „Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya, spowodowało taki wstrząs, że wprowadzono podobno wiele zmian w amerykańskich szpitalach psychiatrycznych. Można by bardzo ogólnie powiedzieć, że istnieje literatura ambitna i „rozrywkowa”. Jestem ciekaw co Ciebie zmotywowało do napisania pierwszej książki?

Takie zmiany cały czas trwają, Kesey nie napisałby „Lotu…” gdyby wcześniej nie było beat generation ze swoimi bardami, co też pewnie nie miałoby miejsca, gdyby nie na przykład Henry Miller, za którym stoi długa tradycja kontestacji. Artyści inspirują się, a co pewien czas następują mocniejsze tąpnięcia, które wprowadzają zmianę kulturową. Jeżeli chodzi o literaturę ambitną i rozrywkową, to największe spustoszenie czynią dzieła łączące głębię i rozrywkę. Mają duży zasięg i drugie dno, które często jest przed odbiorcę odbierane na poziomie intuicji, emocji, niekoniecznie intelektualnie. Dostojewski wiele z swych książek pisał w odcinkach do gazet, czytając go miałem wrażenie obcowania z filozoficzną telenowelą. Potrzebą napisania mojej pierwszej książki, czyli zbioru opowiadań „Nowy Wspaniały Smak”, nie było rewolucyjne ciśnienie. Choć przyznam, że druga, powieść Bełkot, była wyrazem sprzeciwu wobec tego, co obserwowałem wówczas w polskiej prozie.

Powieść „Bełkot” została wydana w 2001 roku w konwencji Herlekina (różowa okładka z napisem na żółtej gwiazdce „szukaj 100PLN w środku”. Pewnie najmłodsi czytelnicy nie wiedzą nawet czym był „Harlekin”. Jaki sprzeciw wobec polskiej prozy miałeś na myśli?

Byłem człowiekiem młodym, o niezbyt szerokich horyzontach, w życiu twórczym kierowałem się intuicją. Jedynym polskim pisarzem, który się wówczas dla mnie liczył był Andrzej Stasiuk, jego teksty, to było coś nowego, innego, niekonformistycznego. Po przeczytaniu książki „Jak zostałem pisarzem…”, poczułem się strasznie rozczarowany, mój mistrz rozmienił się na drobne, poszedł w popelinę. Jak wspomniałem, pomiędzy polską prozą, a Andrzejem Stasiukiem, był znak równości, postanowiłem sprzeciwić się zaserwowanej przez niego tandecie i napisałem protest song — powieść Bełkot, oczywiście Stasiuk nie był świadomy moich rozterek, kiedyś się nawet poznaliśmy i było miło.

Nie jestem obecnie na bieżąco, od kilkunastu lat mieszkam w Anglii. Który polski pisarz jest dobry i nie „poszedł w popelinę?” 

Wiesz… ze Stasiukiem to był wyłącznie mój subiektywny, podyktowany emocjami młodości, punkt widzenia, nie można tego traktować jako prawdę obiektywną, a tylko historię z mroków poprzedniego stulecia. Z polską sceną literacką jest moim zdaniem taki problem, że mało kto eksperymentuje, a bez eksperymentów nie ma rozwoju. Jest to oczywiście zrozumiały mechanizm; eksperymentujesz i najlepsze, co cię może spotkać to uznanie wąskiej grupy akademików i być może sława w przyszłości, lub piszesz dla szerokiej publiczności i na tym zarabiasz. Pokaż mi artystę, który nie chce żyć ze swojej sztuki. Pójście w popelinę to strategia przetrwania, wcale tego nie neguję, ale też, uczciwie byłoby, o ile ktoś uważa się za artystę, co jakiś czas porzucić gorset wymogów rynku i polecieć. Tego mi brakuje, zachwytu i szoku, który towarzyszy powstawaniu dzieła. Jak wspomniałem powyżej najlepiej byłoby połączyć „popelinę” i drugie dno, wtedy mamy arcydzieło, przemawiające do wielu i na różnych poziomach.

Moim zdaniem takim arcydziełem literatury rozrywkowej było „Pachnidło” Petera Suskinda. Wydaje się, że ciągle żywy jest mit wielkiego artysty, który pragnie stworzyć niezaprzeczalne arcydzieło, które „przeniesie góry”. To go motywuje a nie „strategia przetrwania”. Tylko nie jestem pewien czy to już nie jest tylko mit. Jak to jest z tą rzeczywistością? Czy nie można się od niej uwolnić? Co jest złego w byciu hydraulikiem, który pisze to co chce po godzinach?

