Sztuka dla elit i mas. Wielkie zwątpienie w sens świata. Poszanowanie wolności osobistej każdego człowieka. Dlaczego malarstwo? Dlaczego Warszawa? O tym wszystkim zgodziła się Nam opowiedzieć Urszula Kamińska — utalentowana artystka malarka i designerka młodego pokolenia. Autorka cyklu portretów „The People”, wystawionych w PGE Stadion Narodowy w maju 2016 roku.
[Foto: Urszula Kamińska źródło: Facebook i portfolio artystki]


Portal Eprawda.pl: Czy mogłabyś Nam opowiedzieć o początkach swojej przygody ze sztuką? Jak to się stało, że zaczęłaś malować obrazy?

Moja podróż ze sztuką zaczęła się dość wcześnie. Od kiedy pamiętam, w pokoju moim i siostry, wisiał krajobraz namalowany przez mojego tatę. Szczególną cechą obrazu była niedokończona plama jeziora. Obraz przedstawiał pejzaż — zachód słońca nad jeziorem i szkielet łodzi. Coś pięknego — te żywe kolory zachodu słońca były kosmiczne: żółty, ognisty czerwony, błękit z fioletem. Niedokończona plama ma swoje źródło w moim pojawieniu się na świecie, potem mojej siostry i mojego brata. Tata nigdy nie skończył tego dzieła — za to na zawsze stał się moim natchnieniem. W podstawówce i liceum fascynowałam się twórczością Jacka Malczewskiego i Salvadora Dali. Potem zachwycił mnie wariacki styl Tim’a Burton’a. Wtedy jeszcze nie malowałam. Z wypiekami na twarzy oglądałam albumy ulubionych malarzy i starałam się poznać jak najwięcej faktów z ich życia. Z przekonaniem “niedorastania” im do pięt, skupiłam się wówczas na śpiewie.

Przez ponad pięć lat byłam wokalistką w zespole rockowym.

Potem przyszło życie, a brak wsparcia dla zespołu spowodował, że “szare obowiązki” wygrały z marzeniami. Pogubiłam się wtedy bardzo. Nadal zastanawiam się jak wtedy funkcjonowałam — niosła mnie chyba społeczna fala “powinności”, zakazów i nakazów. Książkowy przykład osoby, która rozglądając się dookoła siebie, zadaje sobie pytanie: Co ja tu kurwa robię?! Rzucałam studia, potem znów na jakieś szłam by sprawić radość rodzinie, po czym te też rzucałam. Chwytałam się różnych prac, starałam się być akceptowana przez różne grupy w sztucznej i napompowanej “warszawce” — być kimś super i cool. To była długa i bolesna tułaczka — teatr z wieloma maskami i kostiumami. Pewnego dnia, kiedy znajomy z galerii w Sopocie opowiadał o wystawie dziewczyny amatorki, która tworzy fajne rzeczy, zapłonęły mi oczy i zanim zdążyłam to przemyśleć zapytałam: A mogłabym się wystawić i ja? Zgodził się. Miałam dwa miesiące do wystawy i ani jednego obrazu. Jakoś wiedziałam, że dam radę. Włączyły się dawno uśpione emocje twórczego podniecenia. Wróciłam do Warszawy i nie słuchając tego co najbliższe otoczenie o tym myśli zaczęłam malować. Codziennie po pracy przebierałam się i malowałam. Płótna same do mnie mówiły, a kolory nakładały się tworząc nieplanowane wcześniej kompozycje. Tak to się zaczęło. Po tym był jeszcze długi okres przebudzenia. Zanim podjęłam decyzję, że chcę być malarką, minęło pięć lat.

Gdzie się nauczyłaś malować?

Ja tak na dobrą sprawę jeszcze nie nauczyłam się malować. Ba! Nigdy tego procesu chyba nie skończę! W moim pojęciu to jest droga. Poza wspomnianymi zajęciami z plastyki, kiedy to dostałam po głowie za zbyt grube nakładanie farby, studiowałam też architekturę krajobrazu, gdzie rysowaliśmy kubiki i pozostałą jakże sexowną “martwą naturę”. Jak już pisałam, nie postudiowałam długo, więc chyba jestem malarką samowykształconą. W sumie miałam jakichś nauczycieli, którzy pokazali mi jak narysować kółko i kwadrat. Nie tkwię w próżni. Uczą mnie wielcy malarze tego świata poprzez swoje dzieła, uczą mnie książki rysunku, anatomii dla artystów itd, itp.

Czy nigdy nie nachodziły Cię chwile zwątpienia? W siebie. W swój talent. Nie miałaś takiego momentu, że chciałaś porzucić malarstwo?

Pytanie to zadawane w polskich realiach jest stratą czasu. Od najmłodszych lat uczeni byliśmy powątpiewania w swoje talent i unikalność. Porównywani byliśmy do ogółu. A ogół, jak to ogół — uśrednia wszystkie cechy i wypłaszcza obraz społeczeństwa. Myślę, że konstruowanie wątpliwości dotyczących naszych wartości, talentów, celowości działań jest wpisane w tę smutną część polskości — niezależnie od tego kim jesteś i co robisz.
W talent powątpiewałam całe życie, z krótkimi przerwami, kiedy to moja jaźń wyrywała się ze szczęk krytycyzmu otoczenia. Wtedy czułam się szczęśliwa jako artystka i jako człowiek. Czułam się wolna w każdym aspekcie jestestwa. Lecz codzienność ozdobiona była raczej myślami o “niedorastaniu talentowi taty do pięt”, o tym, że koleżanka na plastyce “ładniej odwzorowała pieska”, reprymendą od Pani Plastyczki za nałożenie zbyt grubej warstwy farby: Nie marnuj farby! i tak dalej, i tak dalej.
Miałam tyle kompleksów związanych z malarstwem, że chętniej oddawałam się tworzeniu muzyki. Kiedyś nawet zrobiłam aferę w domu, kiedy na dzień kobiet tata kupił zestaw ołówków mojej siostrze. Wykrzyczałam wtedy, że dla mnie jest jasne, że była to informacja dla mnie, abym nie malowała. (Sic!)

