Sens sztuki i ludzkiego życia. Piękno i wulgarność. Awangarda i postmodernizm. Tragiczne karty polskiej historii. Nieznośna rzeczywistość PRL-u. Pokolenie, które miało zostać wdeptane w ziemię. Dorobek Totartu. Solidarność i postkomuniści. Liberalizm jest ideologią. Wolne miasto Gdańsk, w którym narodził się współczesny świat. Władza i Spannera
biurokraci. Czy Polacy zaczną słuchać Boga? Po wielu latach milczenia, Zbigniew Sajnóg — polski literat, poeta i performer, okryty honorem współtwórcy polskiej awangardy lat 80-tych, zabiera głos w ekskluzywnym wywiadzie dla naszego portalu, opowiadając o kwestiach nurtujących wielu współczesnych Polaków.

[Foto i źródło: Zbigniew Sajnóg i materiały archiwalne]


Portal Eprawda.pl: Jakiś czas temu TVP Kultura wyemitowała film dokumentalny poświęcony grupie Totart, w której odgrywał Pan najważniejszą rolę. Jak Pan dzisiaj ocenia Totart, i to wszystko, co się wtedy działo? Moim zdaniem był to ewenement w powojennej historii polskiej sztuki, zwłaszcza awangardowej. Jednym słowem dla znawców tematu, stał się Pan postacią legendarną – „kultową” – jak to się dzisiaj mówi. Jakie to uczucie? A może czuje się Pan niedoceniony i uważa, że powinien cieszyć się wyższą pozycją w polskiej kulturze?

Dziękuję, że zechciał Pan ze mną porozmawiać. Ostatnie 11 lat spędziłem myśląc, pisząc – na uboczu, więc nie jestem osobą, z której media mogą mieć pożytek, jak choćby z niektórych moich kolegów, którzy stali się nawet sławni. Nim jednak zaczniemy rozmowę mam prośbę, by nie używać słówka: kultowy.

Sens sztuki – współcześnie – widzę w tworzeniu piękna,

włączając w to różne pochodne jak edukacja, rozwijanie środków wyrazu… Także w używaniu jej jako z jednej strony: terytorium, z drugiej: sposobu pytania, badania, poszukiwania odpowiedzi. Poszukiwania innego niż naukowe czy filozoficzne, bo angażującego całego człowieka – wrażenia, uczucia, także ciało, poszukiwania mającego swoje języki, sposoby formułowania.
Myśl o sztuce jako tworzeniu piękna wydaje się anachroniczna, ale uważam inaczej – dzisiaj właśnie mamy okoliczności, w których możliwa jest powszechność piękna, a zarazem dzisiaj wiemy jak piękno jest ważne. Na przykład życie w choćby estetycznych okolicznościach – ma znaczenie dla zdrowia psychicznego, poczucia siebie, dla wychowania, dojrzewania i refleksji. Współcześnie wielką rolę odgrywa wizerunek. Uczą o tym nawet w szkołach wojennych, wykładają techniki „odczulania”, czyli takiego preparowania ludzi, aby mogli zabijać – w zobojętnieniu na cierpienia i w ogóle śmierć. Temu służy obrzydzanie „wrogów”, wizerunkowe sprowadzanie do statusu podludzi – znamy to. Brzydota, brud, bałagan, nie szanowanie mądrości, nieuczciwość, prostactwo etc. są bardzo na rękę komuś, kto chce zastosować taką procedurę. Widzimy więc jak współcześnie kwestie estetyki, piękna, kultury mają znaczenie naprawdę ogromne. Zatem, gdy sztuka jest obszarem pytania/badania/rozmowy – to „kultowość”, jakieś formy czci w odniesieniu do dzieł czy ich autorów są niedorzecznością. A gdy tworzeniem piękna – to owszem może się zdarzyć urzeczenie, uwiedzenie, upojenie – ale raczej wpiszemy je do działu niebezpieczeństw, a nie uznamy za coś, co byśmy zalecali czy uważali za dobre.

Zbigniew Sajnóg

Na zdjęciu: Zbigniew Sajnóg — polski poeta i performer, współzałożyciel Tranzytoryjnej Formacji Totart powstałej w kwietniu 1986 roku i następnie Fundacji Totart. Foto: Jarek Pudlis. 2011 rok


Rynek sztuki w dużej mierze opiera się na tym swoistym upojeniu posiadaniem rzeczy wyjątkowej, jednostkowej, która wyszła z rąk sławnej osoby, bohatera sztuki i współczesnej mitologii. To się nakłada i nawzajem wzmacnia z biznesem, ale jest chyba zjawiskiem innego rodzaju, raczej zatruwającym twórczość, gdy ludzie robią coś w pragnieniu sławy i pieniędzy. Czy – aby zapisać się w historii. Często stosując strategię skandalu, dokonując jakichś aktów drastycznych. Ale to jest uwiedzenie, nieszczęście. Talenty są darem, tworzenie jest darem a to powinno skłaniać ku pokorze i wdzięczności, a nie ku wynoszeniu się nad innych i upajaniu się sobą – to jest nielogiczne. Bo jaką to twoją zasługą, człowieku, że masz talent?
Pozornie to o czym mówimy jest dygresją, ale oczywiście należy do rozmowy o Totarcie. Nim przejdziemy do konkretów chcę odnieść się jeszcze do wspomnianego filmu: Totart – odzyskiwanie rozumu. Jest on chybiony, co po części wynika chyba z tego, że reżyser realizował swój pomysł stworzenia utworu o nieobecnym bohaterze, mimo iż w trakcie pracy doszło do naszego spotkania. W efekcie, niestety, chociaż dość dużo powiedziałem, niewiele z tego znalazło się w filmie. Jego autorzy raczej użyli mnie i tematu do zrealizowania swojej koncepcji, chociaż ja chciałem wyjaśnić narosłe nieporozumienia. Raczej nie jest to film o Totarcie, a z wielu względów jest dla mnie przykry. Nadto pominięto w nim kwestie najważniejsze. Miałem nadzieję na wyjaśnienie spraw, ale w efekcie powstało dziełko, które ciąży i sprawia mi przykrość.
Co do Totartu, myślę że powstał z sytuacji dziejowej. Totart stworzyli młodzi artyści – poeci, literaci, malarze, muzycy – którzy przeszli przez doświadczenie Solidarności i stanu wojennego – w Gdańsku, a więc przez doświadczenie chwili dziwnej wolności, a potem walki z czołgami na kamienie. I którzy potem przeżyli śmierć Solidarności – około roku 1985 było oczywiste, że jest po wszystkim.

Totart

Najprawdopodobniej nie istnieje zdjęcie przedstawiające wszystkich uczestników Totartu, osób które z grupą związane były dłużej, czy których związki z grupą były intensywne. Na tym zdjęciu stoją od lewej: Dariusz Brzóska Brzóskiewicz, Sławek Ozi Żamojda, Paweł Paulus Mazur, Andrzej Awsiej, Paweł Konjo Konnak, Elżbieta Bumbul, Zbigniew Sajnóg, Joanna Kabala. Koniecznie należy jeszcze wymienić (w porządku alfabetycznym): Iwonę Bender, Mariolę Białołęcką, Artura Kudłatego Kozdrowskiego, Macieja Rucińskiego, Wojciecha Stamma (Lopez Mausere), Ryszarda Tymona Tymańskiego… i naprawdę wiele jeszcze innych osób. Koniec lat osiemdziesiątych, Gdańsk. Foto: zdjęcia archiwalne


Z dzisiejszego punktu widzenia zdają się tamte lata, druga połowa lat osiemdziesiątych, czasem nie tak strasznym, czasem tuż przed uwolnieniem, ale wtedy około roku 1985 nie odczuwało się tego, przeciwnie, mieliśmy wrażenie przegranego życia, które przyjdzie nam spędzić w sowieckiej niewoli, z wydzielanymi racjami pokarmu, z kneblem w ustach. To było nieznośne, dręczące, nie widzieliśmy wyjścia. Nie chcieliśmy iść na współpracę z systemem, choć raczej należy to rozumieć tyleż jako – powiedzmy – heroiczne postanowienie, co niemożliwość wynikłą z odrazy, nieomal biologicznej niechęci. Czuliśmy się ściśnięci sytuacją, to był nieznośny, ciągnący się, beznadziejny stan hibernacji, stan bez horyzontu, a zarazem ta sytuacja sprawiała, że ludzie podobnie przeżywający, odczuwający – ciążyli ku sobie. Nie chcieliśmy dać się zniszczyć, chcieliśmy rozwijać swoje talenty, ale zarazem wiedzieliśmy, że nie pójdziemy do tego radia, do tych gazet – pracować – do tej telewizji. Że nie wstąpimy do zetemesu, do komunistycznej partii.

Zarazem jednak czuliśmy rezerwę do Solidarności, a po latach mogę stwierdzić, że to raczej tzw. intuicyjne rozpoznanie, okazało się wielce trafne. I tak z tego ciśnienia, z tego poczucia „wieloaspektowego usidlenia”, z tej depresji, wściekłości, desperacji i niezgody – w końcu wybuchliśmy. Pojechaliśmy. Tak to się zwykło nazywać. Zatem, jak się zdaje, gdyby nie historia – do Totartu by nie doszło.
Również niejako z natury rzeczy wyszliśmy poza biegunowy, bipolarny układ: albo: sockultury – albo: sztuki uprawianej w kościołach. Wobec tego klinczu, tego zakleszczenia tępej, wdrażanej przemocą ideologii – z – syndromem oblężonej twierdzy (że poprzestanę tu na tym), tworzyliśmy rzeczywistość swoją, swój świat.
Potocznie swój świat kojarzy się z zamknięciem, wyobcowaniem, tonacją depresyjną, ale w naszym przypadku był jakby odwrotnością tego skojarzenia. Owszem, na podkładzie desperacji i wściekłości, ale wzajemnych żywych kontaktów, śmiechu, wspólnego tworzenia i rozszerzania grona przyjaciół – więc to był taki swój świat, co ekspandował i nieraz nawet kipiał a nie był uwsobnieniem i zamknięciem.

Najgłębiej, co chcę podkreślić, były „pytania podstawowe”. Teraz nie jest to tak mocno odczuwane, ale wtedy nie dość, że żyliśmy w niewoli, to jeszcze w wyraźnie ciążącej traumie II wojny światowej. Żyliśmy wśród ludzi naznaczonych doświadczeniem tej wojny, nasi dziadkowie, nasi rodzice nosili jej blizny na sobie, ale w dodatku wielu rzeczy nie można było uleczyć, odreagować, nie o wszystkim można było nawet rozmawiać – jak tylko w swoim gronie. A co dopiero mówić o debacie, o uporządkowaniu spraw. Przecież i do dziś niektóre z nich nie są załatwione – jak kwestia reparacji, a niektóre sprawy po prostu przepadły. Uczestnicy, świadkowie umarli nie ujawniając swojej wiedzy, nie ma dokumentów etc. Teraz łatwo przychodzi innym manewrować nami i naszym wizerunkiem. Ale co było bardzo ciężkie:

Polacy zostali uznani za naród – genetyczny odpad,

do użycia i wyniszczenia. I tak też na początku wojny, i tak na jej końcu – zdradzeni przez swych „aliantów”, także przez nich zostali użyci i rzuceni jak ochłap na zapchanie mordy bestii. Uczucia, które mieliśmy to zarazem gorycz, poczucie głębokiej niesprawiedliwości – w pewnym sensie poczucie wyższości ale i poniżenia, pognębienia. Pognębienia także i tym, że w narodzie, okazało się, tylu jest zdrajców. Esbeków, partyjnych, różnych zomowców, ormowców. To było straszne – bolesne i w jakimś sensie też – porażające. Niezrozumiałe. Byliśmy narodem złamanym ale i jeszcze: pośmiewiskiem – te słynne polish jokes, których echa do nas docierały, te gadżety: polski kubek – z uchem w środku. Jakże i to było bolesne – byliśmy wyszydzani. Ale, oczywiście, ta II wojna światowa to było przede wszystkim – porażenie. Koncentracja jakiegoś zupełnie niewyobrażalnego zła, całkowitego odczłowieczenia (jak by się wtedy chciało powiedzieć) i zarazem pozbawienia człowieka jakiejkolwiek wartości, sprowadzenie człowieka do poziomu surowca przemysłowego, bio-materiału. A w dodatku to, co najgorsze tej wojny – stało się właśnie tu, w Polsce, jakby na tę ziemię, ten kraj, naród spadło jakieś przekleństwo – dopust rozszalałego, rozjuszonego, obłędnego zła. To właśnie w Gdańsku Spanner gotował ludzkie ciała by wytwarzać mydło, tu w sobie znanym celu – wyprawiał i gromadził ludzkie skóry. Uczono nas o tym w szkołach – „Medaliony” były lekturą szkolną – a przecież wydarzyło się to w Gdańsku, tu, pod nosem, w dzielnicy. To miejsce, te budynki – nieopodal naszych mieszkań, nieopodal szkoły. To była zmasowana nieznośność, niepojętość – jak tu w ogóle żyć, jaka jest odpowiedź na to wszystko? Mówi się nam: Bóg jest Miłością? Jak to pojąć? O co tu w ogóle chodzi? Wydawało się odpowiedź jest po prostu niemożliwa. Ale jednocześnie przecież buzowały w nas pragnienia życia, pragnienia ciała, młodość, intensywność. To wszystko się wzajem zakleszczało, straszna wewnętrzna szarpanina, te ustawione przeciw sobie siły, miotanie się i niemożność.

Nie wiem, czy nie odpowiadam za szeroko.
W Pańskim pytaniu zadźwięczało mi jeszcze słowo: awangarda. To jest ważna kwestia i w ogóle i jako jedna z osiowych kwestii Totartu. Wspomniałem o problemie pychy – o tym: ja, które często włada artystami i powoduje, że sztuka staje się kompetycją, wyścigiem, ambicją, przebijaniem konkurentów. Ten dwudziestowieczny pochód awangard nosi tego znamiona. Z jednej strony odkrywanie nowego jest pasjonujące, i bywa budujące, ale szał egoizmu zmieniający tworzenie w wyścig jest zwyrodnieniem i jest nie na temat – zwłaszcza gdy jeszcze buduje się na tym krytykę i tego rodzaju triumfy uważa za kryterium wartościowania. Uprowadza to nas gdzieś na manowce, do krainy fajerwerków i fanfaronady, czy jakichś innego rodzaju poruszeń, które mają doprowadzić do rozdziawienia gęby.

Nieobce nam były i te pragnienia: ach, być awangardą – dziecinada. Zresztą wiedzieliśmy w jakich żyjemy okolicznościach i nawet gdybyśmy zrobili coś wybitnego – to gdzie nam tam do salonów sztuki. To był często temat naszych szyderczych i gorzkich nieco żartów. Celował w tym Paweł Konnak, który gdy nabieraliśmy rozpędu, gdy popadaliśmy w jakieś mniemanie o sobie, zwykł wypowiadać jakieś zdanie z rodzaju: zwyciężymy, to pewne! – czym nas serdecznie rozbawiał i co wracało nas ku rzeczywistości.

Na zdjęciu: Zbigniew Sajnóg. Kadr z filmu "Totart czyli odzyskiwanie rozumu"

Na zdjęciu: Zbigniew Sajnóg. Kadr z filmu „Totart czyli odzyskiwanie rozumu”

Problemem było wydrukowanie kilku stron w kilkunastu egzemplarzach na kopiarce, problemem bywało uzyskanie telefonicznego połączenia z innym województwem – a co tu mówić o publikacjach, o udziale w sztuce i kulturze – w skali kraju, czy Europy – nawet co do samej po prostu fizycznej możliwości. Śmieszne. Ale też ta sytuacja po części skłaniała do przemyślenia tych kwestii. Do „przepracowywania” ich w sobie. Do głębokiego i szczerego zastanawiania się. Naszą bazą było niewielkie mieszkanie, w którym jakby unosiliśmy się w niechcianej, nieznośnej i bolesnej rzeczywistości, nie było więc jakby przed kim i po co grać, przybierać jakichś póz. Wrażliwość i jakieś poczucie stosowności nie pozwalały też postępować tak wobec ludzi porażonych nieszczęściem. Odgrywać coś czy kreować siebie. Chodziło o to, by nie dać się zabić – nie dać się zniszczyć, nie poddać się niewoli – ale i dociec – o co chodzi. O co tak w ogóle chodzi?

Wdrożyliśmy pojęcie ariergardy – a więc straży tylnej. Z jednej strony było to grą z sytuacją – skoro żyjemy w niewoli: cenzura, brak możliwości, nawet po prostu najelementarniejsze problemy z materiałami, skoro więc nie możemy tworzyć sztuki wielkiej – będziemy tworzyć sztukę małą! Na groźby i pouczający ton morderców, na dzwony kłamstwa, na odwrócenie porządku życia, na rozpanoszony na cokołach koszmar, na krwawą niedorzeczność wciskaną nam przymusem jako prawdziwe życie – sztuka mała, nie obawiająca się żenady, umiejąca zagrać intelektualnie i poprawić grubo.

Sztuka mała nie poddaje się, zawsze sobie znajdzie miejsce, zawsze się wciśnie, wkręci, prześliźnie, a nawet gdy zdarzy się upaść – to przekulgnie się i wyjdzie cało.

Trochę to żart, trochę gorzkawe szyderstwo, ale i determinacja. Sztuka goryczy i wściekłości, ale umiejąca rozbawić do łez. Sztuka mała, bo po prostu jak ma być wielka w tej sytuacji? Nie o to nawet chodzi, że nie ma instrumentu, na jakim można ćwiczyć, tylko: jaki miałby być sens ćwiczenia w takich okolicznościach? Ćwiczyć nie znając prawdy i nie mając jakiejkolwiek perspektywy przyszłości? Więc: wielkie pytanie, stawiane bezpardonowo, tu, teraz. Ale bo też wielkie pytanie nie może być odkładane, a przecież nacisk okoliczności właśnie ku temu ciśnie – aby je zadać, by zapytać: o co w ogóle chodzi?
Inaczej nieco: w sytuacji klęski i odwrotu – ariergardzie przypada rola najważniejsza, zadanie najważniejsze. W zakresie sztuki obwołanie się ariergardą okazało się arcyawangardowe. Ale następnym krokiem, następną myślą było – po prostu: uwolnijmy się w ogóle z tego, dlaczego tkwić w tej kompetycji, w tym górowaniu jednych nad innymi – co to ma w ogóle wspólnego z tworzeniem, z szukaniem odpowiedzi? To jest od rzeczy. A poza tym – wyprowadza na manowce, więzi i zadaje ból. I tu wyłoniła się koncepcja – adekwatności, czyli przeorientowania tworzenia i myślenia o sztuce. Przyglądajmy się sprawom, nie pędźmy w wyścigu i to w kierunku pozamerytorycznym – dla ulokowania się w hierarchii artystów, upasienia ego, triumfowania nad innymi – to nonsens. Zajmujmy się tym, co jest ważne dzisiaj, teraz, co dręczy, boli. Wspierajmy się, współpracujmy, wspólnie organizujmy etc. Uwolnijmy się, precz z postulatem nowości – hasajmy po soczystej łące – jak to napisałem w jednym z manifestów.

W przeciwieństwie do postmodernizmu, który jest rozwodnieniem, relatywizacją, odwartościowaniem – adekwatność mówiła o skupieniu na meritum, o sztuce jako dociekaniu odpowiedzi, prawdy o życiu, owszem, nieraz w sposób dość drastyczny. Bywało to takim chwilowym puszczaniem kierownicy, w znaczeniu takiej jazdy bez trzymanki, by potem rozważać: co z tego wyszło, co z tego wynika. Czego się dowiedzieliśmy. W nieco innym sensie adekwatność mówiła o kojeniu ran, tworzeniu swojego życia, o tworzeniu enklawy, rozwijaniu się – nawzajem. Więc adekwatnie do sytuacji – ale nie w sensie kompromisu, przeciwnie.

Gdy w wielkim napięciu zadaje się podstawowe pytania nie można – i nie chce – trzymać się przedustawnie zainstalowanych reguł, zasad, które zresztą i tak nie zdały egzaminu, w tym sensie, że wielka kultura, wielka sztuka nie uchroniły przed katastrofą, nie przyniosły odpowiedzi, nie uwalniają. Więc tym wymogom wielkiej sztuki, tym postulatom nowości, oryginalności, takiej czy innej tonacji – mówiliśmy nie. Ale autentyczności, żarliwości – tak. Braliśmy co się nadarza, działaliśmy z tym improwizując, intuicyjnie, i patrzyliśmy co z tego wynika. Z jednej strony – taki był nasz sposób na nieludzką rzeczywistość, z innej: patrzyliśmy co dalej. O co chodzi, jaka jest odpowiedź. Myślę, że to było – jeżeli o takim mielibyśmy mówić – osiągnięcie Totartu, mówiąc pompatycznie: przewrót antyawangardowy i jednocześnie antypostmodernistyczny. Lepiej chyba powiedzieć: wyjście poza awangardę i poza postmodernizm. Wyjście poza te kategorie. Zawrócenie z manowców myślenia o tworzeniu w kategoriach wyścigu i fajerwerków, na które wyprowadzała awangarda i zawrócenie z manowców odwartościowania i ogólnego błota, na jakie wyprowadza postmodernizm – zawrócenie do życia.

Na zdjęciu: akcja Totartu w szpitalu psychiatrycznym w Gdańsk-Srebrzysko. Na zdjęciu na podłodze leży Paweł Konjo Konnak, nad nim pochyla się: Artur Kudłaty Kozłowski, za nimi: Ryszard Tymon Tymański w tle -  pacjenci szpitala. Jesień 1986 roku. Źródło: zdjęcia archiwalne

Na zdjęciu: akcja Totartu w szpitalu psychiatrycznym w Gdańsku-Srebrzysko. Na zdjęciu na podłodze leży Paweł Konjo Konnak, nad nim pochyla się: Artur Kudłaty Kozłowski, za nimi: Ryszard Tymon Tymański w tle pacjenci szpitala. Jesień 1986 roku. Źródło: zdjęcia archiwalne

Zresztą pojęcie postmodernizmu zdawało mi się nielogiczne. Tak po prostu, bo jak coś może być poteraźniejsze, czyli po czymś co właśnie jest. Ciągle patrzymy na jakieś rzeczy nowoczesne, ciągle się wyłaniają jakieś unowocześnienia, więc ponowoczesność wydaje się w tym prostym sensie po prostu nielogiczna. Ale też, zauważmy: koncepcja mieszania stylów w odejściu od wymagania, czy oczekiwania, aby dzieło było odkrywcze, nowe (nie jako eklektyzm, który jest jakimś wyborem estetycznym, a jako zasada dzieła – worka na wszystko, „grochu z kapustą”) – była przecież w tamtej określonej sytuacji historycznej nowa, czyli spełniała w tym sensie zasadniczy wymóg awangardy (kolejnej), więc w tym sensie pojęcie: postmodernizm było samozaprzeczone.

Ale także koncepcja płynności życia w żadnym razie nie daje się utrzymać jako uogólniony obraz stanu cywilizacji, bo jak to ktoś słusznie wskazał istnieją dziedziny życia, w których o jakimkolwiek spłynnieniu nie ma mowy – na przykład przepisy ruchu drogowego, ale też szereg innych – procedury lotnicze, procedury naukowe, medyczne, systemy organizacji różnych dziedzin gospodarki, różnych służb, wojska, straży pożarnej, porządki świata wirtualnego, ale też oprogramowanie życia przez, na przykład różne systemy komunalne i związane z nimi procedury, czy pewne organizujące idee związane z ekologią etc. Ilość tych sfer życia poddanych szczególnej organizacji – rośnie, owa szczególna organizacja życia – wzmaga się. To jest oczywiste, jaskrawo widoczne. I nie są to rodzaje organizacji nie związane z ideami, z przekonaniami – przeciwnie. Z kolei też płynność rzeczywiście pojawiająca się w pewnych sferach życia ma różny charakter, na przykład jedne jej przejawy moglibyśmy porównać do dezintegracji pozytywnej, a inne są ewidentnie procesami rozkładu. Z kolei materializm wyklucza zrozumienie tego, co dzieje się w świecie, w tym zrozumienie Zagłady – czy zatem owo doznawanie płynności i owa interpretacja rzeczywistości nie wynikają z błędnego założenia, z braku fundamentu?
Wszystko to wymagałoby głębszej analizy i dłuższego wywodu, na co nie miejsce tutaj. Dodam tylko, że ostatnio widzimy wyraźnie nasilenie stosowania inżynierii społecznej, co z kolei budzi i wzmaga opór. Mamy więc do czynienia ze zjawiskami dalekimi od płynności, przeciwnie – z silną presją wdrażanych ideologii, koncepcji politycznych, społecznych (etc.) i silną na nie reakcją w postaci opowiadania się i organizowania wokół wartości i ogólnie narastającym w tej sytuacji bardzo silnym napięciem.
Nadto – jeśli mamy do czynienia z inżynierią – to z intencjonalnie wywoływanym efektem, tu: destabilizacji, a nie jakimś procesem kulturowym – powiedzmy: endogennym, „naturalnym”, zatem należy w zupełnie inny sposób takie procesy badać i opisywać. Nie, na przykład, w kontekście następstwa epok, procesów kadencji i dekadencji, skutków rozwoju techniki etc.

Wracając do spraw Totartu powiedzmy jeszcze o nazwie. Oczywiście miała odniesienie do totalitaryzmów, to sztuka totalna, choć można tę nazwę tak i owak tłumaczyć i odnosić – np. do niemieckiego Todt, albo: Tatort – w tym przypadku mówimy o życiu w miejscu zbrodni. Także do charakterystycznych sowieckich skrótowców. Do awangardowego myślenia o sztuce. Ale co ważne była nazwą nieco pretensjonalną i nieudałą, więc nie należy jej czytać zupełnie wprost. Była wyrazem całkowitej negacji komunistycznej rzeczywistości i zajęcia się kwestiami totalitaryzmu. Wyrażała i zadęcie i posmak żenady. Wielkie zadęcie i żałosne efekty są typowe dla sztuki totalitaryzmów. Nasze działania były prześmiewczą, szyderczą reakcją na zbrodnicze brednie bezczelnie wygłaszane z wysoko wzniesionych trybun, ale były w nich też prosty, ciepły śmiech, wielka przyjaźń i tworzenie swojego świata (więc zupełnie inny, nie totalitarny sens totalności – tworzenie „swojej, osobnej, całościowej rzeczywistości”). Oczywiście cały czas przejawiało się w nich wspomniane „pytanie o wszystko”, zatem różnie można nazwę tę interpretować, ale w tych, mniej więcej, zakresach.

Nie jest to pochwała, ale opisywanie tego, co robiliśmy. Jeśli chodzi o mnie, osobiście, dzisiaj – odszedłem od tamtych rzeczy, i chociaż pewien sentyment, pewne zainteresowanie sztuką, tworzeniem, kulturą mi pozostały, to jednak, że tak powiem, czynnym artystą nie jestem. Ale to, co robię dziś w pewnym stopniu wyrosło z tamtego doświadczenia. Wtedy było to szarpanie się, i w gruncie rzeczy było bardzo w polskiej, romantycznej tradycji: „rozpętywanie żywiołów” – żeby wreszcie przyszła odpowiedź, może gdzieś w tym szale – wyłoni się, może jakoś rzeczywistość odegnie się, uchyli rąbka, ujawni swój sens, prawdę o sobie. Może ją przyłapiemy na tym. Więc jak wtedy było to szarpaniną, nieraz szaleńczym wołaniem o sens, o odpowiedź – tak dzisiaj piszę, porządkuję.

Natomiast trochę mnie boli i trochę przestrasza wyobrażenie o nas, jako o wulgarystach i rozwydrzeńcach

– brakuje krytycznego, naukowego spojrzenia, bo to jest bardzo naskórkowe. Zapomina się o okolicznościach, o osaczeniu, bezsilności, wściekłości. Nie zamierzam usprawiedliwiać, chcę tylko powiedzieć, że nie można rzeczy badać abstrahując od okoliczności. A od wulgarności i ekscesów odżegnałem się dawno, bolą mnie dzisiaj, jest mi z ich powodu przykro, cóż, stało się, nie odwrócę tego. Dwadzieścia lat w ogóle o Totarcie milczałem, a teraz trochę obawiam się aby ewentualny ostracyzm nie odbił się na tym, nad czym pracuję teraz, bo łatwo można to „załatwić” posługując się etykietą. Nie chcę aby tak się stało, i głównie dlatego wystąpiłem w filmie o Totarcie, mając nadzieję wyjaśnić i naprostować tę historię i famę, ale cóż, z tym filmem niestety nie wyszło.