Wiele było arcydzieł i ciągle powstają, to nieuniknione, bo człowiek redefiniuje się na nowo, ale ich powstanie często nie jest tak oczywiste. Czasem dzieło nie jest wynikiem procesu „artysta stwarza arcydzieło”, a dzieckiem przypadku. Pamiętajmy też, że arcydzieło powstaje w relacji z odbiorcą, to odbiorca decyduje, co jest arcydziełem, a co nie. Dla jednego arcydziełem jest Boska Komedia, dla innego Dom nad rozlewiskiem. Każdy artysta myśli o stworzeniu arcydzieła, ale nie ma co się oszukiwać, ciało ma swoje wymagania, nie da się cały czas fruwać w chmurach, i naturalnie nie ma nic złego w hydrauliku piszącym po godzinach. Muza bywa łaskawa dla każdego.

O tym decyduje tzw. „historia literatury”, prawda? Jeżeli jakaś książka jest na nowo odkrywana po stuleciach przez nowych czytelnikach i dodatkowo zmieniła coś w rzeczywistości, to zaczynamy ją nazywać arcydziełem. A co to jest „muza”?

Arcydzieło może zmienić coś w świadomości społeczeństw, może też zmienić życie jednostkowo, dlatego jak wspominałem, dla jednych arcydziełem będzie Faust, dla innych Dom nad rozlewiskiem. Musimy się zgodzić, że kontakt ze sztuką, to przeżycie indywidualne; arcydzieło może być nikomu nie znanym tekstem i niekoniecznie musi wywracać góry. Nie jestem zwolennikiem sztuki jako misji, sztuka to, podobnie jak religia, intymne spotkanie z własną wyobraźnią, podświadomością. Według mnie są arcydzieła, które nie zmieniły wiele, a jednak nimi są,  weźmy książkę Czarny potok Leopolda Buczkowskiego, jest to niewątpliwie tekst genialny, ale czy ktoś o nim pamięta? Czy ma siłę zmiany rzeczywistości? Podejrzewam, że nie, choć niewątpliwie może wpłynąć na styl, czy sposób obrazowania, kogoś, kto podejmuje przygodę z tworzeniem literatury. Podobnie jest ze Stanisławem Czyczem, literackim fenomenem, kompletnie zapomnianym, przykłady można mnożyć, idę też o zakład, że wiele arcydzieł powstało do szuflady. Arcydzieło, dzieło, niekoniecznie musi mieć odbiorcę, niekoniecznie musi go zmienić.
Muza to doświadczenie subiektywne, w danym momencie czasu, w umyśle artysty pojawia się układ chemiczny pozwalający na realizację zamierzenia twórczego. Takie momenty nazywa się olśnieniem, niektórzy widzą w muzie odrębny byt i sytuują ją poza umysłem człowieka. Na tym etapie rozwoju ludzkości, nie umiemy rozpoznać czym są subtelne energie, które nas otaczają, odrębnymi bytami, czy własną projekcją.

Dobrze znasz „polską scenę literacką”, o której wcześniej wspominałeś? Czy istnieje dziś coś takiego jak „literackie salony”?

Scenę literacką znam w zasięgu swoich roczników, plus kilka nazwisk, ale to znajomość kultywowana przy okazji festiwali, raczej nie spotykam nikogo na co dzień. Mieszkam w Krakowie, jeżeli kilka lat temu były miejsca, w których obracało się środowisko, to teraz miasto jest poważnie zdrenowane, wszyscy wynoszą się do Warszawy. W Krakowie nie ma literackich salonów, pytanie, czy są w Warszawie? Szczerze powiedziawszy wątpię, scena literacka kraju to zlepek ludzi piszących w różnym stylu, brak tu jakiejś formacji, która miałaby siłę stworzenia salonu. Z jednej strony szkoda, wiadomo, chodzi o przepływ myśli, z drugiej, nigdy się specjalnie literackimi salonami nie zajmowałem, a nawet mnie to odrzucało. Literacki salon to jest chyba jakaś skamielina z XIX wiecznej Francji.

Może współczesna elita polskich pisarzy gromadzi się w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, podczas transmitowanej przez TVP ceremonii rozdania nagród Nike. Czy warto pokazać się na tej uroczystości?