Dziś też wątpię. Wątpię codziennie kiedy układam pędzle do malowania,

kiedy przygotowuję płótno, kiedy jakaś twarz nie chce ze mną współpracować i nie „mówi mi o sobie”. Wątpię kiedy kończę obraz — czy aby na pewno jest skończony. Wątpię czy oddałam odpowiednią energię twarzy, postaci. Wątpię, kiedy przesadzam z ilością kolorów, ale wątpię też kiedy stosuję je zachowawczo. W sumie odpowiadając na to pytanie uświadomiłam sobie, że nie jestem malarką, tylko wątpicielką. Tym zajmuję się równolegle z malowaniem. A może raczej, zajmuję się zarządzaniem tymi wątpliwościami, które jak chochliki potrafią pojawić się wszędzie i kują tam gdzie mają kuć. Wątpliwości jednak powodowały zawsze moją zapalczywą chęć walki i pokazania wszystkim jak bardzo się mylą. Zawsze walczyłam. Z ogółem, z zasadami, z ocenami, ze szkołą, z powinnościami, stąd chyba moja odporność. Lubiłam robić na przekór, wspak, inaczej, swoisty negatyw oczekiwań społecznych. Myślę, że powątpiewania są paliwem poszukiwania. Ten brak absolutnej wiary w siebie jest źródłem rozwoju, korygowania swojej drogi, pobudzania własnej uważności. Jak powiedział Da Vinci: Artysta nie osiąga nic wybitnego, jeśli nie wątpi w siebie i czasem się nie zawaha.

Porozmawiajmy o Twojej twórczości. Mam problem z określeniem Twojego malarskiego stylu, ale to bardzo dobrze — wymykasz się próbom prostego zaszufladkowania, choć moim zdaniem można zauważyć u Ciebie pewien wpływ niemieckiego ekspresjonizmu, pop artu i portretu abstrakcyjnego. Zauważyłem również, że Twój malarski styl ciągle się rozwija i zmienia. Jakim jesteś typem artysty: “improwizatorem” czy “myślicielem”, mówiąc bardzo ogólnie. Planujesz wcześniej to, co chcesz stworzyć czy nie zakładasz z góry żadnych reguł i dajesz się ponieść emocjom.

Ciekawe, że odnalazłeś niemiecki ekspresjonizm w moich dziełach, sama bym na to nie wpadła. Ale rzeczywiście — słusznie. Jakby się zastanowić, to można w moich obrazach dostrzec fowistyczne umiłowanie koloru, pewną kubistyczną grę kształtem, widoczny na pierwszy rzut oka pop art. Na pewno bliżej mi do ekspresjonizmu niż do innych kierunków. Co nie oznacza, że za rok czy dwa nie będę już w zupełnie innym miejscu twórczości. Ja całe życie kochałam oglądać bajki (i nadal uwielbiam). Disney, Pixar, DreamWorks — kocham ich pomysły, uwielbiam ich kolor. Może też dlatego zmieniam poważne osoby na bajkowe, kolorowe postacie. Darzę szczególną miłością praktycznie wszystko co tworzy Tim Burton i lubię też jego estetykę. Jak sam słusznie zauważyłeś, mój styl ciągle się zmienia. Nie założyłam sobie na wstępie jaki styl malarski będę “uprawiać”. Koncepcje stosuję w ograniczonej formie — regulujące wszystko blokują wsłuchiwanie się w siebie, nieskrępowaną ekspresję podświadomości. Ja w ogóle jestem pewna, że dużą część tego jak wyglądają moje obrazy kreuje moja podświadomość, którą budzę podczas medytacji.

Fotokopia obrazu "Clint Eastwood" z cyklu "The People". Akryl 100 na 80 cm

Fotokopia obrazu „Clint Eastwood” z cyklu „The People”. Akryl 100 na 80 cm

Czy jest to improwizacja? Dla mojej świadomości, na pewno. Lecz intuicyjnie powstaje to, co miało powstać i wygląda tak, jak miało wyglądać. Początkowo oczywiście planowałam wszystko co namaluję — kształty, kolory. Teraz to żyjący, ewoluujący proces i klaruje się podczas tworzenia. Malując serię „The People” przypuszczałam, że np. Margater Thatcher namaluję miło jak babcię i nie użyję czerwieni — Pani Thatcher wypowiedziała się energetycznie inaczej i moja podświadomość uchwyciła to, kierując moją rękę po czerwoną farbę. Nie ma reguł, jest cel — obraz mam czuć jako pełny. Nie umiem tego wytłumaczyć. Kiedy patrzymy na obraz, ale też na reklamę w gazecie, zdjęcie w internecie, to jesteśmy w stanie określić, że czegoś (niedookreślonego) brakuje. No i właśnie moim celem jest efekt, kiedy w mojej głowie takie wrażenie się nie pojawia.

O co chodzi w cyklu “The People”? Dlaczego namalowałaś znane osoby publiczne, a nie kogoś anonimowego? Chciałaś, żeby ten cykl zwrócił uwagę mediów i potencjalnych klientów?

