Najważniejsze nagrody literackie w Polsce. Wyboista droga od debiutu do uznania. Rzemiosło czy prawdziwa sztuka. Wielkie pomyłki wydawnicze i literackie arcydzieła. Zapraszamy do lektury wywiadu z Marcinem Orlińskim — cenionym poetą, prozaikiem, krytykiem literackim i publicystą. Redaktorem rubryki poetyckiej w „Przekroju” i serii wydawniczej Biblioteka Debiutów przy „Zeszytach Poetyckich”.
[Foto: materiały prasowe i portfolio Marcina Orlińskiego]


Portal eprawda.pl: Pewien wybitny polski kompozytor powiedział, że już po kilku taktach jest w stanie ocenić poziom partytury nadesłanej na konkurs muzyczny, i stwierdzić, czy ma do czynienia z zawodowcem czy amatorem. Czy tak samo jest z krytyką literacką? Czy po przeczytaniu kilkunastu pierwszych zdań powieści wie Pan, że ma do czynienia z gniotem lub arcydziełem?

Marcin Orliński: Inaczej się czyta prozę, a inaczej poezję. Trudno ocenić powieść po lekturze kilku stron. Zdarza się, że po nudnym i niezbyt udanym wstępie książka się rozkręca, a język rozkwita. Ale bywa i tak, że powieść nagle siada. Do pewnego momentu błyskotliwy język, świetna narracja, niebanalne przemyślenia, a potem — literacka papka, jakby pisarzowi nagle się odechciało. Daleki jestem więc od oceniania całości tekstu prozatorskiego na podstawie fragmentu. Z poezją jest trochę inaczej. Po przeczytaniu kilku wierszy można już sobie wyrobić zdanie o autorze, ponieważ każdy wiersz stanowi zamkniętą artystycznie całość. Kiedy w zestawie wierszy nadesłanym na konkurs dwa pierwsze utwory to okrutna grafomania — księżyc, deszcz i anioły — nie należy raczej oczekiwać, że trzeci będzie genialny.

Dlaczego, Pana zdaniem, zdarzają się pomyłki wydawnicze i wydawcy tracą miliony dolarów zysku? Mam na myśli książkowe bestsellery, które długo musiały czekać na swoją szansę. Saga Zmierzch została odrzucona czternaście razy. Harry Potter — dwanaście razy. To samo przytrafiło się wielu powieściom z wyższej półki, np. Paragrafowi 22 Josepha Hellera. Czy istnieje w krytyce literackiej coś takiego jak obiektywizm?

Oceny recenzentów i decyzje wydawców to dwie różne sprawy. Wydawca nie musi się kierować względami literackimi, a chęcią zysku. Tak jest w przypadku harlequinów i kiepskich kryminałów. Ale może być też odwrotnie. Istnieją przecież wydawnictwa, dla których sprzedaż jest sprawą drugorzędną, a najważniejsze jest wydawanie dobrych książek. Na poezji współczesnej prawie w ogóle nie da się zarobić, a już na pewno o wiele mniej niż na prozie, a mimo to niektórzy wydawcy ją wydają. Tyle, jeśli chodzi o wydawnictwa. Co się zaś tyczy krytyki literackiej, trudno uniknąć w tej dziedzinie subiektywizmu, choć oczywiście — im więcej książek krytyk przeczytał, tym trafniejsze są jego rozpoznania.

Można powiedzieć, że jeszcze do niedawna krytyka literacka była zinstytucjonalizowana pod postacią wydawnictw, czasopism i redakcji. Nieznany poeta lub pisarz był od opinii tych podmiotów całkowicie uzależniony, prawda? Potem nadeszła rewolucja związana z pojawieniem się Internetu, a pisarze mogli się zdecydować na „self-publishing”. Zaczęli też funkcjonować internetowi wydawcy. Droga od autora do czytelnika bardzo się skróciła. Krzysztof Cieślik z magazynu TVN24 Xięgarnia powiedział nam w wywiadzie, że nigdy nie czyta książek wydanych w formie „self-publishing”. A Pan czyta takie książki?

