Elegia dla snu.

Coraz płytszy „amerykański sen” zmienia się w koszmar. Doświadczają go już nie tylko bidoki z powieści J.D. Vance’a, lecz większość społeczeństwa. Przebudzenie może być gwałtowne i niespodziewane, podobnie jak wybór Donalda Trumpa na kolejnego prezydenta USA.

Od lat 20-tych ubiegłego wieku fale bidoków z górskiego regionu Apallachów i Pasa Rdzy zalewały równiny środkowych Stanów. Szukali pracy, lepszego życia i szans, których nie znaleźli w swych rodzinnych stronach. Podobnie jak niegdyś pierwsi emigranci ze starej Europy, osadnicy, dopiero śniący o „amerykańskim śnie”. I tak jak oni, powoli zmienili oblicze tego kraju.

Jeśli bidok chciał do czegoś dojść najlepiej było odejść z gór – wspomina Vance. Szydercze określenie hillbillies (bidoki), odnosiło się do jego rodziny, przyjaciół, sąsiadów. Babki Mamaw, od najmłodszych lat doświadczającej przemocy domowej, która powieli ten schemat we własnym małżeństwie. Matki, otoczonej wianuszkiem kolejnych narzeczonych, u której zamieszkanie (…) było jak bilet w pierwszym rzędzie na apokalipsę. Całej rzeszy przyszywanych sióstr, wujków i cioć, przelewających się przez dzieciństwo i młodość autora, owego chaosu wśród ich stada. A co ważniejsze, do ugruntowanych od kolebki frustracji, lęków i braku perspektyw które sprawiały, iż wyrwanie się z ich zamkniętego kręgu było prawie niemożliwe. A jednak potencjalny ćpun i przestępca, w najlepszym przypadku kasjer w supermarkecie ukończył prawo na Yale. Jak tego dokonał? Czy kolejne pokolenia bidoków mają jakąkolwiek szansę? Na razie upatrują ją w prezydenturze Donalda Trumpa. Jak zauważa Piotr Gajdowski w recenzji książki – Vance opisuje tych, którzy zdecydowali o zwycięstwie Trumpa (…) przedstawicieli białej klasy robotniczej pozbawionych wykształcenia i możliwości awansu społecznego.

Czy to oni sprawili, iż książka Vance’a sprzedała się przez niespełna rok w 2 milionach egzemplarzy i przez 70 tygodni brylowała na liście bestsellerów „New York Timesa”? Poniekąd tak, ale opisywane problemy dotyczą już nie tylko bidoków. Gdy bowiem góry zeszły w doliny i zapełniły je biedą, zmieniły Amerykę, choć zmiana ta była początkowo niezauważalna. Jak każde pękniecie, spowodowane powolną erozją.

Tożsamość bohatera jest podzielona, podobnie jak mężczyzn, kobiet i dzieci którzy przybyli gościńcem bidoków z Kentucky do Middletown w Ohio. Zwabieni zapowiedzią stabilnej pracy, w czym swój udział miały wielkie koncerny, poszukujące taniej siły roboczej. Bidoki masowo zasiedlały liche domki na przedmieściach, nie najuboższe, lecz wystarczająco biedne. Podobnie jak pierwsi biali w krainie Indian, potomkowie Szkotów i Irlandczyków, niczym osadnicy, przybyli do spokojnych enklaw amerykańskiej „krainy obfitości”. Zadomowionej i sytej klasy średniej o protestanckich korzeniach, jedynych dotąd panów tej ziemi. Przynosząc ugruntowane od pokoleń frustracje i wizję niesprawiedliwości. Oderwani od Appalachów, mimo prób asymilacji nie odnajdują się w stalowniach Ohio, owej „ziemi obiecanej”, nie umiejąc a po części nie chcąc wtopić się w otoczenie. Skupiają się na konsumpcji, na którą ich nie stać – Wydajemy pieniądze bo chcemy udawać klasę wyższą. Część popada w znany dobrze od pokoleń marazm. Są teraz więźniami gospodarki która nie spełnia już obietnic amerykańskiego snu. A zbiorowe przeświadczenie o tym iż są oszukiwani i nie ma dla nich perspektyw działa jak tama. Przy okazji konfrontują się z falą czarnoskórej emigracji z południa i odkrywają, iż bieda nie zna tu koloru skóry, co wpływa deprymująco. Owszem, chętnie mówią o konieczności ciężkiej pracy, wszak jest z nimi równie długo jak i jej dotkliwy brak. Tata mówi ze w życiu się napracował A jedynie co to wytężał dupsko – podpowiada Vance. Są więc bierni, skłonni obwiniać wszystkich wokół a najchętniej rząd i instytucje. Choć jasne jest iż niektórych problemów nie stworzył rząd i korporacja, czy inna siła, stworzyliśmy je sami.