Gdybym chciała zwrócić uwagę mediów, to namalowałabym ukrzyżowane waginy z wiankami uplecionymi z jarzębiny [śmiech — przyp. red.]. A tak na poważnie, to pomysł ten powstał kiedy odwiedziłam przestrzeń, w której miałam zorganizować mój wernisaż. Przechadzając się po Business Link’u na Stadionie Narodowym zwróciłam uwagę na ludzi tam pracujących, wszystkie młode firmy, które tam właśnie mają swoje miejsce do pracy. Ludzie kreatywni, z niepowtarzalną energią i entuzjazmem,, budujące coś od zera, spełniający swoje marzenia. Pomyślałam, że mogłabym namalować ikony biznesu. Wielkie osobowości, na wiedzy których budowane są nowe start-upy, które inspirują i dodają odwagi. Kiedy usiadłam do spisywania listy nazwisk zaczęły mi wpadać kolejne twarze ważnych prywatnie też dla mnie osób. Tak więc powstała lista dwunastu portretów, którą nadal rozwijam i jest ich dziś szesnaście — kolejnych jedenaście czeka w kolejce. Malowanie twarzy znanej osoby jest rzeczą z pozoru może oczywistą i przewidywalną. Jedni mogą powiedzieć, że maluję je “pod publiczkę”, inni, że są ciekawsze tematy do artystycznego wyrażania się. Z każdym się zgodzę i z każdym się nie zgodzę (ale to na inną rozmowę). A wracając do portretów, to wcale nie jest to sprawa prosta, ani obojętna emocjonalnie.

Wystawa obrazów Urszuli Kamińskiej w PGE Stadion Narodowy. Maj 2016

„The People” — wystawa obrazów Urszuli Kamińskiej w PGE Stadion Narodowy. Maj 2016

Zacznę od początku powstawania portretu — jak mówiłam wcześniej, nie planuję kolorystyki i ekspresji. Czytam o postaci, staram się poznać jej historię, poszukuję cytatów, wypowiedzi, aby poznać sposób jej myślenia i postrzegania świata. Jeśli jest to osoba związana z muzyką, słucham płyt, jeśli z filmem — analogicznie. Staram się zbudować kompletny portret energetyczny osoby, tak aby podświadomość podczas tworzenia miała z czego czerpać. Używając przenośni, to wygląda tak jakbym w głowie tworzyła odrębny pokój dla każdego portretu, którego ściany wyklejam plakatami, zdjęciami, cytatami tej osoby, a na wstawionym telewizorze wyświetlam nagrania z nią związane. Na drzwiach tego pokoju jest imię (jak w garderobach gwiazd). Potem z tego wszystkiego co zgromadzę powstaje obraz. Modyfikacje kolorystyczne jakie stosuję, muszą być nie tylko deformacją rzeczywistości, ale nadal muszą przenosić prawdziwą energię malowanej postaci. W oczach nadal ma się tlić właściwe uczucie, na twarzy malować autentyczny grymas. To wszystko kosztuje mnie wewnętrznie bardzo dużo. Można powiedzieć, że nawet energetycznie wyjaławia, wyczerpuje akumulator. Po stworzeniu wystawianej dwunastki, przez dwa tygodnie nie byłam w stanie malować. Potrzebowałam czasu na regenerację wszystkiego co oddałam w te płótna. Co do odbioru portretów przez widownię, powtarzam zawsze jedną teorię, z którą się zgadzam — w obrazie zobaczysz to, co jest w Tobie. Kiedy pewnych uczuć Ci brakuje, lub przepełniają Cię inne, zmienia to sposób odbioru sztuki. Stajesz się wrażliwszy na konkretne elementy. Trawestując znane powiedzenie: Powiedz mi co widzisz w moich portretach, a powiem Ci jakich leków potrzebujesz [śmiech — przyp. red.].

Dlaczego Margaret Thatcher na Twoim portrecie nosi taką specyficzną fryzurę, jak macki… meduzy — zresztą te meduzowe włosy powtarzają się na wielu Twoich portretach. To przypadek czy jakaś specjalna symbolika?

Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia. Pewnie mogłabym Ci tu teraz sprzedać oszałamiającą historię zamierzonego umieszczenia tego mitologicznego symbolu. Brzmiałoby to po stokroć bardziej profesjonalnie i zbudowałabym bardziej artystyczny wizerunek. Ale nie lubię dorabiania ideologii. Zabieg z włosami roboczo w pracowni nazywałam “malowaniem pierdolników”, ale tu podczas wywiadu możemy usystematyzować nomenklaturę i nazwać je meduzowymi włosami. [śmiech — przyp. red.]. To mi się podoba w przypadkowym tworzeniu z dopuszczeniem do głosu podświadomości — zobacz okazało się, że “pierdolniki” są nośnikiem pewnej symboliki. Piękna sprawa.

Fotokopia obrazu "Margaret Thatcher" z cyklu "The People". Akryl 100 na 80 com

Fotokopia obrazu „Margaret Thatcher” z cyklu „The People”. Akryl 100 na 80 cm

Często bywa tak, że malarz planuje zawrzeć w obrazie konkretne symbole, a ostatecznie, zupełnie nieoczekiwanie pojawiają się dodatkowe znaki. I to one często są tymi lepszymi, mocniejszymi i bardziej donośnymi od pierwotnie zakładanych. Oddaję obrazy pod interpretację widzów i pasjonuje mnie róznorodność odbioru, dostrzeganie elementów nowych nawet dla mnie. Bardzo lubię to uczucie zaskoczenia, że obraz ma też jakąś niespodziankę dla jego twórcy.