Rzeczywiście rynek wydawniczy nieco się zmienił. Początku tych zmian należy pewnie upatrywać na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, kiedy Polska przechodziła przemiany ustrojowe i powstało mnóstwo nowych wydawnictw. Kolejne zmiany zaszły za sprawą mediów elektronicznych i Internetu, co doprowadziło z kolei — w pewnym zakresie — do demokratyzacji literatury. Dziś internauta w szybki i łatwy sposób może się stać czytelnikiem, ponieważ, żeby przeczytać książkę, nie musi już iść do księgarni czy biblioteki. Może również błyskawicznie stać się autorem — wystarczy, że założy blog lub fanpage na facebooku. Myślę, że jest to dobre i pożądane zjawisko, nawet jeśli większa część tego rodzaju stron wypełniona jest grafomanią. Jeśli chodzi o książki wydane samodzielnie przez autorów, ja również raczej ich nie czytam. Rozumiem też niechęć innych krytyków do tego rodzaju publikacji, bo jeśli autor ma pieniądze, może wydać każde badziewie. Tradycyjne instytucje, które stoją za książką, takie jak zespół redakcyjny czy recenzent wewnętrzny, gwarantują — przynajmniej teoretycznie — że ma ona jakąś wartość. W przypadku literatury wydawanej własnym sumptem albo publikowanej na blogach, czytelnik takiej gwarancji nie ma, choć oczywiście nie oznacza to, że każda tego rodzaju publikacja jest zła.

Jednak zespoły redakcyjne w poważnych wydawnictwach odrzucały takie arcydzieła jak W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta. Mamy więc tutaj swoistą kwadraturę koła. Szanowani krytycy gardzą prywatnymi wydaniami debiutantów, a sami popełniają zawodowe błędy, odrzucając wybitne teksty. Co ma zrobić młody autor, który jest przeświadczony o tym, że napisał bardzo dobrą powieść, ale nie ma szczęścia do całej tej machiny wydawniczo-promocyjnej?

Podaje Pan negatywne przykłady, a warto pamiętać również o tych pozytywnych. Jeden z najwybitniejszych krytyków literackich XX wieku, Henryk Bereza, pomógł się wybić takim pisarzom jak Marek Hłasko, Janusz Głowacki, Edward Stachura czy Marek Nowakowski. Myślę, że jeśli młody autor naprawdę ma talent, to w końcu znajdzie wydawcę. Moje doświadczenie redakcyjne ogranicza się do poezji.

Henryk Beraza (1926 -- 2012). Foto: Marcin Stępień. Źródło: Agencja Gezeta.

Henryk Beraza (1926 — 2012). Foto: Marcin Stępień. Źródło: Agencja Gezeta


Przez kilka lat współpracowałem z „Zeszytami Poetyckimi” jako redaktor serii wydawniczej „Biblioteka Debiutów”. Dostawałem drogą elektroniczną mnóstwo projektów tomów wierszy. Czytałem wszystkie, ale tylko nieliczne zdecydowałem się wydać. Swoje debiutanckie książki wydali u mnie m.in. Grzegorz Kwiatkowski, Małgorzata Lebda, Jakub Sajkowski i Krzysztof Szeremeta. Większość z nich wciąż pisze i wydaje kolejne tomy wierszy. Nie oznacza to oczywiście, że autorzy, których pominąłem, nie powinni już się zajmować pisaniem. Oznacza to tylko tyle, że w momencie, kiedy przesłali mi swoje propozycje, ja z jakiegoś powodu je odrzuciłem. Najczęściej były to względy merytoryczne, ale odmowa druku może mieć też podłoże zupełnie banalne: nie wydamy dobrej książki, bo wydajemy już inną, lepszą. Pamiętajmy, że budżet wydawnictw, zwłaszcza poetyckich, jest ograniczony.

Co ma więc zrobić autor genialnej powieści, którego wszyscy ignorują, a nie stać go na wynajęcie dobrej agencji PR w Warszawie?

Jeżeli powieść jest naprawdę genialna, to autor raczej nie będzie miał problemu z jej wydaniem. Wystarczy, że wyśle projekt książki do kilku wydawnictw. Jeśli chodzi o agencje PR, to nie radziłbym autorowi przed debiutem, żeby próbował w taki sposób zaistnieć w środowisku literackim.

Jakie jest środowisko literackie w naszym kraju? To ludzie dużego formatu, czy zdarzają się małostkowi zawistnicy? Pewnie wszystko kręci się wokół pieniędzy. Jest takie popularne powiedzenie, że krytyk literacki to „pisarz, któremu się nie udało” i z zawiści niszczy bardziej utalentowanych od siebie autorów. Sławomir Shuty, z którym również rozmawiałem tutaj o literaturze, dawał do zrozumienia, że środowisko literackie w Polsce to nic ciekawego.