Moim zdaniem „ostracyzm” Panu nie grozi – wprost przeciwnie – chwała i uwielbienie młodego pokolenia artystów. Jak w przypadku francuskiego poety Charlesa Baudelaire’a, który stał się guru dla młodych paryskich poetów. Szkoda tylko, że stało się to u kresu jego życia. Z drugiej strony zgadzam się z Panem, że spuścizna Totartu nie jest należycie przebadana. Słyszałem jedynie, że studenci literaturoznawstwa mają krótkie wykłady o pokoleniu Brulionu i Totartu właśnie. Gdyby Totart narodził się w USA, to każdy skrawek maszynopisu, każdy plakat byłby dzisiaj przechowywany w Muzeum Totartu. Rozchwytywano by pamiątki po Was jak relikwie. Zapytam krótko: co konkretnie dziś pozostało po Totarcie? Mam na myśli dzieła sztuki – książki, artykuły, obrazy, muzykę. Co jest najbardziej wartościowe i jak można się zapoznać z dorobkiem grupy?

Nie wiem, co odpowiedzieć, chciałbym zawołać: oh, please! – w sensie wołania o zmiłowanie: tylko nie uwielbienie i relikwie! Współcześnie właśnie w związku ze sztuką uwidacznia się mocno ta ludzka słabość: pragnienia sławy, szczególności i wyniesienia ponad innych (góra rzuca cień na dolinę). A przecież każdy musi przyznać, że w najmniejszym stopniu nie jest zasługą człowieka posiadanie takiego czy innego talentu. Więc podchodząc do sprawy już choćby tylko rozsądnie, uwielbienie dla artystów nie jest czymś mądrym, jest jakimś skrzywieniem w widzeniu rzeczywistości, co nie oznacza, że nie powinniśmy cieszyć się z talentów i mądrze je pożytkować. Z innej strony – właśnie z tym mamy w Polsce potężny problem. Można o nim napisać książkę.

Byłem niedawno na spotkaniu, na jednej z cyklu debat organizowanych w Gdańsku przez Piotra Wyszomirskiego, dziennikarza, dramaturga, debat na temat – najogólniej – stanu kultury. Biorący w niej udział jako jeden z panelistów pan Maciej Nowak, zwrócił uwagę, że i Rosjanie i Niemcy dbają o swoją kulturę, o swoich artystów, mają szacunek do siebie. My jesteśmy w katastrofalnej sytuacji wizerunkowej, ale nie pobieramy tej nauki. Przypomnijmy sobie Olimpiadę Zimową w Soczi, te wielkie spektakle otwarcia i zamknięcia z wielkimi prezentacjami rosyjskich pisarzy, kompozytorów etc. My w Polsce czuliśmy może do tego rezerwę, znając inne oblicze Rosji, które przesłonięto tym widowiskiem. Widowiskiem-parawanem zza którego wypływa choćby krew zamordowanych dziennikarzy. Ale przy okazji sportowej imprezy puścili w świat obraz wielkiej kultury, ten obraz w świecie zostaje. Czyli wdrażają jakiś plan, jakąś koncepcję. W relacji z tym my zdajemy się ludźmi skupionymi na podstawianiu sobie nawzajem nóg. A jeśli już coś robimy to bez wyczucia i od rzeczy. Przykład, kilka lat temu realizowano projekt popularyzacji polskiej poezji w Wielkiej Brytanii. Rozwieszano plakaty z wierszami polskich poetów. Ale wśród wybranych autorów i utworów nie było, na przykład, Larwy Norwida:

1
Na śliskim bruku w Londynie,
W mgle – podksiężycowej, białej –
Niejedna postać cię minie,
Lecz ty ją wspomnisz, struchlały.

2
Czoło ma w cierniu? czy w brudzie?
Rozpoznać tego nie można;
Poszepty z Niebem o cudzie
W wargach… czy? piana bezbożna!…

I dalej:

4
Rozpacz i pieniądz – dwa słowa –
Łyskają bielmem jej źrenic,
Skąd idzie?… sobie to chowa,
Gdzie idzie?… zapewne – gdzie nic!

5
Takiej-to podobna jędzy
Ludzkość, co płacze dziś i drwi;
– Jak historia?… wie tylko: „krwi!…”
Jak społeczność?… tylko – „pieniędzy!…”

To tym wierszem trzeba było zaplakatować Wyspy, uzupełnionym o małą notę biograficzną. A niedługo później wybuchły w Anglii rozruchy na tle ekonomicznym wzniecane przez młodych ludzi. Wzniecano pożary, zginęło iluś ludzi. Wtedy moglibyśmy przypomnieć: pamiętacie? Przypomnieliśmy wam; jeden z naszych tu był 150 lat temu i już wtedy to widział, tę źle pojętą industrię, widział potwora, widział nieszczęście, które generuje. Dlaczego tego potężnego przesłania nie ulokowaliśmy w świadomości Brytyjczyków? Jeden wiersz, ładny plakat.
Cóż, zabrakło wyczucia, zabrakło odpowiednich ludzi na odpowiednich stanowiskach – a dzisiaj na Wyspach mordują Polaków za używanie języka polskiego. Kto jeszcze nie rozumie, że praca w Ministerstwie Kultury jest pracą na linii frontu? I to nie jest metafora – do przelewu krwi i ofiar w ludziach włącznie! A nietrudno sobie wyobrazić, że konsekwencje mogą być jeszcze grubo poważniejsze!

Mamy skarby, ale sprawami kultury zarządzają ludzie bez wyczucia i rozumienia, niestety.

Nadto zarządzanie kulturą skażone jest różnymi wojnami ideologicznymi, politycznymi etc. Kultura to jest uprawa, potrzeba biegłych, dbałych, mądrych ogrodników.
Możemy zrobić myślowy eksperyment nawet na przykładzie tej mojej wypowiedzi. Przywołałem wartościowe spostrzeżenie pana Macieja Nowaka i już znajdą się ludzie, którzy nabiorą do mnie stosunku, że powołuję się na tego człowieka. Już przypiszą mi cały pakiet poglądów i zakwalifikują mnie politycznie, religijnie i moralnie. Nie będzie to miało czegokolwiek wspólnego z prawdą. Po prostu człowiek powiedział ważną rzecz, ważne spostrzeżenie i warto nad tym myśleć. A czy on sam jest taki czy inny, czy go lubię czy nie, czy dzielę z nim poglądy polityczne czy nie – a cóż to ma do tej akurat konkretnej rzeczy i sytuacji? Nic. W czasie tej debaty powiedział jeszcze jedno zdanie bardzo ważne, że Polacy są od 27 lat formatowani do roli taniej siły roboczej w Europie. Czy myśląc schematem, ktoś spodziewałby się takiej obserwacji i takiej wypowiedzi po panu Macieju Nowaku? Raczej nie.

W kulturze trzeba być uważnym i słuchać. Matka mojego kolegi, osoba wiekowa, córka oficera KOP-u opowiadała mi jak przed wojną koledzy jej ojca o mocno odmiennych poglądach politycznych, endecy i piłsudczycy, współpracowali i spotykali się towarzysko z wzajemną sympatią i przyjemnością. To powinno być dla nas oczywiste – abstrahując od kwestii uczuć patriotycznych, myślenia o ojczyźnie takiego, czy innego, z takiej czy innej perspektywy. Powinno być dla nas oczywiste, że mieszkamy w jednym domu i jeśli ktoś sprzedaje na lewo dachówki z tego domu – to działa na szkodę wszystkich, także siebie samego. I może bardziej nawet siebie samego – bo obciąża swoje sumienie, niszczy swój dom, ale i: czy ci którym sprzedaje nie uważają go za szmatę i głupka, godnego pogardy? Tak, bywało to nawet wprost stwierdzane. Pamiętamy słowa rosyjskiego ambasadora, który mówił by jedną ręką dawać łapówkę, a drugą walić w mordę – bo jak można tak zdradzać ojczyznę?! Podkreślam: obojętnie jak kto o tej ojczyźnie myśli, czy jest materialistą czy idealistą, liberałem czy endekiem czy socjalistą czy anarchistą nawet – bo gdybyśmy byli jako naród w niewoli, to mogliby sobie anarchiści skłota robić na swojej pryczy w łagrze, ewentualnie. Trzeba myśleć.

Ludzie sprzedający na lewo dachówki z własnego domu myślą, że robią dobry interes i że po tym, ktoś z ich „kontrahentów” – powierzy im coś ważnego? Będzie traktował ich poważnie? Jaki jest więc w tym ograbianiu własnego domu rachunek zysków i strat? Tracą dom a zyskują garść moniaków i pogardę, tracą siłę jaką może być dla nich oparcie w szanowanym narodzie.
Również gdy spojrzymy na kwestie emigracji widzimy pewne analogie, bo ludzie wyjeżdżali stąd – sam słyszałem – przeklinając własną ziemię, własny kraj i polityków. Ale czy to się rzeczywiście bilansuje – emigracja z powodów ekonomicznych? Bo są rzeczy, które mamy tylko razem: plaże i góry, morze i lasy i rzeki, ulice miast, nasze powietrze, nasze bogactwa pod ziemią, nasz krajobraz, nasz kraj. Odrzucenie tego jest zatem stratą trudną nawet do wymierzenia, do oszacowania, ale też stratą w różnych wymiarach. Na przykład: cokolwiek by się działo – tu jestem u siebie, tu moje poczucie siebie jest zupełnie inne. Tu nikt mi nie rzuci w twarz, że gadać to sobie mogę ale – u siebie! Tu nikt mnie nie napada za mówienie po polsku. Etc. A 3 miliony ludzi – to jest siła przepotężna. Gdyby ci ludzie zorganizowali się – zmieniliby Polskę – na jaką by chcieli. Ale czemu tak się stało, czemu woleli oddać swój dom?
Zastanówmy się, czy w tych kwestiach nie odegrała pewnej roli kultura? Dokładniej: polityka kulturalna?

PRL był sowiecką okupacją,

kłamstwem, wędzidłem założonym by tym skuteczniej uczynić z nas niewolników pracujących na rzecz imperium, ale też by uczynić z nas narzędzia w rękach sowieckich generałów, gdyby zdecydowali się najechać Europę. Oprogramowywali nas „prawnie”, na przykład przysięga wojskowa na wierność ZSRR – w razie odmowy wykonania rozkazu miała być prawną podstawą do karania śmiercią za zdradę. Po co innego była im przysięga na wierność ZSRR? Tacy byli romantyczni?
System sowiecki był konsekwentnie ludobójczy, względem nas kolejno: akcja polska NKWD, potem wywózki i Katyń, potem, fakt mało znany, w 1940 roku w Zakopanem sowieci i hitlerowcy podpisali umowę w sprawie unicestwienia Polaków. Stronę niemiecką reprezentował Adolf Eichmann, sowieckiej przewodził pułkownik NKWD Grigorij Litwinow. Plan przewidywał całkowitą likwidację narodu polskiego do roku 1975. Kolejno dalej: działania czasów stalinowskich u schyłku i po II wojnie światowej, a potem, jako obywatele PRL mieliśmy być mięsem armatnim pierwszego rzutu inwazji na Europę Zachodnią, a teren Polski przeznaczony był pod nuklearną zagładę. Wyznaczony jako „strefa zgniotu” w planowanym „starciu cywilizacji”. Przecież to właśnie tak wstrząsnęło panem Kuklińskim, że skłoniło go do współpracy z USA. Użycie nas i przeznaczenie pod zagładę było zamierzone świadomie i z rozmysłem, przewidziane i przygotowane, opracowane. Polscy (peerelowscy) dowódcy wojskowi byli tego świadomi.

A więc PRL to było monidło, w którego otworach umieszczano buzie jego „obywateli” – nie miało czegokolwiek wspólnego z Polską, czegokolwiek wspólnego z Rzecząpospolitą, a wobec ludu miało plan instrumentalny i w dosłownym sensie ludobójczy. Każdy z członów nazwy: Polska Rzeczpospolita Ludowa był kłamstwem, całość była narzędziem niewolenia i ogłupiania, nadto: pośmiewiskiem z nas – zresztą zatwierdzonym przez Zachód, który w ten sposób konsekwentnie załatwiał swoje sprawy. Zatem otwórzmy wreszcie oczy na to: nie było jakiegoś tam PRL, była sowiecka okupacja, a każdy funkcjonariusz tamtego systemu był co najmniej sowieckim kolaborantem, a to znaczyło: funkcjonariuszem zbrodniczej ideologii, będącym podwykonawcą albo strażnikiem ludobójczych operacji.

Wmawia nam się, że ponieważ robione to było rękami Polaków, więc było dla nas mniejszym złem, ale zdaje się, że był to po prostu w ówczesnych okolicznościach najbardziej optymalny, więc najbardziej skuteczny sposób operowania nami. Najefektywniejszy i powodujący głębsze urobienie. Granica – gdzie jeszcze działa się na rzecz spraw polskich, a gdzie realizuje plan ludobójczy – była rozmyta, trudna do uchwycenia, zdefiniowania. Miało to wiele aspektów, odcieni, różnych: ale. A zważywszy jeszcze na rozliczność życiowych sytuacji, na to że jakoś przecież trzeba było żyć, jakoś to życie organizować, więc jakoś trzeba było się dogadywać, a w tym wszystkim nieraz „ludzki pan” coś tam przepuszczał, przymykał oko, albo przychylił się ze zrozumieniem, albo brał łapówkę, albo był ideowcem starającym się działać dla dobra ludzi – etc., etc., wszystko to razem rozmywało się w stan i obraz niejednoznaczności, chociaż przecież system był konsekwentnie wdrażany i systematycznie potwierdzany rozlewaniem krwi. Sowieckie bagno.

W pierwotnym rozumieniu terminu ludobójstwo, tak jak go sformułował i rozumiał Rafał Lemkin, nie oznaczał on li tylko fizycznej zagłady, ale określał gamę zastosowanych metod i środków mających doprowadzić do zniszczenia tożsamości narodowej. Środków z dziedzin, z zakresu: kultury, nauki, ekonomii, kwestii społecznych etc. Ta szeroka – i logiczna przecież definicja – została rozmyta i przehandlowana na światowym targowisku różnych „politycznych” interesów, nad czym Lemkin ubolewał i czemu starał się przeciwdziałać. Ale niestety, bo jedni mieli kolonie, inni segregację rasową a inni łagry – i w efekcie tak a nie inaczej uformowana została światowa „myśl” i „prawo”.

Myślę, że protestujący dzisiaj dawni esbecy, oficerowie bredzący o „kulturalnych metodach” stanu wojennego – oni nie mają nawet w swej masie rozumienia czym było to, co robili. To jest jakiś niezwykły dramat, bo zdaje się to nie tyle być nawet kwestią ich czelności, ale potrzeby w ogóle ogólnego przebudzenia Polaków. Bo tym całym „modusem” PRL, nieco tylko przeinaczonym, przeniknięta jest III RP i ta dzisiejsza postać Polski także. Przeniknięta – przy braku rozpoznania czym naprawdę był ten tzw. PRL, że był wdrażaniem ludobójczego planu. To ciągle nie dociera.

Wróćmy jeszcze do tego, co wydarzyło się po 1989. Opowiem na naszym przykładzie, bo te sprawy znam lepiej niż doświadczenia innych. Gdy próbowaliśmy wejść – razem z Brulionem do mediów napotkaliśmy opór. Zostaliśmy potraktowani jak petenci, rzucono nam sumę za jaką nie można było zrealizować programu, dwa tysiące złotych. A nasze ewentualne dzieło mieli oceniać ludzie, po których przecież powinny tylko powiać firanki – sprawdzeni, wypróbowani pracownicy systemu. Oni mieli decydować o emisji.
Powiem tak, było w Polsce wielu ludzi, którzy mieli potencjał, by stworzyć świetne, unikatowe media. Wystarczy wskazać na Pomarańczową Alternatywę – byli odważni, nastawieni patriotycznie (tak!), byli inteligentni, twórczy, oryginalni, dobrze wychowani, mieli znakomite poczucie humoru, wyczucie publiczności, swobodę i zapał. Umieli się znaleźć i organizować w trudnych, wyjątkowych sytuacjach. Mogliśmy mieć świetne media! Ale czy komukolwiek z ówczesnych decydentów zależało na wolnych, świetnych mediach? Panu Jaruzelskiemu? Panu Kiszczakowi?Panu Wałęsie? Oczywiście – nie! Wiemy jakie mamy skutki – mnóstwo zmarnowanego potencjału, miliony aktywnych ludzi na emigracji, klęska! Media poniżej krytyki.
Kilka dni temu otrzymałem na pocztę pytanie od Biura Ankiet Telewizyjnych, jak uważam, który serial powinien być uznany „serialem wszechczasów”: „Czterej pancerni i pies”, „Alternatywy 4”, „Wojna domowa”, „Zmiennicy”, „Klan”, „13 posterunek”, czy „Czterdziestolatek” – ? Po 27 latach wolności głównym kandydatem w konkursie o tytuł najlepszego „serialu wszechczasów” jest: „Czterej pancerni i pies”. Mógłbym o tym mówić i mówić.

Może jeszcze jedno – gdy niedawno wyrażono wolę zwalniania z publicznej telewizji ludzi pracujących tam od czasów komuny sprzeciwił się temu pan Piotr Duda, przewodniczący Solidarności. Powiedział, że staje w obronie praw pracowniczych i związek będzie przeciw tym zwolnieniom protestował. Bo gdy ktoś pracuje 30 lat to nie można go ot tak, wyrzucić przed emeryturą. Z trudem przyjmowałem, że to, co słyszę nie jest jakimś żartem, że ten człowiek mówi to serio. Można powiedzieć, że NSZZ Solidarność nie ma szczęścia do przywódców.

Dziedzictwem PRL jest poprzestawianie: ludzie bezkompromisowi, twórczy – są zapoznani, a w rolach gwiazd utrwaleni ci, którzy bez oporów współpracowali z systemem. Mam na myśli na przykład – że współpracowali z radiem, telewizją, czyli oczywiście dostosowywali się do wymagań systemu… Niedawno poruszyło mnie, gdy na gdański koncert z okazji 35 rocznicy Solidarności zaproszono grupę Daab. To przykład świadczący i o owym utrwaleniu i o ignorancji organizatorów, ignorancji w łonie samej Solidarności. To jest bardzo smutne. Grupa Daab występowała za PRL na piknikach „Trybuny ludu”, z racji tego nie była nawet wtedy zapraszana na – organizowany przecież przez ZSP – festiwal Róbrege! Zastrzegam – nie chodzi o to, abym chciał komukolwiek wytykać, że coś zrobił w przeszłości, kogokolwiek osądzać, nie. Ale zachowujmy elementarny ład w tym, co robimy! Niech chociaż ten jeden dzień będzie zastrzeżony dla ludzi, którzy opowiadali się przeciwko systemowi, podejmowali wybory – jak się okazuje o dalekosiężnych życiowych skutkach. Jeżeli dzisiaj dla uświetnienia rocznicy Solidarności zaprasza się zespoły, w tamtych latach obecne w mediach PRL, to jest to negowaniem sensu Solidarności – kontynuowaniem polityki kulturalnej ludobójczego systemu i to wzbudzając sentyment, grając na uczuciach, więc zamiast oczyszczać i porządkować zbiorową wyobraźnię jeszcze się utwierdza i ugruntowuje sowieckie dzieło inżynierii społecznej.

Do dziś też funkcjonują obrazy, które „wytworzyły się same” – jak mitologiczne postrzeganie grupy Perfekt, tylko dlatego, że ich pretensjonalny (w ustach starych facetów) i pokraczny tekst: chciałbym być sobą jeszcze śpiewano: chciałbym bić ZOMO jeszcze. Podkreślam: tak śpiewali słuchacze, nie zespół. Dla porównania zupełnie zapoznany jest Kaman i jego Miki Mousoleum – ale oni ze swoimi tekstami (np. „Ruski ketchup”, albo: „ZOMO na Legnickiej” czy „Brytyjscy górnicy”) nie mieli szans na jakąkolwiek bytność w mediach PRL, i zresztą nie szli tam. Ale dlaczego Solidarność nigdy nie zrobiła takiego koncertu, z takimi grupami? Tylko jakieś Boney M. – to jest straszne, co za upadek. Ludzie! Boney M. na rocznicę Solidarności to potwarz, to dywersja.

Kaman ze swoim songiem „Brytyjscy górnicy” powinien być na każdym rocznicowym koncercie Solidarności – jeśli Solidarność jest naprawdę związkiem zawodowym.

Niby mała reggae’owa piosenka, ale jaka refleksja i to dokonana kiedy – w ciemności stanu wojennego – to jest unikat, takiej piosenki – tak „związkowej” i na takim poziomie myśli – wtedy w Polsce nie było! Pamiętam jak byłem nią zaskoczony. A Solidarność sobie zaprasza grupę Daab. Albo Boney M. Trudno nawet określić, wyrazić skalę tego skandalu. Gdy o tym myślę przypominają mi się absurdalno-durne rysunki Pawła Paulusa Mazura z tamtych czasów, w nich odbijało się to uczucie uwięźnięcia w jakimś beznadziejnym ogłupieniu. Beznadziejnym, bo wyraźnie wyczuwało się, że bez względu na politykę, cokolwiek się stanie i tak ten maras pochłonie i zniweczy.
Windowana jest dzisiaj do rangi wielce opozycyjnej grupa Lombard, ale ktoś to sobie wyobraża, że Kaman w stanie wojennym śpiewał takie teksty, jak „ZOMO na Legnickiej” czy „Ruski ketchup”? W podziemiu krążyły kasety z tymi nagraniami. Kaman nie używał jakichś enigmatycznych ogólników, nie grał na jakimś domyśle, żeby cenzura przepuściła i żeby komuch mu pozwolił wydać longpleja. Kaman mówił wprost. Jeśli ktoś był pieśniarzem tamtego czasu, czasu stanu wojennego – to on.

Ruski ketchup.

Kto dowiedzieć zechce się kogo przymknie dziś SB.
Kto dowiedzieć zechce się kogo przymknie dziś SB.
Gazy buch! Babilońska maszyneria w ruch!
Gazy buch! Babilońska maszyneria w ruch!
Długo nie trzeba czekać: ruski ketchup, ruski ketchup, ruski ketchup!
Długo nie trzeba czekać: ruski ketchup, ruski ketchup, polski ketchup!

Przez już blisko 30 lat wolności tych piosenek Polacy nie słyszą w Opolu, o nie. Zbiorową wyobraźnię zasiedlać mają panie Maryla Rodowicz i Agnieszka Osiecka. Kanon – od PRL do dziś – jest pilnie strzeżony – aby się czasem myśl szczera i prawdziwe przeżycie nie przedarły. Mają Polacy żyć w tym kokonie kunktatorstwa, w tej twórczości udawanej, uchylającej się, omijającej to, co prawdziwe, co żywe i co boli, a więc mają być nasycani twórczością słabości i oszustwa z niskich pobudek, twórczością – tak! – marginesu, twórczością manowców, twórczością, która zawiodła. Ma Polaków kształtować twórczość na kolanach, łasząca się dla wpuszczenia na scenę, dla puszczenia w radio. W tym i przez to Polacy mają być wychowywani, mają być kształtowani na takich. I godzą się na to. I walkowerem oddają własny dom.
Zresztą, oglądałem w zeszłym roku festiwal opolski, tak z ciekawości poświęciłem temu trochę czasu, i nowi, debiutujący twórcy właśnie sprawiali wrażenie wychowanków tej sfałszowanej kultury – omijającej to, co żywe, przejmujące, ważne. Bo rozsypuje się cywilizacja, dzieją się rzeczy skrajne i groźne – a gdzie jest pieśń? Ich piosenki były wsobne, pojękujące, zakulone, w rodzaju: przyszłaś – łoj, wyszłaś – łojej! Ewentualnie jakieś ogólnie abstrakcyjne. Smutne widowisko. A publiczność – ta zgromadzona w amfiteatrze i telewizyjna – przyznała swoją nagrodę wykonawcy o pseudonimie Mesajah za piosenkę „Dziś robię sobie wolne”.

Tu aż trzeba wziąć oddech. Niebywałe. Jak ludzie ci są ukształtowani, jak wychowani?! Jaka jest świadomość tych ludzi, co to za dramat. A deklarują się jako w większości wierzący w Boga.
Zatem, PRL był monidłem przesłaniającym sowiecką okupację, był instalowaną pod przymusem, przemocą – implantacją, szczepką, która, niestety, się przyjęła, stała się wrostem. Czy wyobrażamy sobie, aby po II wojnie światowej partię założoną przez powiedzmy: byłych volksdojczów Polacy w wolnych wyborach wybrali do władzy? Niemożliwe. Ale po 89 roku – w latach następnych, spokojnie w wyborach powierzano losy narodu ludziom zaangażowanym wcześniej w ludobójczy plan PRL.
Po wojnie nikt nie pisał wspomnień: moja Generalna Gubernia, ale po 1989: mój PRL – owszem, rzeczy w tym stylu jest pełno.

Peerelowska kultura, była kontrolowana przez sowietów – niech sobie naiwni Polacy tam coś wyobrażają, coś tam robią. To było powlekanie kajdanek pluszem, ergonomizacja łańcuchów. Niech się naiwnym durakom coś wyobraża. I ta kultura została zakontynuowana w III RP. To dziedzictwo poskutkowało karłowatością wyobraźni, utrwaleniem owych specyficznie peerelowskich „połączeń neuronów”, utrwaleniem zetemesiackiego wyobrażenia o kulturze, zwrotnie uzewnętrznionego wybieraniem do władzy SLD – starej sowieckiej gwardii i młodszych, wychowanków Jaruzelskiego i Kiszczaka. Niestety ta estetyka się wżarła, nie było miejsca na wrażliwość i krytykę, które mogłyby uwalniać.
W opublikowanym niedawno artykule Roberta Tekieli przeczytałem: – Wasze pokolenie musi zostać wdeptane w ziemię – powiedział memu przyjacielowi, wybitnemu telewizyjnemu twórcy, 17 lat temu jeden z głównych zarządców kultury III RP. Przyjaciel, wtedy młody, ambitny, z sukcesami, po kilku latach szamotaniny zrezygnował z artystycznych planów w kraju nad Wisłą.
Mieliśmy być wdeptani w ziemię. Czemu? Jest jeden powód takiej właśnie decyzji kolonizatorów. I wynikających z niej działań transformacyjnych namiestników moskiewskiej metropolii. Moje pokolenie, pokolenie „bruLionu”, pokolenie Jarocina, WiP-u, TotArtu, Pomarańczowej Alternatywy i NZS-u, przeżyło Karnawał Solidarności, 16 miesięcy ekstatycznej wolności, od sierpnia ’80 do grudnia ’81. Transformersi wiedzieli, że zachłysnęliśmy się wolnością. Że wszyscy ludzie, którzy świadomie przeżyli ten czas, są dla nich straceni. Staliśmy się ich śmiertelnym wrogiem. A wroga trzeba wdeptać w ziemię.

Postrzegam to trochę inaczej niż Robert, mianowicie, że bardziej chodzi o tych ludzi tego pokolenia, którzy nie dali się złamać stanem wojennym. Bo transformacyjnym namiestnikom moskiewskiej metropolii było wiadome, że jeśli ktoś mimo takiej presji i zastraszenia, mimo zakneblowania, zamknięcia, beznadziei i depresji robił swoje – to nie mogą mu dać do ręki narzędzi oddziaływania, bo będzie im przeszkadzał, będą mieli z kimś takim kłopoty. Nie mogli dopuścić, by tego rodzaju ludzie stali się autorytetami, nie mogli im dać możliwości działania, wpływania na innych. I tak ludzie, którzy dla kraju wychodzącego z uwięzienia byli szczególnie cenni, ważni, którzy mogli być w tej sytuacji skarbem – zostali przeznaczeni do wdeptania w ziemię.