Jest to bardzo prawdopodobna teoria, nie miałbym nic przeciwko, by się tam pojawić, pod warunkiem, że zostałbym laureatem, w przeciwnym razie to starta czasu. Choć, można ostatnio odnieść wrażenie, że świat literacki zbliża się do celebryckiego, więc może warto… dla zwiększenia sprzedaży?

A propos sprzedaży. Czy nie masz wrażenia, że nikt już nie chce być Markiem Hłasko tylko Sapkowskim albo Stephenem Kingiem? Pisarza, który nie ma pieniędzy, zaszczytów, nagród i stu tysięcy „lajków”, nikt nie szanuje. Krytycy literaccy czy dziennikarze z wielkich mediów nie wyłuskują nieznanych geniuszy z blogosfery tylko epatują się liczbami i nakładami, oraz pozycjami na listach bestsellerów. Brzydzisz się rzeczywistością czy ją akceptujesz?

Nie ma co mitologizować postaci Marka Hłaski, kto jak kto, ale on chciał być sławny, każdy artysta jest człowiekiem, który lubi pieścić swoje ego. Prawdą jest, że kiedy przestajesz istnieć w mediach, to drastycznie spada zainteresowanie czytelnika, dlatego uważam, że nie ma nic złego w autopromocji. Doświadczamy nadprodukcji kultury i żeby przedostać się przez dobrze zareklamowany chłam, trzeba znać i wykorzystywać narzędzia marketingu.

Sławomir Shuty -- polski prozaik, fotograf i reżyser, laureat Paszportu Polityki w dziedzinie literatury za powieść "Zwał", zdobywca kilku nagród filmowych. Foto: Sławoimir Shuty.

Sławomir Shuty — najbardziej znany z działalności pisarskiej, publikował w Rastrze, Lampie i Iskrze Bożej, bruLionie, stale współpracuje z Ha!artem. Foto: Sławoimir Shuty

Gdzieś na początku drogi pisarskiej łudziłem się, że krytyk jest człowiekiem, który w sposób obiektywny podsumuje twoją pracę, tak, żebyś w przyszłości nie popełniał błędów, słowem, że jest pomocny w procesie tworzenia. Teraz jestem pozbawiony złudzeń, krytyka albo dostaje pieniądze, żeby pisać o książce wydanej przez wydawnictwo, które stać na kupno dobrej recenzji, bądź wcale nie czyta książek, tylko przedrukowuje recenzje poprzednie (dlatego tak ważna jest pierwsza recenzja). Z drugiej strony krytycy to w większości pisarze, którym się nie udało, nie mieli pary, by tworzyć i teraz pozornie obiektywnie, przy pomocą wyszukanych złośliwości podsumowują pracę zdolniejszych kolegów. Świat kultury to koterie, układy i przekazywane pod stołem pieniądze, wszystko to pod płaszczykiem dbania o duchową spuściznę narodu.

„Nadprodukcja kultury” — dobrze powiedziane. Nie sądzisz, że gdzieś powinna przebiegać granica przyzwoitości? Dochodzą do mnie słuchy o brudnych sztuczkach stosowanych przez artystów i wydawców. Nie tylko w Polsce. To jak doping w sporcie. Czytelnik może poczuć się oszukany. Sprzedawanie książek jest biznesem, ale pisanie jest sztuką. Uważam, że komercjalizowanie sfery „sacrum” jest dość obrzydliwe i ciągle zastanawiam się dlaczego tak jest. Dlaczego większość artystów ma tak straszliwe i desperackie parcie na sławę?

Jedną z rzeczy, która mnie frustrowała, kiedy kroczyłem drogą ekonomicznej kariery, było to, że musisz uginać karku przed ludźmi, którzy nie mają kompetencji do rządzenia, są słabiej wykształceni, ale tak się akurat złożyło, że tata zna właściciela i tak dalej. Stając się zawodowym pisarzem miałem wizję, że świat sztuki, literatury, być może żre się i nie zawsze jest inspirowany potrzebą prawdy, ale istnieją pewne wartości, których się przestrzega, pewien kanon zachowań, co do którego wszyscy się zgadzamy. Naiwnie było oczekiwać, że świat sztuki, sfera sacrum różni się od profanum, ale tak ułożony jest świat. Społeczeństwo to zbiór wypełniony podzbiorami, które walczą o przetrwanie, jeżeli się dobrze przytulisz, przeżyjesz, jeżeli nie, dostaniesz kulę w tył głowy. Pesymistyczna wizja, a jednak uważam, że sztuka jest formą religii i może nas, ateistów i materialistów, przenieść w sferę metafizyki, gdzie dotkniemy czegoś, co niektórzy określają słowem Bóg.

