Znaleźć portfel na ulicy, w którym są pieniądze to nie lada sztuka. Prawdziwy fart. Jednak zgubić taki portfel to prawdziwy pech. Tak się jednak złożyło, że Adamowi dopisało szczęście i znalazł w śniegu portfel, który ktoś zgubił.
W pierwszym odruchu, gdy go dostrzegł, nie bardzo chciał uwierzyć własnym oczom. Gdy się już upewnił, że nie ma omamów wzrokowych, a pod jego nogami naprawdę leży czyjś portfel, zaczął się uważnie rozglądać wokół, czy ktoś nie robi sobie z niego jaj. Może w środku jest czyjś kał. Albo list do frajera, który dał się nabrać. Sam przecież robił takie numery, gdy był mały. Uważna penetracja wzrokowa najbliższego terenu nie przyniosła jednak żadnych rezultatów. Nic nie wskazywało na to, że ktoś go nagrywa, by później wszystko puścić w Internecie.
Schylił się więc niby od niechcenia, podniósł portfel i włożył go do kieszeni kurtki. Po czym ruszył przed siebie swoim normalnym tempem, żeby nie wzbudzić czyichś podejrzeń. A nuż ktoś się już zorientował, że zgubił portfel i rozpoczął akcję poszukiwawczą. Ktoś biegnący chodnikiem od razu rzuciłby się w oczy.
Droga do mieszkania, pomimo iż skrócona do maksimum, wydawała mu się wiecznością. Serce waliło jak oszalałe. Kilkustopniowy mróz w niczym nie przeszkadzał, żeby w kilka minut był cały spocony. Czuł jak koszulka przykleiła mu się do ciała. Tak, przecież nie codziennie znajduje się czyjś portfel.
W głowie zakotłowało się mu od gorących myśli. „Ile tam jest? Żeby była chociaż stówa. Albo lepiej dwie”. Oczywiście wielce wskazane było, aby w środku znajdywały się trzy setki. Albo nawet cztery. O pięciu nie śmiał nawet marzyć. To byłby już istny cud. Ale kto o zdrowych zmysłach nosi przy sobie tyle kasy? „Nie, dobrze by było, gdyby była przynajmniej ta stówa. Przydałaby się jak nic przed wypłatą”.
Szedł jak w malignie. Ktoś powiedział mu cześć, ale zanim do niego to dotarło, ten ktoś był już bardzo daleko. Sąsiad z klatki spojrzał na niego krzywo, gdy Adam nie powiedział mu dzień dobry. Dopiero za drzwiami mieszkania Adam uzmysłowił sobie, że go widział. Od tego czasu sąsiad już zawsze będzie krzywo na niego patrzył. I szerzył plotki, że Adam zażywa narkotyki. Sam przecież go widział pod wpływem. I nie był to alkohol, bo ten przecież by wyczuł. Na pewno były to narkotyki. Albo jakieś dopalacze, o których tyle się teraz mówi w telewizji.
Kiedy wreszcie Adam znalazł się w mieszkaniu sam na sam ze znalezionym portfelem, najpierw usiadł na kanapie, żeby ochłonąć. Po twarzy spływały mu krople potu. W gardle poczuł straszną suchość. Zabawne, pomyślał, jak może wpłynąć na człowieka taka drobnostka, jak czyjś portfel.
Zanim zabrał się za jego penetrację, zrobił sobie herbatę. Dopiero później wyjął go z kurtki. Zauważył, że ponad wszelką wątpliwość portfel należy do kobiety.
„Bidulka”, zaśmiał się w duchu.
Usiadł przy kuchennym stole z dwoma postanowieniami. Pierwsze odwoływało się do jego katolickich korzeni. Zakładało, że jeśli znajdzie w nim więcej niż sto złotych to przeznaczy je na rzeczy pożyteczne. Drugie odzwierciedlało typowo polskie nastawienie do życia. Zakładało bowiem, że jeśli znajdzie mniej to wszystko przepije. Trzeba szczerze przyznać, że kiedy go otwierał czuł już w ustach smak darmowego alkoholu.
