Wydaje się, że podstawowym zwrotem w Wenezueli jest słowo mañana w połączeniu z dowolnym uzupełnieniem. Dosłownie oznacza to jutro ale w południowej Ameryce – a szerzej – w kulturze tego regionu, nabiera zupełnie innego znaczenia. W praktyce tłumaczy się na kiedyś. Jeśli więc ustalacie coś z jakimś wenezuelczykiem na jutro, może to być rzeczywiście nazajutrz ale równie dobrze pojutrze, za tydzień, kiedyś… ot, mañana…

Miss Wenezueli -- Gabriela. Foto: materiały prasowe.

Miss Wenezueli — Gabriela. Foto: materiały prasowe


Jechałem do Wenezueli z wiedzą szczątkową. Wiedziałem, że mają najtańszą benzynę na świecie, najwięcej dziewczyn, które zdobyły tytuł „Miss Universe”, najwyższy wodospad oraz, że prezydent Hugo Chaves usilnie wprowadza w kraju „dobry socjalizm”. Reszta była zagadką. Liczyłem, co prawda, na duże podobieństwa do Dominikany, wszak to ten sam region, ale zaraz bezpośrednio po przyjeździe przekonałem się, że istnieją dość poważne różnice. Przede wszystkim pogoda. W Wenezueli powietrze dosłownie przygniata do ziemi. Sądzę, że to nie jest nawet kwestia temperatury (podczas całego pobytu nie przekroczyła 33* C) lecz przede wszystkim wilgotności. A ta jest wszechobecna. Nic nie schnie. Kartka położona na biurku, następnego dnia jest pozwijana i pomarszczona. Ubrania, pościel czy ręczniki są wciąż niedosuszone. Na dłuższą metę jest to niesłychanie uciążliwe ale nie ma wyjścia: w porze deszczowej trzeba po prostu przywyknąć. Do tego warto pamiętać o padających prawie pionowo promieniach słonecznych, które powodują, że w okolicach południa nie sposób wytrzymać na otwartym słońcu: po prostu parzy! Same miasta, uwzględniając różnice architektoniczne właściwe dla regionu i klimatu są bardzo podobne do europejskich, takie same galerie handlowe, te same marki. Nie ma problemu aby kupić buty Adidas, aparat fotograficzny Panasonic czy ciuch uznanej w świeci firmy. Ceny również zbliżone do naszych o ile pamiętamy o podwójnym kursie wymiany. Uwaga na wstępie o „dobrym socjalizmie” nie była bezpodstawna. W Wenezueli obowiązują bowiem różne kursy walut. Jeden, oficjalny, kształtuje się na poziomie ok. 2,15 boliwara za dolar. Wystarczy jednak wyjść przed dom towarowy, pokręcić się chwilę przy postoju taksówek, itp., aby natychmiast zostać zaczepionym przez odpowiedników naszych dawnych cinkciarzy, którzy oferują od ręki przelicznik w granicach 5 boliwarów. Jako, że USA są stosunkowo blisko, bardziej pożądaną walutą jest amerykański dolar, stąd euro nie cieszy się popularnością i jego kurs jest mało atrakcyjny.

Absolutną egzotyką są samochody jeżdżące po ulicach. Obok najnowszych modeli uznanych, światowych koncernów, bardzo często można dostrzec auta marki najczęściej Chevrolet, rocznik bodajże 56, może 59, które z definicji nie powinny w ogóle jeździć.

Standardem są dziury na wylot w karoserii, łączenie elementów nadwozia drutem, sznurkiem, jakimiś taśmami czy przylepcami, z pofałdowaną maską bądź bagażnikiem, beż żadnych świateł, z powybijanymi szybami. Zdarzyło mi się zobaczyć samochód w ogóle bez drzwi. Dodatkowo bardzo często samochody takie jeżdżą bez żadnych tablic rejestracyjnych. Kiedy zaciekawiło mnie to zjawisko, usłyszałem w odpowiedzi, że formalności przerejestrowania auta mogą trwać nawet rok (!) a że wenezuelczycy nie mają czegoś takiego jak kontrole drogowe, więc… Wiadomo: mañana. Słyszałem tylko o dwóch miastach, w których nie ma w centrum placu im. Bolivara oraz jego pomnika. Jest to absolutny standard, sam Bolivar to bohater narodowy, wszędzie uwieczniany i upamiętniany: w nazwach ulic, budynków, osiedli. Podobnie jak Hugo Chaves, którego podobizny wiszą dosłownie na każdym kroku.