Stan wojenny był kolejnym z cyklu ujawnień – czym jest komuna, kim są sowieccy funkcjonariusze. Był zdjęciem masek. Kto tego doświadczył i dla kogo było to obce ciało, nie do przyjęcia, nie do zaakceptowania – dla tego nie było miejsca w III RP, ten był do wdeptania w ziemię. Podobnie zresztą nie zaproszono do Polski wybitnych postaci – naukowców, biznesmenów etc. spośród Polonii – aby pomogli szybko odbudować kraj. Oni przecież również byliby przeszkodą w zaprowadzaniu tego, co zaplanowano. Podobnie z reprywatyzacją.
W różnych analizach i ocenach stanu wojennego, nie spotkałem pewnej niezwykle ważnej kwestii. Mianowicie w roku 1980 było jeszcze aktywne pokolenie Drugiej Rzeczypospolitej. Czas Solidarności był ostatnim momentem, gdy ludzie ci mogli przekazać, spożytkować swoją wiedzę, swoje wychowanie, kulturę, to był ostatni czas, gdy wartościowe dziedzictwo II RP mogło być przekazane w sztafecie pokoleń. Mówiąc kolokwialnie, jeszcze było się o co zahaczyć. I stan wojenny i lata ciemności po nim skutecznie tę możliwość zniszczyły, bo po roku 1989 ci ludzie już odchodzili, już tamto pokolenie nie miało sił, by przekazać ten depozyt. Jakże dotkliwa zbrodnia, cicha, bezkrwawa, ale jakże dotkliwa. Dopełnienie wyroku wydanego na polską inteligencję przez hitlerowców i sowietów. Wyroku na II RP i na polską kulturę. Tym był stan wojenny.

Słynne zdjęcie symboliczne z okresu stanu wojennego -- wóz bojowy przed kinem Moskwa, w którym grano Czas Apokalipsy F. Copolli/fot. Chris Niedenthal/arch

Słynne zdjęcie symboliczne z okresu stanu wojennego — wóz bojowy przed kinem Moskwa, w którym grano Czas Apokalipsy F. Copolli. Foto: Chris Niedenthal

Wracając jeszcze do kwestii zadeptywania, dzisiaj wielu ludzi doznaje zdziwienia, gdy okazuje się, że, na przykład, tak wielu wybitnych aktorów opowiada się po stronie post-PRL. Tyle znanych nazwisk! Pomyślmy – czy ci ludzie, jako artyści – nie zauważyli tego, że coś tu jest nie tak, że oto jakaś znacząca część pewnego pokolenia jest wdeptywana w ziemię? Nie zauważyli tego przez te nieomal 30 lat, nie przeszkadzało im to przez te lata? Nie odczuwali – jakiegoś braku? Nie zauważyli w tym poważnego niebezpieczeństwa, jakiejś groźnej, niebezpiecznej straty dla kultury, dla kraju, dla społeczeństwa? Nie zauważyli – bo tak się przyzwyczaili do tej ugody z ludobójstwem? Stała się zwykłym rytmem ich codzienności i pracy? Tak przywykli do wycofywania się z prawdy? Do samoograniczania wyobraźni? Do rezygnacji z polskiej fantazji, z barwności i szerokości? I inaczej – nie dostrzegli, że prawdopodobnie mamy, jako zbiorowość, jakiś bardzo poważny problem? Nie poczuli potrzeby zbadania, zdefiniowania tego problemu? Nie odczytali go jako wielkiego niebezpieczeństwa? Może zatem nie są tak wybitnymi artystami, za jakich lubią być uważani? Niestety – wychowali wielu uczniów.

Są i inne kwestie, nie sposób o wszystkim mówić. Dodajmy tylko jeszcze – jak to możliwe, że po PRL wziętym filmem stała się produkcja o trudnych przygodach esbeków („Psy”) – z jakimiś karłowatymi bonmotami, do dziś straszącymi w zbiorowej wyobraźni? Jak to możliwe?
Jak uleczyć wyobraźnię? Jak wyjść z tego uwsobnienia PRL jako w jakimś stopniu – nas. W sensie jakoby naszego dzieła, emanacji naszych myśli, talentów, charakteru. Jako tworu ukazującego i określającego nas samych. Trzeba wyjść z tej pułapki. Dopóki będziemy nosić w sobie ten implant – ciężko spodziewać się, byśmy byli inaczej traktowani niż jak właśnie „barejowe przygłupy”, i trudno nam będzie wyjść poza ten horyzont swoim działaniem, swoimi dziełami. Może także i to stoi za masowym porzuceniem kraju przez miliony ludzi – za przekonaniem, że tu się nic nie zmieni, że jesteśmy gorsi, debilowaci. Przepraszam, nie miejsce tu na rozważania historyczne, ale w XX wieku chyba trudno znaleźć naród, który w podobnie trudnych okolicznościach tak się organizował – rok 1918, rok 1920, składanie kraju z trzech części, potem okupacja hitlerowska – armia w kraju i na emigracji, państwo podziemne i rząd emigracyjny, po wojnie ciąg różnych form sprzeciwu, odbudowa w warunkach wojny domowej, stalinizmu, sowieckiej okupacji. Kolejne sprzeciwy, organizowanie się, wydawnictwa podziemne, Solidarność. Naprawdę przekonanie o wrodzonej nieudaczności Polaków jest jakimś wmówieniem. Z pewnością jest coś, co wysiłki Polaków czyni bezowocnymi, co obraca je w klęski, problem nawracającej katastrofy – ale to jest pytanie, na które trzeba znaleźć odpowiedź. Pogląd o wrodzonej nieudaczności nie jest na to pytanie odpowiedzią.

Musimy to sobie uświadomić, że żyjemy w zainstalowanym, zaaplikowanym ludobójczym programie – traktując go jako swój dorobek. Żyjemy w tym zaimplantowanym obrazie siebie, wyobrażeniu o sobie, przeświadczeniu o sobie. W tej zaimplantowanej wyobraźni zbiorowej – jeśli chodzi o twórczość – często za użyciem naprawdę dużych artystycznych talentów, przez wywoływanie wzruszeń, wzbudzanie uczuć jak na przykład właśnie serialem „Czterej pancerni i pies” albo i w nieco inny sposób serialem „Stawka większa niż życie” – a co jeszcze współcześnie wzmacniane jest sentymentem, jaki większość ludzi ma do „krainy młodości”. Co więc splecione jest ze wspomnieniami dzieciństwa i rodziców, przyjaźni, miłości, przeżyć intensywnych, „pierworodnych”. Ze wspomnieniem atmosfery domu, a więc uruchamia bardzo silny „podprogowy” zespół uczuć, emocji, taki „wtulny”, w który chciałoby się wtulić. I zauważmy jak perfidnie przez te 27 lat było to wykorzystywane, jak – zdawałoby się jakoś zupełnie bezsensownie – wciąż te seriale, filmy były powtarzane. Do dzisiaj są stale obecne w mediach.

W dodatku te ówczesne filmy były tworzone w odwołaniu do wstrząsu II wojny światowej, więc do przeżyć niezwykle silnych, mocno rezonowały. Temat II wojny światowej był osią twórczości tamtych czasów. Oczywiście tamte dzieła fałszowały jej obraz, były używaniem związanych z nią emocji do przerabiania ludzi, więc były łajdacką manipulacją na szczególnie wrażliwej, odkrytej, drżącej tkance, w ten sposób uzyskiwały siłę oddziaływania. Dla porównania filmy czasu III RP, które mówiły o okupacji sowieckiej powstawały z wielkim trudem i co tu ważne – późno (np. „Czarny czwartek” pana Antoniego Krauze). A o żołnierzach podziemia niepodległościowego właściwie poważne dzieła jeszcze nie miały szansy powstać. Poważne, czyli wznoszące się na poziom ogólnoludzkiej refleksji. Dopiero wchodzimy na poziom pierwszy – odzyskiwania historii.

Zatrzymując się jeszcze przy „Czterech pancernych” – jakże wzruszaliśmy się sceną, gdy partyzant West rozpoznaje w Janku Kosie swojego syna. Jaki był tam też przykład pięknej współpracy polskiego partyzanta z pancerniakami z brygady im. Bohaterów Westerplatte i oczywiście z bratnią Armią Czerwoną. Wiemy jak te relacje wyglądały naprawdę, ale raczej mało znany jest fakt, że brygada czterech pancernych po zakończeniu wojny brała udział w zwalczaniu oddziałów Armii Krajowej na Podlasiu. Dla przykładu jeden z meldunków dowódcy:
Zgodnie z rozkazem Dowódcy 1 Dywizji Piechoty 1 polska Brygada Pancerna dnia 23 VII 1945 r. przeprowadzała operację w celu likwidacji band „Tura” [Zygmunt Kamiński] i „Młota”[Władysław Łukasiuk] pod kierownictwem „Szumnego” [Teodor Śmiałowski]. Dnia 24 VII 1945 r. Brygada Pancerna zajęła podstawowe pozycje wyjściowe w celu rozwinięcia natarcia wyłącznie na Sokołów Podlaski, Zaniecyn Bielany, Kowiesy, Podnieśno włącznie Suchożebry (…) W ukazanym kierunku posuwał się Baon Zmotoryzowanych Fizylierów i 1 Batalion Czołgów (…) 25 VII 1945 r. resztki bandy wykryto w m. Korczew, które próbowały jeszcze się utrzymać prowadząc ogień, gdzie w końcu zostały wzięte z bronią i amunicją. Przedłużając wykonanie zadania kompania przeciwczołgowa spotkała się z bandą „Szumnego”(…). W wyniku zawiązanego boju został zabity komendant okręgu „Szumny”, bandyta „Jesion” (nazwisko nieznane), ranny adiutant „Szumnego” „Zdzisiek” (Jabłoński), bandyta „Deoniza” (Cykjan) uczestnik bandy […]. W dalszym ciągu przedłużając wykonanie zadania, dnia 26 VII 1945 r. zatrzymano 53 osoby podejrzane, z których 18 po ściśle dokonanym zbadaniu ich dokumentów okazało się jawnymi członkami bandy AK. Za okres operacji Brygada Pancerna wzięła: 70 bandytów AK z bandy „Tura” i „Szumnego” oraz „Młota”.

Przez kilkadziesiąt lat Polacy byli pod urokiem pięknej ballady o pancernych, o deszczach niespokojnych i o tym jak to pancerni powracają wierni po wiosenny bez. Psa nakarmią, w piecu napalą. Jakie piękne i jak wzruszające kłamstwo.

Kto był autorem słów tej pieśni? Pani Agnieszka Osiecka. Przywołałem wcześniej nazwiska dwu pań, Maryli Rodowicz i Agnieszki Osieckiej, i może to zabrzmiało niezrozumiale ostro. Zresztą nie chcę kogokolwiek publicznie krytykować, i raczej interesują mnie problemy, a nie formułowanie jakichś personalnych zarzutów. Rzecz w tym, że politycy aktualnie rządzącej opcji, niosący na sztandarach wielką zmianę uczynili gwiazdą sylwestrowego koncertu publicznej telewizji panią Marylę Rodowicz, a Ministerstwo Kultury przyznało grant w wysokości blisko 300 000 złotych na festiwal pani Agnieszki Osieckiej. Żeby było całkowicie jasne – nic mi do pani Maryli Rodowicz, niech sobie śpiewa jeśli chce i ile chce. Idzie o rzecz zupełnie inną, o to, że sprawami kultury w Polsce zawiadują ludzie niekompetentni, nie rozumiejący kultury, nie rozpoznający głównych problemów polskiej kultury – w tym: owego wdrukowanego programu ludobójczego, który jest – tym razem za ich poparciem kontynuowany. Zapewne mają odpowiednie wymagane dyplomy i zapewne wiedzę, ale niestety nie rozpoznają tego, co najważniejsze, nie mają na to słuchu. To jest niezwykle dramatyczne.

W latach sześćdziesiątych pan Józef Mackiewicz napisał tak: jestem osobiście jedynym bodaj wyjątkiem, który nie uważa literatury PRL-u w jej całości, za literaturę, i w tradycyjnym, i w ścisłym znaczeniu: polską. Podobnie jak nikomu nie przyszłoby nawet do głowy przed wojną literaturę sowiecką – nawet tę z okresu leninowskiego NEP-u, która cieszyła się o wiele większą swobodą, niż dzisiejsza „peerelowska” w komunistycznej Polsce – nazywać „rosyjską”. Termin byłby wówczas zgoła niezrozumiały. Literatura rosyjska, to była ta sprzed rewolucji bolszewickiej, plus jej kontynuatorka na emigracji. Pod Sowietami zaś powstała: sowiecka, jako całość; choćby poszczególne książki traktowały o dziecinnych zabawach, czy zawiedzionej miłości. (…) Sprawdzianem każdej literatury jest, moim zdaniem, jej szczerość. Komunista piszący w wolnym świecie, jeżeli nie jest wyjątkowo funkcjonariuszem, lecz, załóżmy, szczerze wypowiada swe komunistyczne poglądy, należy niewątpliwie do całości literatury narodowej swego kraju. Natomiast nie tylko komunista, ale i nie-komunista piszący w państwach komunistycznych, tzn. podlegający i fizycznej, i psychicznej reglamentacji, ustanowionej przez ustrój komunistyczny, nie należy już do literatury swego kraju, lecz do literackiego typu temu krajowi narzuconego.

Od czasu tej refleksji upłynęło wiele lat, i tamte sprawy w PRL poszły wiele dalej i głębiej. Prócz rzeczy o których mówiłem już – artystów, którzy chcieli być uczciwi, nienawidzących fałszu, dotykała depresyjna niemożność tworzenia, poczucie bezsensu tworzenia – wobec życia w więzieniu, w poddaniu mordercom, z kneblem w ustach, ze świadomością odcięcia od prawdy, bez nadziei na normalną wymianę myśli, na kontakt ze światem, wobec horyzontu beznadziei i przeżywając załamanie w ogóle sensu życia. Jeśli w ogóle tamtą sytuację można określać kategorią kultury, byłaby to kultura redukcji, tępo mieląca życie, wszelką swoistość i szlachetność polskiego charakteru, redukująca do sowietyzmu. Ludobójczy program – to nie o to chodzi, że była cenzura, czy jakaś wredna polityka kulturalna, czy propaganda, to tylko podzespoły tego en bloc mielenia charakteru, wyobraźni, tego wdrażania do redukcji, do stanu bez wiedzy, do upokorzenia, kompleksu i desperacji, do skarlenia i wyznaczenia takiej perspektywy pokoleniom i wychowywania do niej. I w tym mieliśmy na niech-żyje-balu ściskać kamyk zielony – wszystko niedorzeczne, smętno pretensjonalne, nieznośne. To miała być nasza poetycka wyobraźnia, nasza głębia i nasz wzlot, nasz socjalistyczny charme i sznyt, z tym do świata mieliśmy się wystawiać. Tego były pełne radia, telewizje i festiwale. A pamiętajmy, pamiętajmy przy tym ten kontekst wciąż zawieszonych w powietrzu wielkich pytań – na ziemi namiękłej krwią, po Auschwitz i w cieniu laboratorium profesora Spannera itd.

Ale, ale właśnie, bo pojawiła się pewna postać, która w tym wszystkim swoją twórczością i kulturą podjęła twórczo najlepsze tradycje dwudziestolecia międzywojennego, czyli polską kulturę. Śpiewała utwory poetów tamtej epoki, i współczesne korespondujące z nimi, ale co ważne tu, również wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Wprowadziła je brawurowo na komunistyczny salon, ustawiła – względem otoczenia – niedosiężnie wysoko i nadała status ponadczasowego. Dlaczego to ważne? Bo tak uwydatniony wielki ton tej poezji publicznie wracał szlachetność ludziom uznanym i przez hitlerowców i przez komunę za bandytów, a werbel i męskie „wojskowe” murmurando w jednej z pieśni – wracały im status żołnierzy. A pamiętajmy, że po Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, w pięć lat po jego śmierci, w roku 1949 przyszło UB aby go aresztować. Nie jest też trudno zauważyć, że głośny debiut pieśniarki, o której tu mówię, miał miejsce w roku 1963, w czerwcu, a cztery miesiące później zginął w walce, właściwie został zamordowany bo nie dano mu szansy powrotu do życia, ostatni żołnierz podziemia niepodległościowego. Więc symbolicznie było to jakby podanie pałeczki w sztafecie. A teraz pytanie: dlaczego ekipa polityczna wielkiej zmiany nie dostrzega tego, co przecież tak bardzo jest w ich paradygmacie, dlaczego łożą publiczne pieniądze na festiwal pani Agnieszki Osieckiej, a nie powołują i nie fundują festiwalu pani Ewy Demarczyk? Oczywiście chodzi tu nie o samą osobę pieśniarki, ale o środowisko w którym ta twórczość wyrosła, o kompozytorów, muzyków i o sam przykład szlachetnego podjęcia tamtej kultury w tak obrzydliwych przecież okolicznościach. Czy nie to powinno być przywoływane ku nauce, ku pamięci? Także, patrząc szerzej: przecież powinno nam wszystkim chodzić właśnie o kulturę, nie o kłamstwo. Od kultury może się zacząć Rozmowa, od kłamstwa najwyżej sprostowanie. Nie ma czego sponsorować.

Niedawno, dosłownie jakieś dni temu, bilansowano wyniki mediów, ogłoszono wielki sukces publicznej telewizji, znany serial miał ponad 6 milionów oglądalności, a drugim najchętniej oglądanym programem była jakaś relacja sportowa. Świetne wyniki miały programy informacyjne i następne jakieś seriale. Ogólnie zachwyt. Ludzie lubią. Ale właśnie w tym rzecz, że skoro na powszechnym guście ciąży zainstalowany skutecznie program ludobójczy, to koncentrowanie sił na najskuteczniejszym wpisywaniu się publicznych mediów w ten gust jest katastrofalnym nieporozumieniem. Bo jesteśmy w katastrofalnej sytuacji – miliony aktywnych ludzi na emigracji, stan kolonii, realne potężne zagrożenia. A więc media publiczne powinny być skupione, podejmować wszelkie wysiłki, by ratować z tej sytuacji, a nie utwierdzać jej!
Mówi się o repolonizacji mediów, ale przecież problem jest zgoła w czym innym – problemem jest dlaczego miliony, miliony Polaków niczym intubowane gęsi bezwolnie, bezrefleksyjnie chłoną aplikowany im przez owe niepolskie media preparat! O, to jest problem! Czemu tak wielu ludzi patrzy w te obrazki – widzą, że są kłamstwem, ale kupują to?! Świadomemu narodowi/społeczeństwu nie szkodziłyby obce media – one by po prostu zbankrutowały. Nikt by ich nie konsumował i tyle. To jest problem. I w takiej to sytuacji publiczne media szczycą się pasieniem na tym tak dramatycznie, z ludobójczym zamysłem sformatowanym powszechnym guście!

Nie dokonanie wymiany w mediach po 1989 roku, nie tylko utrzymało problem, ale go pogłębiło, bo dokonywano tych samych operacji – ale już nie było tej bariery obronnej, którą ludzie mieli względem mediów w PRL, o których wiadomo było powszechnie, że kłamią, że są narzędziem manipulacji. Po 1989 obraz przez media przedstawiany uchodził za obraz nas, za wyraz tego kim jesteśmy naprawdę – skutki są katastrofalne. Nie tylko chodzi o zmanipulowany obraz zmian politycznych i „przekształceń własnościowych”, to jest dużo głębsze.

I gdy po objęciu mediów przez ludzi obecnie rządzącej opcji okazało się, że wracają oni do programów i gwiazd PRL – oczy przecierałem ze zdumienia. To było nieznośne widowisko, nie do wiary – jak to możliwe! Przecież podstawowym celem misji mediów publicznych w Polsce powinno być uwolnienie Polaków od ludobójczego implantu, na nowo zdefiniowanie naszej kultury, odnalezienie siebie, prawdy o sobie, swojego prawdziwego charakteru.
W PRL Polacy mieli wielkie zamiłowanie do książek, książkami handlowano na bazarach – i nagle to tak zginęło? I jako zjawisko pokoleniowe, i jako cecha charakteru narodu? Nie wierzę jakoś. Przy czym, rozumiemy przecież, że nie chodzi mi konkretnie o zamiłowanie do książek, te nośniki się zmieniają, ale o zamiłowanie do kultury.

Mamy nieprzebrane skarby, w naszym kraju pod każdym kamieniem kryją się historie – niebywałe, porażające, piękne. Każde z polskich miast ma historię na hollywoodzkie produkcje, to jest nieprzebrane bogactwo. A tu ambicją publicznej telewizji jest oglądalność „M jak miłość” i relacji sportowych…
Ale i nawet ten tak zwany lay-out publicznej telewizji, ten jej projekt plastyczny i scenografia, już sama ta forma jest wychowywaniem w kompleksie, jest wtórna, nietwórcza, powtarzana za kimś, zgapiona. Już w tej formie zawiera się przekaz: znajcie swoje miejsce w szeregu. A przecież jest w Polsce mnóstwo utalentowanych artystów, świetnych, którzy umieliby zrobić tę formę telewizji piękną. Ja sam mogę z marszu wskazać ludzi, którzy zrobiliby to świetnie – wymienię choćby pana Pawła Jarodzkiego i ogólnie środowisko grupy Luxus, pana Bogdana Kubata, znakomitego malarza, środowisko grupy Praffadata… mógłbym wyliczać dalej, a naprawdę wymieniam tylko spośród ludzi, których znam a co do których mam pewność, że zrobiliby to świetnie. A takich artystów w Polsce jest z pewnością wielu, wielu.

Czy kogokolwiek stać by było – nie mówię o pieniądzach – na zbudowanie od nowa polskich publicznych mediów? Czy jest ktoś, kto ma świadomość tego, o jakie i jakiej wagi sprawy chodzi i czy umiałby to przeprowadzić? Oczywiście to jest zadanie dla zespołu ludzi. Czy którąkolwiek z opcji politycznych stać na to – inaczej: czy klasa polityczna w ogóle, jest do tego zdolna? Jak to zrobić?

Dopełnijmy nakreślony obraz jeszcze jednym przykładem niszczycielskiego wdruku skutecznego od dziesiątków lat. Postać kapitana Klossa i jego przygody były inspirowane zupełnie niebywałą historią, dokonaniami pana Kazimierza Leskiego, który, między innymi, w przebraniu hitlerowskiego generała wizytował sztab feldmarszałka von Rundstedta i przejął plany Wału Atlantyckiego! Oczywiście czyny Klossa nie mają tego wymiaru i klasy i są ukradzione – bo przecież Kloss jest agentem sowieckim. A pan Leski był w PRL prześladowany, torturowany, dwukrotnie skazany przez komunistów spędził 10 lat w więzieniach. Możemy sobie wyobrażać jak się czuł widząc swoje dokonania przypisane sowietom i używane do manipulowania Polaków. I zamiast w tak zwanej wolnej Polsce oddać sprawiedliwość panu Kazimierzowi Leskiemu (zmarł w roku 2000) i nakręcić film o nim – to, nie dość, że za jego życia nie zrobiono tego, to jeszcze artyści III RP zrobili sequel „Stawki większej niż życie”! Z własnej woli, własnym staraniem, za własne pieniądze Polacy pociągnęli dalej tę manipulację. No ewenement, żeby jakiś naród sam sobie robił coś takiego. Żeby dla zabawy wdeptywał w ziemię własnych bohaterów, ich chwałę przypisując tym, którzy ich prześladowali, torturowali i mordowali. Tak dla zabawy konwencją. Naprawdę – brak słów, którymi można takie postępowanie nazwać. To jest przykład owego wrostu ludobójczej antykultury, uznania tego preparatu za kulturę, uwsobnienia jako kultury swojej. Mówimy o ludobójstwie w szerokim znaczeniu, według definicji Rafała Lemkina.

Kwestia niezwykłych losów i czynów pana Kazimierza Leskiego i tak wielu innych zupełnie niebywałych polskich bohaterów – nie ogranicza się tylko do oddania im sprawiedliwości i do przywrócenia ich zbiorowej świadomości, ta kwestia ma ileś poziomów i trudną do przecenienia wagę. Bo przede wszystkim są to prawdziwe doświadczenia, z badania których można wyprowadzać refleksję i co do naszej sytuacji, naszego narodowego charakteru i co do przyczyn owego popadania wciąż w tak skrajne nieszczęścia; ale też refleksję o człowieku w ogóle, o człowieczeństwie. Owe niezwykłe czyny, owa determinacja i bohaterstwo tych ludzi, zakreślające jakieś zdumiewające skale zdolności człowieka, ta skrajność przeżyć, doświadczeń w jakie człowiek decyduje się wejść z własnej woli! – one przez to są tak ważne, że właśnie nie są fikcją, a prawdziwym życiem. Takiej wagi, takiej wartości nie ma – choćby najudatniejsza fikcja. Dotykamy prawdy, dotykamy tego „mięsa” życia. Przerabianie takich historii na fikcję, używanie ich jako pretekstu do zabawy jest bardzo poważnym artystycznym błędem. Oczywiście w naszej, tak szczególnej sytuacji błędem jeszcze o wiele poważniejszym, bo szczególnie nas nie stać na tracenie czegokolwiek, co może nas przybliżyć do odpowiedzi. Co może coś ważnego powiedzieć nam o nas samych i o naszej sytuacji. Powtórzę, co już mówiłem, kultura jest uprawą, to jest ochrona życia, to jest dbanie o życie, pielęgnacja życia.

Zatem – peerelowska kultura była skłamana. Powstawały jakieś dzieła, owszem, ale jednak czy to nas wyrażało, czy to było tym, co stworzylibyśmy żyjąc po wojnie w wolnym kraju? Nie! Nie powstały dzieła najważniejsze, najbardziej potrzebne, prawdziwe. Zabrakło prawdziwej refleksji, została uniemożliwiona, zablokowana. Mnóstwo ludzi tułało się na emigracji. Wielu nie mogło odegrać roli, jaką mogliby odegrać. A przecież inny był też wtedy, zaraz po wojnie ogólny klimat do rozmów, do załatwienia tych różnych spraw, nikomu przez usta nie przeszłyby wtedy jakieś: polskie obozy. I tak cały obszar doświadczenia, historii, kultury, możliwej refleksji – został wymazany, zgłuszony. Ale teraz, dziś skutkuje to też sytuacją, klimatem, w których można nas – w tym sensie ułomnych, nie stojących dobrze na nogach – definiować jako nazistów mniejszych, a to jest gębą tym większej podłości, bo naziści to zło wcielone – więc wydaje się: jakiś charakter – a nazistowski pachołek to wyjątkowej małości płaz, wyjątkowa kreatura. W przypadku naziola mniejszego nie ma czego rozważać, nie ma miejsca na refleksję. To jest wyłącznie wzbudzający odrazę obiekt pogardy.

No i właśnie – czyż nie powinniśmy stanąć wobec pytania czemu co i rusz na nas, na Polaków od 300 lat spadają niewola i rzeź? Poniżenia i eksploatacja? I o tym należy myśleć. To powinien być główny temat dyskursu dzisiaj.
Oczywiście to jest nie tylko ołowiany bagaż, bo przeciwstawienie się przez nasz naród w jednym momencie dwu najstraszniejszym totalitaryzmom świata, na co nie poważył się nikt, doznanie tego skutków, czytać możemy jako unikatowe doświadczenie – szczególną naukę. Ale też, uwaga, przecież nie chodzi o to, by się tym upajać i dopisać to do mitu swojego męczeńskiego posłannictwa, bo pozostaje oczywistym kluczowe pytanie: dlaczego znaleźliśmy się w takiej sytuacji? I to właśnie powinno być w centrum dociekań i refleksji. Tu nie można spocząć na „laurach męczeństwa” – w poczuciu „świętej krzywdy”. Bo to też obezwładnia a przede wszystkim: czy jest prawdą?

Trzeba też wyjść poza materialistyczne pojmowanie historii i jego obezwładniający argument geopolityczny – jakoby takie mamy położenie geopolityczne i tyle, możemy być tylko klientami, albo niewolnikami. To zaiste nastraja podle – chce się stąd wyjechać. Tyle, że nie można jednocześnie mówić o Bogu i o geopolityce. W starożytności wokół Izraela wyrastały potęgi ówczesnego świata, ale kiedy Izrael wygrywał, a kiedy spadały na Izrael nieszczęścia?