Kiedy ostrożnie i delikatnie, niczym wargi sromowe kochanki, rozchylił poły portfela, zauważył wcale nie mniej interesujące wnętrze. No, może nie tyle interesujące było wnętrze, co jego zawartość. Zawierała bowiem całkiem pokaźny plik banknotów.
— Ja pierdzielę — powiedział sam do siebie Adam.
— Stary, ty to masz szczęście.
Kiedy przeliczył banknoty, okazało się że stał się posiadaczem piętnastu banknotów stuzłotowych oraz dwóch po pięćdziesiąt złotych, jak również jednego dwudziestozłotowego i jednego o najmniejszym z możliwych nominale. Do tego portfel zawierał również około dwudziestu złotych w bilonie, co łącznie dawało kwotę 1650 zł!
„Niesamowite!”
W pierwszym odruchu Adam zamierzał wyrzucić portfel do kosza nie sprawdzając, co za oferma zgubiła tyle kasy. Jednak chciwość wzięła w nim górę. Przecież w pozostałych kieszonkach też mogły być jakieś pieniądze. Wprawdzie istniało niewielkie prawdopodobieństwo, iż tak jest w istocie, ale jeszcze przed chwilą zakładał, że w portfelu znajdzie nie więcej jak stówę.
Dalsza penetracja przyniosła rezultaty w postaci karty do bankomatu, niestety bez zapisanego na niej PIN-u (co za idiotka), karty bibliotecznej (oczytana idiotka), prawa jazdy (idiotka potrafiąca kierować pojazdem mechanicznym) oraz dowodu tożsamości (bardzo ładna idiotka).
Adam jak urzeczony wpatrywał się w zdjęcie dziewczyny. Nazywała się Patrycja Fujara, (co wiele wyjaśniało), miała dwadzieścia trzy lata (czyli była rok młodsza od niego) i (o zgrozo) mieszkała niebezpiecznie blisko, bo w sąsiednim bloku.
„To dziwne”, pomyślał Adam, „że nigdy jej nie widziałem. Bo nie widziałem jej na pewno. Takiej laski się nie zapomina. No cóż, lachon będzie musiał poradzić sobie bez kaski”.
I wtedy go dopadły. Znienacka, bez najmniejszego ostrzeżenia, ostro szarpnęły za serce, potrząsnęły mózgiem, przycisnęły duszę. Pierdzielone wyrzuty sumienia. A myślał, że już ich nie ma. „Oddaj co nie twoje, złamasie”, poprosiły grzecznie o coś, czego, rzecz jasna, zrobić nie mógł. „Przecież to nie twoje”.
„Znalezione nie kradzione, próbował się bronić”.
„Tak przeważnie tłumaczą się złodzieje…”
„Nie jestem złodziejem! Po prostu miałem trochę szczęścia.”
„… albo ludzie, którzy próbują mnie uciszyć. Ale ja się tak łatwo nie poddam. Nie tym razem.
Co ja robię”, pomyślał Adam. „Gadam sam ze sobą”.
„Wiesz przecież, gdzie mieszka ta niewinna dziewczyna”, kontynuowały wyrzuty sumienia.
„Śmiem powątpiewać w jej niewinność. Z takim wyglądem…”
„Na pewno ciężko na nie pracowała”.
„Akurat. Ktoś, kto ciężko tyra, przeważnie zarabia grosze, a już z całą pewnością nie nosi przy sobie tyle kasy. Choćby z tego prostego powodu, że jej nie ma. Frajerka jedna. Może jest na utrzymaniu jakiegoś sponsora”.
„A może to bardzo porządna dziewczyna?”
„Nie ma takich dziewczyn”.
„Są”.
„Gdzie?”
„Jedną masz szansę poznać. Oddając jej portfel”.
„Mowy nie ma”.
„Będziesz smażył się w piekle”.
„Piekła też nie ma”.
„Skąd tyle goryczy w tak młodym człowieku? Oddaj jej portfel”.
„Nie oddam”.
„Postaw się w jej sytuacji”.
„Byłoby trudno tak się sfrajerzyć”.
„Z pewnością byś chciał, żeby jakiś porządny człowiek odniósł ci portfel.
Musiałby być skończonym osłem. Poza tym w tym kraju…”
„Ten kraj tworzą tacy ludzie, jak ty”.
„Więc nie miałbym portfela”.
Żeby zakończyć bezsensowny, jego zdaniem, dialog z wyrzutami sumienia, włączył radio. Z głośnika popłynęło:

Ale jedno wiem po latach
Prawdę musisz znać i ty
Zawsze warto być człowiekiem
Choć tak łatwo zejść na psy

(Dżem)

„No masz. Jeszcze i radio przeciwko mnie”, zdenerwował się Adam. Wyłączył je i w celu zabicia wyrzutów sumienia włączył telewizor. Akurat leciał jego ulubiony program Szok TV. Prowadzący zapytał księdza:
– Wyobraźmy sobie taką teoretyczną sytuację: ktoś znajduje na ulicy czyjś portfel, w którym jest jakaś bliżej nieokreślona suma pieniędzy. Ale jest. Są również dokumenty, dzięki czemu znalazca zna tożsamość osoby, która zgubiła ten portfel. Czy nie oddanie portfela właścicielowi jest grzechem?
„Cholera jasna!”
Adam nie dał szansy udzielić księdzu odpowiedzi. Wyłączył pospiesznie telewizor. Postanowił, że doskonałym sposobem na pozbycie się wyrzutów sumienia będzie lektura ulubionego brukowca „Naga prawda”. Niestety, kiedy zobaczył tytuł znajdujący się na pierwszej stronie, mało nie zawył z rozpaczy. Głosił on bowiem, że „znalazca komórki został po dwóch latach odnaleziony przez policję”. Treść artykułu była prosta jak konstrukcja cepa. Jakiś tam nastolatek, w jakiejś tam zapyziałej miejscowości, znalazł na ulicy niczego sobie telefon komórkowy o rynkowej wartości około tysiąca złotych. Telefon bardzo przypadł mu do gustu, więc postanowił się z nim nie rozstawać. Wymienił kartę w telefonie, po czym żył w naiwnym przekonaniu, że jest nie do wykrycia. Aż tu po dwóch latach policja…
Adam nie doczytał do końca. Był na tyle inteligentny, że bez trudu domyślił się żałosnego końca tej opowieści. Żałosnego, rzecz jasna, dla znalazcy.
Poszedł do lodówki, wyjął z niej swoje ulubione (co nie znaczy, że markowe) piwo, które skonsumował w dwadzieścia siedem sekund, ustanawiając tym samym swój nowy rekord. Poprzedni poprawił o całe trzy sekundy.
Niesamowite.
Postanowił, że musi się przespać z nurtującym go problemem. Na pewno później poczuje się lepiej. O wiele lepiej. Inaczej spojrzy na te rzeczy, bo…Ledwie oddał się objęciom Morfeusza, ujrzał piękną, lecz obecnie nie nadającą się do konsumpcji, bo zapłakaną Patrycję Fujarę, której z nosa ciekły gluty, a ciałem wstrząsały torsy wściekłości. Siedziała na łóżku i obejmowała rękoma podkulone pod brodę nogi.
— Jak mogłam być taka głupia, żeby zgubić portfel z całą wypłatą?
Do pokoju wparował jakiś chłopak, który wyglądał jak narkoman na głodzie i krzyknął na Patrycję:
— Jak mogłaś być taka głupia, żeby zgubić portfel z całą wypłatą?! Nie na darmo nosisz nazwisko Fujara! Bo też prawdziwa z ciebie fujara!
Zaczął nerwowo chodzić przed łóżkiem wymachując rękami, chudymi niczym dwa suche patyki.
— Przepraszam — wyszeptała dziewczyna.
— Przepraszasz? I myślisz, że to wystarczy? Zrozumiałbym, żeby chociaż jedną czwartą wypłaty. Niechby tam jedną trzecią. No nawet wybaczalne by było pół, ale całą! Za co ja teraz kupię sobie działkę?
— Nie wiem, misiu, nie wiem.
— I po chuj ci było tyle kasy, co? Czy widziałaś, żebym ja kiedyś nosił tyle przy sobie?
— A miałeś kiedyś tyle?
Chłopak na chwilę stracił rezon.
— Nieważne. Ale gdybym miał, na pewno nie obnosiłbym się z nią jak jakiś pieprzony milioner. Masz coś jeszcze na koncie?
Dziewczyna zaprzeczyła głową.
— Może poszedłbyś do pracy — zasugerowała nieśmiało.
— Ocipiałaś! Jestem artystą, nie powinienem pracować.
— Ty artystą. Robisz tylko tatuaże.
— Ale za to jakie? Wszyscy gapią się na tego motylka, którego wydziergałem ci w zeszłym roku. Myślisz, że gdyby nie on, ktoś spojrzałby na twoją tłustą, żałosną dupę?
— Skoro jest taka żałosna, to po co z nią chodzisz?
— Dobre pytanie.
Chłopak wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił ze skórzaną kurtką.
— Było miło… czasami. Ale nie mogę dłużej zadawać się z taką… fujarą.
Dziewczyna zerwała się z łóżka. Pobiegła za nim.