Zadam Ci zatem teraz bardzo oryginalne i bardzo dobre pytanie [lekki uśmieszek – przyp.red.]. Wyobraź sobie, że wylądowałeś na innej planecie i istoty z tej planety pytają Cię: ”Jacy są ludzie?”. Co byś im odpowiedział?

Źródłem życia, a raczej pierwszymi kolonizatorami Ziemi były Anaeroby, bakterie beztlenowe. Ewolucja doprowadziła to powstania człowieka i szeregu związanych z nim komplikacji. Podzielam pogląd, że życie w kosmosie istnieje, choćby w postaci takich bakterii. Jesteśmy elementami tego samego procesu, dziećmi jednego korzenia. Nie musiałbym nic mówić, obcy — istoty z planety, na której wylądowałem — po prostu by to wiedzieli.

Liczyłem na jakiś elokwentny wywód o „naturze ludzkiej” a nie „bakterie beztlenowe”… ale trudno [kwaśny uśmiech – przyp.red]. Przygotowując się do tego wywiadu, przeczytałem kilka wyjątkowo niepochlebnych recenzji Twoich książek, głównie „Jaszczura”, kilka bardzo pochlebnych recenzji, głównie powieści „Zwał”, oraz opinię, że jesteś pisarzem „posługującym się głównie konwencją realistyczną”. Czy to znaczy, że to właśnie ta polska, przaśna, małostkowa, czasami wzniosła rzeczywistość jest solą Twojego pisarstwa i żaden hollywoodzki scenariusz nie może się równać z prawdziwym życiem?

Jaszczur został skreślony jako książka uderzająca w środowisko, pojawiły się głosy, że kalam własne gniazdo. Przyznam, że historia jest prowokacją, ale boli mnie to, że krytyka nie zwróciła uwagi na inny, mistyczny wymiar tej książki. Byłbym skłonny przyznać, że popełniłem jakiś błąd i tekst jest nieczytelny, gdyby nie ludzie, którzy rzeczywiście tą książkę przeczytali i zobaczyli coś więcej niż hejt na kulturę. Solą mojego pisarstwa jest polska rzeczywistość, bo jestem pisarzem tworzącym autofikcję, czyli używającym własnego życia do budowy narracji, kreacji postaci itp. Ale to tylko etap, nie chciałbym do końca moich twórczych dni babrać się w narodowej piaskownicy. Powieść, nad którą teraz pracuje odchodzi od polskiego realizmu.

W kilku słowach — o czym jest Twoja najnowsza powieść?

Wolałbym nic na ten temat nie mówić, na razie jestem w fazie szkiców, co z tego wyjdzie, to wielka niewiadoma.

Opowiedz o swoim warsztacie. Masz jakiś reżim czasowy, że np. minimum jeden rozdział na tydzień. Jakieś sposoby na chwilowe zaniki inwencji?

Niestety nie jestem systematyczny, realizuję się na różnych polach, piszę dla filmu, ostatnio z kolegą Tomkiem Bochniakiem zrobiliśmy dwie animacje, teraz pracuję nad wystawą malarstwa psychodelicznego „Trip Folk”. Nie jestem systematyczny, ale systematyka i rygor pracy to podstawa dla kogoś, kto uprawia zawód wolny, bez tego można łatwo popłynąć, zwłaszcza w Krakowie.

Jakie są kobiety w Krakowie i gdzie bywają artyści „skazani na sukces”?

Kobiety są piękne i wyjątkowe. Gdzie bywają artyści skazani na sukces? W Warszawie. To też zależy, co rozumiesz pod słowem sukces i tu odpowiedź niekoniecznie będzie tak oczywista.

Powiedzmy, że „sukces” to bestseller w księgarniach, kwiaty, wywiady, wizyty w zakładach pracy. I powiedzmy, że taki człowiek przyjeżdża do Krakowa, żeby trochę „popłynąć”. Gdzie ma się udać by zakosztować „artystycznego życia” w Krakowie? Podobno Warszawa jest nudna. Nie lubisz ucztować?