Oczywiście trzeba wyjść z bluźnierczego przypisania sobie roli „Chrystusa narodów”, odrzucić tę straszną bluźnierczą uzurpację, także postrzeganie siebie jako narodu cierpiącego za innych, narodu nieustannej ofiary i specjalnej misji

– jakim to uwiedzeniom łatwo ulec za przyczyną bezdennej rozpaczy, za przyczyną porażenia odbierającym rozum nieszczęściem i poniżeniem. Poza tym, tak w ogóle, nim się podejmie jakiejś misji trzeba – zdaje się – najpierw rozpoznać swoje sprawy, zrobić ze sobą porządek. Ale, oprócz tych rzeczy opisanych, po 1989 roku były też kwestie nowe, które Polaków zdezorientowały, zmyliły i pozbawiły siły działania. Generalnie można je nazwać fałszywą definicją rynku. Zacznijmy od tego, że tzw. wolny rynek nie jest wynalazkiem nowożytności, nie wynalazł go nowożytny myśliciel, uwolnijmy się od tej anglosaskiej baśni. W Biblii, w Drugiej księdze królewskiej (rozdział 6, od wiersza 24) jest opis oblężenia Samarii przez wojska Ben-Hadada, króla Aramu. Zachęcam do przeczytania, znajdujemy tam „klasyczny przykład funkcjonowania wolnego rynku”. Po prostu rynku, takie właśnie nie regulowane wzrosty i spadki cen w zależności od okoliczności są zwykłą właściwością rynku – pojęcie wolnego rynku jest tautologią. Ma ono zapewne sens współcześnie, gdy funkcjonują różne odmiany rynku, rozbudowana jest ekonomia, jako nauka, ale owa wolność jest zwykłą właściwością rynku, pewnie równie starą jak wymiana handlowa.

Drugą kwestią, dużo poważniejszą jest materialistyczna, ewolucjonistyczna definicja rynku (wolnego). Czyli przekonanie, że bezpardonowa, bezwzględna walka każdego z każdym prowadzi do ogólnego rozwoju i dobrobytu. Że zatem poszczególne egoizmy sumują się w ogólne dobro i rozwój. Na miejscu byłoby tu pytanie do ekonomistów i matematyków – czy egoizmy w ogóle się sumują? No cóż, nie! Nie sumują się, i mamy tu elegancki przykład zbieżności teorii z praktyką, bo wyczytujemy to z definicji egoizmu i obserwujemy w rzeczywistości. Można przytoczyć mnóstwo przykładów na niszczenie rozwoju i dobrobytu walką egoizmów – na przykład wykupowanie i blokowanie wdrażania wynalazków, ze względu na własne interesy, którym mogą one zaszkodzić. Ale przykładów jest mnóstwo, wspomnijmy chociaż domowe urządzenia z „wbudowaną awarią”, mające się zepsuć w odpowiednim czasie, korzystnym dla producenta. Klasykiem jest zwykła żarówka, której żywotność jest ograniczona na skutek po prostu zmowy producentów. Bo ludzie potrafią robić żarówki, które działają sto lat i więcej, znany i opisany jest taki przykład.

Ale teraz – nie jest rzecz w tym, aby wymyślać i wdrażać jakiś idealistyczny system, chodzi przede wszystkim o to, że czym innym jest wiedzieć – mieć świadomość, że ten świat jest pogrążony w złu i że ludzie kierują się egoizmami, a czymś zupełnie innym jest powiedzieć, że egoizmy są dobre, że są pozytywną, budującą siłą, twórczym dynamizmem budującym społeczeństwo. To kuriozalny absurd, jak można w coś takiego uwierzyć, jak można coś takiego podawać za prawdę? Jest to nieprawda, a skutki jej są opłakane, bo owa nieprawda demoluje sumienia i życie, jest po prostu uprowadzeniem.

Dłuższy czas nie mogłem pojąć jak to możliwe, że tzw. postkomuniści znaleźli wspólny język z liberałami – zwolennikami wolnego rynku? I to tak gładko, tak sprawnie. Nie mogłem się temu nadziwić. Aż wreszcie dostrzegłem, że i komunizm i tak pojęta idea wolnorynkowa mają wspólną podstawę – ewolucjonizm. Komunizm realizował teorię ewolucji pod postacią walki klas, a ewolucjonistycznie zdefiniowana koncepcja wolnego rynku – pod postacią wojny każdego z każdym. Rozumieli się świetnie – grabić nie patrząc na nic.

Pytanie jest w tym, jak możliwe było, aby takie idee – dobroczynnego egoizmu – wdrożył taki ruch jakim była Solidarność. Mamy uważać, że to kwestia dojrzałości robotników, którzy zgodzili się na możliwe ciężkie przejścia, mając świadomość, że taka jest droga do uzdrowienia gospodarki, że taki jest twórczy, rozwojowy porządek życia. Taki mechanizm życia. Musimy zapytać – jak to możliwe, że wdrożono takie myślenie pod opieką Kościoła?
Wystarczy przeczytać księgi Mojżeszowe, by zobaczyć ile jest w nich przykazanych różnych zabezpieczeń, aby przez jakieś ekonomiczne zaszłości nie doszło do – nazwijmy to – rozkładu, zniszczenia, zaburzenia całej społeczności.

Nie sposób tego wszystkiego rozważyć tutaj, ale zauważmy jak Polacy zostali obezwładnieni tymi ideami, ową fałszywą definicją rynku i jej konsekwencjami. Mieli nie myśleć o całości, skupić się na sobie, co też trafiło na wielce podatny grunt po latach komunistycznych kłamstw, ideologi która instrumentalnie używała wspólnotowych haseł, ideałów pracy społecznej i wspólnych starań o wspólne dobro. Ludzie nareszcie mogli po prostu zająć się sobą, i to uśpieni przekonaniem, że im skuteczniej będą realizować swoje egoistyczne cele tym ogólnie będzie lepiej. No ale w tym czasie przede wszystkim nie pilnowani grabieżcy mogli spokojnie zrealizować swoje zamysły. Niszczyć, grabić i wyprzedawać na lewo dachówki i instalacje z naszego wspólnego domu. Niszczyć perfidnie – aby rozproszyć duże i wprawione we wspólnym działaniu społeczności – jak Stocznia Gdańska, niszczyć realizując obce zamówienia i po prostu z zemsty – gdy pamiętamy tzw. testament Rakowskiego. Zauważmy jak łatwo było obezwładnić tak wielkie siły, jaką rolę w tym odegrała fałszywa definicja wolnego rynku. Oczywiście nie uogólniam i nie pakuję wszystkich do jednego worka.

Więc tak, u władzy, kontrolujący sytuację – tak zwani postkomuniści i ich różne klony i przyrostki; media przytrzymane, dyskurs zablokowany, zwajchlowany, oporni zadeptywani, szkoły powielające peerelowski genotyp, ludzie aktywni wypychani na emigrację. No taki się jawi obraz Polski po upadku komunizmu. Dobrze, i teraz wreszcie – wracam do Pańskiego pytania, do kwestii Totartu – jak oto w takich okolicznościach polecać komuś jako dzieła lub „artystyczną wielkość” coś tak ufundowanego na rozpaczy i desperacji – takie miotanie się? Choćby i było poszukiwaniem. Robić z tego muzeum? Czy tego potrzeba? Jaka by z tego miała wynikać lekcja? Do czego to potrzebne?

Poza tym na naszą działalność składało się wiele improwizowanych działań, często robionych jak się dało w tamtej sytuacji. Także i z tego względu trudno by było zrobić muzeum, bo nawet gdyby zgromadzić ileś artefaktów, to istota rzeczy była w czym innym.
Tworzenie enklawy przyjaźni w totalitarnym otoczeniu, wynajdywanie przyjaciół podróżując po kraju, organizując wspólne działania – to był stan specyficznej determinacji – jak coś takiego oddać? Właściwym byłby tu raczej film, ale z kolei tego chciałbym uniknąć, bo nie chcę wracać do brudów, do rozpaczy. Po co to pokazywać, przywracać do życia. Chyba – jako moralitet, albo przestrogę?

Fotokopia rysunku Pawła Paulusa Mazura. 1989 rok. Źródło: archiwum artysty

Fotokopia rysunku Pawła Paulusa Mazura pt. „Stul koparę!”. Gdańsk. 1989 rok. Źródło: archiwum artysty


Oczywiście powstały w tym wszystkim jakieś rzeczy ciekawe. Na pewno ich bogate i usystematyzowane archiwum mają Joanna Kabala i Andrzej Awsiej – współtwórcy Totartu, aktualnie na emigracji w Holandii. Od ich przystąpienia do grupy można mówić o wyłaniającym się stylu działań i prac plastycznych. Na pewno zbiór duży różnych artefaktów i dokumentów ma Paweł Konnak, coś ma Paweł Mazur. Najciekawsze zdjęcia ma Arkadiusz Drewa, także Jacek Piotrowski. Dzięki panu Robertowi Jaroszowi Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie robi archiwizację Totartu, w tym roku ma być jej premiera. Powstające w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej jest wstępnie zainteresowane jakimiś zakupami. Mówiąc szczerze nie jestem w te kwestie zaangażowany. Swoje zbiory i archiwum zniszczyłem odcinając się od tamtych działań. Ale współcześnie, męczony wykrzywianiem ich obrazu, napisałem esej „Co to była sztuka totalna?”. Na razie opublikowany został we fragmentach, w stanie jeszcze nie ukończonym, w jednodniówce z okazji 30 rocznicy powstania Totartu i przez portal Się myśli.

Istotne raczej byłyby „punkty dojścia”, z jednej strony wspomniana wcześniej refleksja o sztuce, z innej strony obserwacje rzeczywistości, wyczuwanie rzeczywistej natury ówczesnych przemian. Może przez to, że byliśmy tak aktywni, jeździliśmy po Polsce, utrzymywaliśmy wiele kontaktów, nasza świadomość tego, co się odbywa była dość spora.

Gdy ogłoszono przygotowania do Okrągłego Stołu przeprowadziłem dla austriackiego pisma Profil wywiad z panem Andrzejem Gwiazdą. Oczywiście o Okrągłym Stole wypowiadał się zdecydowanie negatywnie. Mówił: po co przystępować do rozmów z komunistami, skoro zaraz będą musieli po prostu oddać władzę. Czy mógł coś zrobić? W czasie rozmowy wskazał na powieszony na gwoździu przy drzwiach wejściowych tasak i powiedział: nie wiadomo, którzy pierwsi przyjdą. To były mocne przeżycia.
Ale też przed wyborami prezydenckimi, w których kandydował Lech Wałęsa – realizowaliśmy wtedy program Brulion tivi – przygotowywaliśmy wywiad telewizyjny o sprawie Bolka, ale osoba, która miała o tym opowiedzieć wycofała się wtedy z wystąpienia przed kamerą.

Na początku lat dziewięćdziesiątych redagowałem dział w „Tygodniku literackim”, gdzie publikowałem artykuły i twórczość głównie naszego środowiska. Z czasem w zespole narastało napięcie i chciano nas stamtąd wyrzucić. Wtedy, wiosną 1991, roku doszło do rozmowy redakcyjnej, przytoczę jej wybrany fragment:

„Robert Tekieli: – Niby jest OK – kto ma pieniądze, ma informację, jest najsprawniejszy. Ale u nas to nie jest efekt wolnej gry o te pieniądze, tylko zaszłości historycznej: swego czasu to komuniści ukradli pieniądze społeczeństwu. Ponadto brak „tkanki społecznej”, nie ma silnych stowarzyszeń, ba, tradycji stowarzyszeń. Ludzie nie wiedzą w jaki sposób można oddziaływać na państwo. Będzie niewesoło, jeżeli nie powstanie w tym kraju ruch, który będzie za pomocą metod „okołosystemowych” takich jak referenda, przeciwdziałać najdrastyczniejszym ograniczeniom wolności. (…)
Janusz P. Waluszko: – Jest jeden jedyny przypadek referendum, którego w dodatku nikt poważnie nie potraktował, mimo zdecydowanej woli społeczeństwa – myślę tu o Żarnowcu. I jak tu mówić o demokracji. Jeżeli forma referendum nie jest traktowana poważnie, to ludzie mają już tylko jedno wyjście – bomby. Czy o to chodzi? To jest przecież nonsens. Czy oni mają się zorganizować w armię zbrojną, która pokona armię zbrojną tego państwa…
Zbigniew Sajnóg: – Ale Jany, nie mów tak, bo zaraz powiedzą, że to my chcemy wieszać. Kiedy uprzedzamy o zagrożeniach nikt nam nie wierzy. (…)
Efektem tego wszystkiego, o czym mówiliśmy dotąd jest to, że ludzie w wieku aktywnym przebywają w „stanie wyjeżdżam”. (…) Ci ludzie, którzy decydują dziś o tych wszystkich sprawach w tym kraju, doprowadzają do tego, że w pewnym momencie przyjdzie taki dzień, kiedy już po prostu reszta powie: „do widzenia, mamy was gdzieś”.
Janusz P. Waluszko: – Przecież oni już to mówią.
Zbigniew Sajnóg: – Tak, ale powiedzą to aktywnie, być może zdarzy się tak, jak się zdarzyło w Rzymie starożytnym, kiedy plebs rzymski sobie po prostu wyszedł z miasta. Słuchajcie, to jest paranoja! Spełniło się największe marzenie, ten orzeł w koronie, absolutna wolność… a człowieka już to nie obchodzi.
Społeczeństwo się rozwarstwiło. Jedni wyjechali, wśród pozostałych są trzy podgrupy: ci, którzy kręcą tym układem, ci którzy są kręceni czyli tak czy inaczej w nim uczestniczą i ci, którzy zalegli. I nimi nawet już się nie da kręcić. Do tej pory istniała tylko opozycja tych, którzy wyjechali i tych, którzy pozostali. Teraz pojawił się trzeci stan, to są ludzie z grupy „wyjeżdżam”, ludzie którzy zrezygnowali ze wszystkiego tutaj i bardziej lub mniej konkretnie, przeważnie jednak mniej, projektują swój wyjazd. I mówią: ja za dwa lata wyjeżdżam do Australii. To nie jest nawet emigracja wewnętrzna. To jest stan permanentnego wyjazdu. Niemożność pozostania, niemożność wyjazdu. Ja osobiście też przebywam w „stanie wyjeżdżam”. Taka jest prawda.

Ci ludzie żyją tutaj i jednocześnie ich tutaj nie ma. Oni mówią ta: robicie wybory, a co z waszymi wyborami. Jak tam wam reforma idzie? Był taki eksperyment psychologiczny: dwie małpki zamykano w klatce i rażono prądem. Jedna małpka miała do dyspozycji przycisk, który pozwalał odłączyć prąd. Druga nie miała tego przycisku. Po trzech miesiącach ta, która miała przycisk zmarła, a tamta żyła dalej. Tak to się kończy, jak się komuś stworzy pozory wpływu na sytuację.

[Ariergarda narodowej kultury. Waldemar Gasper, Robert Tekieli, Janusz P. Waluszko, Paweł Konnak, Zbigniew Sajnóg. „Tygodnik literacki.” 5 – 12 maja 1991.]

W tamtym, mniej więcej, czasie opublikowałem w tygodniku ten oto epigram:

To już dobranoc.

To już po Rapallo
bawcie się chłopczęta,
po berku najważniejsza gra jest
w prezydenta.

To myślę jest ciekawe, jak to jest że człowiek miewa taki nazwijmy to: wgląd, że przecież nie wiedząc, w sensie: nie mając dokumentów, jakichś konkretnych danych, jednak coś wychwytuje. Przecież diagnozy o kondominium postawiono wiele lat później, kilkanaście, blisko dwadzieścia. Skąd to przekonanie, ta wiedza w 1991 roku, że już jest po Rapallo, z tym poczuciem, z tym czytaniem, że to już jest „po wszystkim”? O takich rzeczach warto rozmawiać, jak to jest, że zdarzy się: człowiek coś wie.

Trzeba bardzo uważać na ego. Myślmy normalnie – nie uwielbiamy hydraulika, który dobrze wykona swoją pracę. Owszem, cieszymy się że dobrze zrobił, korzystamy z jego pracy, może polecimy go innym i szanujemy jako człowieka, ale pomnika mu nie wznosimy i nie otwieramy muzeum złączek, które udatnie instalował. Z porównania z hydraulikiem taką może myśl dobrze byłoby wyciągnąć, że ludzie rozumieją, że za jego pracę należy mu zapłacić.

Zawsze myślałem, że po upadku socjalizmu Polska stanie się wolnym krajem – taką drugą Holandią, słynącą z liberalnego prawa. Po kilku latach zrozumiałem, że byłem naiwny jak dziecko i żadnej Holandii nad Wisłą nie będzie. Moim zdaniem Polska jest krajem bardzo konserwatywnym – mamy archaiczną edukację i archaiczne społeczeństwo. Mamy potężną, zhierarchizowaną jak armia instytucję kościoła katolickiego, który od setek lat zatruwa Polakom umysły i hamuje postęp cywilizacyjny. Im wcześniej zrozumie to młody student czy artysta, tym szybciej uniknie rozczarowań. Tak jak Pan powiedział – Ci zdolni ludzie z Pomarańczowej Alternatywy, Totartu, Brulionu, WiP-u, zawsze czuliby się w Polsce jak ludzie z innej planety, ponieważ u nas dominuje kultura folwarczna – kultura telenoweli i kiełbasek z grilla. Z drugiej strony obrażanie się na Polskę nie ma sensu, ponieważ z faktami się nie dyskutuje. Z pewnością wielu obywatelom taki archaizm i konserwatyzm bardzo odpowiada. Dlatego jeżeli ktoś urodził się jako duchowy arystokrata i ma naprawdę bardzo wyrafinowany gust, to musi poszukać sobie innego miejsca na Ziemi, bo w Polsce zawsze będzie czuł się niekomfortowo. Dzisiaj zresztą świat działa zupełnie inaczej – pojawiły się wielkie, międzynarodowe metropolie, które stały się stolicami światowej nauki, kultury i sztuki. To te metropolie, a nie państwa, przyciągają i gromadzą międzynarodowe elity intelektualne. Porozmawiajmy więc o teraźniejszości. Czym Pan się teraz zajmuje? Co Pan tworzy? Jak się Panu ułożyło życie w wolnej Polsce?

Poruszył Pan tak wiele kwestii, tak ważnych, że trudno mi przejść do prostej odpowiedzi – nie odniósłszy się do nich. Tak się składa, że mam zarówno rodzinne jak i przyjacielskie związki z Holandią, a nadto jak już wspomniałem wyemigrowali tam współtwórcy Totartu Joanna Kabala i Andrzej Awsiej, znakomici artyści, więc trochę tamtym krajem się interesuję. Zresztą bardzo lubię renesans niderlandzki i uważam, że to jest najlepsze, co w dziedzinie architektury przytrafiło się Gdańskowi, w którym mieszkam.

Holandia miała dość ciężkie przejścia wojenne, głód zimowy, a i po wojnie nie było łatwo – choć oczywiście nie sposób porównywać z tym, co przeszli Polacy. Na ile wiem, społeczeństwo holenderskie było jakby złożonym z dwóch: katolickiego i protestanckiego, które nie mieszały się. Żyły jakby obok siebie. Ale gdy chce się porównywać Polskę z Holandią dziś, musimy pamiętać o zasadniczej różnicy, tej że Holandia była krajem wolnym, a my znaleźliśmy się w krwawej niewoli – w dodatku poddani obłąkanej ideologii, nadto jeszcze programowo ogłupiani i skazani na nędzę. Polacy nie mieli czasu, nie mieli szans na normalny dyskurs, na rozmowę, na uporządkowanie swoich spraw. Ale też i po roku 1989 nie było to możliwe – o czym starałem się wcześniej powiedzieć. Zmiana była pozorna, media trzymane przez system, również wybory, na przykład między panami Tymińskim a Wałęsą – przecież były pośmiewiskiem, zarazem jakże cwaną manipulacją. Naprawdę trudno było tak zmęczonemu, tak obitemu, sponiewieranemu narodowi poradzić sobie z przepoczwarzaniem się systemu. Przepoczwarzaniem przesłanianym piętrami kłamstw, z masą agentów, zdrajców, oszustów, z przemyślnymi wpływami z zewnątrz. Poza tym Polacy byli jednak ufni, oczekiwali dobrych rad licząc, że Zachód obeznany z gospodarką rynkową pomoże odbudować kraj. Otwierali się na te działania, poddawali im, najwyraźniej nie rozumiejąc, że nikomu na Zachodzie przez myśl nie przejdzie by w altruistycznym geście budować sobie konkurenta. Zresztą, jak pamiętam do likwidacji polskich stoczni przyczyniła się holenderska komisarz.

Holandia słynie z liberalnego prawa. Coffeeshop w Amsterdamie przy Rembrandt Square, gdzie legalnie można nabyć i konsumować marihuanę. Foto: materiały prasowe

Holandia słynie z liberalnego prawa. Na zdjęciu: coffeeshop „Smokey” w Amsterdamie przy Rembrandt Square, gdzie legalnie można nabyć i palić marihuanę. Foto: materiały prasowe


To jest konsekwentna tradycja – załatwiania sobie Polską swoich spraw. W tej sekwencji dziejów, w której żyjemy: od popchnięcia Polski na zderzenie z Niemcami w 1939, przez używanie nas w czasie wojny a potem przehandlowanie Stalinowi za spokój. Potem naszymi rękami rozbierano system komunistyczny – niezwykle tanim kosztem – np. na niezależną działalność wydawniczą w PRL Zachód przekazał 5-6 milionów dolarów. Śmieszne sumy, jak na dzieło do zrobienia. A potem zamiast pomóc nam wydostać się z uścisku komuny – wykorzystano sytuację by nas ograbić, zadłużyć i zdrenować potencjał intelektualny i pracowniczy.

Żyjemy w kraju epidemii depresji i samobójstw,

szczególnie samobójstw mężczyzn. Ta „struktura samobójstw”, ich proporcja (na przykład w 2013: 903 kobiety, 5193 mężczyzn), jest unikatem nie spotykanym w świecie. Zresztą nawet teraz, w ostatnich dniach w Gdańsku powiesił się mężczyzna w centrum miasta, na drzewie opodal pomnika Marii Konopnickiej, w miejscu gdzie jest znaczny ruch, węzeł miejskiej komunikacji. Zrobił to w ciągu dnia, pod wieczór. Straszna desperacja. No i teraz nas się po tym wszystkim mami wizją międzymorza, teraz jest potrzeba byśmy organizowali region przeciw Rosji – teraz, ale gdy armia 100 000 Polaków popełniała samobójstwo przez te 27 lat Zachód nie był zainteresowany kwestią.

O czym mówiłem, Polacy zostali obezwładnieni ewolucjonistyczną definicją wolnego rynku. To paradoks, że rewolucja Solidarności wdrażała ideę wojny egoizmów mającej być drogą twórczego rozwoju społeczeństwa. I zdumiewa, że ani Kościół, ani Solidarność nie zweryfikowały skutecznie, merytorycznie tych zabójczych bredni.
Jeśli w tym najogólniejszym pojęciu współczesny liberalizm jest ideą – jakby – rozciągnięcia mechanizmu rynkowego na wszystkie dziedziny życia, to co by to miało znaczyć? Równoprawność np. prawdy i nieprawdy? Która silniejsza – przeważy i obowiązuje? To katastrofa. A przecież tak jest, mówi się o wolnym rynku idei, o rynku religii. No ale właśnie dramat dopełnia się gdy ta zasada wolnorynkowa jest definiowana przez teorię ewolucji. Człowiek może innego człowieka traktować dowolnie – byle zwyciężyć, bo w ten sposób doskonali się ludzki gatunek, a przegrywający po prostu lepiej aby ginęli. Oto więc zupełnie inne uformowanie sumienia, przeformatowanie współczucia. Zwycięzca jest usprawiedliwiony zwycięstwem: to, że ktoś ginie może jest smutne, ale im mocniej będę egzekwował zasadę konsekwentnego egoizmu, stosował ją, tym lepiej dla nas wszystkich bo taka jest rozwojowa zasada życia. To jest zatem nowa miara rycerstwa – zwycięzca ma obowiązek egoistycznego skupienia na sobie, swoich potrzebach i swoim potomstwie – ba, o to walczy. To jest nowa szlachetność. Oczywiście nieprawda tej teorii ujawnia się, gdy mamy do czynienia z sytuacjami na przykład zagrożenia kataklizmem czy wojną. Wtedy szuka się odpowiedzialności, empatii, altruizmu, poświęcenia, bohaterstwa – postaw rycerskich starego typu.

Liberalizm jest ideologią. Jeśli chodzi o organizację gospodarki, to nam tego pojęcia w ogóle nie potrzeba, wolny rynek to tautologia. Wolna wymiana, ceny kształtujące się w relacji z okolicznościami to zwykłe właściwości rynku, pradawne. Może moglibyśmy je nazwać cechą konstytutywną rynku? Ale też wiemy już dobrze, z doświadczenia, że rynek powinien mieć jakąś superwizję, bo sam z siebie zdarza się, że prowadzi na manowce, albo dokonuje korekty jakimś koszmarnym kosztem. Przykład: wiadomo, że współcześnie chorują i giną pszczoły. Wiadomo, że może to doprowadzić do kataklizmu, ale wolny rynek reaguje na to zjawisko wzrostem cen miodu. Wiemy z doświadczenia, że liberalizm ma wiele z utopii, w świecie działają potężne siły realizujące różne zamiary, swoje polityki etc. Większość ludzi w starciu z nimi ma szanse nikłe lub po prostu żadne.

Wykonawcami polskiej transformacji byli tzw. postkomuniści odwołujący się teraz do lewicowego liberalizmu (pan Miller, na przykład) i ludzie z nimi powiązani, w tym liberałowie (KLD, UW, PO), ludzie grający rolę ludzi Solidarności… Swoimi machinacjami uprowadzili potencjał zmiany, obezwładnili, zmalwersowali, zmarnowali możliwości rozwoju. Spowodowali zmarnowanie historycznego momentu o wielkim potencjale, dla nas szansy wyjątkowej, na którą pokolenia Polaków ciężko pracowały swoim upartym dążeniem do wolności. Ludzie PRL jeszcze i to dodali do zła, jakie uczynili wcześniej. Przebaczenia jakiego im udzielono, użyli jako poręcznego politycznego narzędzia przeciwko „frajerom” którzy im przebaczyli. Zupełnie niesłychana podłość, ale przecież w ewolucjonistycznie zdefiniowanym wolnorynku czy ogólniej: liberalnej demokracji – to zwykłe, najzupełniej normalne wykorzystanie sytuacji, klasyk. Byli sprytniejsi, wygrali – są samcami alfa i do nich należy życie, reszta niech się cieszy, że żyje. Tylko że według mnie to, co zrobili było skrajnie głupie, mieli jedyną w swoim rodzaju szansę odzyskania szacunku, mogli się stać naprawdę „ludźmi honoru”, a wszyscy razem mieliśmy szansę wejścia do pierwszej ligi światowej. Niestety, w efekcie ich działań, jak po 1989 roku byliśmy zwycięzcami, tak po 27 latach jesteśmy pomiotłem.

Zauważmy jak zbiegało się w tym wiele interesów. Wspólne dla ludzi uwłaszczających się na majątku państwowym i dla biznesmenów od kradzieży pierwszego miliona, było dążenie do likwidacji dużych skupisk robotników, którzy mogliby się buntować, organizować, jakoś temu przeciwstawiać. Zarazem zachodni biznesmeni zainteresowani byli w pozbyciu się konkurencji, a na pewno Rosja w likwidacji skupisk ludzi mogących organizować się wokół idei patriotycznych. Nakładało się to z zamiarem doprowadzenia do upadku stoczni – niejako w zemście. Także ze wspomnianym ogólnym zamysłem formatowania Polaków do roli taniej siły roboczej w Europie. Gdy dodamy do tego różne gry polityczne – siła złego! I cóż w świetle tego wszystkiego i w proporcji do potencjału jaki mieliśmy, dało nam wtedy, tak ogólnie – uwolnienie rynku? Liberalizacja. Dużo ważniejsze były – duchowa przemiana komunistów i uczciwość, choć brzmi to przecież tak naiwnie i śmiesznie.

Wspomniałem już o tym, był czas, że nie mogłem pojąć jak to było możliwe – takie szybkie i bezproblemowe zbliżenie, wydawałoby się ludzi i organizacji o tak przeciwstawnych poglądach: komunistów ze zwolennikami wolnego rynku? Oprócz podobnego myślenia o interesach, podobnego stosunku do ludzi, do państwa, łączyło ich budowanie na teorii ewolucji. Między komunistami a liberałami (wdrażającymi teorię ewolucji) jest owszem różnica co do zastosowania tej teorii: komuniści uważają, że rozwój ludzkości dokonuje się w walce klas, liberałowie, że w walce każdego z każdym. Naziści widzieli mechanizm rozwoju ludzkości w walce ras. Faszyści postrzegali historię jako walkę narodów o przetrwanie, z drugiej strony: o dominację, tak to określał Mussolini. Jak widać ewolucjonistycznie zdefiniowany liberalizm wpisuje się w ciąg wielkich zbrodniczych totalitaryzmów. Zaskakujące? Dodajmy, że wszystkie wymienione totalitaryzmy tworzyły swoją wersję nowego człowieka – i liberalizm także, choć nie wyraża tego tak wyraźnie deklaratywnie jak komunizm, faszyzm i nazizm. Bohaterem liberalizmu jest człowiek rzutki, skuteczny w wolnorynku – człowiek sukcesu. Może być człowiekiem wizji, częściej – to człowiek zdeterminowany, silny, przebiegły, bezwzględny, człowiek nowego sumienia, człowiek nowej racjonalności. Liberalizm ewolucjonistycznie zdefiniowany ma bardzo dobrze dopasowaną maskę, sprawia wrażenie mądrej adaptacji naturalnego porządku życia. Oczywiście, bez rozpoznania, że to co biorą za naturalny porządek jest stanem katastrofy życia.
Przekonanie, że ewolucjonizm jest naukowo stwierdzonym faktem jest już tak ugruntowane, że występując przeciw tej teorii spodziewać się można ostrych ocen, z wypieraniem na margines oszołomstwa. Już to znam, już tego posmakowałem.