— Misiu, proszę nie zostawiaj mnie.
Odpowiedzią były drzwi zatrzaśnięte tuż przed jej nosem. Zaczęła bezsilnie uderzać w nie pięściami. Chwilę później zrezygnowana podeszła do drzwi balkonowych, otworzyła je, podeszła do barierki i spojrzała siedem pięter w dół…
Adam obudził się zlany potem. Zrobiło mu się strasznie duszno. Podszedł do okna. Kiedy je otwierał ujrzał na dole pospiesznie idącego chłopaka łudząco podobnego do tego ze snu. Przyjrzał mu się uważniej. To był dokładnie ten sam koleś, w tej samej skórzanej kurtce.
Kurwa, to się nie dzieje naprawdę.
A co jeśli…
Błyskawicznie włożył pieniądze do portfela. Nie tracił czasu na założenie kurtki. Nie zawiązał nawet sznurówek. Przypłacił to na pierwszym zakręcie przed blokiem. Wpadł w poślizg i uderzył z całej siły w śmietnik. Nie zważając na ból biegł dalej. Po drodze wyminął się z chłopakiem ze snu.
— Dupek! — rzucił w przelocie.
Obdarzony epitetem, zanim zdążył zareagować i odwrócić się, żeby zobaczyć, kto ośmielił się go tak nazwać, ujrzał tylko ślady na śniegu.
— Dziwne. Trzeba będzie ograniczyć dragi — obiecał sobie solennie, doskonale zdając sobie sprawę jak ulotna to była obietnica.
Adam ledwie wyhamował przed domofonem. Które to było piętro? Przegląd nazwisk przerwała mu starsza kobieta, która wychodziła z bloku. Nie omieszkał nie skorzystać z otwartych drzwi. Nie czekał na windę, która akurat była gdzieś na górze (zawsze tam się znajdują, kiedy są potrzebne) i pobiegł po schodach.
Kiedy wreszcie dotarł na siódme piętro dyszał jak przedwojenna lokomotywa. Odnalazł drzwi z nazwiskiem Fujara. Nacisnął dzwonek i czekał oparty głową o drzwi, starając się złapać oddech.
Nikt nie otwierał.
Nacisnął ponownie.
Nadal nic.
Wcisnął przycisk i nie cofnął palca. Za drzwiami słychać było ciągły dźwięk dzwonka.
— Już idę — dało się słyszeć czyjś poirytowany głos.
Kiedy drzwi się otworzyły Adam ujrzał jakiegoś mężczyznę w średnim wieku z wydatnym mięśniem piwnym, o którego regularnie dbał, wnosząc po trzymanej w ręku puszcze.
— Czego?
Adam zdezorientowany spojrzał jeszcze raz na nazwisko na drzwiach. Widniało na nich Franek Fujara.
— Chyba nie o mnie panu chodziło. Na tej klatce mieszka jeszcze jedna Fujara — powiedział mężczyzna wskazując przed siebie brudnym paluchem. – Prawdę mówiąc całkiem niezła.
Adam błyskawicznie doskoczył do wskazanych drzwi. Nacisnął przycisk i nie cofał palca.
— To się nazywa parcie na tarcie — zaśmiał się knurowato ze swojego wątpliwej jakości dowcipu Franek Fujara i zamknął drzwi.
Z mieszkania nie dobiegały żadne odgłosy. Adam nacisnął klamkę, ale drzwi były zamknięte. Zaczął uderzać w nie pięściami.
Nadal nic.
Kiedy stracił już nadzieję, drzwi się otworzyły. Stanęła w nich dziewczyna ze snu. Rzeczywiście była zapłakana. Miała zaczerwienione oczy. Ale były to najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widział.
— Tak?
Adam w odpowiedzi wyciągnął przed siebie portfel. W oczach dziewczyny najpierw pojawiło się niedowierzanie, później zdziwienie, a na koniec obawa.
— Czy w środku…
— Jest wszystko.
Dziewczyna rzuciła się mu w objęcia. Adam poczuł jej jędrne ciało.
— Przez ten portfel pokłóciłam się z chłopakiem. Byłam załamana, bo były to wszystkie pieniądze, jakie mam. Nawet nie wiem jak panu dziękować. Nie do wiary, że są jeszcze tacy ludzie.
W mieszkaniu naprzeciw drzwi wejściowych wisiało lustro. Adam dojrzał w nich odbicie dziewczyny. Koszulka trochę się jej zsunęła i bez trudu mógł dostrzec nad pupą Patrycji kawałek motylka. Nie do wiary. I bynajmniej nie był to zachwyt nad wyglądem tatuażu.
— Wejdzie pan do środka? Zapraszam na herbatę. W końcu należy się panu znaleźne.
„Ty będziesz moim znaleźnym”, obiecał sobie w duchu Adam, korzystając z zaproszenia.