W Krakowie można popłynąć na każdej ulicy, co do artystycznego życia — ja w nim nie uczestniczę, ale pewnie są jakieś enklawy, środowiska, miałem kiedyś fazę na chodzenie do Pięknego Psa, teraz jestem stałym bywalcem „Bomby”, co przyniesie przyszłość, zobaczymy. Lubię ucztować? Teraz trochę mniej, w zasadzie nie jestem człowiekiem do końca miejskim, stoję w rozkroku, między miastem, a górami.

Czy po napisaniu kilku książek nie straciłeś radości tworzenia?

Realizuję się na różnych polach, jak mi jedno zaczyna ciążyć przerzucam się na następne i napieram do przodu. Faktem jest, że kiedy człowiek zaczyna zajmować się zawodowo sztuką, radość tworzenia nie jest tak oczywista.

Która z Twoich książek jest najlepsza? Załóżmy, że mówisz do osób, które nigdy o Tobie nie słyszały. Którą książkę powinny przeczytać?

Nie potrafię jednoznacznie wskazać, Zwał, Dziewięćdziesiąte, Cukier w normie, to pozycje lekkie, przystępne i godne polecenia, lubię też Jaszczura, ale jego lekturę zalecałbym wprawnym czytelnikom, książka nie jest łatwa, ale kiedy stopisz się z narracją, przynosi satysfakcję. Dla kogoś kto chciałby poznać moją nieco inną twarz polecam Produkt polski, ta dziejąca się na granicy tekstu i kolażu pozycja, antycypowała wiele aktów twórczych, z którymi możemy spotkać się w sieci. Oczywiście zachęcam też do lektury moich filmów, realizuje w nich tematy, z którymi borykam się literacko.

Załóżmy, że nagle wszystko jest możliwe. Z którym pisarzem czy artystą poszedłbyś na drinka?

Dziesięć lat temu pewnie dałbym się zabić za spotkanie z literackimi mistrzami, teraz nie mam ciśnienia, artyści są do siebie podobni, ale gdyby była taka możliwość to: Thomas Pynchon, Rober Graves, J.G.Ballard, Witek Gombrowicz.

Zatem udajmy się na spotkanie z kolegą Gombrowiczem. Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Dziękuję serdecznie i zapraszam 21.11 na otwarcie wystawy malarstwa Trip Folk, w galerii Nova w Krakowie. Zapraszam też na swój profil na facebooku, są tam do obejrzenia niektóre z moich filmów.

Ze Sławomirem Shutym rozmawiał Christopher Gretkus
31.10.2014. Kraków

„Radość tworzenia nie jest oczywista”. SŁAWOMIR SHUTY — wywiad część II
……………………………………………..
Christopher Gretkus (1970) — wydawca portalu Eprawda, fotograf, fotoreporter. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
………………………………
Sławomir Shuty (1973) — polski prozaik, fotograf i reżyser. Najbardziej znany z działalności pisarskiej, publikował w Rastrze, Lampie i Iskrze Bożej, bruLionie, stale współpracuje z Ha!artem, gdzie przez pewien czas prowadził dodatek pt. Baton, kontynuowany obecnie na portalu Ha!artu. Współtwórca krakowskiego Klubu Artystycznego Galeria T.A.M. Wychował się w blokowiskach Nowej Huty, jego pseudonim jest zniekształconym zwrotem „z Huty”. Laureat Paszportu Polityki w dziedzinie literatury za powieść Zwał („za literacki słuch, za pasję i odwagę w portretowaniu polskiej rzeczywistości”), za którą w grudniu 2004 r. uhonorowany został Nagrodą Krakowska Książka Miesiąca. Gościnnie prowadził warsztaty prozatorskie w Studium Literacko-Artystycznym na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Na Operze Nowohuckiej zespołu WU-HAE ukazał się jego esej (bez tytułu) dotyczący Nowej Huty.
……………………….
Więcej: Portfolio|Facebook
31.10.2014. Kraków

„Radość tworzenia nie jest oczywista”. SŁAWOMIR SHUTY — wywiad część I
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.
[7] Komentarze
  1. Jakiś pismak z GW tak napisał o moim ulubionym Zwale – „To dzieło wulgarne i wywrotowe. Szalenie zjadliwe i skrajnie lewackie. Chropowate i nieprzyjemne w lekturze. Ale potrzebne. Dla otrzeźwienia”. Byłem Mirkiem ale już nie jestem. Książka zmieniła moje życie. Dodam, że Eprawda jest znakomita, jeden z lepszych portali tego typu w Polsce, o ile nie najlepszy. No to sie redakcja zarumieni.Pzdr

Co o tym sądzisz?