Ale zatem przyjrzyjmy się temu. Ludzie pytają – sam się z tym zmagałem – jak Pan Bóg, o którym mówi się nam, o którym czytamy, że jest Miłością, Bogiem Miłosiernym, Bogiem Porządku – jak zatem Bóg mógł stworzyć taki świat, z takim bezmiarem cierpienia, potworności? No ale czytamy wyraźnie, że Bóg takim świata nie stworzył, że to człowiek zgrzeszył i ten stan stworzenia jest tego konsekwencją. Ludzie w ogromnej większości są tak urobieni, że nie umieją przyjąć tej oczywistej prawdy, przyjąć po prostu, w prostocie serca. Bardziej skłonni są uznać, że historia o stworzeniu i o upadku człowieka to mit, bajka. Ewentualnie metafora. Uważają, że mają mikroskop i teleskop i wiedzą przecież jak jest – a Biblia jest mitologią jak setki innych mitologii – produktów słabości umysłów ludzi nieoświeconych. Na lekcjach języka polskiego w taki sposób równorzędnie traktuje się na przykład mit o Edypie i Księgę Hioba – jako przykłady starożytnych mitów o tragiczności ludzkiego losu.

Spróbujmy prześledzić spokojnie, bez uprzedzeń: Bóg stworzył ludzi, postawił ich w sytuacji wyboru. Powiedział im czego mają nie czynić, ostrzegł przed konsekwencjami. Ludzie nie usłuchali, postąpili wbrew Bożemu przykazaniu, w wyniku czego człowiek umarł duchowo, opadły go strach i wstyd, stał się śmiertelny. W konsekwencji także całe stworzenie – poddane władzy człowieka – zostaje również oddzielone od Boga, wspólnie jęczy i wspólnie rodzi w bólach aż do teraz. Dalej – Bóg powołuje Abrahama, wywodzi z niego lud, prowadzi ten lud, powołuje w nim proroków przez których mówi, przekazuje plan ratowania ludzi. Pośród tego wybranego ludu rodzi się – przybiera ludzkie ciało rodząc się z kobiety – Boży Syn, czytamy o Nim: pierworodny całego stworzenia, a więc stworzony przed stworzeniem świata. Ów rodząc się w ludzkim ciele pokonuje grzech, będąc czystym, Bożego Ducha, niewinnym, bierze na siebie grzechy ludzi i idzie na haniebną śmierć. W ten sposób pokonuje przeciwnika – władcę tego świata i śmierć, którą on włada. Dokonawszy tego dzieła wraca do Boga – Ojca. Ludzie otrzymali możliwość, by uwierzywszy w Niego zostać zrodzonymi z Boga – uczynionymi Bożymi dziećmi. To jest dzieło Chrystusa, droga ratunku dla ludzi.
I teraz, proponuję: zastanówmy się, czy w tej historii jest coś, powiedzmy: nielogicznego? Nierozumnego? Nie – i przeciwnie – otrzymujemy doskonałe wyjaśnienie sytuacji człowieka i świata i zapełniających go stworzeń.

Jak moglibyśmy zajrzeć mikroskopem, czy teleskopem w ten stan stworzenia przed upadkiem człowieka? Ludzie mówią: empiria, twarde materialne dowody! – ale jak chcą uchwycić mikroskopem to od czego są oddzieleni. To, co duchowe? Trzeba uwierzyć Bogu. Ale to uwierzenie nie jest jakąś kapitulacją, w sensie zrzeknięcia się rozumu, nie jest jakąś słabością intelektualną, infantylizmem czy może tchórzliwym porzuceniem twardej, stwierdzonej naukowo wiedzy – jak chce się nam wmówić. Przeciwnie. Owe oceany cierpienia, niebywałe cierpienie wrażliwych, czujących istot, którym przepełniony jest ten świat, owo straszne zmieszanie miłości i pożerania żywcem, owa sprzeczność cudownego piękna, harmonii, słodyczy z tym pożeraniem, chorobami, kalectwem i śmiercią – to się daje „złożyć” – w sensie rozumienia ale i ładu uczuć – tylko przez wiarę, gdy uwierzymy Bogu. Wtedy wiemy, gdzie żyjemy – w świecie pogrążonym w złu, przeżywamy to, cierpimy widząc to, ale nie mamy w sobie rozdarcia. Bez wyboru, czy byłoby możliwe człowieczeństwo i miłość? Świat nas boli, ale nie wątpimy, że Bóg jest Miłością, czeka cierpliwie, aż wszyscy, którzy odrzucą zło, którzy zapragną Prawdy i Ratunku, którzy mają nawrócić się i żyć w wieczności z Bogiem – przyjdą na ten świat i narodzą się z Boga. Aż się dopełni.

Wielu ludzi z tym się zmaga, wielu jak na przykład Richard Dawkins mówi, pisze o Bogu straszne rzeczy, jakoby gdyby istniał musiałby być potwornym demiurgiem etc., a w żadnym razie: Miłością! Czy nie jest to zaślepione myślenie? W Księdze Jeremiasza czytamy: I powiesz im to słowo: Moje oczy zalewają się łzami dniem i nocą, bez przestanku, gdyż wielką klęską została dotknięta panna, córka mojego ludu, ciosem bardzo bolesnym. Jak trzeba być nieszczęśnie zaślepionym, by uznać te słowa, za wypowiedź potwora?

To właśnie teoria ewolucji degraduje, instrumentalizuje, niszczy miłość, która według tej teorii służy manipulacji, skłonieniu do pewnych zachowań. W teorii ewolucji stawia się ów – domniemany – proces rozwoju życia jako nadrzędny względem miłości. Miłość sprowadza się do funkcji, podrzędnej i przydatnej w wybranych okolicznościach. Przydatnej, bo ostatecznie można zapładniać nawet gwałtem, więc nie koniecznej nawet. Materialistyczna „nauka” prowadzi do takich strasznych konsekwencji. Podkreślam, że nie mówię o materialnym badaniu naukowym, ale o materialistycznej interpretacji, która nie jest nauką.

Jeszcze jedno. Zobaczmy jak ewolucjoniści definiują doskonałość, zacytuję: Ewolucyjna przewaga ofiary jest wynikiem jej przystosowań, które sprawiają, że staje się niezauważalna lub nieosiągalna dla drapieżnika (…), co sprawia, że dalsze polowanie na nią staje się energetycznie nieopłacalne. Z kolei zdolność drapieżnika do przeżycia przy bardzo niskim zagęszczeniu ofiary podstawowej jest probierzem jego doskonałości ewolucyjnej”. [Joanna Gliwicz, Z. Maciej Gliwicz, Konkurencja o zasoby i drapieżnictwo jako czynniki doboru.] Co to znaczy? To znaczy, że ewolucjoniści oddzielają doskonałość od miłości – od opiekuńczości, przyjaźni, współczucia, współpracy – zupełnie im się owo pojęcie doskonałości oderwało od nich, a właściwie nawet przeciwstawiają je sobie. Doskonałością według nich są umiejętności skutecznego wymykania się, albo skutecznego polowania. A więc jest to definicja doskonałości jakiej używają ludzie względem urządzeń technicznych. Jest to więc tego rodzaju postrzeganie, pojmowanie życia.

Ale przecież rozszarpywanie żywcem nie wytwarza miłości. Auschwitz, Treblinka, łagry nie wytwarzały miłości. Bywały owszem miejscem niebywałych poświęceń, heroizmu, ale to co się tam działo było skrajnie, najskrajniej traumatyzujące, i odcisnęło niszczące piętno na pokoleniach. Myśląc materialistycznie nie da się wyjaśnić istnienia w tym świecie zła i jego przejawów i miłości i jej przejawów. Każde materialistyczne „rozstrzygnięcie” będzie nieprawdą, pozorem, jakąś redukcją.

W dodatku zgoda na to jakoby selekcja, mord i śmierć doskonaliły życie, jakoby śmierć była autorką życia – co za kuriozum – zaciera pragnienie ratunku. Dezorientuje. Oczywista potrzeba ratunku ulega rozmazaniu. W dodatku, gdy przyjmie się to postrzeganie życia jako jakiegoś fizykochemicznego przebiegu, który się sam zapoczątkowuje i samorozwija, a więc jako kompletnej, pełnej całości, wtedy wiara w Boga wydaje się czymś naddanym, raczej czymś wyrastającym z jakiejś psychologicznej potrzeby czy zaszłości, a wtedy mówi się – chcesz wierzyć w Boga? Wierz sobie, ale do życia się nie wtrącaj.

Widzimy, jak dramatycznie fałszywym czytaniem natury jest teoria ewolucji i jak koszmarnym błędem, jakim nieszczęściem jest organizowanie społeczeństw według tego czytania. A to się uparcie powtarza mimo tak skrajnych doświadczeń – komunizmu, faszyzmu i nazizmu, które przecież były systemami zbudowanymi na teorii ewolucji, na przekonaniu, że życie rozwija się i doskonali przez rozlew krwi, przez wojnę, selekcję, pożeranie, mord, a miłość jest tylko podrzędną funkcją tego procesu, właściwie nawet nie konieczną, może ją zastąpić „racjonalne myślenie”. Czyli na przykład porywanie dzieci, Lebensborn, eutanazja. No taki przecież program wdrażała rasa, która uznała się za najlepszą, najwyżej rozwiniętą – i która dlatego właśnie uznała, że ma wprost obowiązek uwolnić ludzkość od ewolucyjnego śmiecia – uznała to za szlachetne dzieło do wykonania. Jak powiedział pewien „żołnierz” Einsatzgruppen – samo w sobie to, co robili było nieprzyjemne, ale ktoś to musiał zrobić. Przez wiele lat te słowa tego człowieka wprawiały mnie w oniemienie – rozbierało mnie to, nie umiałem tego ogarnąć, jak można było w ogóle tak myśleć?! No ale tak, wewnątrz tego poglądu to był, owszem, niezwykle trudny ale: obowiązek, którego wykonania się podjęli, to była misja wydoskonalenia ludzkości, a więc działanie dla jej dobra. I oni, naziści, szlachetni rycerze, są godni podziwu i szacunku, że podjęli się wykonania tej trudnej misji, że wzięli na siebie ten tak trudny obowiązek.

Z kolei sprowadzenie ludzi do surowca przemysłowego, szycie z ludzkiej skóry rękawiczek, spodni do jazdy konnej, wytwarzanie abażurów, czy wytwarzanie mydła z ludzkich ciał było właściwie konsekwentną racjonalizacją tego procesu. No bo skoro tych ludzi utylizują, to może jakoś jeszcze ich spożytkować, nie marnować materiału. Może najbardziej się to wyraziło właśnie w wytwarzaniu mydła, bo zamawianie sobie spodni czy rękawiczek ze skóry swoich ofiar ma cechy jakiegoś obłędnego rytualnego triumfu nad pokonanym wrogiem, coś jak pożeranie wątroby, albo może kolekcjonowania kuriozów, ale już wytwarzanie mydła właśnie, czy wytwarzanie uszczelek do U-bootów z ludzkich włosów, to są takie racjonalizacje.

To do czego dziś prowadzi liberalne myślenie o życiu – mimo takiego potępienia tamtych totalitaryzmów przez liberalną demokrację, potępienia będącego wprost fundamentem liberalnej demokracji – jest dążeniem w tę samą co one stronę, kontynuowaniem ich drogi od miejsca do którego doszły, czyli od sprowadzenia człowieka do surowca przemysłowego, do przemysłowego wytwarzania człowieka i w zamyśle: życia. To są słupy milowe na tej samej drodze, zarazem punkty orientacyjne wyznaczające epokę. Od zanegowania wyjątkowej, nienaruszalnej szczególności ludzi z pewnych określonych grup – do zanegowania tej wyjątkowej, nienaruszalnej szczególności człowieka w ogóle. Od uprzedmiotowienia, od krańcowej instrumentalizacji pewnych ludzi, do uprzedmiotowienia, instrumentalizacji życia. Życie jako wyrób – choć w tym twardym sensie to nie jest prawda, bo życia nie tworzą, a manipulują nim. Ale liberalna demokracja podejmuje także wprost tradycję tamtych totalitaryzmów – kontynuując mordowanie ludzi z użyciem eutanazyjnej frazeologii. Czy powiemy, że to jest droga rozwoju? Czy zorganizowanie życia według tego myślenia – nazwiemy drogą wolności i rozwoju? Póki co społeczeństwa jeszcze funkcjonują siłą wpojonych zasad, ukształtowanej wrażliwości, dziedzictwa wieków – dziedzictwa chrześcijaństwa. Ale co będzie dalej?
I zauważmy, rzeczy te czynione są – niezmiennie – przez naukowców, w aurze racjonalizowania wiedzy o życiu na podstawie naukowych badań i odkryć, w walce zatem z przesądami i ciemnością. Na przykład Spanner, wytwórca mydła z ludzkich ciał, nie był jakimś, w tym sensie, chłystkiem, był profesorem medycyny, za swoje badania nad fizjologią nerek, przed wojną, nominowanym do nagrody Nobla, to był człowiek ze szczytów naukowej hierarchii swoich czasów. I tak dalej, przykłady można mnożyć.

By zamknąć już kwestię ewolucjonizmu, chcę powiedzieć, że istnieją jak najbardziej naukowe argumenty negujące tę teorię, problem w tym, że przebijają się z trudem. Niestety u nas dziesiątki lat bezwzględnej materialistycznej indoktrynacji odcisnęły swoje piętno i, na ile rzecz tę śledzę, w publicznym dyskursie w Polsce właściwie te sprawy się nie pojawiają. W sieci owszem, można znaleźć materiały, ale w publicznej rozmowie tego tematu nie ma. Zatem przywołam tu postać fizyka nuklearnego, doktora Roberta Gentry, w sieci łatwo znaleźć można film, w którym przedstawia swoje odkrycia (Młody wiek Ziemi).

No i po tym niejakim rozbiorze liberalizmu powróćmy teraz do przykładu Holandii, podanej jako wzór. Tak się akurat złożyło, że bardzo niedawno temu jeden z gdańskich portali opublikował refleksje młodego człowieka z pobytu w Holandii. Oprócz jakże słusznej pochwały wielu świetnych rozwiązań w zakresie organizacji, estetyki, porządku, komunikacji, pochwały przyjaznego nastawienia ludzi do siebie i widocznego dobrobytu, czytamy:

Kraj dla liberałów i muzułmanów. Królestwo Niderlandów jest rajem dla ludzi o wolnościowym światopoglądzie. Państwo słynie z wyjątkowo liberalnego, zwłaszcza na tle krajów Europy Środkowej i Wschodniej, stosunku do swobody jednostki i jej praw. Holandia odznacza się przychylnym stosunkiem do dylematów wciąż budzących tak wiele kontrowersji w naszym kraju, jak eutanazja, aborcja czy legalna marihuana. Niderlandzka wolność dla entuzjastów konopi objawia się choćby w postaci tzw. coffee shopów, które w Amsterdamie popularne są niemniej, niż kawiarnie. Przed wizytą w tym państwie wiele słyszałem też o ciekawej specyfice religijności mieszkańców. W większości bezwyznaniowej Holandii wciąż spada ilość chrześcijan. Namacalnym przykładem postępującego regresu tego wyznania w kraju był sklep na amsterdamskiej ulicy. Ulokowano go w budynku dawnego kościoła. Nie wszystkie wyznania są w Królestwie Niderlandów jednak w odwrocie – muzułmanów tutaj sukcesywnie przybywa. Mijając meczet, z którego akurat wychodziła niekończąca się grupa wiernych, dostrzec można proporcję. Kościoły tracą na popularności, meczety wręcz przeciwnie. Wychodząca grupa muzułmańskich wiernych zaciekawiła mnie jeszcze pod innym względem. Składała się głównie z brodatych mężczyzn w tradycyjnych strojach, rodem z odległych krajów muzułmańskich. Nasuwa się tutaj pytanie – jak współżyją ze sobą liczne w Holandii kultury?

Tygiel kulturowy. Wizyta w tym kraju pozwoliła mi zweryfikować pogląd, iż idea multikulturowego społeczeństwa, jak przekonują od pewnego czasu pewne środowiska polityczne, jest jednoznaczną porażką. (…)Holandia wydaje się być krajem, który dowodzi, iż wyłącznie negatywna diagnoza zachodnich działań wobec przyjezdnych jest nieuczciwa. Jej holenderskie wydanie wydaje się być udane. Społeczeństwo tego państwa wygląda na dobrze funkcjonującą i zarazem fascynującą mozaikę kultur i ras. (…) Zaciekawił mnie też widok grup przyjaciół w miejskich parkach składających się z ludzi o różnych kolorach skór. Imigranci, pierwszych czy też kolejnych pokoleń, w Holandii wydają się bardzo często nie być oporni asymilacji. (…) Holandia jest na wskroś fascynująca. W wielu aspektach jej przykład powinien służyć krajom rozwijającym się, z naszym włącznie, za wzór. Miejsce to udowadnia, że zbudowanie nowoczesnego państwa jest możliwe. [Michał Gębacki, Blisko ideału, czyli z wizytą w Holandii

Najpierw chcę zastrzec, że w żadnym razie nie zamierzam w jakikolwiek sposób ocenić, czy osądzić Holendrów czy samego autora artykułu. Nie. Chodzi mi o przykład pewnego sposobu myślenia, postrzegania i o sytuację cywilizacji.
Najpierw może o rzeczy oczywistej – zbyt wielu widziałem narkomanów, zbyt wiele dramatów, by dać się nabrać na utożsamienie wolnego dostępu do ćpania z wolnością. To oksymoron. Zabijanie dzieci, zabijanie się – to wielki dramat nie poznania Boga.
Myślę, że generalnie ten obraz obumierania chrześcijaństwa jest przejmujący. Aby jednak mówić o tym, trzeba by zbadać sprawę, kwestie tzw. denominacji. Nie ośmieliłbym się wypowiedzieć o tym, ale generalnie przedstawiony obraz jest przygnębiający.
Autor artykułu relacjonuje nam udaną koegzystencję z wyznawcami islamu, tymczasem tu odzywają się głosy, że wzorem w tej materii to mogłaby być właśnie Polska, gdzie od 600 lat żyją Polscy Tatarzy, żyją to mało powiedziane – wielokrotnie przelewali za Polskę krew. A dostrzec trzeba i tę różnicę, że znaleźli oni dom w Polsce, mimo że Polacy przez wieki doznali wielu islamskich najazdów i także innych bronili przed islamskimi najazdami. Gdyby więc przyjąć tę optykę, to zdecydowanie właśnie państwa Zachodu miałyby się czego od Polaków uczyć – zwłaszcza, że jak ta sytuacja tam u nich się rozwinie, to dopiero będziemy widzieć. Oczywiście to jest tylko pewne spojrzenie na tę kwestię, bo o udanej „asymilacji” moglibyśmy mówić, gdyby Polscy Tatarzy dali się wyratować Jezusowi Chrystusowi.
Poza tym, autor artykułu tak nas poucza, ale czy zdaje sobie sprawę, że w latach dziewięćdziesiątych Polacy przyjęli blisko 100 000 uchodźców czeczeńskich? A czy, na przykład, zna historię Polaków organizujących konwoje humanitarne, zaangażowanych w różnego rodzaju pomoc Czeczenii? A tych, którzy zostali porwani tam w czasie eskortowania jednego z transportów na przełomie lat 1997/1998? Byli blisko dwa miesiące trzymani pod bronią, aż zostali uwolnieni przez oddział szturmowy Czeczeńskiej Republiki Iczkerii. Jedną z tych osób był pan Krzysztof Galiński, sopocianin, w latach osiemdziesiątych aktywista Ruchu Wolność i Pokój, nasz – mówię o Totarcie – przyjaciel. Współpracowaliśmy ze sobą.

I jeszcze inaczej odnośnie porównania Holandii z Polską: mimo koszmarnych historycznych zaszłości w relacjach Polaków z Ukraińcami – Polacy współpracują z Ukrainą i bez problemu przyjęli do siebie miliony Ukraińców, którzy tu żyją i pracują. W zeszłym roku pozwolenie na pracę otrzymało milion trzysta tysięcy Ukraińców. To są wydarzenia niebywałej wagi, a przecież zupełnie pominięte w tym porównaniu. My, Polacy, mamy problem z postrzeganiem siebie, a na tę frazę o państwach gorszych – rozwijających się – jestem dosyć uwrażliwiony, trzeba jej się bacznie przyglądać, bo zawiera instrukcję jakoby ta perspektywa właśnie, wyznaczana przez państwa Zachodniej Europy jest drogą rozwoju i że mamy nią bezrefleksyjnie podążać, ma być naszym ideałem. Doprawdy – Polacy doznali ze strony państw Zachodu tyle wyjątkowych świństw, odebrali tyle lekcji, że ten ton jest grubo nie na miejscu. Portal studentów uniwersytetu (www.cdn.ug.edu.pl) powinien mieć na to słuch, oczekiwałbym głębszej refleksji i zmysłu krytycznego nie warunkowanego ideologicznie.

Nie miejsce tu na szersze zajęcie się sprawą imigrantów, sytuacją w Europie, ale nie jest to rzecz bynajmniej prosta i jednoznaczna, należałoby się poważnie zastanowić, nim wystawi się ocenę. Bo cóż to jest za udzielanie pomocy – powiedzieć ludziom z dziećmi na rękach: rzucajcie się w morze, gdy się wam uda przepłynąć to przedzierajcie się nielegalnie przez granice, walczcie ze strażnikami, przedzierajcie się przez zasieki, przebądźcie góry, lasy i rzeki – zapraszamy was! Co to jest, to są jakieś żarty z ludzkiego nieszczęścia? To ma być kultura niesienia pomocy? A dodajmy do tego – po prostu pewne – sprowadzenie do UE zagrożenia bezpieczeństwa. Przecież w sytuacji jaka jest oczywistym byłoby zorganizowanie obozów przejściowych, filtracyjnych, na obrzeżach Unii Europejskiej, ustalenie jakichś szlaków, jak ci ludzie mają tam docierać, i wtedy tam udzielanie pomocy, sprawdzanie, rozpoznawanie czy rzeczywiście są uchodźcami etc. Potem transportowanie ich do krajów przeznaczenia. Ktoś chce mi powiedzieć, że takiej rzeczy nie potrafią zorganizować ludzie prowadzący Unię Europejską, że nie potrafią tego zorganizować Niemcy? Ta sprawa wygląda bardzo podejrzanie – jakby wzbudzana przez kogoś, kto nie liczy się z ludzkim życiem i cierpieniem, kto ludzkim życiem dowolnie szafuje. Ta sprawa jest trudna, bo wielu jest ludzi, którzy prawdziwie potrzebują pomocy, a jednocześnie udzielając jej według narzucanego modelu można stać się podwykonawcą jakiejś dalekosiężnej manipulacji. Trzeba coś zrobić, tylko co i jak? Sami mamy potężne problemy, zagrożenia, jesteśmy co i rusz przypierani, nie daje się nam złapać tchu… To nie jest sytuacja, w której można pouczać Polaków i ferować szybkie oceny.

Na zdjęciu: łódź wypełniona setkami uchodźców na morzu Śródziemnym zmierzający do Europy. Foto: Massimo Sestini/włoska straż przybrzeżna

Na zdjęciu: łódź wypełniona setkami uchodźców na Morzu Śródziemnym zmierzająca do Europy. Foto: Massimo Sestini/włoska straż przybrzeżna


Jeszcze o postępie, w szkołach PRL ta kategoria była używana do wartościowania na przykład literatury albo historycznych idei, organizacji czy postaci. Ale nie tylko wartościowania, także decydowała o dostępności, dzieła uznane za nie postępowe, reakcyjne etc. były rugowane. Dzisiaj trzeba na tę kategorię – rozwoju – też uważać, bo jak w gospodarce jest ogólnie rzeczą pożądaną i cieszy, tak już przenoszenie tej kategorii na kulturę na przykład jest nieporozumieniem. Kultura powinna zajmować się prawdą – badając, kształtując, alarmując, przechowując, przekazując. Już choćby wspomniany wcześniej pochód awangard wykazał, że myślenie o sztuce w kategoriach rozwoju – wyścigu prowadzi na manowce. W końcu się na tej drodze zagoniła w paradoks ponowocześności. Kultura znaczy: uprawa, uprawa jest pielęgnowaniem, pilnowaniem życia, dbaniem o życie.

Człowiek zdobywa coraz nowe, coraz większe, wspaniałe możliwości, ale one służą także multiplikacji zła. Teraz ludzie się cieszą możliwościami i swoją wolnością ale z dnia na dzień rośnie system totalnej kontroli. Co jest rozwojem zatem? Czy jest to takie jasne jak nam się wydaje? Warto patrzeć na to trzeźwo, porządkować myśli i pojęcia.

O kwestiach teologicznych na pewno nie chcę rozmawiać w zasugerowanej tonacji. Tu trzeba uważnie badać co jest prawdą. Oczywiście na szczytach cywilizacji są kraje – nazywając w pewnym uogólnieniu – protestanckie. To w nich dokonały się rewolucje: przemysłowa i informatyczna – mówiąc dokładniej wszystkie cztery fale rewolucji przemysłowej. To te kraje są najsilniejsze, najbogatsze, odgrywają wiodącą rolę w polityce. Ale też jakże wiele tam dzieje się rzeczy niepokojących i strasznych. Choćby i ta, niespełna tydzień temu w mediach podano informację o tworzeniu w jakimś kalifornijskim laboratorium świńsko-ludzkich embrionów. A przecież to jest tylko to, do czego się przyznają, co robią jawnie. A co robione jest w laboratoriach tajnych?

Polacy – jeśli mielibyśmy o tym mówić – poddali się pod duchową władzę jakiej nie ustanowił Bóg. Obwołali Królową Polski „Matkę Boską”, kreując i celebrując coś czego Bóg nie ustanowił, nie przykazał. Spajając kult maryjny z polskością.

Niczego, choćby w najmniejszym stopniu nie ujmując Marii – była człowiekiem. Wpajany jest dogmat o niepokalanym poczęciu Marii, ale jest on w sprzeczności z tym, co czytamy, iż Chrystus przyjął ludzkie ciało, pokonał grzech i śmierć. Gdyby to Maria była niepokalanie poczęta – jak miałoby się to stać? Bo wynikałoby z tego, że to Maria jest zbawicielką. Ale właśnie i ku takiemu mniemaniu rzeczy się mają. Tu znów wracamy do Holandii. Pod koniec II wojny światowej pewna Holenderka, pani Ida Peerdeman, mieszkanka Amsterdamu doznała duchowych przeżyć, jak mówiła, ukazała jej się „Matka Boża”. Z czasem owe objawienia powtarzały się i pani Peerdeman przekazała orędzia jakie tą drogą otrzymała. „Matka Boża” nazywała siebie Panią, Matką Wszystkich Narodów, Współodkupicielką, Pośredniczką… I zażądała namalowania obrazu przedstawiającego ją – kobiecą postać stojącą na tle krzyża na kuli ziemskiej. Poleciła, by zatroszczyć się o to, by wokół tego obrazu gromadziły się narody. Początkowo Kościół Katolicki odniósł się do tych zjawisk i przekazów negatywnie, potępił publiczną cześć obrazu, by jednak z czasem uznać te objawienia i kult zatwierdzić.