Mam tu teraz ciekawe pytanie, na które nikt nie odpowiada szczerze. Wielu artystów z całych sił dąży do sukcesu i sławy, aby móc żyć ze swojej sztuki. Jednak mówienie o tym traktują jako coś wstydliwego. Ciągle żywy w Polsce jest mit poety-wieszcza i artysty-romantyka — a oni o sprawy przyziemne podobno nie dbali. Jak myślisz, dlaczego większość artystów tak desperacko zabiega o uznanie? Jak to jest w Twoim przypadku?

Dążenie do sławy i sukcesu czymś zbyt wsytdliwym do mówienia otwarcie? Ba! W Polsce nawet jak się dostanie w podstawówce piątkę z klasówki, to ci głupio przed całą klasą, czujesz wstyd przed tymi dwójkowymi. No taki już urok naszej krainy cierpiącej za miliony.
I romantyczni poeci za te miliony cierpieli. Zauważ jednak, że w utworach jasno i odważnie opisywali swoją rolę budowania nowej epoki, budzenia społeczeństwa ze snu, niszczenia poprzednich zasad. Dziś pisząc to, zostaliby prawdopodobnie odebrani jak przechwalający się celebryci o przerośniętym ego, z grafomańskimi zakusami. Każda epoka miała, ma i będzie miała swoje tajemnice, fanaberie i odchyły. Piszesz, że wielcy poeci — owi wieszcze nie dbali o sprawy przyziemne? To zupełnie nie tak! Dbali jak nie wiem! Odbijali sobie żony, bawili z tą samą płcią, posiadali ulubione trunki i opiaty. Ludźmi byli! Nie wynosiłabym ich na ołtarze jako przykładnych, skromnych artystów tworzących sobie a muzom. Istnieje duża przepaść w odbiorze artystów literatury, kina, teatru, a artystów sztuk wizualnych. Kiedy muzyk rockowy staje się sławny, to z wypiekami na twarzy obserwujemy każdy jego krok, kolejne zdemolowane hotele. Kiedy w rodzinie królewskiej odbywa się ślub, ogląda go cały świat. Ale jeśli artysta sztuk wizualnych swoją charyzmą i twórczością przyciąga uwagę społeczeństwa, mówi się, i tu zacytuję Ciebie: Desperacko zabiega o sławę i uznanie. Skąd ta dychotomia? Poza tym, w świecie art/sztuki wizualnej akurat brakuje właśnie sławy. Poza pojedynczymi artystami, masa twórców pozostaje niesławna. Są oni oczywiście często uznani, prace ich na aukcjach osiągają zawrotne sumy, ale czy są sławni? Taki poziom masowej świadomości o jakim tu mówimy, potrafił zbudować Andy Warhol, lecz on doskonale wiedział jak współpracować z publicznością. Odbiorcy, fani, byli częścią jego założeń artystycznych — byli materią, którą kształtował, wciągał do gry.

Salvador Dali Jest jednym z najbardziejznanych artystów XX wieku. Postrzegany bywał jako skrajny ekscentryk, wymyślił własną metodę surrealistyczną zwaną „paranoiczno-krytyczną”

Salvador Dali jest jednym z najbardziej znanych artystów XX wieku. Bywał postrzegany jako skrajny ekscentryk, który wymyślił własną metodę surrealistyczną zwaną „paranoiczno-krytyczną”. Żródło: Wikipedia

Kolejny naprawdę “sławny” artysta to Dali. Narcyz, wybitny malarz, postać z kosmosu, wariat, z charakterem tak mocnym, że gdyby go przenieść w ciało innej osoby, eksplodowałoby. Nie uniosłoby tej energii. Jestem wdzięczna, że został malarzem, a nie politykiem bo zrobiłby światu ogromną krzywdę [śmiech — przyp.red.]. Pytasz jak to jest w moim przypadku — co z tą sławą? To ja Ci odpowiem, że nie mam pojęcia! Nigdy sławna nie byłam, nigdy jej nie “kosztowałam”. Moje działania skupiam na malowaniu i komunikacji współcześnie dostępnej. Mam świadomośc, że ceny moich dzieł nie zależą od ilości kolorów na nich utrwalonych, ani od wagi płótna. Głównym czynnikiem odzwierciedlającym swoją wartość w cenie obrazu jest nazwisko twórcy. Właśnie ta jego okropna, sława, uznanie. Odpowiadając więc na Twoje pytanie wprost — tak, chcę zbudować moje nazwisko na autentycznym przekazie i szczerej twórczości. To jak się wypowiadam, ma być niezakłóconym przekazem mojego światopoglądu i temperamentu. Czy to wszystko spotka się ze zrozumieniem publiczności, czy trafię do serc tym co tworzę? Czy ludzie znajdą odpowiedzi na swoje pytania w moich obrazach? To są niewiadome, które poznamy w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Zapytaj mnie o tę sławę w 2046 roku — pewnie będę mogła Ci konkretniej odpowiedzieć.