Szymon Kantorski -- recenzja

Okładka książki J.D Vance’a „Elegia dla bidoków”

Skąd w autorze „Elegii…” siła, aby odmienić swój los? Ważne było dzieciństwo autora. Oklepana maksyma „co cię nie zabije – wzmocni” jak najbardziej się tu sprawdziła. Osiągnąłem coś zupełnie zwyczajnego, co jednak bardzo rzadko zdarza się dzieciakom które dorastają w warunkach takich jak ja. Dzieciństwo Vance’a to, parafrazując tytuł powieści Jonatana Carrolla, swoista „kraina dygotów”. Niepewna, nieuporządkowana, zaskakująca, momentami groźna. Nic nie jest na swoim miejscu, rozwiedzeni rodzice zajmują się głównie swoimi problemami. Matka poszukiwaniem „wujków” dla swojego syna, ojciec kolejnej zmitologizowanej wiary. Funkcję „bezpiecznej przystani” przejmuje Mamaw i choć zwyczajowo nosi pod suknią nabity rewolwer – była najlepszym co mi się przytrafiło. Jeden z nauczycieli stwierdza, iż potomstwo bidoków to Dzieci (…) wychowane przez wilki. Znamienne porównanie. 20 % nigdy nie ukończy szkoły, a ci którym się to uda, są dziedzicznie zaprogramowani, nieustannie gotowi do walki lub ucieczki. Jak w zwierciadle odbijają się w nich frustracje i nieprzystosowanie dorosłych. Przekonanie o beznadziejności wysiłków, bo przecież ich dzieci i tak do niczego nie dojdą. Tak ukształtowane pokolenie jeśli się uczy, to kiepsko, jeśli podejmuje pracę, nie szanuje jej, jeśli szuka guza, znajduje go z całą pewnością.

Ta swoista epidemia rozlewa się na cały kraj, jest obecna w większych i mniejszych miastach, pustoszy amerykańską prowincję.

Pożywką tej choroby są narkotyki, nie obce również autorowi, przemoc i brak perspektyw. Dzieci bidoków pozostają same ze swoimi problemami. Tylko jednostki odnajdują drogę w zdradliwym labiryncie. Dostrzegają to, czego nie widzą, lub nie chcą widzieć rówieśnicy. Doceniają szorstką, lecz szczerą opiekuńczość kolejnej Mamaw, wykorzystują krótkie chwile, gdy mama czy ojciec poświęcają czas dzieciom. A co ważne, umieją wartościować i oceniać, choć przecież Wytresowano nas tak byśmy czuli ze nie wolno liczyć na innych. W tym chyba tkwi tajemnica, dlaczego wyrwanych z zaklętego kręgu bidoków jest tak niewielu. Ponieważ koszmar „amerykańskiego snu” sprawia, iż przebudzić mogą się tylko ci, którzy chcą śnić własny sen.

Na olbrzymią popularność książki Vance’a składa się kilka czynników. Doskonale wpisuje się w swój czas. W dobie kampanii wyborczej Trumpa lista bolączek i zaszłości, trapiących społeczeństwo urosła lawinowo, a wszelkich prób ich usystematyzowania wyczekiwano z niecierpliwością. „Elegia…” wprost i bez ogródek stawia diagnozę współczesnej Ameryce. Nie mniej ważna jest odwaga autora, oraz uczciwość w mówieniu o sobie, bliskich i całej społeczności.
Znamienna jest też długa lista osób, którym autor dziękuje pod koniec książki, bez których pewnie nie powstałaby. To jakby zbiorowa krucjata ludzi świadomych problemów jakie opisuje Vance. Są tu zarówno znajome i nieznajome bidoki, lecz także naukowcy, wydawcy, społeczności akademickie, politycy. Dopowiadają świat ukazany przez pisarza, wspólnie odzierają Amerykę ze złudzeń. Czy „Elegia …” to wybitne dzieło literackie? Dobrze czyta się przesycone ironią fragmenty autobiograficzne, życie podsunęło autorowi doskonały szkic. Jednak Vance nie pretenduje do miana nowego Steinbecka. Jego bohater, choć osobiście uwikłany w pokoleniowy dramat całej społeczności, wybiera obarczony skrótami model popularnej powieści autobiograficznej i społeczno – polityczny dyskurs. Dość ubogi jest także język, choć przewrotnie dodaje to autentyczności postaci oraz sprawia, iż po książkę sięgną miliony. Najsłabszymi fragmentami powieści są te w tonie patetycznym, żywcem przypominającym poradniki lub wojskowe ulotki rekrutacyjne. Na szczęście nie jest ich wiele. W „Elegii dla bidoków” nie chodzi o wielką literaturę, lecz o wielką sprawę.