Odwołajmy się do słów Marii zapisanych w Biblii: I rzekła Maria: Wielbi dusza moja Pana, I rozradował się duch mój w Bogu, zbawicielu moim… (Według Łukasza, 1, 46-47). Maria była człowiekiem, jak każdy człowiek – potrzebującym Zbawienia.
Powtarza się jako modlitwę do Marii słowa archanioła Gabriela: Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z tobą… Ale otóż w oryginale słowa: łaskiś pełna – brzmią: napełniona łaską. To ważne. Zauważmy też, że te słowa wypowiadane jako modlitwa przecież są słowami Bożego posłańca wypowiedzianymi do Marii, nie są słowami podanymi nam jako modlitwa. Jak się modlić powiedział Chrystus uczniom. Nie przykazywał modlić się do Marii, nadto – powtarzając pozdrowienie anielskie.

W Piśmie czytamy, zacytuję w tłumaczeniu dosłownym: Jeden bowiem Bóg, jeden i pośrednik Boga i ludzi: człowiek Pomazaniec Jezus (I List do Tymoteusza 2, 5). To On jest Zbawicielem i dzieło swoje wypełnił doskonale i całkowicie. Ale katolicy uważają Marię, „Matkę Boską” za współzbawicielkę i oddają jej cześć. Naprawdę – niczego takiego Bóg nie przykazał, by jakiemukolwiek człowiekowi, choćby największemu bohaterowi wiary – oddawać cześć. Nie. Żydzi nie modlili się do Abrahama czy do proroków, czy do Dawida. Również apostołowie – na przykład. W Dziejach apostolskich możemy czytać, jak zareagowali Paweł i Barnaba, gdy za przyczyną cudu w Listrze tłum uznał ich za bogów. Paweł i Barnaba rozdarli szaty i wołali: Ludzie, co robicie? I my jesteśmy tylko ludźmi, takimi jak i wy. (Dzieje apostolskie. 14, 15). Ale katolicy – i to jest ważny moment – twierdzą, że owszem czczą, ale nie taką samą czcią jak Boga. Tę cześć należną jedynie Bogu nazywają latria, a na przykład Marię czczą czcią, która jest superszacunkiem, czyli do większej skali podniesionym szacunkiem, jaki na przykład okazuje się królom, czy prezydentom. Ten szacunek nazywają dulia. Bez ironii – a do jakiegoż to prezydenta ludzie pielgrzymują na kolanach i zanoszą modły, jakiego zdjęcia noszą w procesjach po polach i nazywają cudownymi i łaskami słynącymi, ubierając je nadto w jubilerskie sukienki? Jest to niezaprzeczalnie cześć zupełnie innego rodzaju.

Jezus mówił, aby wszyscy przyszli do Niego, nie do Marii – z całym szacunkiem. Można jeszcze przypomnieć, że trzej królowie oddali pokłon Jemu – dziecięciu wtedy – nie, znów z całym należnym szacunkiem, Jego matce, czy – obojgu.
Jest też jeszcze kwestia braci Pana Jezusa – faktu uporczywie przekręcanego twierdzeniem jakoby mowa była o kuzynach etc. Ale gdy mowa jest o braciach Jezusa używane jest słowo adelphos oznaczające braci rodzonych nie siostrzeńców, bratanków, krewnych etc. Nadto o Jezusie czytamy, iż był synem Marii pierworodnym, nie: jedynakiem.

Zwróćmy uwagę na rzecz jeszcze jedną, wiemy że Chrystus jest pierworodnym stworzenia, więc stworzonym przez Boga przed stworzeniem świata; w Ewangelii Jana czytamy: Na początku było Słowo, i Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez nie stało się i bez niego stało się ani jedno (to w tłumaczeniu dosłownym). I dalej: A Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas. Święty Piotr mówi o Nim: (tego) zaś, Początek i Wodza życia zabiliście (Dzieje apostolskie 3, 15, z tłumaczenia interlinearnego, inni tłumaczą: Sprawcę życia, Autora życia). Już choćby poznając te słowa – czy możemy o Marii mówić, że jest Matką Boską – matką Boga? Bóg jest wieczny i jest stwórcą wszystkiego. W Dziejach apostolskich czytamy: wszyscy trwali jednomyślnie w modlitwie wraz z niewiastami i z Marią, matką Jezusa i braćmi jego. (Dz. ap. 1. 14). Czy tak trudno jest po prostu trzymać się Pisma? W Piśmie nie pojawia się określenie: Matka Boska. Słowo ciałem się stało, więc nie: Matka Boska, a: Maria, matka Jezusa. To nie jest trudne.

Zauważmy jeszcze i to – gdy głosi się: Totus Tuus ego sum – Mario, to proszę powiedzieć, czyż nie jest to deklaracja w ogóle oderwania, oddzielenia od Jezusa Chrystusa?

I coś jeszcze bardzo ważnego. Zazwyczaj w tzw. objawieniach maryjnych, czy w związku z nimi, zalecane jest tworzenie wizerunków i oddawanie im czci. Tworzone są wizerunki – obrazy, rzeźby i oddaje się im cześć. Ale przecież w Piśmie Świętym otrzymaliśmy wyraźne, jednoznaczne przykazanie, aby tego nie czynić. Wielokrotnie potwierdzone. Na przykład u proroka Izajasza czytamy: Wytwórcy bałwanów są w ogóle niczym, a ich ulubione wytwory są bez wartości, ich czciciele są ślepi, a oczywista ich niewiedza naraża ich na hańbę. Któż wytwarza bóstwo i odlewa bałwana, który na nic się nie zda? Oto wszyscy jego towarzysze narażają się na wstyd (…). I dalej: Nie mają poznania ani rozumu, bo zaślepione są ich oczy, tak że nie widzą, a serca zatwardziałe, tak że nie rozumieją. A nikt tego nie rozważa i nikt nie ma tyle poznania i rozumu, aby rzec: Jedną jego połowę spaliłem w ogniu i na jego węglach napiekłem chleba, upiekłem też mięso i najadłem się, a z reszty zrobię ohydę i będę klękał przed drewnianym klocem? Kto zadaje się z popiołem, tego zwodzi omamione serce (…). (Księga Izajasza, 44, 9 – 11; 18 – 20).

Pomyślmy, czy istnieje jakaś tradycja, czy instancja, która ma moc Boże przykazanie w tej sprawie zmienić? Odwołać? Jakoś przeinaczyć? Nie, to jest Boży nakaz, jednoznaczny, przykazanie: Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył (…) I jeszcze słowa Mojżesza: Strzeżcie usilnie dusz waszych, gdyż nie widzieliście żadnej postaci, gdy Pan mówił do was na Horebie spośród ognia, abyście nie popełnili grzechu i nie sporządzili sobie podobizny rzeźbionej, czy to w kształcie mężczyzny, czy kobiety. (Piąta księga Mojżeszowa, 4, 15, 16.). Mojżesz powiedział: Strzeżcie usilnie dusz waszych. To nie jest jakaś bagatela, rzecz błaha, drugorzędna.

Czy inne przykazania również zmienilibyśmy, na przykład: nie morduj, albo: nie kradnij? Też uważałby ktoś, że można je zmienić, nieco zreformować? Skąd więc w ogóle taka myśl, że można takiej zmiany dokonać? Jakiś duch podszeptuje: namalujcie obraz i go czcijcie? – To znaczy, że jest to oczywiste zwiedzenie. Jeśli to, co mówi jakiś duch jest sprzeczne ze słowami Pisma, jakoś odbiega, jakoś je zmienia – nie pochodzi od Boga, mamy do czynienia nie z posłańcem Bożym. Koniec.

Ale niestety, zamiast tego prostego i oczywistego sposobu postępowania – rozwijany jest wachlarz pokrętności. Zapytasz o obrazy? O rzeźby? – odpowiedzą: no nie, przecież my ich nie czcimy. To są symbole. Tak twierdzą, chociaż sami nazywają je „łaskami słynącymi”, „świętymi” i „cudownymi”. I mają problem z nazwaniem ich po prostu: przedmiotami, czyli tym, czym są. To są zwykłe przedmioty – z drewna, metalu, płótna. Ludzie przed nimi klękają, pielgrzymują do nich, odprawiają do nich modły i nabożeństwa, mają je, palą przed nimi świece, okadzają i noszą w procesjach – ale jednocześnie mówi się nam, że to jest oddawanie czci Bogu. Czym miałyby być te wizerunki – to są jakieś, przepraszam, mikrofony duchowe, kamery jakieś, przekaźniki? Co to za wymysły? Naprawdę – nie wolno kombinować by połączyć Boży nakaz z jego przekroczeniem. Nie – i koniec. To nie są żarty. Nie wolno mówić: tak, ale nie. Albo: nie, ale tak. Nie można mówić: Maria jest współzbawicielką – co wcale nie znaczy, że Chrystus nie jest jedynym Zbawicielem. Nie można mówić: owszem, robimy obrazy i figury, ale ich nie czcimy jako Boga, tylko jako symbol Boga – choć, zresztą, nawet nazywają je świętymi. Nie można wyznawać, że Chrystus jest jedynym Pośrednikiem i jednocześnie modlić się do Marii o pośrednictwo. Nie można mówić: ale my nie czcimy Marii jak Boga – skoro Bóg zakazał czczenia stworzeń. Zresztą – gdy widzimy wielkie maryjne pielgrzymki – to jest to kult z jakim żaden inny nie równa się, jest wielokrotnie większy i żarliwszy niż okazywany Bogu.

Jakkolwiek by tego pokrętnie nie tłumaczyć – ludzie po prostu czczą te wizerunki – obrazy i figury, takie są fakty, że te wizerunki, figury uważane są za święte i otoczone są kultem i uwielbieniem. Dlaczego, ludzie, nie słuchacie Boga?
Są również takie tłumaczenia, że te wizerunki są jakby „pomocą dydaktyczną” dla ludzi nieuczonych, czy pomocą dla ludzi kruchej wiary, aby mogli się w niej podeprzeć. Czy dla ludzi niepiśmiennych – taka Biblia pauperum, obrazkowa. Ale czy Chrystus, albo apostołowie coś takiego robili? Nie. To jest wyobrażenie o poglądowości i pomocy w nauce – właściwe myśleniu tego świata, nauce tego świata.
A jeszcze to wszystko, te kulty, ta narosła tradycja wiążą przez wylane za nie morze krwi. Szacunek dla tych skrajnych poświęceń, cierpień, dla tej żarliwości – przeżycia, wzruszenia, jakie wywołują jeszcze z tą tradycją wiążą. To jest wielki dramat. Należałoby się szerzej i głębiej zająć tymi sprawami, ale to już przecież nie w zakresie takiej wypowiedzi, jak ta.
Ale o czym chcę powiedzieć – otóż dziś doznajemy rzeczy niebywałych, Polacy oskarżani są o najstraszniejsze rzeczy, zaatakowani propagandową akcją o „polskich obozach koncentracyjnych”, oskarżani o nazizm, o współsprawstwo Zagłady, o to, że „zrobili za mało” i że Zagłada była możliwa do przeprowadzenia właśnie tutaj z uwagi na nastawienie Polaków. Niepojęte – czemu to na nas spada? Widziałem ostatnio jak poruszone były tymi oskarżeniami byłe więźniarki Auschwitz – to było wstrząsające.
A przecież to Polacy właśnie nie poszli na współpracę, przeciwstawili się obu zbrodniczym totalitaryzmom – nazizmowi i komunizmowi – stając w konsekwencji w obliczu ich wspólnej agresji. Na takie coś nikt inny się nie odważył, na taką konsekwencję w obronie – nazwijmy to – wartości! A teraz zamiast choćby prostego uszanowania spada na nas odium najplugawszych zbrodni. Choć przecież właściwie wszyscy żołnierze Polscy walczący w 1939 roku z hitlerowskim najazdem powinni mieć drzewka w Yad Vashem!
Nadto – kto w ogóle ma moralne prawo coś przeciw tamtym ludziom, ówczesnym Polakom, mówić? Kto? Ci, którzy nie przyjmowali uciekających przed Zagładą Żydów? Ci, którzy ich wydawali, eksportowali do Auschwitz? Ci, co nie chcieli słyszeć o tym, co się dzieje? Nadto ci, którzy odrzucili polskie propozycje przeprowadzenia prewencyjnej operacji przeciw Niemcom, która mogła nazizm w początkowej fazie zatrzymać? Ci, którzy zdradzili w 1939, co przecież właśnie umożliwiło dokonanie Zagłady na Żydach Polskich, zorganizowanie Zagłady na terenie Polski? Czy może wreszcie narody, których synowie formowali ochotnicze oddziały Waffen SS? Ale oto dzisiaj – na nas to spada – nasza wina! I nawet sami Żydzi łączą się w tym ze swoimi mordercami, z Niemcami – czego przykład mieliśmy przy produkcji filmu Nasze matki, nasi ojcowie. A nadto jeszcze domagają się od nas odszkodowań – od nas! Niepojęte, niepojęte – czemu to na nas spada? I ta pogarda i to hańbienie i to szyderstwo, oskarżenia, roszczenia? Niepojęte! Podobne mniej więcej słowa wypowiadała była więźniarka obozu Auschwitz – roztrzęsiona, płacząc powiedziała: świat stanął na głowie.

Oczywiście umiemy wskazać, tak w ludzkim rozpoznaniu, o co w tym chodzi, że kryją się za tym cele polityczne, ekonomiczne. No ale właśnie: czemu to na nas spada? Jak to możliwe? Czy to możemy zaliczyć do katalogu naszych cierpień za Wiarę? Chyba nie bardzo, prawda?

Ale jeszcze na coś innego pragnę zwrócić uwagę, na inne jeszcze wstrząsające skutki tej sytuacji, bo oto Polacy, rozgoryczeni, odrzucają to, co było pięknymi, szlachetnymi cechami polskiego charakteru! Przeglądam internet i widziałem w ostatnich latach, w czasie tego nasilonego poniżania, oskarżania nas – wiele wpisów w rodzaju: nie będziemy tacy głupi – już nie będziemy dla nikogo poświęcać życia, już nie będziemy walczyć o wolność waszą i naszą – o nie, tacy głupi już nie będziemy! A spotkałem i takie zdanie: żałujemy, że ratowaliśmy. To jest szok, chciałoby się powiedzieć, czy ci, którzy tak nas oskarżają, czy zdają sobie sprawę, co powodują, co robią? Tylko – czy coś ich to obchodzi?

Ale przede wszystkim to jest wielki dramat Polaków, którzy zamiast szukać przyczyn tej sytuacji, jeszcze negują szlachetność swoich antenatów, kładących życie za życie innych. Zamiast podążania drogą emocji, poddawania się goryczy i wściekłości – powinniśmy się skupić na poważnej rozmowie o naszych sprawach. Zauważyć, jak bardzo potrzeba Polakom odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Czemu jesteśmy od około 300 lat ciągle na kursie w dół, ciągle na krawędzi, niszczeni, rozrywani, zdradzający sami siebie? Czemu tyle krwi wylewanej, tyle rozpaczy, szaleństwa, czemu to zło na nas nieodmiennie spada i niszczy, nawraca w kolejnych falach zgrozy, mordu, rabunku, upokorzenia, niewoli?

Zwróćmy uwagę na pewną kwestię – jak pamiętamy, Polacy uczynili Żydom wielkie dobro przyjmując ich u siebie, gdy byli wyganiani z kolejnych krajów Europy. Można byłoby to szerzej opisywać, przypominać, że Żydzi mieli tu swój samorząd, swój sejm, że nie musieli mieszkać w gettach, mieli liczne prawa i swobody, swoje szkolnictwo etc. Ale pomyślmy jak Żydzi patrzyli na świątynie pełne wizerunków, pełne obrazów, figur – otoczonych kultem, czczonych, majonych kwieciem, ubieranych w sukienki, obnoszonych w procesjach. Figur i obrazów do których zanoszono modlitwy? Jak patrzyli na świątynie, w których czczono Królową Polski, Matkę Boga, Królową Niebieską? Królowa Niebios, jeszcze i to miano przydano Marii. Dla Żydów były to jednoznacznie aszery, największe obrzydliwości, rzeczy przed którymi Bóg ich surowo przestrzegał, za sporządzanie i czczenie których naród Żydowski w przeszłości doznawał skrajnych nieszczęść – w tym przecież tak Polakom znanych: likwidacji państwa, uprowadzania w niewolę…

Co się zatem zdarzyło? Polacy uczynili Żydom wielkie dobro, przyjmując ich u siebie, ale zarazem to, co robili stało się dla Żydów odstręczeniem od Mesjasza – Jezusa Chrystusa. Było utwierdzaniem ich w przekonaniu jakoby Jezus był zwodzicielem, skoro: spójrzcie do czego doprowadziło to, co zrobił, czym zaowocowało – największymi obrzydliwościami, przed którymi tak ostrzegał nas Bóg! Czyż zatem również nie utwierdzało ich w przekonaniu, że słusznie postąpili ich przodkowie wydając Jezusa na śmierć? Czy nie popychało ku opowiedzeniu się po ich stronie?

Czy zatem nie było tak, że Polacy uratowali Żydów – by stać się dla nich pułapką? Nie zamierzenie przecież, z zupełnie inną intencją – ale jednak?
A teraz wracając do tych strasznych, tych niepojętych i niebywałych oskarżeń, które dziś na nas, na Polaków spadają, do tych razów, tego piętnowania, pouczania, których nijak nie możemy zgodzić z faktami, z historią II wojny światowej, i które wywołują poczucie tak głębokiego skrzywdzenia, a zarazem jakiejś kuriozalnej niezrozumiałości – gdy zewsząd słyszymy: winni, winni – to czy w świetle powyższych rozważań nie otwiera nam się droga wreszcie rozumienia tej sytuacji? Zapytam też, a dlaczego nie patrzymy na historię w ten sposób? Dlaczego naród w większości swojej deklarujący wiarę w Boga – nie rozważa, nie bada w taki sposób swojej historii? Z Pismem Świętym w ręku.

Wspomniany wcześniej pan Kazimierz Leski napisał: od ponad trzech wieków woda w naszym polskim stawie jest ciągle mieszana, nie jest przezroczysta. I jakoś nie umiemy dopomóc jej się ustać… Jedyna droga, po której możemy… doprowadzić do ustania się wody w naszym stawie tak, by nikt inny w nim ryb nie mógł łowić, to nasza wspólna praca, każdy na swoim odcinku.

Spójrzmy na to inaczej. W Neapolu w roku 1608 jezuita Giulio Mancinelli miał widzenie. Opisywane jest to tak: wyjrzał przez okno w kierunku morza i zobaczył zbliżającą się w wielkim majestacie postać Matki Bożej z Dzieciątkiem. U Jej stóp klęczał piękny młodzieniec w aureoli i jezuickim habicie – Stanisław Kostka. Na ten widok o. Mancinelli zawołał: „Królowo Wniebowzięta, módl się za nami”, na co Matka Boża odpowiedziała: „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie”. Objawienie zostało uznane za prawdziwe, niedługo potem Mancinelli odbył podróż do Polski i od tamtego czasu stopniowo kult Królowej Polski był wdrażany, poddanie Polski Królowej Niebieskiej potwierdzane kolejnymi aktami i przedstawieniami. Mancinelli wielokrotnie powtarzał: Matka Boża wielkie rzeczy dla Polaków zamierza.

Przyjrzyjmy się faktom. Barwne królestwo z wieloma wolnościami, królestwo do którego lgnęli ludzie – stopniowo, wraz z utwierdzaniem władztwa Królowej Polski, pogrążone zostało w morzu nieszczęść, rozdarte na sztuki, po wielokroć unurzane w morzu rozlanej krwi. Tak wygląda te ponad 300 lat i dzisiejszy daleki skutek tego wszystkiego – pomiotło i pośmiewisko, karłowata karykatura samego siebie – kraju i narodu – w ciągłym nieszczęściu i pogardzie, ciągle na krawędzi, w zmaganiu o przetrwanie. Niewątpliwie ten mówiący do Mancinellego duch zamierzał dla Polaków wielkie rzeczy. A może i właśnie chodziło o Żydów, by ich utwierdzać w odrzuceniu Mesjasza? Tu gdzie znaleźli miejsce odpoczynku, Polin, wzniecony, rozbuchany został kult królowej niebieskiej aby odciągać ich od Prawdy, tym razem w trochę inny sposób, wykorzystując ich wierność i poznanie. Kreując obraz Chrystusa skłócony z Torą i Prorokami.

Istnieje taka dominująca interpretacja, że Rzeczpospolita rozebrana została przemożną zmową i przemocą rozbójniczych sąsiadów, że demokracja nie mogła ostać się wobec państw rządzonych przez owładniętych imperialnymi żądzami „władców absolutnych”, a więc dominuje wizja krzywdy i męczeństwa, która zresztą wkrótce została wprost wyrażona w idei polskiego mesjanizmu – ale przecież Rzeczpospolita uległa rozkładowi, pogrążyła się w ciemności i zdradzie – a to nie są przejawy stania w Prawdzie, prawdziwa wiara nie objawia się rozkładem. Pan Waldemar Łysiak celnie streścił w literackiej wizji ten zasiew rozkładu – w książce Milczące psy, gdzie caryca Katarzyna z Repninem formułują plan całkowitej demoralizacji Polaków, rozłożenia narodu od wewnątrz, skłócenia, rozpicia, ogłupienia i zdeprawowania, zniszczenia ducha i doprowadzenia, by przestali wierzyć w cokolwiek prócz mamony i pajdy chleba. Ale jak może się taki plan powieść względem narodu najprawdziwszej wiary, przedmurza chrześcijaństwa? Czyż nie jest w tym coś nie tak?

Wcześniej Polacy stworzyli największe państwo ówczesnej Europy i umieli nim zarządzać i umieli go bronić – więc też przyczyna upadku nie tkwi w jakichś cechach „wrodzonej anarchii” czy polskiego bałaganu.

Błędy błędami, ale nie jest tak, że twórcy barwnego królestwa nagle zbiorowo utracili zdolność tworzenia pięknego królestwa. Fałszywe czytanie historii prowadzi też do nieprawdziwego a desperującego postrzegania narodowego charakteru. Nie jest tak, że born anarchists stworzyli największe państwo Europy, ba – pomogli przetrwać Żydom – a nagle sami nie umieli przetrwać. Coś się stało, coś zaszło, że to, co „grało” – przestało „grać”.
Wielkim symbolem w polskiej tradycji jest obrona Częstochowy. W tej tradycji obrona Gdańska właściwie nie istnieje – ale to Gdańsk był dla Szwedów szczególnie łakomym kąskiem, przede wszystkim stanowiąc optymalnie ulokowaną bazę z możliwością przeładunków ze statków pełnomorskich na barki rzeczne – wiślane, itp. Ale rada miasta na długo przed wojną trafnie – realistycznie oceniała zamiary Szwecji, przewidziała nadchodzącą wojnę. Gdańszczanie skrzętnie uzupełnili fortyfikacje, zaopatrzyli obronę, przygotowali przedpola. Wykazali się też właściwym rozpoznaniem intencji elektora brandemburskiego Fryderyka Wilhelma i nie liczyli na jego wsparcie. Co bardzo ważne – gdańszczanie nie zdradzili, byli wierni Rzeczpospolitej, choć mieli propozycje zachowania neutralności.

Oblężenie Jasnej Góry przez Szwedów na obrazie Józefa Ryszkiewicza. XIX wiek. Źródło: Wikipedia

Oblężenie Jasnej Góry przez Szwedów na obrazie Józefa Ryszkiewicza. XIX wiek. Źródło: Wikipedia


Szwedzi wielokrotnie ściągali pod miasto próbując je zdobyć, Karol Gustaw pohukiwał i namawiał, ale jego wojska były bezsilne. Próbowali nawet częściowo zatopić miasto wodami Wisły, ale Gdańsk był dobrze chroniony systemem zabezpieczeń wodnych – Śluzą Kamienną – i także ta próba spełzła na niczym. I tak Gdańsk odegrał w tej wojnie bardzo poważną rolę. Wiązał znaczne siły najeźdźców, uniemożliwił pełny podbój Prus Królewskich, wojska gdańskie brały udział w różnych walkach, odegrały rolę w wyparciu nieprzyjaciela – ale najważniejsze: Szwedzi nie uczynili sobie z Gdańska bazy.

I to powinien być wzór dla Polaków: właściwe rozpoznanie, znakomite przygotowanie, wierność Rzeczpospolitej – i wróg był bez szans. Jak niepyszny po prostu rezygnował z atakowania miasta. To z tych wydarzeń powinna być wyprowadzana zdrowa nauka, one powinny być utrwalonym w kulturze przykładem, stało się jednak inaczej. Symbolem i wzorem stała się obrona Częstochowy, choć z militarnego punktu widzenia, co do znaczenia, zupełnie nieporównywalna, a i sama bitwa nie była wielką na miarę legendy, skoro straty wyniosły – po stronie klasztoru czterech ludzi i trzy konie, a oblegający stracili kilkunastu ludzi.

Oczywiście rzecz jest w czym innym, mówi się, że obrona Częstochowy stała się zwrotem w tamtej wojnie, bo spowodowała duchowe przebudzenie, duchowy zryw – że oto Szwedzi wystąpili przeciw wielkiej świętości Polaków. I tę – oczywiście skuteczną obronę – uznano symbolem Bożej opieki, utwierdziła kult maryjny. Tylko, że sam fakt duchowego zrywu owocującego zwycięstwem nie jest a priori znakiem Bożej interwencji. Sięgnijmy do Biblii. W Drugiej Księdze Królewskiej (3, 26-27) czytamy o wojnie z Moabitami: Król Moabu zobaczył, że musi w tej walce ulec, zebrał wokół siebie siedmiuset mężów zdatnych jeszcze do boju, aby przedostać się do króla Edomu, lecz nie zdołali. Wtedy wziął swego syna pierworodnego, który miał objąć po nim panowanie, i złożył go na całopalenie na murze. Wskutek tego powstało wielkie wzburzenie przeciwko Izraelitom, tak iż musieli od niego odstąpić i powrócić do swojej ziemi.

Należy – oprócz tak wielu wymienionych już kwestii – patrzeć także na skutki w perspektywie, a przecież dziś wiemy, że podążanie tą drogą doprowadziło stopniowo do całkowitego rozkładu potężnej Rzeczpospolitej i pogrążenia jej mieszkańców na wieki w morzu nieszczęść, a nieobecność Rzeczypospolitej pozwoliła wzrosnąć w tej części świata przemożnym morderczym potęgom.

Błędna interpretacja obrony Częstochowy trwa do dziś, przybrała kształt niepisanej, cichej procedury kulturowej, mianowicie, że „zasłużonej w historii”, „fajnej legendy”, i to uznanej za fakt wiary, nie poddaje się sprostowaniu. Jest kulturowym dobrem, „prawdą” kulturową – ale tu nie chodzi o sprawy niepoważne, gdzie można sobie bajkować i co tam. Tu chodzi o sprawy najważniejsze!
Henryk Sienkiewicz, jeśli już, powinien był opiewać obronę Gdańska – ku nauce, zbudowaniu, mądrości. Właściwe rozpoznanie sytuacji, przewidywanie, właściwe wybory, działania zespołowe – dobra organizacja, znakomity timing, odpowiedzialność, umiejętność pożytkowania wydarzeń historycznych – i: wierność – były dokładnie tym, czego tak dotkliwie w Rzeczypospolitej zabrakło pod opieką Królowej Polski. To jest oczywiste.

A teraz proponuję spojrzeć na poruszone kwestie jeszcze inaczej. Na naszych oczach rozgrywa się bolesny i bardzo przykry dramat pana Lecha Wałęsy. Chciałbym, abyśmy spojrzeli na ten dramat w kontekście tego, co mówiliśmy o kwestiach wiary. W tym dramacie pana Wałęsy i w samej jego postaci jakby wyświetla się problem polskości. Znalazł się ten człowiek w środku wydarzeń i różne aspekty tego problemu polskości jakby się wyświetliły na nim, zostały jakby zawieszone na słupie ogłoszeniowym.

Lech Wałęsa z zawodu jest elektrykiem. Elektryk to taki człowiek, co ma umiejętności ujarzmiania żywiołów, by służyły ku pożytkowi. To ktoś znający sposoby zawiadywania mocami. Można było mieć nadzieję, że wyprowadzi nas z niewoli. No ale potocznie donosiciela nazywa się kablem.
Długopis. Ten motyw wielkiego, symbolicznego długopisu, z jednej strony zwraca uwagę na podpisywanie – na casus Bolka. Z drugiej strony jego biało-czerwony kolor i zdjęcie papieża w środku wskazywały na rdzeń sprawy i jego zasadnicze, duchowe, znaczenie dla całego narodu. Zauważmy też, że imię Bolesław nosiło wielu władców Polski, tworzących jej potęgę, tu forma „zwulgaryzowana”.
Znaczek maryjny w klapie marynarki miał być wyrazem zawierzenia Bogu i trwania w wierze. No ale przecież był właśnie znakiem robienia rzeczy jakich Bóg nie chce, jakich nie nakazał, jakich zakazał. To jest więc unaocznienie – zobacz dlaczego znów będzie klapa.