Atrakcyjna cena benzyny potwierdziła się, litr paliwa kosztuje, w przeliczeniu na złotówki, około 7 groszy. Niestety, gorzej poszło z wypatrywaniem kolejnych, ewentualnych zwyciężczyń konkursów piękności. Aby nie rozwijać ryzykownego tematu, pozostańmy przy stwierdzeniu A. Rosiewicza, iż „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”. Największą atrakcją dla turystów przyjeżdżających do Wenezueli jest niewątpliwie wyprawa do dżungli. I nie mam tu na myśli wypadu z plecakiem, w traperach na nogach, zgodnie z mapą w ręku, ramię w ramię z Wojciechem Cejrowskim ale raczej przeżycie przygotowane dla turystów, dla których – tak jak dla mnie, absolutnie zurbanizowanego, miastowego człowieka — stanowi niepowtarzalne doświadczenie.

Już początek wycieczki małym, dwuśmigłowym samolotem, powoduje lekki skurcz niepokoju.

To oczywiście psychologiczne uprzedzenie, półtoragodzinny lot przebiega bez żadnych sensacji, wręcz nudno. Lądujemy w miejscowości?; wiosce? Tucupita, gdzie lotnisko to pojedynczy parterowy barak, w którym — i tu duże zdziwienie — bez problemu można palić. Jedyne znane mi lotnisko (niezależnie od rozmiarów), na którym dozwolone jest palenie tytoniu! Stamtąd mamy dwie godziny łodzią po Orinoko do miejsca docelowego jakim jest indiańska wioska turystyczna, gdzie będziemy nocować. Poznajemy przewodnika. José mówi biegle w trzech językach i niezły kawalarz z niego, ponieważ już na początku, z kamienną twarzą przekonuje nas, że jak szczęście dopisze, pooglądamy sobie dinozaury. Co proszę? Jakie dinozaury? Po dłuższej chwili José próbuje wydusić z nas odpowiedź dlaczego jednak nie zobaczymy dinozaurów. Na nieśmiałe stwierdzenie jednej z uczestniczek, że prehistoryczne gady wszak nie istnieją już, wybucha zaraźliwym śmiechem i przytakuje entuzjastycznie. Udajemy się do łodzi. Orinoko jest ogromna, szarobrązowa. Momentami szerokość rzeki sięga kilometra. Wzdłuż brzegów, gdzieniegdzie widnieją jakieś szałasy, lepianki, najczęściej z przycumowanymi przy brzegu łodziami. Zatrzymujemy się na chwilę i podziwiamy małpy, które skutecznie kryją się w gąszczu drzew.

Dookoła sporo ptaków, nie są one jednak tak bajecznie kolorowe jak te z „Animal Planet”.