…………………………………..
Arkadiusz Zabielski urodził się 25.08.1980 roku w Ostrołęce. W 2008 ukończył marketing i zarządzanie na Akademii Podlaskiej. Pisze głównie opowiadania, chociaż kiedyś tworzył również poezje. W swoich utworach stara się w sposób humorystyczny przedstawić polską rzeczywistość i zachowania oraz sposób myślenia Polaków. Mieszka w małej miejscowości w pobliżu Ostrołęki.
…………..
Więcej: opowiadania.pl
foto: tatuaze.info
22.10.2014

ARKADIUSZ ZABIELSKI Wyrzuty sumienia
40 votes, 4.70 avg. rating (93% score)
..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[7] Komentarze
  1. Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa. Zaczynam się zastanawiać dlaczego opowiadania, które w swojej „twórczości” uważam za najsłabsze (bo tylko takie publikuję w internecie) podobają się ludziom. A te, które uważam za najlepsze i wysyłam do wydawnictw są regularnie odrzucane.

    • Dobre pytanie ale odpowiedź jest prosta. Wydawcy myślą o zysku a „trudne” książki żle się sprzedają. Pytanie jest stare jak stara jest książka – albo ktoś pisze dla siebie albo dla zysku. Ambitne rzeczy można wydać free jako ebook. Jak to się ładnie mówi – dla własnej satysfakcji.

    • Odpowiedź jest prosta – wydawcy odrzucają wszystko. A bardziej poważnie, w wydawnictwach nie pracują ludzie, tylko jak twierdził Martin Eden – poruszają się tam jedynie trybiki w przedziwnej machinie :) Nie zapominajmy również, że w obecnej sytuacji społeczno-politycznej musisz idealnie trafiać w ideologiczne preferencje trybika redakcyjnego.

      • Twoje szczęście jednostki i powodzenie w życiu nie zalezy niestety tylko od Ciebie. Powiedzenie „jesteś kowalem swojego losu” to obłuda, ponieważ nasze działania w życiu w 90% zależą od innych ludzi. Dlatego właśnie ktoś z wydawnictwa jest „panem losu” pisarza, który puka do jego drzwi. Tak samo jest w życiu – współczesne życie jest jak „casting” i nigdy nie wiadomo dlaczego nie zostajemy wybrani.

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.