Na zdjęciu: Lech Wałęsa -- przywódca Solidarności. Sierpień 1980 roku. Foto: archiwalne

Na zdjęciu: Lech Wałęsa — przywódca Solidarności. Sierpień 1980 roku. Foto: archiwalne

Przyjrzyjmy się imieniu i nazwisku – Lech Wałęsa. Lech to synonimicznie Polak. Wałęsa – wałęsanie się, a więc nie pielgrzymowanie i nawet nie zdążanie do jakiegoś ziemskiego celu. Wałęsanie się zatem: trwonienie życia, zużywanie sił na próżno, bez celu i bez sensu. Polska droga donikąd, droga Polski donikąd.
Teraz – język. Owo specyficzne mówienie: tak, ale nie – spotkaliśmy już jako metodę uzasadniania kultu wizerunków i kultu maryjnego. U pana Lecha Wałęsy znajdujemy je w wielkim ekspresyjnym rozbuchaniu: tak, powiem więcej: nie; jestem za, a nawet przeciw; powiem wymijająco, wprost; plusy dodatnie, plusy ujemne – i tak dalej. I cała Polska rechocze. Ale czyż nie śmieje się z siebie?

Zawierzyliśmy człowiekowi, który mówi: tak, a nawet nie? W nim złożyliśmy nadzieję na wyratowanie z niewoli? Jemu powierzyliśmy prowadzenie spraw politycznych narodu – w czym przecież jakaś zborność języka i myśli są konieczne? Jak to możliwe, że tak zrobiliśmy? Ale właśnie to jest język kojarzący się Polakom z prawdą, z nadzieją, z Bożym prowadzeniem, z ratunkiem – język przewodników duchowych narodu. To oni mówią: Maria współzbawicielką, ale to nie znaczy, że Chrystus nie jest jedynym Zbawicielem. Mówią: Chrystus jest jedynym Pośrednikiem – módlmy się do Marii o pośrednictwo. Tak, ale nie.
I zauważmy – taka właśnie wyszła z tego wolność: tak, ale nie. I podobne zwycięstwo: werbalnie tak, ale rzeczywiście – znów jesteśmy na krawędzi, walczący o przeżycie, ograbieni, niewoleni, wyśmiewani, hańbieni, obwiniani, szarpani, przetracający swoje bogactwa, rozpraszający się po świecie…
Swoją drogą – ten stan wyśpiewujemy sobie hymnem państwowym: Jeszcze Polska nie zginęła… – a więc ciągle na krawędzi, ciągle w stanie katastrofy. Ciągle: będziem Polakami…, a więc ciągle nie będąc nimi, nie mogąc nimi być.
Jeszcze: megalomania. Zmarnowanie unikatowego potencjału, ze zwycięzców – pośmiewisko, ale ciągle to przeświadczenie o szczególnych dziełach i szczególnej misji. Katastrofy na nas spadające, zło, które na nas spada to, uważamy, jest właśnie skutek, cena i sens tej misji – a nie skutek zaślepionego trwania w zdradzie.

Kult maryjny, czczenie wizerunków – są uprowadzeniem,

uprowadzaniem zbawczej wiary z samego progu Zbawienia. Tego obraz, tego odpowiedniość możemy widzieć w uprowadzeniu nadziei przez pana Lecha Wałęsę, z królową niebieską w klapie marynarki – Polacy nie zaznali upragnionego spokoju, nadzieja została tak bezwzględnie podstępnie, przejmująco, boleśnie uprowadzona – a nawet wykorzystana w procesie niewolenia – mimo tylu włożonych wysiłków, tylu ofiar. Niwecząca zdrada na samym progu wolności.
W zaufaniu Lechowi Wałęsie, prostemu elektrykowi, możemy widzieć odniesienie do legendarnej przeszłości Polaków – do Piasta Kołodzieja, więc jakby do szlachetnej prostoty, do nadziei i optymizmu nowego początku. Niestety.

Zatem patrząc na postać pana Lecha Wałęsy widzimy jakby obrazkami opowiadaną historię o Polakach, widzimy wykład problemów polskości, czyniony w sposób dla wszystkich zrozumiały, językiem potocznym, dostępnym każdemu (klapa, kabel, wałęsanie się, wałek). W sensie formalnym jest to taki jakby odpowiednik Biblii pauperum, stale obecnej w miejscu widocznym, przypominającej się, zwracającej na siebie uwagę. Oto człowiek oblepiony znakami, nosiciel znaków. Dla prostaczków lekcja w obrazkach ku obudzeniu, oby, dla wykształconych – człowiek znak, Lech Semioza, proszę czytać.

To, co powiedziałem o panu Lechu Wałęsie nie jest kpiną z niego – w najmniejszym stopniu. Widzę bolesny, dotkliwie bolesny problem, problem w jakimś sensie dotykający nas wszystkich. Dramat. Gdyby pan Lech Wałęsa prawdziwie zaufał Bogu. Gdyby zechciał przeczytać jedną książkę – tę jedną właśnie, o tę jedną właśnie chodzi… To nie są żarty, bardzo i szczerze tego życzę.
Polska – dramat wiary uprowadzonej. Gdy widzę te zdjęcia żołnierzy wyklętych – z ryngrafami na piersiach – jaki to żal, jaki smutek, jaki płacz. Jeden z posłów na Sejm niedawno powiedział, że dziś wielu młodym ludziom takie, jak ich, żołnierzy wyklętych, jednoznaczne opowiedzenie się za prawdą imponuje. Ale właśnie: czy za prawdą? Czyż nie jest to właśnie ten dramat? Czy nie jest to właśnie sedno tego niebywałego nieszczęścia dotykającego nasz naród?

Ale jeszcze – jest to nam podsuwane przed oczy! Ostatnio dawne więzienie przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie przekształcane jest w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL. I proszę zobaczyć znak muzeum – w formie koła, wokół nazwa muzeum a w środku ryngraf – wizerunek maryjny, na tle polskiego godła, przestrzelony trzema kulami… W Piśmie czytamy o Bogu Ojcu, o Jezusie Chrystusie i o Duchu Świętym. A o królowej niebios czytamy, że jest obrzydliwością i aby jej nie czcić! Proszę sięgnąć do księgi proroka Jeremiasza – do rozdziału 44, gdzie prorok mówi, że spalanie kadzidła i składanie ofiar królowej niebios tym właśnie poskutkowało: spustoszeniem Jerozolimy i miast Judy, rzezią i uprowadzeniem, nieszczęściem mieszkańców (wersy 16-23). Czy Bóg chciał takiego nieszczęścia dla tamtych ludzi? A czy chce, aby Polacy przeżywali takie koszmary, jakie na nasz naród spadły? Gdy dziś następne pokolenie przypina sobie maryjne ryngrafy – czy znowu następne wybiera się do dołów śmierci? Jak to bardzo boli, jak to porusza – nie ma opamiętania, nie ma obudzenia – wreszcie?

Może jeszcze jeden argument: spójrzmy na zdumiewający obyczaj nazywania „matki boskiej” od miejsc objawień maryjnych, czy nazw miejscowości. I tak mówi się o Matce Boskiej Częstochowskiej, Ostrobramskiej, Fatimskiej, Loretańskiej, z Guadalupe – i tak dalej, bez liku. Ale co to właściwie znaczy? Cóż to jest za myślenie? Otóż to jest stricte pogańska praktyka, stricte pogański sposób myślenia! W Komentarzu do Biblii Hebrajskiej czytamy: Starożytni bogowie byli zwykle związani z konkretnymi miejscami (wyżynami, przybytkami, miastami). Pogańskie bóstwa miały swoje lokalne manifestacje. Ale teraz porównajmy – Jezus ukazał się uczniom nad morzem Tyberiadzkim. A Pawłowi w drodze do Damaszku – ale czy mówili oni o „Chrystusie Tyberiadzkim” albo: „Damasceńskim”. Oczywiście – nie! Kult maryjny jest uprowadzeniem, jeśli jakikolwiek duch podszeptuje taki kult, takie rzeczy, bądźmy pewni – nie pochodzi od Boga. Dosyć już tego obrażania Boga, dosyć już tego nieszczęścia!

Już tak patrząc ogólnie – jakże to są wszystko delikatne sprawy, jakiej potrzeba przy ich badaniu i przy rozmowie o nich uważności, również – aby kogoś nie zrazić, nie zranić, by nie wywołać jakiejś wojny. Bardzo łatwo jest skrzesać wojnę – ale odwrócić jej skutki? Czy możliwe? Nie można o tych sprawach rozmawiać wyśmiewając, epitetując, obrażając, poniżając i gardząc. Sam doświadczyłem na sobie, że można dotkliwie błądzić, skrajnie, a być przeświadczonym o prawdziwości drogi, którą się kroczy. Tak bywa, że ludzie idą za rzeczami ewidentnie złymi, błędnymi i trudno jest im to dostrzec. Powiem tak – prośmy Boga o prowadzenie, jeśli nam szczerze będzie zależeć na prawdzie, Bóg nie odmówi jej nam, na pewno się spotkamy. Bóg jest Miłością, Bóg jest Bogiem porządku, Bóg jest Miłosierny.
Czy Polacy zaczną się słuchać Boga? Flaga biało-czerwona – a: wybielicie szaty w krwi Baranka. Nie może być tak – wreszcie? Tylko proszę nie czytać tego jako wezwania do jakiegoś znowu „mesjanizmu polskiego”. To są słowa o prawdziwym nawróceniu.

Tu na marginesie chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewną kwestię, otóż Żydzi odrzucający Mesjasza – Jezusa Chrystusa – nie rozumieją też, że ludzie wierzący w Niego, zrodzeni z Boga są dziećmi Bożymi – nie są poganami! Nie są – gojami! Zacytuję w tłumaczeniu dosłownym: [prawdziwe światło] Do swoich przyszło i swoi go nie przyjęli. Jacy zaś przyjęli je, dało im władzę dziećmi Boga stać się, wierzącymi w imię jego, którzy nie z krwi, ani z woli ciała, ani z woli męża, ale z Boga zrodzeni zostali. (Według Jana. 1. 11-13.)

I teraz dopiero mogę przystąpić do odpowiedzi na Pańskie pytania. Otóż po różnych życiowych przejściach, kilkanaście lat temu na powrót osiedliłem się w Gdańsku, tym razem było to wynikiem decyzji, nie z urodzenia ale z wyboru. Postanowiłem zrekapitulować swoje dotychczasowe życie, spróbować jakoś ogarnąć, wyciągnąć wnioski. Postanowiłem napisać czego się dowiedziałem, chciałem też zrozumieć wreszcie to, czego nadal nie rozumiałem. Zakreśliłem zbiór kwestii, którymi uważam należy się zająć, pogrupowałem je sobie i zacząłem stopniowo realizować. Modliłem się, studiowałem, czytałem i pisałem. Utrzymywałem się z oszczędności, które zgromadzili dla mnie rodzice, dorywczo pracowałem przy remontach mieszkań, na budowach. Przez rok, właściwie półtora, byłem stróżem na budowie. W późniejszym czasie dostałem silnego uczulenia, tak że nie mogłem już pracować, jak to mówią, w budowlance. Pomagali mi bliscy mi ludzie.

Do spraw Totartu w ogóle nie chciałem wracać, ale gdy przeczytałem w gazecie, że utożsamia się nas z „Krytyką polityczną”, tak mnie to poruszyło, że zacząłem w tych kwestiach zabierać głos starając się wyjaśnić o co chodziło, jakoś tę wiedzę uporządkować. W filmie dokumentalnym Bartosza Paducha również wziąłem udział z nadzieją na wyprostowanie objaśnienie tamtych spraw.

By zreasumować, co przez te lata zrobiłem – od roku 2006 skupiłem się na kwestiach relacji nauki i wiary, rozumiejąc, że pojęcie rozumu, rozumności zostało uprowadzone, zawłaszczone przez „naukę” materialistyczną. W powszechnym pojęciu funkcjonuje utrwalone przeciwstawienie rozumu i wiary. Napisałem na ten temat 60 esejów składających się na książkę, dość sporą, którą zatytułowałem „Odzyskiwanie rozumu”. Najogólniej idzie o uwalnianie rozumu, rozumności z materialistycznej uzurpacji, w tym sensie – odzyskiwanie rozumu. Oczywiście tytuł ten można czytać przez moją biografię, ale te eseje są o relacji nauki, rozumu i wiary. Znaczną część stanowią zmagania z teorią ewolucji, w jakiejś mierze jest to zapis podążania tą drogą, dobijania się prawdy. Tytuł filmu Bartosza Paducha – „Totart – odzyskiwanie rozumu”, pochodzi właśnie od tytułu tego zbioru esejów. Praca nad nimi zajęła mi sześć lat, potem jeszcze wracałem do niej, uzupełniałem, korygowałem.

Pewnego razu pomagając młodej osobie w odrabianiu zadania domowego z języka polskiego, gdy zobaczyłem co tam się wyprawia, to znaczy, że w podręczniku – więc i w programie nauczania – wykłada się młodzieży interpretację Księgi Hioba jako dzieła o tragicznym losie człowieka, zestawiając ją z mitem o Edypie, tak mną to poruszyło, że napisałem o tym esej „Przeciw tragedii”. Jest on nie tylko sprzeciwieniem się zrównywaniu księgi Biblii z pogańską mitologią, nie tylko sprzeciwieniem się jej błędnemu czytaniu, i stosowaniu do jej interpretacji pogańskiej kategorii – tragiczności, nie tylko sprzeciwieniem się wyrządzaniu wielkiej szkody uczniom, ale też wskazaniem jak bardzo tą pogańską kategorią przeniknięta jest kultura, jak bardzo zatruwa ona myślenie, refleksję o życiu, rozumienie życia. Tragedia nie jest tylko nazwą pewnego rodzaju sytuacji, ale jest całkowicie fałszywą, pogańską, wywiedzioną z wielobóstwa interpretacją życia. Esej ten skończyłem pisać 10. 04. 2010, rano. Wyszedłem po chleb i dowiedziałem się o Smoleńsku.

Napisałem dwa eseje o homoseksualizmie, które uzupełnione o analizę przykładów złożą się na książkę. Napisałem artykuł o filmie „Nasze matki, nasi ojcowie”, który w połączeniu z uwagami nad próbami kreacji pani Moniki Jaruzelskiej na nowy autorytet i rozważaniami nad pułapką uznania PRL za nasze państwo, w jakimś sensie polskie, a nie za sowiecką okupację, której Polska Rzeczpospolita Ludowa była parawanem – bo była, a my do dzisiaj traktujemy ją jako jakąś emanację polskości, do dzisiaj nosimy to chomąto, które nam założono – więc te teksty składają się na książkę pod tytułem „Prace domowe”. Artykuł o filmie „Nasze matki, nasi ojcowie” opublikował portal Się myśli.

Napisałem też esej „Co to była sztuka totalna?” chcąc, w obliczu zainteresowania Totartem, przedstawić przede wszystkim okoliczności powstania tej grupy. Chciałem opisać, oddać ból i rozpacz z których Totart się wziął, raz aby uniknąć nieprawdziwych skojarzeń, dwa by odeprzeć epitetujące recenzje w rodzaju: banda przygłupów, albo: nihilistów, trzy żeby opisać te sensy, które wtedy z natury rzeczy nie były opisane, a bez których jakieś naukowe uporządkowanie czy opisanie tego zjawiska nie byłoby chyba możliwe. Poza tym chciałem spojrzeć na tamte zdarzenia z perspektywy świadomości jaką mam dzisiaj, nazwać, odcedzić, określić się względem nich. Nie chcę bowiem aby jakoś zaciążyły na odbiorze tego, co robię dziś. Takie wyjaśnienie było potrzebne. Bezpośrednim impulsem do napisania tego eseju była archiwizacja Totartu przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Docierają do mnie wieści, że premiera tej archiwizacji ma nastąpić w tym roku. Obszerne fragmenty eseju umieściliśmy w jednodniówce wydanej na okoliczność 30 rocznicy zainicjowania Totartu.

Z przyjaciółmi – Wojciechem Stammem i Markiem Wojtasikiem napisaliśmy libretto musicalu, może raczej – śpiewogry, zatytułowane „Cinkciarze i Ministranci”. O tym opowiem coś więcej. Rzecz jest napisana w pogodnym, humorystycznym stylu i jest najogólniej mówiąc w takim właśnie stylu refleksją o klinczu politycznym blokującym Polaków. Aby właściwie to rozumieć należy najpierw rozszerzyć wiedzę o cinkciarzach. W potocznym rozumieniu byli to handlarze walutą w PRL, ale ich działalność nie do tego się sprowadzała. Waluty obce były wtedy pożądane, gdyż można było za nie kupować w Pewexach towary zachodnie, ale i poszukiwane towary polskie, na przykład alkohole. Ale też w obliczu potężnej inflacji, atmosfery niepewności, i różnych machinacji władz, obce waluty były pożądane jako sposób zabezpieczania oszczędności. Na podstawowym poziomie biznes cinkciarzy opierał się na tym, że goście zagraniczni odwiedzający Polskę musieli wymieniać dewizy na złotówki w państwowych punktach wymiany po kursie ustalonym przez państwo, niskim. Cinkciarze oferowali tym ludziom kurs znacznie bardziej korzystny, choć oczywiście znacznie też niższy od czarnorynkowego. Te transakcje były nielegalne. I tu było pole do różnorodnych oszustw. Cinkciarze nielegalność tych transakcji wygrywali psychologicznie. Budowali atmosferę napięcia, wymiana odbywała się na stronie, szybko, nerwowo. Cinkciarze oszukiwali tych swoich klientów na różne sposoby, różnymi technikami. Operując pieniędzmi zwiniętymi w rulon, ściągniętymi gumką – licząc więcej niż było, kilka razy te same banknoty, albo prestidigatorską sztuczką podmieniając zwitek, albo też klientom nie obeznanym oferując nominały wycofane z obiegu, albo wreszcie kradnąc na wyrwę – etc. Oszukani, gdy już się zorientowali nie zgłaszali przestępstwa na milicję, sami wszak popełnili przestępstwo nielegalnie wymieniając walutę. Zatem cinkciarz we właściwym rozumieniu to bardzo często bezwzględny, cwany oszust, złodziej, najczęściej uczestnik mafii, często powiązany z SB, często bandyta. Najogólniej – osoba intencjonalnie, bezwzględnie, w wyrachowany sposób czyniąca zło.

Z kolei ministranci – tu należałoby wrócić do wcześniej omawianych kwestii uprowadzenia wiary – to ludzie wielkiego dramatu, bo szlachetnych intencji i uczuć, angażujący się dla dobra kraju i ludzi, poświęcający się, ale właśnie nie rozpoznający, że tkwią w uprowadzeniu wiary, działają z owym uwiedzeniem na sztandarach. A zatem chociaż mówimy o klinczu „cinkciarzy” z „ministrantami”, to nie mówimy o stronach na jednym poziomie, nie mówimy o antytezie. Jest oczywista różnica między ludźmi wybierającymi zło, czyniącymi zło intencjonalnie, a tymi, którzy chcą, z poświęceniem życia nawet, czynić to, co dobre, prawe, nie widząc jednak, że służą uwiedzeniu. Zatem chociaż „cinkciarze” czynią zło i chociaż wydaje się, że oni są winni tej sytuacji, to jednak przyczyna triumfów tego zła jest w dramacie „ministrantów”.

Zaznaczę jeszcze, że swoją sztukę pisaliśmy na długo przed słynną sesją reklamową firmy „Cinkciarz”, w której wzięli udział byli prezydenci, panowie Bronisław Komorowski i Lech Wałęsa. Mogę to wykazać, gdyż zrobiliśmy ochronę tekstu w ZAiKS-ie.
Moi przyjaciele – współautorzy zaproponowali wystawienie naszej sztuki telewizji publicznej. Byłem do tego nastawiony sceptycznie, przekonany, że nawet już tak sformułowany tytuł będzie nie do przyjęcia dla rządzącej opcji, i to moje przekonanie okazało się jakże trafne. Ale też, muszę przyznać, coś mnie w tym zdenerwowało – bo w końcu dlaczego tak jest, że nie ma w mediach miejsca na – przecież kulturalną, subtelną i z poczuciem humoru podaną – wypowiedź o naszej sytuacji? Nie ma miejsca na głos w rozmowie o najważniejszym problemie współczesnej Polski. W takim razie jak sobie ludzie klasy politycznej w ogóle to wyobrażają – dyskurs o nas samych, kulturę, rolę kultury? Chcą utwierdzać ten stan klinczu, podziału na wrogie plemiona i bezpardonowej walki? Nie szukają wyjścia z tej sytuacji, uważają, że jedna część narodu musi pokonać drugą? Uważają, że to jest rozwiązanie? Nie widzą potrzeby znalezienia przyczyn tej sytuacji? Nie uważają, że wymaga ona uleczenia? Otóż rozmowa o Polsce jest niezbędnie potrzebna, a obszar kultury i narzędzia jakimi kultura dysponuje świetnie się do jej poprowadzenia nadają. Trzeba tworzyć drogę wyjścia z klinczu. Gdy nie ma normalnej, kulturalnie prowadzonej rozmowy, gdy jest blokowana – rośnie napięcie, ciśnienie na bluzg i poparcie dla bluzgu. Ujmując to w obrazowy skrót: nie chcecie „Cinkciarzy i Ministrantów”? – macie „Klątwę”.
Jeszcze z utworów scenicznych – pracuję nad trzyaktową sztuką pod tytułem „Gdańsk”. Jest to rzecz luźno związana z rzeczywistością – co do faktów, ale silnie, co do problemów. Jest gotowa koncepcja całości, trzeba rozpisać, uzupełnić, rozwinąć dialogi. Systematycznie nad tym pracuję, równolegle do innych rzeczy.

Myślę, że nad moim życiem bardzo silnie zaciążyła kwestia II wojny światowej, Zagłady – Shoah. To był bardzo często powracający zestaw pytań, temat rozmów, rozważań. To były kwestie szarpiące, nieznośne. Totalitaryzmy, Zagłada były jednym z osiowych problemów Totartu, to były kwestie nie dające mi spokoju, przejmujące do żywego. Szukanie odpowiedzi stało się główną sprawą mojego życia, i jak wspomniałem – te już kilkanaście lat od mojego powrotu do Gdańska jest czasem intensywnej pracy nad tymi kwestiami – tym razem już nie w rozpaczy i już nie szarpaniny, ale systematycznym zmierzaniem do prawdy. Zbieraniem wiedzy, porządkowaniem myśli, formułowaniem. Jest jeszcze kilka takich kwestii nad którymi pracuję, ale ta jest bardzo ważna.

Z kolei książką, która powstała zupełnie na uboczu, ale której poświęciłem dużo pracy i wysiłków, jest esej i zarazem album fotograficzny pod tytułem „Na przykładzie Gdańska”. Żyjąc tu, skupiając się na swoich pracach, zarazem ciągle zżymałem się na to, co widziałem wokół, na bezprzykładne marnowanie unikatowego potencjału Gdańska. Ciągle mnie to bolało, drażniło, nie dawało spokoju. I to wiąże się mocno z tym, co pan powiedział o współczesnym świecie, że działa on zupełnie inaczej, że wielkie metropolie stały się stolicami światowej nauki, kultury i sztuki i że to one, a nie państwa, przyciągają i gromadzą międzynarodowe elity intelektualne. Otóż to, i właśnie Gdańsk, jakkolwiek oceniać wydarzenia roku 1989 – w ich wyniku znalazł się w owej elicie miast świata. Tak, to nie jest przejęzyczenie, że mówię, że się znalazł, że mówię jako o fakcie dokonanym. Właśnie tak było, Gdańsk do tego grona został zaliczony, a wystarczyło się jedynie ogarnąć, wyszykować i skonsumować ten status.

Kilka przykładów, jak Gdańsk był laudowany: Margaret Thatcher: Wspaniałe miasto, Gdańsk, w którym narodził się współczesny świat…; José Manuel Barroso: Tu, w Gdańsku, zmieniliście bieg historii Europy i świata (…). Wartości, o które walczyła Solidarność, to filary wspólnoty, rządów prawa, które również obecnie stanowi Unia Europejska. Sprawiedliwość – wolność – solidarność to filary Europy; Ronald Reagan: Daliście impuls do zmian politycznych w środkowej Europie, (…) w tej stoczni rozpoczęło się pół tuzina europejskich rewolucji; Vaclav Havel: W Gdańsku narodziła się „Solidarność”. Gdyby nie ona nie byłoby Okrągłego Stołu i głosowania, którego rocznicę dziś świętujemy. Wszystko to sprawiło, iż zadziały się nieodwracalne w skutkach wydarzenia, które w konsekwencji doprowadziły do upadku komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej; Frederik Willem de Klerk: Gdyby nie polska „Solidarność”, system apartheidu w RPA by nie upadł; i jeszcze raz Margaret Thatcher: Ludzie z Gdańska mogą być dumni z tego, że byli forpocztą wolności i jestem dumna, że mogę siebie nazywać Honorowym Obywatelem Gdańska

Margaret Thatcher i Lech Wałęsa w kościele św. Brygidy w Gdańsku, listopad 1988 r. Obok: ks Henryk Jankowski, z tyłu, od lewej: bp Tadeusz Gocłowski, Joanna Muszkowska-Penson, Janusz Onyszkiewicz, Bronisław Geremek. Foto: Wojciech Kryński/Forum

Margaret Thatcher i Lech Wałęsa w kościele św. Brygidy w Gdańsku, listopad 1988 roku. Obok: ks Henryk Jankowski, z tyłu, od lewej: bp Tadeusz Gocłowski, Joanna Muszkowska-Penson, Janusz Onyszkiewicz, Bronisław Geremek. Foto: Wojciech Kryński/Forum

Takich laudacji nie można kupić za pieniądze, takich laudacji nie można załatwić – takich i tylu, wygłaszanych przez tak wiele ważnych osobistości świata, wygłaszanych przez najmożniejszych ludzi świata. Owszem, Gdańsk nie miał pieniędzy, ale miał kapitał, o którym włodarze miast świata mogli marzyć. To było tu, to było dane. Wystarczyło ten kapitał, ten unikatowy potencjał spożytkować, ale niestety, został on systematycznie pokruszony, sproszkowany i skrzętnie, starannie zutylizowany. To jest niebywałe, bo Gdańsk mógł być nie tylko jedną ze stolic świata, ale i motorem napędowym regionu i całej Polski. To nie jest sprawa li tylko Gdańska. To jest więc skandal nad skandale, nieznośne widowisko, obok którego trudno przejść obojętnie. I tak też było – najpierw próbowałem z kolegą zrobić o tym film dokumentalny, ale, a mówię o czasie 8-9 lat temu, trudno zrobić poważny film dokumentalny na taki temat – metodą chałupniczą, bez pieniędzy. Po kilku próbach zaniechaliśmy tego przedsięwzięcia. Ale po jakimś czasie pomyślałem: filmu nie dam rady zrobić, ale przecież mogę zrobić album fotograficzny. Tu też współpraca układała się z różnymi fotografikami opornie, aż wziąłem się za to sam. Zgromadziłem i zrobiłem zdjęcia, napisałem esej. Książka została też w znacznym stopniu przygotowana do druku, ale kosztu jej wydania, około 30 tysięcy złotych, już nie mogłem udźwignąć. I zaczęło się poszukiwanie wydawcy, albo sponsora, albo jakiegoś poparcia. I o tym też można książkę napisać. Ubiegałem się o stypendium z budżetu Województwa Pomorskiego – odmowa, pisałem do jednej fundacji – nie, do drugiej – nie, starałem się o poparcie polityczne – nie. Najbardziej znamienna była reakcja fundacji – uwaga – zajmującej się finansowaniem społecznościowym. Odmówili, a pani z którą rozmawiałem wyznała szczerze, że nie zorganizują zbiórki na wydanie tego albumu, bo się boją. To było jeszcze za rządów poprzedniej ekipy. Myślałem, że nowe władze przyjmą moją pracę z otwartymi ramionami – gdzie tam! Monitowałem nawet u wiceministra kultury – nawet nie otrzymałem odpowiedzi. Ponieważ nastąpiła zmiana w telewizji, pomyślałem o zrobieniu cyklicznego programu o Gdańsku – na podstawie tej książki. W zeszłym roku z Mirosławem Judkowiakiem przygotowaliśmy pilotażowy odcinek, żeby było widać, że potrafimy to zrobić nawet na podstawowym sprzęcie. Bez odzewu. Zawiesiliśmy ten pilotażowy odcinek na You tube: „Esej gdański odc 1.” Dla jasności chcę powiedzieć, że ta moja książka („Na przykładzie Gdańska”) nie jest jakąś wypowiedzią krytykancką – ale co się zowie: krytyczną, to znaczy wskazuję problemy, ale i propozycje rozwiązań. Trzecią jej część stanowi projekt dla Gdańska, opracowana propozycja, którą może jeszcze i dziś dałoby się z pożytkiem wprowadzić w życie.