Dlaczego uważam, że większość twórców (nie tylko wizualnych) za wszelką cenę dąży do osiągnięcia sukcesu komercyjnego? Wynika to z moich analiz przekazów medialnych i wielu wypowiedzi samych artystów. Wynika to również z samej filozofii sztuki. Jeżeli jest artysta, to musi również być publiczność. Im większa jest owa publiczność, tym “lepszy” jest artysta. Nie zgadzam się z tym, ale takie są fakty. To temat na osobną dyskusję. Wydaje się, że twórca, który nie ma żadnej publiczności, nie zdobywa żadnych nagród, nie sprzedaje nikomu swoich dzieł, we współczesnym świecie jest kimś w rodzaju nieudacznika. Z historii literatury wynika, że np. poeci okresu Młodej Polski, wręcz brzydzili się tanim poklaskiem i tworzyli zamknięte, elitarne grupy, gdzie żadna “publiczność”, nikt obcy nie miał prawa wstępu. Stąd znane powiedzenie “sztuka dla sztuki”. Dziś mamy inne powiedzenie “Get rich or die trying” niejakiego 50 cent’a. Totalne odwrócenie ról. Trudno mi oceniać, która postawa była bardziej wartościowa. Wydaje się, że sztuka u swych źródeł była czymś czystym, czymś prywatnym, czymś duchowym, co z biegiem czasu uległo degradacji. Ludzie mają tendencję do przeliczania wszystkiego na pieniądze — nie ominęło to również sztuki. Jaka jest wg. Ciebie różnica między obrazem a tzw. “wielkim obrazem” (nie chodzi oczywiście tylko o jego wymiary). Między sztuką a “prawdziwą” sztuką? Czym jest dla Ciebie malarstwo? Religią, transem, zabawą czy biznesem?

Dla mnie takie podziały nie mają żadnego znaczenia — sztuka elitarna i egalitarna. Większość pojmuje elitarną jako tę wyższą, prawdziwą sztukę — a egalitarną za niską i bezwartościową. Wyraźnie stawiając jedną nad drugą. Kryje się w tym duży błąd aksjologiczny!
Sztuka nazywana tą wyższą, jest często napompowana pychą, skupiająca masę ludzi ocenianych jako bogów, geniuszy, zrodzonych nieomal w falach oceanu. A tak naprawdę, zarówno wśród elit jak i mas możemy znaleźć rownomiernie rozłożone cechy, takie jak pozerstwo, mitomania, małostkowość i grafomaństwo. Tylko, że wartościując sztukę skłonni jesteśmy bezkrytycznie przyjmować wszystko co sączy się z elit — jakby to był nektar. Bez zastanowienia przyjmujemy wypowiedzi takich artystów jakby to były prawdy objawione. Trzeba w mojej ocenie częściej używać własnego mózgu i nie czytać podpisy, bo jakie ma znaczenie czyja jest dana wypowiedź jeśli jest marna i pusta? Tata często powtarzał mi i mojemu rodzeństwu: Wątp we wszystko i pytaj “dlaczego”, nawet jeśli powie coś król królów, papież lub inna najważniejsza osoba na świecie. Musisz mieć własny mózg i pogląd. Pomiędzy “sztuką dla sztuki” a “Get rich or die trying” jest jeszcze masa pośrednich postaw, tak jak sztuka nie jest tylko biało-czarna.

Okładka albumu "Get rich or die tryin'" 50 cent'a

Okładka albumu „Get rich or die tryin'” hip hopowego muzyka i aktora 50 cent’a. Źródło: materiały prasowe

Istnieje cała paleta szarości. Niech podziały, klasyfikacje, uporządkowania, nie usztywniają procesów myślowych i nie betonują mózgu tylko do najczęściej używanych połączeń neuronowych. Trzeba dopuścić, a nawet trzeba nam wywoływać świadomie mix pojęć — pełne pomieszanie sztuki niskiej z wysoką. Po to tylko, aby zmusić zwoje do przekraczania zarośniętych chaszczami granic myślenia i odbioru. Sztuka u swego źródła ma przekazywanie wiadomości. Ma być nośnikiem emocji, nie zawsze czystych. Dla mnie jest to forma komunikacji. Nie mogę odbierać sztuki jako czegoś prywatnego, jeśli chcę nią mówić do jak największej ilości odbiorców! Idąc dalej w Twoje pytanie — nie rozróżniam obrazów i “wielkich” obrazów. Jedne mogą mi się podobać bardziej, inne mniej. W jednych widzę włożony czas i emocje, w innych dostrzec tego się nie da. Jedne swoją kompozycją, kolorem po prostu do mnie przemawiają. Inne nie dotykają moich emocji nawet w ułamku procenta. A sztuka jest dla mnie wszystkim tym, co wymieniłeś. Idealną mieszaniną religii (traktuję ten element raczej jako zbiór moich wierzeń), transem, zabawą i biznesem. I spełnia jeszcze dwie ważne role — jest to moja forma komunikacji i jest też moim życiem.

Pamiętasz swojego pierwszego klienta? Swój pierwszy sprzedany obraz? Jakie to było uczucie?

O tak! Kiedy go wysyłałam, czułam jakbym wypuszczała dziecko w świat. Żegnałam obraz przez godzinę głaszcząc i oglądając go po raz ostatni.
Mówiłam na głos, aby nowym właścicielom dał dużo szczęścia i energii. Aby tylko wzbogacał i nie zabierał. Coś co wynikało z moich najgłębszych emocji stało się moją tradycją. Teraz za każdym razem tak wyprawiam obraz w świat.

Jakim miastem dla artysty jest Warszawa? Jakie jest to miasto?