Ruszamy dalej. Odległość do wioski musi być spora bo płyniemy z dużą szybkością, wiatr prawie zrywa czapki z głów ale też przyjemnie chłodzi, upał bowiem jest nieziemski. Nagle zatrzymujemy się w rozwidleniu rzeki i José pyta na poważnie kto chce się ochłodzić kąpielą. Patrzymy skonsternowani po sobie, pływanie wspólnie z piraniami i aligatorami jakoś nie przemawia do nas. Przewodnik znów wybucha śmiechem i tłumaczy, że jakkolwiek w tym miejscu nie ma żadnego życia w rzece, to był to kolejny żart. Ruszamy dalej, po pierwszej półgodzinie widoki stają się monotonne, z jednej i drugiej strony ściana zieleni. Wioska robi wrażenie na mieszczuchach, to zespół domków na palach, połączonych wspólnym pomostem, z jedną salą główną pełniącą rolę jadalni, baru i miejsca spotkań. Pełno much podobnych do naszych gzów, jedna z nich ugryzła mnie później, wrażenie takie jakby ktoś wbił znienacka strzykawkę w ramię. Na razie rozglądam się podejrzliwie wokół i moja ostrożność zostaje nagrodzona: francuska para, która podróżuje na własną rękę i zrobiła sobie postój w naszej wiosce, woła mnie do siebie i z przejęciem pokazuje ogromną, czarną tarantulę, która siedzi spokojnie pod sufitem. Kiedy wskazuję pająka José, ten macha lekceważąco ręką i stwierdza, że „te nie gryzą”. Nieprzekonany, siadam na wszelki wypadek jak najdalej od gościa. Po szybkim obiedzie przygotowujemy się do wypadu w dżunglę. Obowiązkowo długie spodnie, koszula z długim rękawem, odstraszacz na insekty oraz czapka i okulary przeciwsłoneczne.

Od Indian dostajemy kalosze. Komicznie to wygląda ale gdy tylko zagłębiliśmy się w gęstwinę, przekonałem się, że bez gumowców nie ma czego szukać w dżungli. Zdradliwe mokradła przykryte liśćmi wciągają nogi do kolan i trudno jest się wyrwać, zwłaszcza, że wciąż trzeba patrzeć a to pod nogi, a to dookoła, żeby nie nadepnąć na coś albo nie zaplatać się we wszechobecne liany. Ale jeszcze wcześniej doświadczamy dotyku prawdziwej egzotyki. Przed dobiciem do brzegu podpływamy na kilka metrów do odpoczywającej anakondy. Ubarwiona na zgniłozielono niknie na tle zwalonych drzew, stapia się z nimi i gdyby nie bystry wzrok przewodnika z pewnością bym jej nie dostrzegł. Wąż ma na oko ze cztery metry długości, jest bardzo gruby i budzi grozę, nawet jak tak spoczywa nieruchomo, wyciągając niekiedy język. Prawdziwy potwór! Dżungla nie jest ładna. Istnieje porzekadło, że są tylko dwa dni, kiedy dżungla jest piękna: pierwszy – gdy się do niej wchodzi i ostatni — gdy się ją opuszcza, ale ja skłaniałbym się wyłącznie do jednego. I to tego ostatniego.

Spleciony gąszcz najróżniejszych roślin, nieustanne ataki komarów, much, wilgoć i duchota. Trzeba chodzić bardzo uważnie, natychmiast bowiem można zaplątać się w najprzeróżniejsze cienkie i grube liany,

które wiszą w poprzek, wzdłuż, ciągną się między drzewami, na wysokości głowy, nóg, pasa, wszędzie… Dostrzegam w gąszczu zwykłego, dobrze znajomego fikusa, taki sam rośnie u mnie w domu, w doniczce, tyle, że ten, w naturalnym środowisku, mierzy sporo powyżej dziesięciu metrów wysokości. Pod wieczór płyniemy łowić piranie. Wystarczy zwykły patyk z bambusa, żyłka i kawałek mięsa na przynętę. Kolega obok mnie wyciąga dwie ryby, raz za razem. Wyglądają niepozornie: zwykłe, niewielkie rybki. Dopiero gdy José zmusza jedną do otwarcia pyszczka widać przerażające zęby, nieproporcjonalnie duże w porównaniu do całości. Podobno, przy nieumiejętnym trzymaniu potrafią złapać za palec i odgryźć go. Złowione sztuki wpuszczamy z powrotem do wody, zapada zmierzch, który błyskawicznie przekształca się w noc. Na niebie błyszczą gwiazdy, układ konstelacji jest inny niż w Polsce ale rozpoznaję Wielką Niedźwiedzicę. Wracamy do wioski po ciemku, czeka nas nocleg w drewnianych chatkach, oświetlonych jedynie prymitywnymi kagankami. Całość robi mocne wrażenie, zwłaszcza, że zaczyna się nocne życie dżungli: jakieś szmery, piski, niespodziewany chlupot wody, najróżniejsze odgłosy. Sam nocleg przebiega męcząco: na wszelki wypadek podtykam szczelnie moskitierę pod materac naokoło łóżka, przez co miejsca do spania robi się metr na metr. Zapadam w niespokojny, przerywany sen, wciąż coś chrobocze, przesuwa się, ćwierka, piszczy…Nad ranem ruszamy dalej, do Narodowego Parku Canaima. To gigantyczny obszar, większy niż niektóre europejskie kraje, słynący przede wszystkim z najwyższego wodospadu na świecie: Angel Falls, który mierzy 979 m n.p.m. Do tego dochodzą zapierające dech w piersiach widoki, oraz poczucie absolutnej pierwotności i dzikości miejsca nie dotkniętego przez cywilizację. Interesującą ciekawostką dla niektórych z nas jest pobyt na plaży, przy jednym z wodospadów – Salto Sapo, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie były kręcone zdjęcia do filmu Franka Marshalla „Arachnofobia”. Atrakcją jest