Środowisko jest zróżnicowane, wśród pisarzy można spotkać ludzi towarzyskich i wycofanych, ekstrawertyków i introwertyków, osoby życzliwe i zawistne. Absolutnie nie jest tak, że wszystko kręci się wokół pieniędzy, ale trzeba przyznać, że np. nagrody literackie wywołują sporo emocji.

Co ma Pan na myśli?

Nominacje do ważnych nagród literackich zawsze wywołują skrajne reakcje. Jedni cieszą się z decyzji jurorów, inni zaś na nich pomstują. Im bardziej prestiżowa nagroda, tym większe emocje. Tymczasem jurorzy są tylko ludźmi, mają własne preferencje literackie i na co innego zwracają uwagę podczas lektury. Spotkałem się z opinią, że nominacja do nagrody literackiej to loteria. Nie zgodzę się z tą tezą, ale zdaję sobie sprawę, skąd takie poglądy się biorą. Czasami bardzo trudno porównać dwie książki, zwłaszcza jeśli są z różnych gatunków. No bo co mają zrobić jurorzy, jeśli nominowali do nagrody awangardowy zbiór opowiadań i dramat na temat wykluczenia? Ich werdykt będzie dosyć arbitralny.

To prawda. O gustach i werdyktach jurorów się nie dyskutuje. Jest też inne powiedzenie, że „gdyby wymienić skład jury na konkursie, to wyniki będą zupełnie inne”. Z drugiej strony czasami faktycznie coś jest na rzeczy. Pamiętam Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej z 2014 roku dla Julii Hartwig. Media podały, że laureatka była wieloletnią i najbliższą przyjaciółką naszej noblistki. Wtedy pojawił się u mnie jakiś niesmak. Proszę powiedzieć, bo tych konkursów literackich jest coraz więcej, które z nich są naprawdę ważne i miarodajne?

Myślę, że najważniejszymi nagrodami literackimi są wciąż Nike, Gdynia, Silesius, Angelus, Szymborska i Kościelscy. Jurorzy tych nagród to kompetentni literaturoznawcy i pisarze. Ich wybory są oczywiście subiektywne, ale zawsze bardzo interesujące. Dobrze jest też śledzić m.in. Nagrodę Literacką m. st. Warszawy i Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż. Jeśli chodzi o poezję — wciąż ważną funkcję pełnią konkursy poetyckie, np. Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jacka Bierezina. Pozwalają one początkującym autorom skonfrontować się z innymi twórcami i poznać środowisko. Nierzadko nagrodą główną w takich konkursach jest publikacja tomu wierszy.

Porozmawiajmy przez chwilę o poezji, bo to wspaniały gatunek literacki. Awangarda wyobraźni i literacki zwiad, jeśli użyć terminologii militarnej. Ale czy samo bycie poetą nie jest w naszych czasach obciachowe? To się kojarzy z człowiekiem w długim, niemodnym swetrze, jeżdżącym po mieście na starym rowerze i wiecznie klepiącym biedę. Jak to jest być poetą w Polsce w 2015 roku?

Nie wiem, jakie panują stereotypy na temat poetów. Być może warto przeprowadzić jakieś badania społeczne w tym zakresie. Ja nie jeżdżę na starym rowerze i nie noszę niemodnych swetrów. Nie przesiaduję również pod lipą. Pisanie wierszy traktuję jak rzemiosło. Zanim opublikuję wiersz, często go poprawiam. Zanim wydam kolejną książkę, długo się zastanawiam nad jej kształtem i doborem tekstów.

Skoro nie pod lipą, to może na Placu Trzech Krzyży? Gdzie można Pana spotkać po godzinach?

Najczęściej można mnie spotkać na Saskiej Kępie, ponieważ tutaj od dziewięciu lat mieszkam. Bardzo lubię ulicę Francuską, np. restaurację Ukraińskie Smaki, winiarnię Złoto Hiszpanii i klubokawiarnię Francuska 30. Zdarza mi się też wstąpić do Towarzyskiej przy ul. Zwycięzców i do OSP przy ul. Walecznych. Ale czasami wyrywam się do centrum, na Nowy Świat, nad Wisłę. Lubię też okolice ul. Hożej, Poznańskiej i Wilczej. Nie czuję się więc związany z żadnym konkretnym miejscem. Jestem raczej knajpianym nomadą.