Wiesz co… ja mieszkam w Warszawie od 14 lat, ale sztuką zajmuję się tutaj od niecałych dwóch lat. Dlatego też brak mi szczególnie głębokiego poznania środowisk artystycznych stolicy.
Ja osobiście lubię Warszawę. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy przyjechałam do Warszawy z 50 PLN w kieszeni, nie znałam nikogo, nie umiałam poruszać się po mieście. Czułam się jak paproch rzucony w kosmos. Przez pierwsze miesiące wydawało mi się, że w stolicy mieszkają sami bogaci ludzie, którzy znają najważniejsze osoby w kraju. Miałam ochotę ukryć się w jakiejś dziupli i nie wychodzić. Notorycznie gubiłam się jeżdżąc komunikacją miejską, wracałam zziębnięta i zapłakana do mieszkania po kilku godzinach krążenia po niewłaściwych przystankach. Czułam się mała i nijaka, przerażona i odstająca od wszystkich. Zostałam wiele razy przez nią upokorzona i zdradzona, ale też (i to znacznie częściej) pozytywnie zaskoczona i nagrodzona. Przez lata życia w tym mieście poznałam wiele osób. Przyznać muszę, że był to cały wachlarz możliwych zachowań, charakterów, temperamentów. Byli dobrzy i źli. Byli wspierający i niszczący, poznałam zarówno wiernych jak i zdrajców. Istny kalejdoskop postaw. I tak jest myślę w każdym kraju, mieście na świecie — pełen wachlarz ludzkich postaw. Co do podejścia do sztuki to przyznaję, nie tworzyłam poza Polską, więc nie mam doświadczenia, a dalej wiedzy w tej materii… ale ciągnie mnie świat. Słyszę, że mnie woła.

Które miejsce na świecie pociąga Cię najbardziej?

Cały świat mnie pociąga. Ciekawa jestem jak tworzyłoby się w Kanadzie, interesuje mnie ogranizacja wystawy we Włoszech. Francja skradła mi serce już jakiś czas temu i ciągnie mnie aby móc przez jakiś czas tworzyć właśnie tam. Ale ogromną moją ciekawość budzi Azja. Każde miejsce na Ziemi ma inną energię, inną kulturę, innych ludzi. Historia sztuki każdego z tych miejsc jest obietnicą pięknych podróży.

Jakie masz nastawienie do “polskich spraw”? Do polityki, do rządu, do społeczeństwa. Czy nasz kraj masz szansę stać się miejscem szanowanym i podziwianym w świecie?

Polska to napewno miejsce piękne. Mamy oszałamiająco piękny kraj. Polacy to ludzie odważni, mają gorące serca, czasem nawet irracjonalnie. Tylko niestety są jednocześnie wiecznie wkurwieni. Jak maruda w smerfach: Nie cierpię upału, Nie cierpię mrozu, Nie cierpię komedii, Nie cierpię horrorów, Nie cierpię kobiet, Nie cierpię mężczyzn, Nie cierpię prawicy, Nie cierpię lewicy i tak dalej, i tak dalej. Skąd to się bierze? Co nas tak wiecznie kłuje? Cały czas coś uwiera ten naród. Mam na to swój pogląd.

Jestem zdania, że głównym katalizatorem niekończącego się jadu jest w Polsce kościół katolicki.

Oczywiście były w historii kraju momenty, kiedy przynosił ludziom nadzieję. Ale to, że był w pewnym sensie “zakazany” podczas komuny tylko pomogło mu w umocnieniu pozycji na kolejnych 20 lat. Teraz ta instytucja pełna otyłych pączków w czarnych sukienkach ma coraz większy apetyt, chce dyktować warunki w tych zakątkach naszego życia, do którego nie ma i nie powinna mieć dostępu. Od najmłodszych lat kościół wgrywa w głowy młodych Polaków wiele krzywdzących przekonań. Zaczynając od tego, że wiecznie jesteśmy “niegodni” (sic!), że kobieta jest grzeszna i najlepiej by było, żeby zachodziła w ciąże z wiatru.

Urszula Kamińska podczas "Czarnego protestu" pod Sejmem. przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej.  Październik 2016

Urszula Kamińska podczas „Czarnego protestu” przed Sejmem przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Warszawa. Październik 2016

Dalej, że ci wierzący inaczej są niewiernymi! (nie są nigdy na równi). Kościół toczy wielka choroba. To jak mix chciwości, żądzy władzy nad ludźmi, szczpyta chorób wenerycznych i całkowita degeneracja zachowań sexualnych. W mianowniku tej epidemii stoi ignorancja do potęgi n-tej. Polska będzie miejscem szanowanym i podziwnaym w świecie, jeśli będzie krajem świeckim. Tylko takie podejście gwarantuje poszanowanie wolności osobistej każdego człowieka. Tylko świeckość prawodawstwa, urzędów i polityki zburzy mury między coraz bardziej antagonistycznie nastawionymi grupami ludzi. O polityce już nie mam siły pisać. Co miałam wykrzyczeć, już wykrzyczałam. Jesteśmy w czarnej dupie, a stąd niestety daleko do mózgu.

Powiedziałaś, że “mamy oszałamiająco piękny kraj”. Co masz dokładnie na myśli — przyrodę czy państwo? Pytam dlatego, że moim zdaniem trzeba rozdzielić te dwie kwestie — piękno polskiej przyrody jest rzeczywiście bezdyskusyjne, ale cała reszta czyli państwo woła moim zdaniem o pomstę do nieba — z czysto estetycznego punktu widzenia. Widać to najlepiej przebywając w krajach znanych z dobrego stylu np. we Włoszech lub w Grecji.