kąpiel w wodospadzie, na jego szczycie, skąd rozciąga się wspaniały widok na całą Lagunę Canaima.

Woda jest przeraźliwie zimna co w połączeniu z powalającym upałem daje niesamowity efekt. Później wyruszamy na przechadzkę bezpośrednio pod wodospadem co stanowi główny cel naszej wyprawy. Przejście tylko w strojach kąpielowych, bowiem masy wody spadającej w odległości nie większej niż pół metra ode mnie, powodują, że momentalnie jestem zmoczony od stóp do głów. Wrażenie niesamowite, dotyczy to również widoków na Park już po drugiej stronie wodospadu. Po południu wracamy do cywilizacji. Już po wylądowaniu, na drzwiach do hali lotniska dostrzegam monstrualnego konika polnego, spacerującego po szybie. To bez wątpienia szarańcza, aby złapać proporcje prawie przykładam głowę do owada i proszę znajomych o zrobienie zdjęcia. W hotelu, nad basenem, odwiedza nas też półtorametrowy legwan, który przyszedł widać popatrzeć jak odpoczywamy po trudach wyprawy do dżungli. Nic sobie nie robi z tłumu, głośnych rozmów i przechadza się spokojnie między leżakami, wyraźnie zaciekawiony zamieszaniem. Fotografuję go z bliska, nie ucieka, może też jest zmęczony upałem?
Jest szósta po południu, zapada zmierzch, jak to w tropikach…
 
………………………………………………………
Artur T. Korczyński (ps. Tomasz A. Morris) Rocznik 1963, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, handlowiec. Od lat wiernie zakochany jestem w kotach. Okres chorobliwej wręcz fascynacji Jimem Morrisonem już minął, ale miłość do „The Doors” została. Wychowałem się na AC/DC, Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple itp.; i tak mi zostało. Monthy Pyton i pochodne – rulez! Film wszechczasów (IMHO) to „Alien” R.Scotta. Żyłem szybko, barwnie, kolorowo, teraz cieszę się zwyczajną codziennością. Kliniczny Bliźniak. „Człowiek-encyklopedia”: na wszystkim się zna, na niczym dobrze (z małymi wyjątkami). Dotychczasowe publikacje: wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem w tygodniku „ITD”; opowiadania w „Młodym Techniku”; opowiadania w „Magazynie Fantastycznym”; opowiadanie w „Esensji”; opowiadanie w „SFFH”; wiersze w tygodniku „Angora”; felieton tamże (publikacja pod pseudonimem); książka F10.2 (publikacja pod pseudonimem). Na podstawie jednego z opowiadań student Łódzkiej „Filmówki” zrealizował miniaturę filmową.
26.08.2013. Warszawa
…………….
Na zdjęciu: Miss Wenezueli Gabriela
26.08.2013

Wiedziałem, że mają najtańszą benzynę na świecie, najwięcej dziewczyn, które zdobyły tytuł „Miss Universe”. TOMASZ A. MORRIS „Wenezuela”
10 votes, 4.55 avg. rating (90% score)
..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.
[2] Komentarze

Co o tym sądzisz?