Czy w Warszawie jest jakiś kultowy lokal, gdzie można spotkać śmietankę literacką i kulturalną naszego kraju? Podejść do stolika i poprosić o autograf, albo postawić drinka swojemu pisarskiemu guru? Pytam poważnie [uśmiech — przyp.red.]. To byłaby bezcenna informacja dla wielu czytelników.

Dawniej istniały kawiarnie literackie: Ziemiańska, Pod Picadorem, Udziałowa… Były to miejsca, w których literaci się spotykali, wymieniali opinie o literaturze i sztuce, a także pili, plotkowali i spadali pod stół. Dzisiaj takich miejsc już raczej nie ma, ale niektórzy pisarze starszego pokolenia wciąż pojawiają się np. w kawiarni Czytelnik. Swój stolik miał tu nieżyjący już Henryk Bereza — jeszcze kilka lat temu można było podejść i z nim porozmawiać. Nieco młodszych autorów można czasem spotkać w Amatorskiej na Nowym Świecie. Nie jest to jednak stałe miejsce spotkań. Nikt nie przesiaduje tu całymi dniami, nie debatuje o trendach w najnowszej poezji polskiej i naturze wszechrzeczy. Najlepszym sposobem na spotkanie jakiegoś autora jest chyba przyjście na jego spotkanie autorskie.

Jaki jest mit poety XXI wieku? Czy nie sądzi Pan, że większa część publiczności bardziej fascynuje się osobowościami poetów i ich narkotykowo-łóżkowymi „wyczynami”, które „przeszły do legendy”, niż samą twórczością poetycką?

Nie sądzę, że większość czytelników bardziej interesuje się biografią autora niż jego twórczością, choć trzeba przyznać, że skandale z udziałem pisarzy sprzyjają tej tendencji. Czy w XXI wieku istnieją jakieś mity na temat poetów i poezji? Nie wiem. Warto się natomiast zastanowić, na jakie strategie autokreacji decydują się niektórzy poeci. Jedną z nich może być skojarzenie osoby autora z wizerunkiem muzyka rockowego. Niektórzy poeci kreują się na intelektualistów, inni — na anarchistów i społecznych outsiderów. Myślę, że nie ma w tej materii jakiegoś standardu.

Jak ważne są dla Pana wyróżnienia, nagrody, kariera, splendor, zaszczyty, wywiady, medale, odznaczenia, ministerialne stypendia, Paszporty „Polityki”, wizyty w szkołach i zakładach pracy? Czy gdyby nie miał Pan szczęścia do wydawców albo po prostu był mniej utalentowany, to pisałby Pan wiersze dla własnej satysfakcji? Zastanawiam się, w jakim stopniu chęć zrobienia kariery i zdobycia uznania w społeczeństwie motywuje artystów do tworzenia. Jak to jest w Pana przypadku?

Zawsze pisze się trochę dla własnej satysfakcji, a trochę dla czytelników. Kiedy jako nastolatek zaczynałem swoją przygodę z literaturą, nie myślałem o publikowaniu w czasopismach i wydawaniu książek. Ten aspekt jest jednak ważny. Literatura nie istniałaby bez odbiorców. Jednocześnie nie przeceniałbym zawodu pisarza. Splendor zdarza się rzadko i trwa krótko. Na co dzień pisanie wiąże się z ciężką pracą, to żmudne godziny kreślenia, poprawiania i redagowania. Inaczej zresztą to wszystko wygląda w przypadku prozaików, którzy piszą więcej i choćby z tego względu muszą w sobie wyrobić pewną dyscyplinę, a inaczej w przypadku poetów — wiersze można pisać o różnych porach dnia i w różnych okolicznościach, np. na przystanku czy podczas jedzenia pizzy. Większość poetów zajmuje się zresztą na co dzień czymś innym niż pisanie wierszy — uprawiają zawody prawników, nauczycieli czy urzędników. Tylko nieliczni mogą sobie pozwolić na życie bez pracy zarobkowej. Jeśli chodzi o motywację, narcyzm jest trochę wpisany w zawód pisarza, ale — żeby nie generalizować — znam również pisarzy skromnych, dla których owe medale i nagrody, o których Pan wspomniał, nic nie znaczą. Dla mnie najważniejsze jest pisanie, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zależy mi na uznaniu i zainteresowaniu ze strony czytelników.