Bo mamy piękny kraj! To co mnie urzeka, to boska natura jaką mamy na naszym terenie. Stare chatki w skansenach i niebo nad nami. Nigdy nie byłam szczególną fanką zabudowy miejskiej. Uważam ją za odtwórczą, powtarzalną, odkrywającą albo braki finansowe danych czasów, albo kompleksy budujących. Oczywiście w miastach można znależć też miejsca piękne. Nie analizuję każdego centymetra Polski. Nasza historia mocno definiuje poziom gustu wizualnego Polaków. To co dziś widzimy w miastach budowaliśmy pod dyktando piszących cyrylicą. Każdy miał mieć tak samo czyli nijako. Słyszałam taką historię, że kiedy budowano szpital w Sokołowie, to wybudowała się cała dzielnica domków jednorodzinnych — takich typowych klocko-domków. Meblościanki, kryształy na półkach, makatki na ścianach, firany i zasłony, paprocie na oknach powodują u mnie silną alergię spojówek i duszy. No ale tak już jest. Kiedy oglądam nowo budowane domy, to wcale nie widzę jakiegoś szalonego postępu w projektach mimo, że PRL już od dawna nie dyktuje standardów architektonicznych.

Buty Crocs czyli tak zwane „Crocsy” to jedne z najpopularniejszych letnich butów dla dzieci. Nic dziwnego: są wykonane z gumy

Buty Crocs czyli tak zwane „Crocsy” to jedne z najpopularniejszych letnich butów dla dzieci i dorosłych. Wykonane są z gumy. Foto: materiały prasowe


Myślę, że potrzeba jeszcze wymiany dwóch pokoleń, aby pozytywna zmiana była zauważalna. Z drugiej strony nie opiewałabym Włoch. Ok — z zewnątrz jest pięknie. Np. na wybrzeży Amalfi domki budowane na zboczach są malownicze — wejdź jednak do środka, to dostaniesz zawału: meblościanki (i to bardziej pomysłowe niż te w Polsce), przaśne kanapy itd. Ale tam świeci słońce, pijesz wino i jesteś permanentnie zachwycony. W Polsce zachwyceni możemy być od kwietnia do października (max.). A i wtedy straszą reklamy rodem z FanPage “Grafik płakał jak projektował”. W innych krajach (no może poza Bułgarią) takie zalepienie krajobrazu reklamami jest nie do pomyślenia! Choć tam też chodzą w Crocs’ach czego nigdy nie zaakceptuję [śmiech — przyp. red.]. Potrzebujemy czasu. Ile? Nie wiem. Teraz poszło 500+ i skok sprzedaży odnotowali wszyscy badziewiarze oraz… IKEA.

Co chciałabyś robić za dziesięć lat? Jaki będzie wtedy świat?

Dobrze postawione pytanie. Co CHCIAŁABYM, a nie co BĘDĘ robić, otwiera możliwość opowiedzenia o moich marzeniach, a nie planach (w tych byłabym o wiele bardziej zachowawcza i nieśmiała). Moim marzeniem jest dawanie jak największej ilości ludzi radości moim malarstwem i opowiadanymi przezeń historiami. Obrazy są nośnikiem konkretnych ładunków energetycznych i emocjonalnych. Wierzę, że wtłaczam w moje prace maksymalnie pozytywne wibracje, które potrafią zmienić energię w domu. Może też poprawić przepływ energii w człowieku. Nie posłużę się tu doświadczeniami potwierdzającymi moje twierdzenie. Jedynie przytoczę zdania osób, które mój obraz mają w swoim domu lub biurze. Jedni mówią o wyczuwalnym ożywieniu i zmniejszonej ilości wypijanych kaw, inni o nowej, dobrej energii w domu. Tak więc wracając do odpowiedzi na pytanie — chciałabym aby jak najwięcej osób miało styczność z moją sztuką. Marzenia — ktoś mi kiedyś powiedział: Jeśli Twoje marzenia nie powodują wypieków zmieszania na twarzy, to znaczy, że są za małe. Pamiętam to do dziś i staram się tak marzyć, aby mnie onieśmielały, abym pąsowiała i uśmiechała się z lekkim niedowierzaniem — co też moja głowa wyprodukowała.

Jednym z takich “chciałabym” są wystawy moich prac w największych miastach naszej planety.

Aby mój przekaz się tylko klarował z czasem i trafiał mocniej do świadomości widzów. Moim marzeniem jest dotykanie obrazami duszy — jak operacja na otwartym sercu, i wzbogacanie jej o nowe doznania lub nową wrażliwość. A co do tego jaki będzie świat? Na tym pytaniu nie jeden Nostradamus poległ. Wierzę w cykle. Powiedzenie “historia kołem się toczy” jest według mnie trafną oceną rozwoju wydarzeń na świecie. Jedyną różnicą jest technologia jaką walczą ze sobą ludzie — kiedyś kamieniem, potem mieczem, następnie karabinami maszynowymi, bombami jądrowymi. A dalej? Wpadłam jakiś czas temu na ciekawe zdanie: Bad things happen because of what we did in good times. Good things happen because of what we did in bad times. I tak wkoło. A widząc jakie decyzje zaczyna podejmować świat, zaczynam się martwić.

Podaj Nam swoją receptę na bycie szczęśliwą istota ludzką.