Dostrzegł ją nie tylko Vance w swojej powieści. Niedawna oskarowa gala dość niespodziewanie pominęła obraz Martina McDonagha „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Nagrodę za swoją genialną kreację otrzymała jedynie Frances McDorman, co nie jest bez znaczenia, gdyż mocne postaci kobiece charakteryzują oba dzieła. Czyżby i mit amerykańskich mężczyzn, zdobywców prerii powoli się ulatniał? Film, mimo oczywistych różnic jest w pewnym sensie dopowiedzeniem tego o czym pisze autor „Elegii…”. Opowieścią o upadku wartości i znieczulicy, swoistej amnezji która trapi bierną, rozchwianą, w swych dążeniach małomiasteczkową Amerykę. Żyjącą z dnia na dzień. Przesiąkniętą pozornym spokojem, mimo dramatów które rozgrywają się tuż pod oknami. I co zakrawa na ironię – przeraźliwie senną. Wielka polityka, wielkie pieniądze i wielkie idee są poza nią. W dziele McDonagha „amerykański sen” dobiegł już kresu. Pierwsi przebudzeni gniewnie ruszają ku swym billboardom, wraz z całą rzeszą niezadowolonych, szukających odmiany amerykańskich wyborców A.D. 2016. A będzie ich coraz więcej, zwłaszcza iż dzieło irlandzkiego reżysera odbiło się szerokim echem.

Sporo krajów Europy lepiej niż Stany radzi sobie ze ziszczeniem amerykańskiego snu, tak twierdzi Vance. Czy może śnimy obecnie nasz „polski sen”? Wiele może na to wskazywać. Choć przecież z całkowicie inną historią, społeczeństwem, gospodarką, tradycją etc. trudno to porównywać. Kilka dekad temu, postawieni przed faktem dokonanym, jakim był nagły upadek realnego socjalizmu, wzięliśmy „sprawy we własne ręce”. I w krótkim czasie zbiorowo odrobiliśmy zadaną lekcję, płacąc za to, jako społeczeństwo wysoką cenę. To przecież doskonały przykład swoistego American dream. Pamiętać jednak należy, iż ten nie mógłby się ziścić, gdyby nie oparto go na kilku prostych, konsekwentnie egzekwowanych, zrozumiałych dla wszystkich zasadach. Choćby opisanych w amerykańskiej konstytucji ideałach demokracji, równości i wolności. Oraz zbiorowym, oddolnym przekonaniu, iż owych zasad nie można naruszać. Ponieważ w teorii, zapewniają wszystkim równe szanse. To wie każdy przeciętny Amerykanin. A przeciętny Polak? Jako zbiorowość stajemy się coraz bardziej pewni siebie. To dobrze. Duma narodowa, patriotyzm, bardzo pomagają, nie czujemy się już „ubogim krewnym” Europy. Pora byśmy ustrzegli się błędów, które prześladują opisywaną przez Vance’a Amerykę – zapiekłych uraz i gniewu który żywili wszyscy wokół. Byśmy byli nie tylko silni ale i mądrzy. Sen jaki może nam się przyśnić, nie będzie wcale gorszy od amerykańskiego. Na pewno inny, bardziej wyczulony. Gdyż czego jak czego, ale koszmarów w naszej historii nigdy nie brakowało. Nie twórzmy więc kolejnych.

………………………………………
Szymon Kantorski (1969) — mieszka w Poznaniu. Poeta, współzałożyciel pisma „Już Jest Jutro”. Autor tomików „Solo” — Biblioteka „Nowego Nurtu” oraz „Duety” — WBPiCAK. Wiersze publikował w kilku antologiach, m.in. „Macie swoich poetów”, „ Antologia nowej poezji polskiej. 1990- 1999”, „Parnas bis”, „ Contemporary Writers of Poland 2000 – 2014”, „Przewodnik po zaminowanym terenie” oraz pismach, m.in. Czasie Kultury, Fa-Arcie, Gazecie Wyborczej, helikopterze, Już Jest Jutro, Kresach, Lampie, Magazynie Literackim, Nowym Nurcie, Odrze, Red. Współpracuje z pismem „TarNowa Kultura” i portalem eprawda.pl. Miłośnik jazzu, niekiedy dziennikarz, zdawkowo krytyk. Czasami lubi wyjść do sklepu po papierosy i wrócić po paru latach.
…………….
Więcej: Portfolio
22.03.2018

SZYMON KANTORSKI o książce „Elegia dla bidoków”
8 votes, 5.00 avg. rating (99% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter. Znajdź nas na FB.

Co o tym sądzisz?