Właśnie. Czytelnicy… Zło konieczne dla każdego pisarza [uśmiech — przyp.red.]. Dyskutuje Pan w gronie znajomych o tym, dlaczego jest taki bezruch na rynku wydawniczym? Co jest nie tak z Polakami, że nie chcą czytać książek? Mogłoby być przecież tak pięknie. Gdyby w 38-milionowym narodzie chociaż 1/4 regularnie czytała i kupowała książki, zamiast pustyni mielibyśmy prawdziwą oazę dla pisarzy, poetów i humanistów.

Bezruch na rynku wydawniczym? Myślę, że wydawanych jest mnóstwo świetnych powieści, zbiorów opowiadań, esejów, reportaży i książek poetyckich. Inna sprawa, że Polacy rzeczywiście mało czytają. Ale czy kiedykolwiek było inaczej? Czytanie zawsze było raczej zajęciem ekskluzywnym. Na obcowanie z literaturą mogła sobie pozwolić tylko ta część społeczeństwa, która była wykształcona i nie spędzała większości dnia na polu albo w fabryce. Oczywiście, byłoby wspaniale, gdyby więcej osób czytało, ale nie wierzę, że przeciętnemu Kowalskiemu ambitne książki zastąpią telewizję i zamiast oglądania programu „Rolnik szuka żony” wybierze wieczór z nowym tomem wierszy Bohdana Zadury.

Mówiąc „bezruch”, miałem na myśli niskie nakłady publikowanych książek i — co za tym idzie — niskie zyski autorów i wydawców. Mój znajomy pisarz wydał kilka miesięcy temu książkę w nakładzie… pięciuset egzemplarzy. Rozumiem historyczne uwarunkowania, o których Pan wspomniał, ale mimo wszystko nie powinno być tak, że w tak dużym kraju europejskim zawodowo z pisarstwa utrzymuje się tylko kilka osób. W Polsce tzw. show-biznes jest słabo rozwinięty. Muzyka i filmy też się słabo sprzedają…

Ja też chciałbym, żeby książki czytało w Polsce tyle osób, ile ogląda piłkę nożną. Jedyne, co chyba można zrobić, to nakłaniać ludzi do czytania, organizować kolejne spotkania autorskie, przekonywać, że literatura to naprawdę fantastyczna rzecz itd. Jeśli zwiększy się popyt na książki, to zwiększy się również podaż.

Żyjemy w trudnych czasach. Czy literatura nie straciła swojej mocy? A może nigdy jej nie miała? Czy można stworzyć, a potem wydrukować tekst, który zwala z nóg, powala na kolana, odmienia życie, wywołuje podziw albo szok, otwiera inne drzwi percepcji? Zna Pan taką książkę?

Literatura zawsze oddziaływała na narody, społeczeństwa i jednostki, choć na pewno w różnym stopniu i zakresie. Książki mogą pełnić funkcję informacyjną, wychowawczą, terapeutyczną, katartyczną itd. Dzieła literackie powstają często w reakcji na rzeczywistość, ale mogą też tę rzeczywistość kształtować, zmieniać nasz sposób myślenia o świecie i przebudowywać systemy wartości. Książką, która miała chyba największy wpływ na europejską historię i kulturę, jest Pismo Święte. Olbrzymią rolę odegrały też dzieła filozofów greckich i rzymskich, bez których trudno sobie wyobrazić narodziny nowożytnej nauki.

Julio Cortazar (1924 -- 1984). Foto: materiały prasowe.

Julio Cortazar (1924 — 1984). Foto: materiały prasowe


Tradycja ta jest mi zresztą bliższa. W wymiarze jednostkowym na ludzi oddziaływała z kolei literatura piękna. W XIX w., po wydaniu Cierpień młodego Wertera, przez Europę przeszła fala samobójstw, ponieważ nieszczęśliwie zakochani młodzi ludzie zaczęli się utożsamiać z głównym bohaterem tej powieści. Dla mnie jedną z najważniejszych lektur była Gra w klasy Cortazara, ale mam też innych ulubionych autorów.

Co w procesie twórczym ma większe znaczenie — talent czy praca? Czym jest dla Pana osławiona artystyczna wena?

Myślę, że talent jest ważny — bez słuchu językowego i pewnej wrażliwości trudno o dobrą literaturę. Ale pisanie wierszy czy powieści to również rzemiosło, a więc praca nad tekstem, robienie notatek, konstruowanie narracji lub wypowiedzi lirycznej, poszukiwanie adekwatnych form wyrazu, kreślenie, redagowanie itd. Ważne jest również czytanie książek — dobry pisarz to oczytany pisarz. Czym dla mnie jest wena? Ogółem procesów psychicznych, które sprawiają, że mam pomysł na tekst i wiem, jak go zrealizować.