Ja się przez długi czas zastanawiałam nad tym! Ja się nawet za tym całym szczęściam uganiałam jak kot za kropką z lasera na podłodze nigdy go nie łapiąc. Teraz jestem o tyle mądra, że już akceptuję całą paletę barw w życiu. Jak pogodę za oknem. Aby docenić słońce potrzebne są chmury i deszcz. Dodatkowo uważam, że szczęście to pewna akceptacja życia, dnia dzisiejszego — takie swoiste uczucie symbiozy ze światem. Niektórzy mają tiry pieniędzy, nieruchomości, albo inne piramidy, a szczęście gości w ich życiu sporadycznie lub w ogóle. A drudzy dla odmiany żyją w malusieńkim mieszkaniu, żyją w prosty sposób całą rodziną i noszą na twarzy uśmiech i życzliwość dla innych każdego dnia. To wystarczający dowód na to, że zadowolenie z życia to indywidualne uczucie obecności w świecie, wśród ludzi. A przyglądając się ludziom coraz częściej dochodzę do wniosku, że im większy poziom wdzięczności za to co się ma i większa miłość do ludzi i świata, tym ogólnie większe poczucie szczęścia. Może to brzmi jak z bajki Disneya, albo infantylnie, ale nie przejmuję się takimi ocenami. Przeżyłam dużo zła, smutków, załamań i bolesnych lekcji, a mimo wszystko za każdym razem dochodzę do tej samej konkluzji — szczęście to wybór, a pielęgnuje się ten stan uczuciem miłości do życia, ludzi, dnia, wydarzeń, muzyki, sztuki itd.

Na koniec Naszej rozmowy Twoja recepta na wolność — na bycie wolnym człowiekiem.

O raju! Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem. Jan Paweł II powiedział, że wolność to służyć Chrystusowi. No mają ludzie pomysły! Jedni tak temu Chrystusowi służyli, że z krzyżem na pelerynach pół Europy w pień wycięli. No to jest dalekie od wolności. Ja tam lubię trzymać sztamę z moim mózgiem i sercem. Czuję się wolna wtedy, kiedy nie muszę się krygować z wygłaszaniem opinii, czuję wolność kiedy mogę w ogóle decyzje sama podejmować. Kiedy mam wybór. W trakcie życia osiągnięcie pełnej wolności w pewnym sensie nie jest możliwe. Żyjesz w społeczeństwie i masz konkretne obowiązki. Wówczas jedyną formą wolności jest śmierć. Ja lubię śmierć, lubię jej obecność. Nie pomyśl, że ją miłuję — po prostu kiedy spotykam się ze śmiercią oko w oko to czuję się najlepiej zmotywowana żeby żyć. Ale ta śmierć niesie w mojej ocenie pewien powiew wolności. Dzięki świadomości przemijania, wiem, że mam jedno życie, że mam robić to co kocham i kierować się właśnie wolnym wyborem mojej drogi. Ze słowem wolność, blisko wiąże się słowo wyznanie, religia. Kiedyś byłam katoliczką, potem PODJĘŁAM DECYZJĘ, że nie wierzę w nic. I wtedy BAM! poczułam się wolna aby wybrać to do czego moja dusza dąży! Teraz wierzę w zlepek różnych zjawisk, przekonań. Nie nazywam mojej wiary żadną ogólnie znaną definicją. To po prostu moja wiara. I wiesz co? Nie chcę nikogo do niej przekonywać. Wystarczy, że ja jestem z nią szczęśliwa. Myślę, że jestem w pewnym sensie ukształtowana przez słowa mojego taty, który mówił: Twoja wolność kończy się tam gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby. Ani Ty nigdy nie będziesz własnością rodziców, męża, szefa, firmy, kościoła, ani na odwrót — rodzice, mąż, ludzie nie będą nigdy Twoją własnością. Nawet z tą wiarą, to mam gdzieś to, w co ktoś wierzy… do czasu. I tu przytoczę: Jak dla mnie możesz wierzyć i w kamienie. Dopóki nie zaczniesz nimi we mnie rzucać. Sprawa wolności jest dziś czasem zbywana jako banał. Ale właśnie dziś należy wyraźnie wyznaczać swoje własne granice własnej osobistej wolności. Dzieją się wokół nas takie tragedie, które wymagają potrząśnięcia świadomością i obudzenia jej ze snu w czasach bezpieczeństwa. Wolność nie jest gwarantowana. Wolność ma być chroniona każdego dnia, bo poczucie wolności jest piękne i twórcze.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Urszulą Kamińską rozmawiał Christopher Gretkus
20.12.2016 Warszawa

……………………………………………………………
Christopher Gretkus (1970) — wydawca portali Eprawda i Novelmasters, fotograf. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
……………………………………
Urszula Kamińska — malarka i designerka. Studiowała Architekturę Krajobrazu w Warszawie.
Swoje prace wystawiała w Sopocie i Warszawie na PGE Stadion Narodowy. Główną tematyką jej malarstwa jest portret. Pasjonuje się też łączeniem tematyki sportowej i artystycznej. Jej styl malarski jest trudny do zdefiniowania. Można doszukiwać się w nim nowoczesnego impresjonizmu i pop artu. Tworzone dzieła mają wyraźnie wyostrzoną kolorystykę, co pozwala podkreślić siłę i charakter malowanej osoby. Jej malarstwem zachwycił się Sir Richard Branson — światowej sławy biznesmen i założyciel Virgin Group. Obrazy jej spotkały się  z entuzjastycznym odbiorem środowisk związanych z kolarstwem.
………………………..
Więcej: Portfolio|Facebook Fan Page
Slider: Wystawa Urszuli Kamińskiej w PGE Stadion Narodowy, zdjęcia z prywatnego archiwum oraz fotokopie obrazów m.in. cyklu portretów „The People”.
20.12.2016 Warszawa

URSZULA KAMIŃSKA: „Moje malarstwo to mieszanina transu, zabawy i biznesu” — wywiad
31 votes, 4.66 avg. rating (93% score)

..........................................................
EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.
6 Komentarze

Słuchamy Cię uważnie...