Nad czym Pan obecnie pracuje?

Pracuję nad kolejnym zbiorem wierszy, a w międzyczasie piszę recenzje literackie dla kilku czasopism. Właśnie skończyłem krótki tekst dla „Newsweeka” na temat wyboru wierszy Juliana Kornhausera Tylko błędy są żywe.

Proszę podać nazwisko jednego polskiego prozaika i jednego poety, na których czytelnicy powinni zwrócić szczególną uwagę.

Nie potrafię wskazać tylko jednego poety i tylko jednego prozaika. To trochę tak, jakby dietetyk zasugerował spożywanie samej fasoli w miejsce zbilansowanej diety. Myślę, że warto czytać dużo i różnorodnie. Mogę natomiast zdradzić, co ja ostatnio czytałem. Był to nowy tom wierszy Marty Podgórnik Zawsze, o którym napisałem zresztą szkic do miesięcznika „Twórczość”, i książkę Janusza Rudnickiego sprzed kilku lat Śmierć czeskiego psa. Jest w niej piękny fragment o wspomnianym Henryku Berezie: „Przykład paradny na opętanie Henryka literaturą to ten, w którym dzwonię do niego z Centralnego, że przyjechałem właśnie i zaraz go odwiedzę, ale nie sam, zapytał, z kim, przyjechałem pierwszy raz z Verą, której jeszcze nie widział, nie znał, więc powiedziałem, że z Czeszką, zapytał raz jeszcze, z kim, bo gorzej słyszy, powtórzyłem, że z Czeszką, na co on, co ty pierdolisz, przecież Czeszko dawno nie żyje!”.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Marcinem Orlińskim rozmawiał Christopher Gretkus
29.09.2015 Warszawa

………………………………..
Christopher Gretkus (1970) — wydawca portalu Eprawda, fotograf, fotoreporter. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
………………………………..
Marcin Orliński (ur. 1980) — poeta, prozaik, krytyk literacki, publicysta. Wydał tomy wierszy Mumu humu (Kraków 2006), Parada drezyn (Łódź 2010), Drzazgi i śmiech (Poznań 2010), Tętno (Łódź 2014), zbiór krótkich utworów prozatorskich Zabiegi (Poznań 2014) oraz książkę krytycznoliteracką Płynne przejścia (Mikołów 2011). Publikował m. in. w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Twórczości”, „Odrze”, „Akcencie”, „Lampie”, „Kresach” i „Dwutygodniku”. Redagował rubrykę poetycką w „Przekroju” i serię wydawniczą Biblioteka Debiutów przy „Zeszytach Poetyckich”. Jego wiersze były tłumaczone na języki angielski, niemiecki, szwedzki, rosyjski i ukraiński. Mieszka i pracuje w Warszawie.
…………………
Więcej: Portfolio|Facebook
Foto: Marcin Stępień (fot. Hanryka Berezy)
Inka Radomska i archiwum autora
29.09.2015

MARCIN ORLIŃSKI: „Splendor zdarza się rzadko i trwa krótko” — rozmowa o krytyce literackiej i literaturze
7 votes, 4.43 avg. rating (88% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.
[8] Komentarze
  1. Literatura to nie mój cup of tea, ale z tego co można od czasu do czasu wyczytać, nawet i to „elitarne” środowisko jest przeżarte rakiem korupcji. [netykieta] Może to nie jest korupcja ale wspieranie „młodych i zdolnych” na pewno też nie, więc jeżeli ktoś uważa, że redaktorzy w gazetach, telewizjach i radiach nie robią nic innego, tylko szukają młodych geniuszy po internetach, wsiach i miasteczkach by ich objawić światu tak z czystej potrzeby serca, to chyba powinien zejść na ziemię z obłoków.

  2. „Jeżeli powieść jest naprawdę genialna, to autor raczej nie będzie miał problemu z jej wydaniem” – rozumiem, że nie powinno się zniechęcać ludzi do literatury ale fakty są brutalne – nawet geniusz niczego nie gwarantuje. Przykład? – Norwid, Baudelaire i inni. Wywiad ciekawy, wyróżnia się na tle innych, bezpłciowych rozmów o literaturze. Nie jest też przeintelektualizowany jak to często bywa, choć można było wyczuć, że pan Orliński uważał na słowa.

Co o tym sądzisz?