Mówię: może jeszcze i dziś, bo jak do pewnego czasu, circa do czasu dwudziestopięciolecia „wolności”, na historycznym obszarze Gdańska życie płynęło leniwie, w centrum miasta było kilkanaście większych i mniejszych dziur w ziemi, różnych przerwanych, porzuconych inwestycji, były różne pola ruin, zgliszcza spalonych zabytków i pustkowia, tak ekipa rządząca miastem gdy poczuła wiatr historii – gwałtownie przyspieszyła inwestycje i teraz po prostu miasto jest niszczone architektoniczną makabrą i szlamem, historyczny jego obszar jest blokowany, co należy rozumieć w sensie tak i inaczej dosłownym, to znaczy stawiane są na tym obszarze bloki, nawet grodzone osiedla! – i co należy rozumieć metaforycznie, że wciąż jeszcze w jakimś stopniu możliwe spożytkowanie potencjału miasta jest tym stawianiem blokowisk zaprzepaszczane.

W ogóle przy tej kwestii wyłaniają się ciekawe problemy, na przykład jak pożytkować taki potencjał – w tym przypadku, mówiąc ogólnie i umownie – jak tworzyć miasto-dzieło sztuki w mechanizmie demokratycznym, skoro większość ludzi nie jest przecież szczególnie uzdolniona, większość nie ma nieprzeciętnych talentów, i nie zna się na tym – a wybiera przecież władze. To jest bardzo ciekawa sprawa i też ją w tej książce sygnalizuję, próbując znaleźć drogę rozwiązania tego problemu. Ale zaczynam się nie na żarty zastanawiać, co tu w ogóle kogokolwiek obchodzi?

Wracając do wyliczania swoich prac mam przygotowane dwa projekty filmowe. Jeden – pełnometrażowy dokument o Gdańsku, rodzaj eseju filmowego, przeniesienie na ekran książki „Na przykładzie Gdańska”. Drugi – rzecz zupełnie innego rodzaju, pod roboczym, opisowym tytułem „Kompetycja poetycka”. Dziesięciu poetów zaproszonych do wzięcia udziału w rozmowie o poezji a zarazem w turnieju poetyckim. W najgłębszej warstwie ma być to badanie czym jest poezja, jeśli bowiem jest mową duchową, to powinniśmy umieć ją rozpoznawać. Żyjemy w kraju liryki, na życie Polaków poezja wywierała wielki wpływ, powinniśmy umieć obracać się w tej materii, czytać ją – weryfikować dokąd nas prowadzi.

Niedawno widziałem telewizyjny wywiad pani Ewy Stankiewicz z panem Wacławem Szaconiem, żołnierzem podziemia niepodległościowego, człowiekiem cudem żyjącym, bo po wyroku poczwórnej kary śmierci objętym amnestią. Pan Wacław Szacoń zapytany o polskość, o miłość do Ojczyzny, o to skąd się wzięła, jakie było jej źródło, tak silnej, w tamtym pokoleniu, mówił o dziedziczeniu jej w rodzinie i o wychowaniu szkolnym, o nauce historii, ale najmocniej podkreślał lekturę „Pana Tadeusza” – kilkakrotnie. Mówił, że zna te wiersze na pamięć. Wskazał też na Sienkiewicza. Słowo odegrało i odgrywa w historii Polaków ogromną rolę.
A zauważmy, że przywołana już tu przeze mnie konferencja Gestapo i NKWD, na której strony wspólnie ustaliły plan całkowitej likwidacji narodu polskiego do roku 1975, ta konferencja i podpisanie tego wyroku miało miejsce w Zakopanem, w willach Pan Tadeusz i Telimena. Naprawdę – mamy o czym myśleć.

W „Kompetycji poetyckiej” chciałbym też przyjrzeć się jak rodzi się poezja, chciałbym, by kamera intymnie przyglądała się temu, co jednak nie oznacza, że film ma być dziełem hermetycznym, i nie implikuje tonacji smutnej – i przeciwnie, w zamyśle mam stawianie poetów w różnych sytuacjach i wobec pewnych zadań, miałoby to charakter stającego się, w dużej mierze improwizowanego widowiska z różnymi elementami akcji. I gdy myślę o składzie – z pewnością byłaby to rzecz pełna humoru. Póki co, oczywiście problemem jest: kto zechce to wyprodukować, skąd na to wziąć pieniądze. Nie chcę już komentować tej sytuacji, nierozumnej polityki kulturalnej.

Jeden z wydawców, dość solidnych, wyraził zainteresowanie moim albumem o Gdańsku, ale zaproponował termin odległy, a myślałem wtedy o tym, że ta książka powinna ukazać się przed ówczesnymi wyborami samorządowymi, co powinno przecież być też w polu zainteresowania wydawcy, ale nadto jeszcze ja za swoją pracę miałem otrzymać honorarium w wysokości zero złotych. Tak. Jakoś, przyznam szarpnęło mnie to. Nikomu przez myśl nie przyjdzie, żeby zaproponować na przykład kierowcy, który rozwozi książki, żeby pojeździł sobie jakiś czas za free. Tak dla własnej satysfakcji. A właścicielowi stacji benzynowej, żeby mu tankował paliwo za darmo. Ot tak. Albo drukarzowi, żeby kilka miesięcy dygał za maszyną w czynie społecznym. Nikomu to na myśl nie przyjdzie, uważają taką propozycję za niedorzeczną. Ale autorowi, który włożył w to co robi kilka lat solidnej pracy – i których praca, ogólnie autorów, przecież jest osią tego biznesu – właśnie temu autorowi mówi się śmiało i bez zawstydzenia: pan u nas robi za darmo. Ludzie, co tu się dzieje, to stoi na głowie!

Oczywiście, ja rozumiem, że czytelnictwo książek spada, że koszty są duże, ale trzeba szukać jakichś sposobów, żeby rzeczy, na przykład, społecznie ważne nie przepadały z durnowatych powodów, bo to jest droga samobójcza! Takie rzeczy powinny być zwolnione z podatku, także wynagrodzenie dla takiego autora powinno być wolne od podatku. Ktoś się narobi dla pożytku wszystkich, nieraz to są lata pracy, mnóstwo poświęconego czasu i bez ubezpieczenia, i teraz te pieniądze, które i tak nie odzwierciedlają włożonego wysiłku, jeszcze mu się opodatkowuje. Oczywiście jest problem: jak to rozstrzygać, co jest na tyle ważne, by miało być zwolnionym od podatku, a co nie. Teraz pojawiają się głosy, że powinna zostać powołana Polska Akademia Literatury. Jeśli tak się stanie – mogłaby spełniać taką opiniodawczą rolę, tam autor lub wydawca takiej publikacji zgłaszaliby się po decyzję o zwolnieniu z podatku. To nie jest trudne, zatrzymajmy to narodowe samobójstwo.

Ja sam, w obliczu kłopotów wydawniczych, trzeci już raz podchodzę do założenia wydawnictwa. Nie myślałbym o tym, gdyby tu na przykład funkcjonował zawód agenta, osoby, która reprezentując autorów, bierze na siebie załatwianie tych spraw etc. Naprawdę – nie da się poważnych rzeczy pisać, tworzyć jednocześnie wykonując pracę managera, albo pracując na budowie itp. Pisanie, tworzenie to jest praca, to jest czas spędzany w czytelniach, na studiowaniu, na kwerendzie, w takiej pracy trzeba skupienia, nieraz na jedną cenną myśl pracuje się długo, nieraz przychodzi, objawia się niespodzianie, trzeba ją schwycić, zapisać, wiedzieć gdzie ma swoje miejsce, tam ją umieścić. Człowiek tym cały czas żyje.

Jaki jest Gdańsk? Czy młody człowiek z prowincji na południu Polski – po studiach – powinien się do Gdańska przeprowadzić? Oczarowany legendą jedynego „wolnego, autonomicznego miasta-państwa” w naszej historii, w latach międzywojennych. Logicznie rozumując, Gdańsk ma wszystkie atrybuty, by być rozrywkową i kulturalną stolicą kraju (Sopot już pełni rolę najważniejszego letniego, morskiego kurortu, Gdynia to duży port). Poza tym, wybrzeże chyba w każdym kraju ma w sobie ten czar wolności i swobody. Jakie jest Trójmiasto?

Gdańsk ma znakomitą przyrodę. Oprócz oczywistości, z którą się kojarzy, czyli pięknych plaż, ma swoje inne poruszające śliczności – rozwidlenia delty i różne dopływy, różne ptasie atrakcje, ale, z czego jest mniej znany – piękne krajobrazy moreny z pagórkami, jarami, stawami, jeziorami i znakomite lasy a w nich górki nawet umożliwiające skromne narciarstwo. Liczne potoki – czyli nazywając po słowiańsku – sopoty. Ogólnie warunki przyrodnicze są rewelacyjne, ale gdy się popatrzy na to, co się z tym bogactwem robi, na architekturę jaką są zabudowywane okolice, w których życie powinno być rozkoszą i zachwytem, chce się wrócić do domu, natychmiast spakować, wyjechać i więcej tu nie wracać. Możliwości tego miasta są niszczone do bólu, ja osobiście patrząc na to zniszczenie, na ten brak pojęcia, muszę hamować narastające emocje. Na pięknych wzgórzach uwłaczające blokowiska, blokowidła i blokhauzy.

Nowa architektura staregoGdańska. Foto: Zbigniew Sajnóg

Nowa architektura starego Gdańska. Foto: Zbigniew Sajnóg


Ale tym bardziej jest to przykre, że nie jest to kwestia braku talentów – na przykład kilka lat temu studenci z Gdańska wygrali konkurs na zagospodarowanie wzgórza Camelot w Anglii, ale niestety tym miastem włada jakieś polityczne męzi-kęzi, jakiś twór uwity nie wiadomo z czego. O tym, co się tu dzieje przesądza jakiś zwitek cudacznych interesów, jakaś antropologiczna zagadka, bo to jest jakby ktoś ze zdobytej umiejętności rozpalania ognia i z wynalazku koła zrobił taki użytek, że spalił koło. Dręczące zakleszczenie Polski tu w Gdańsku przybrało postać o tyle dotkliwszą, że jak powiedziałem miasto to miało po 1989 roku potencjał zupełnie nieporównywalny z jakimkolwiek innym – uważam w skali świata. I po prostu, gdy po tym mieście chodzę, to ręce załamuję i płakać mi się chce. Więc już mało tu chodzę, tak że właściwie mógłbym mieszkać w dowolnej innej miejscowości. Robię zakupy w sklepach, gdzie mam zaprzyjaźnioną obsługę, pożartujemy sobie i życie staje się sympatyczniejsze.
Nie wiem jak myślą ludzie kończący teraz studia, nie umiem udzielić sensownej rady gdzie najlepiej się osiedlić. Zresztą ja żyję, powiedzmy – specyficznie, więc to nie byłyby rady z zakresu doświadczenia o jaki w tym przypadku chodzi, tak myślę.

W Sopocie się urodziłem, no ale byłem tam ze dwa miesiące temu – i nie wiem czemu oni w tym Sopocie włożyli tyle wysiłku, by skopiować dworzec Warszawa Wschodnia. Czy Zachodnia, egal. No nie rozumiem tego. To epokowe lastrico, no dobrze – szary granit. Nie chce mi się tam być. Zresztą ta płaszczadź na dole monciaka to też jakieś wysiłkowe ćwiczenie tematu „narysuj domek”. Przecież tam, na tej patelni monciaka powinny stać arcydzieła, przy współczesnych możliwościach materiałowych, wykonawczych, przy możliwościach projektowania po prostu nie ma ograniczeń dla wyobraźni. A tu co, jakieś poprawne wyliczanki i riviera lastrico.

Wróćmy do Gdańska. Ludzie prowadzący to miasto zdaje się, że na myślenie o nim przeznaczają tylko mało uczęszczany margines świadomości. Przykład? Proszę bardzo. W Gdańsku niewielki skwerek poświęcono pamięci Jana Heweliusza, gdańskiego astronoma, który w tej okolicy miał kamienice i w nich swoje obserwatorium. Obserwatorium, w którym zresztą odwiedzał go Jan III Sobieski. A propos, czy któryś z polskich władców doby współczesnej spędzał ostatnio noce w pracowni jakiegoś uczonego? No dobrze. Więc na skwerze postawiono pomnik Heweliusza w pozie obserwacyjnej. Pomnik się zgrabnie komponuje na tle Ratusza Staromiejskiego, a od ulicy Rajskiej jest na to założenie ładny prospekt, spacernik z żółtej kostki. I w ciągu tego chodniczka ustawiono na cześć Heweliusza w nawiązaniu do jego prac naukowych, duży, kamienny zegar słoneczny. Ogólnie – gdańszczanie w hołdzie słynnemu astronomowi ale też, pamiętajmy, jednemu z najwybitniejszych specjalistów w dziedzinie zegarów słonecznych w Europie! No tak, jest jednak pewien problem – otóż zegar ten umiejscowiony jest tak, że przez blisko pół roku jest w cieniu. Nie sądzę, żeby człowiek, który chociaż pobieżnie myśli o tym, co robi, wytwarzał takie sytuacje. Miasto inwestuje publiczny grosz, zapewne niemały, zabiegając o repetę przypowieści o „małpie, co dostała zegarek”.
Więc pyta się mnie pan, czy przejeżdżać do Gdańska, „czar wolności” i tak dalej. Czy ja wiem, co kto lubi.

Panorama Gdańska z dachu Marina Club Hotel. Foto: materiały prasowe

Panorama Gdańska z dachu Marina Club Hotel. Foto: materiały prasowe


Niedawno w Gdańsku podjęto dzieło PRL, pociągnięto przez historyczny obszar miasta trasę W-Z – sześciopasmówkę z torowiskiem dzielącą na części średniowieczny organizm. Odcięto Dolne Miasto, w miarę zachowaną dzielnicę, organicznie związaną z Głównym Miastem. Ale całą smakowitość tego dzieła można wykoneserować, gdy się wie, że to cięcie przez miasto zaplanowali urbaniści hitlerowscy. W przedsionku Drogi Królewskiej, gdzie dziś buduje się hipermarket o nazwie Forum Gdańsk, hitlerowcy planowali Gauforum, centrum ludowo-partyjne z siedzibą gaulaitera – i obok miało być właśnie to cięcie autobaną przez miasto. Komuniści przymierzali się, aby ten plan zrealizować, zaczęli ale nie dali rady. Hitlerowskie założenie urbanistycznie udało się zrealizować dopiero dzięki zwycięstwu rewolucji Solidarności.

Gdyby się dobrze przyjrzeć, to może jest to nawet po prostu przestępstwo, bo historyczny układ urbanistyczny jest chroniony prawem.

A to przecięcie miasta ma też pewne inne dalekosiężne skutki, bo odcięte zabytki zamiast pracować dla miasta, stają się dla niego ciężarem. Przykładem mogą być bastiony i fosa ze śluzą, która była dawnymi czasy elementem systemu obrony miasta, bo zamknięta powodowała zalanie przedpola. To właśnie ta Kamienna Śluza skutecznie uniemożliwiła zatopienie części Gdańska wodami Wisły – co usiłował uskutecznić Carolus Gustavus w czasie szwedzkiego potopu, jakiego to mu się w Gdańsku ni metaforycznie, ni dosłownie nie udało dokonać. Kamienna Śluza jest dziełem inżynierskim pierwszej klasy, zrobionym przez fachowców z Holandii, zresztą jak gdzieś czytałem wygrali przetarg ogłoszony przez miasto, pierwszy tego typu w Europie. Śluza sprawdziła się jeszcze w drugiej wojnie światowej, bo Rosjanie znając jej możliwości nie podchodzili do miasta od tej strony. No i dzisiaj kamienna grodza rozpada się, opływ zamulony, mury się sypią, Brama Nizinna omal się nie zawaliła ostatnio, zabytkowe stare wrota stały w błocie, i bastiony, które mogłyby być super atrakcją turystyczną, bo mają intrygujące podziemia a ludzie lubią takie rzeczy – to wszystko niszczeje, wymaga nakładów i właśnie zamiast zarabiać na miasto – jest niechcianym obciążeniem. Bo autostradą przecinającą miasto zablokowano możliwe przedłużenie bulwaru Długiego Pobrzeża, który tak pociągnięty naturalnie zachęcałby turystów do udania się w tamtą stronę, w stronę bastionów, Kamiennej Grodzy i Bramy Nizinnej – co rozszerzałoby obszar turystycznej atrakcji. Ale mało tego, że zablokowano możliwość przedłużenia Długiego Pobrzeża w tamtą stronę, to jeszcze w dodatku kawałek dalej wzdłuż Motławy pobudowano grodzone blokowisko tak blisko wody, że na bulwar nie ma miejsca. W dodatku to blokowisko pobudowano całkowicie bezmyślnie, jakoś dziwnie pod kątem i nie formując pierzei, bez uwzględnienia tej ewentualności, że kiedyś tu będzie dalszy ciąg bulwaru, co przecież powinno być oczywiste dla każdego architekta. Co powinno być oczywiste dla ludzi prowadzących miasto, pod warunkiem, że myślą o tym co robią, o mieście właśnie, a nie o czymś innym.

Z innej może beczki, skrzyżowanie ulic Łostowickiej z Kartuską. Mniejsza zresztą o nazwy, bo nie znającym miasta i tak nic to powie. W każdym razie ważne skrzyżowanie ulicy – historycznego traktu prowadzącego na Zachód doliną między wzgórzami, z ulicą prostopadłą, a więc ze wzgórza na wzgórze. Po pierwsze, oczywiste jest w takiej sytuacji zrobienie estakady aby przynajmniej części ruchu nie sprowadzać przymusowo na sam dół, bo po co. To też się wiąże ze sprawami środowiska, żeby kierowcy nie musieli hamować, stawać (światła) i potem rozpędzać się pod górę etc. Ale nie, oczywiście skotłowano cały ruch na dole i jeszcze do tego poprowadzono tamtędy tramwaj i drogi rowerowe. Przy dojeździe do tego skrzyżowania stały dwa małe domki, które najwyraźniej uznano za zabytkowe, a że stały na skarpie więc obudowano je murem oporowym etc. Gdy tylko to zrobiono domki zburzono. I tak zamiast szerszego podjazdu do skrzyżowania – pusta skarpa okolona kosztownym murem. No takie gospodarowanie to ja pamiętam z PRL – nic dodać, nic ująć.

Ale – jeszcze sprawę tego muru pociągnę, bo ponieważ całe to skrzyżowanie jest pomiędzy pagórkami, więc w ogóle była tam potrzeba wybudowania murów oporowych. No i te mury pobudowano jak przy autostradzie, od ekierki. I wyłożono te mury – klinkierem. No bo co się kojarzy z Gdańskiem, no ceglane budownictwo. To jest to skojarzenie najprostsze, że tak powiem, elementarne. Ale architekci powinni rozumieć, że Gdańsk to świetna architektura, nie tylko materiał, z którego jest zrobiona. Nie można iść skojarzeniem po materiale, ludzie!

Ale teraz, co chcę powiedzieć, mieszka w Gdańsku profesor Grzegorz Klaman, artysta, który zajmował się rzeźbą monumentalną i sztuką ziemi – dlaczego, pytam, miasto nie zleciło na przykład temu człowiekowi zaprojektowania tych murów oporowych? To wprost narzucające się skojarzenie – mamy taką rzecz do zrobienia, chcemy aby to było jakieś gdańskie, tego, dzwonimy do Akademii Sztuk Pięknych, żeby nam to zrobili. Akademia jest 5 minut spacerem od urzędu miasta. Mogliśmy mieć mury oporowe – dzieła sztuki. I funkcja i wielki zysk dla miasta, i ciekawsze życie i edukacja – rozwijanie wyobraźni. Wielki zysk dla miasta, bo byłoby co wpisać do przewodnika, rozszerza się obszar atrakcji turystycznej ale też dlatego, że te bezsensowne kilometry klinkieru były z pewnością wielce kosztowne. Tylko że, podkreślam to – takie rzeczy widzi ktoś, kto myśli o mieście i ludziach.

Takie miasto jak Gdańsk i potencjał tego miasta to jest wyzwanie. Tu powinna być jakaś stała rada artystyczna czuwająca nad jego rozwojem,

rada mająca jakieś moce decyzyjne. Gdańsk – Trójmiasto – mogło być jedną ze stolic świata. Gdy się to widzi, trudno tu żyć. Tandeta interesów, brak myślenia. Jeśli stworzylibyśmy szanowaną markę, to każdemu przedsięwzięciu nadawałaby ona siłę i zwrotnie każdy sukces kolejnego przedsięwzięcia windowałby tę wspólną markę. Kto poważny będzie chciał robić poważne rzeczy z autorami działań niepoważnych? Z ludźmi, którzy diamentami palą w piecu.
Ostatnio głośny jest spór wokół Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nie wnikając w kwestie polityczne, wokół których ten spór się toczy, budowanie muzeum na wodzie to zaiste fanaberia w stylu ociekających złotem szejków. Na wodzie a właściwie pod wodą, co jest ciekawe – bo czy czasem nie gromadzi się tam eksponatów specjalnie w takim miejscu, żeby je zatopić? Jakie może być sensowne wyjaśnienie budowania muzeum u zbiegu dwóch rzek, zagłębiając je poniżej poziomu morza? Nie jest to akwarium, nie jest to muzeum wojny podwodnej… Co to za idea jest, trudno dociec.

Ale na co chcę zwrócić uwagę – do muzeum od strony dworca kolejowego można iść ulicą Wałową. W Gdańsku są miejsca – symbole, w których drugą wojnę światową i jej bestialstwa rozpoczęto: Westerplatte, Poczta Polska, Dom Polski, katownia w Victoriaschule i więzienie przy ulicy Kurkowej. Dom Polski znajduje się właśnie u początku ulicy Wałowej. Patrząc więc od strony dworca, gdyby tędy poprowadzić szlak turystyczny mielibyśmy kolejno – Dom Polski, dalej byłe warsztaty Wehrmachtu, dalej gdańską halę targów „Technika”, dalej halę gdzie budowano U-booty, dalej fragment zachowanej starej zabudowy Gdańska, w tym ciekawy budynek przychodni – unikatowy przykład ceglanego ekspresjonizmu w architekturze, dalej dawne budynki koszar i właśnie Muzeum II Wojny Światowej. W prawą stronę od tego ciągu jest budynek Poczty Polskiej a zatem mamy cały obszar niejako rozszerzenia przestrzeni tego muzeum. Moglibyśmy stworzyć – on jest – ale stworzyć w sensie faktu kulturowego – taki moduł upamiętniający wojnę pokazujący ją i w aspekcie uniwersalnym – światowym i jednocześnie lokalnym, co w przypadku Gdańska i właśnie dokładnie akurat tego opisanego ciągu – można było świetnie przedstawić, bo tu wytwarzano U-booty zatapiające alianckie statki na Atlantyku, a brytyjskie naloty na Gdańsk miały za cel zatrzymanie tej produkcji.

Można powiedzieć, że Polacy walczący w osamotnieniu tu w Gdańsku w 1939 roku, walczyli również w interesie tych krajów, które ich zdradziły, i które w następstwie same właśnie tak dotkliwie cierpiały z tego powodu i błagały o pomoc patologicznego mordercę „wujka Joe” – a za tę pomoc zapłaciły nami. Moglibyśmy zatem w tej części miasta stworzyć taki cały moduł poświęcony tej wojnie i refleksji nad nią. Pokazując fragment miasta, jakim było – na przykładzie zachowanych w tym ciągu budowli, eksponując miejsca, gdzie rozpoczęto walki, pokazując jak wyglądały zakłady przemysłowe produkujące na rzecz wojny. I jak mieszkali, jak żyli ludzie w nich pracujący, tu mały sklepik, tu przychodnia lekarska, tu hala targów, tu urocza biblioteka, tu szkoła a tu kościół. Ot, w takim miejscu zaczął się koszmar, który zdetronizował Europę, utopił kontynent we krwi i zamienił w morze ruin. Wszystko w jednej okolicy, w jednym ciągu, gotowa narracja. Niejako w ten sposób może także uzasadniłby się koszt tej potężnej inwestycji – owego ulokowania muzeum w tym właśnie miejscu.

Ale o czym jeszcze trzeba powiedzieć w kontekście tego pomysłu na „moduł II wojny światowej”, otóż niedawno odnaleziono w Gdańsku kadłub U-boota. Trwały wielkie dyskusje, a co z tym znaleziskiem zrobić – w końcu rada w radę wymyślono ustawić go przy twierdzy Wisłoujście. Naprawdę, gdy się na te działania patrzy trudno je przyjmować ze spokojem. Przecież wprost narzuca się, aby tego U-boota postawić właśnie w tym ciągu ulicy Wałowej obok hali, gdzie U-booty budowano i żeby to był element szlaku turystycznego do Muzeum II Wojny Światowej – no kto może nie pomyśleć, aby tak zrobić? Ile trzeba włożyć wysiłku w to, aby pomyśleć inaczej?

Twórcy muzeum, jak głośno to deklarują, chcieli stworzyć ekspozycję uniwersalną, obrazującą w ogóle tę wojnę w jej ogólnym wymiarze a zarazem przedstawiając życie ludzi, dramat cywilnych jej ofiar – jak zatem mogli pominąć ten tak oczywisty kontekst miejsca budowy U-bootów, nie włączyć go w takie jak przedstawiłem ogólne założenie obejmujące znaczną część dzielnicy. Jak można, chcąc stworzyć Muzeum II Wojny Światowej, zignorować tak oczywiste, wprost świetne okoliczności – możliwość ukazania owego wymiaru lokalnego i globalnego tej wojny, właśnie tak wyraziście zapisanego w budowlach tej okolicy? W tej tak wyraziście rozpisanej sekwencji: wojny na Atlantyku, życia robotników pracujących na jej rzecz i zburzenia, spalenia pięknego miasta przez naloty aliantów chcących zatrzymać budowę U-bootów. Zignorowanie, ba – dopuszczenie do zniszczenia tej możliwości! – jest przejawem zamkniętego, ograniczonego myślenia twórców muzeum. Przejawem zdumiewającej niedorzeczności działań ludzi prowadzących miasto.

Jeszcze o jednej sprawie – gdy przed rozpoczęciem budowy muzeum prowadzono prace archeologiczne odkryto w tym miejscu brukowaną ulicę (Grosse Gasse) i po obu jej stronach ułomki murów, szczątki zburzonych domów. Był to wprost prezent – znakomite intro takiego muzeum. Znajdując coś takiego powinno zrobić się od razu korektę planów i wykorzystać tę uliczkę jako świetny, przejmujący element ekspozycji. Po prostu wyłoniła się z ziemi rzeczywistość tamtych wydarzeń. Prawdziwa, namacalna. Oczywiście uliczka z ruinami nie poruszyła twórców muzeum. Skoro zaplanowali dziurę pod wielki betonowy basen, to ją wykopali, żadna tam uliczka ich nie powstrzymała. A w ramach muzealnej ekspozycji ustawiono czołg pośród ruin miasta. Zaraz – jakich ruin? No właśnie, specjalnie w tym celu ruiny wewnątrz muzeum pobudowano. No bo wiadomo – jak się zbuduje ruiny, to ma się takie, jak się chce, ruina jak się patrzy, a nie jakaś z wojny, stara rozwalona, byle co.
Nie jest to praktyka odosobniona w Gdańsku. Na użytek stałej wystawy w Europejskim Centrum Solidarności na przykład specjalnie postarzono drzwi. Obok historyczne budynki stoczni burzy się, miele i wywozi, a stare, historyczne drzwi na wystawę się wytwarza.

Skoro już powiedziałem o pomyśle modułu – myślę, że w ogóle można miasto zorganizować w takie trzy moduły. Główne Miasto i ogólnie cały obszar gdańskich starożytności mógłby stanowić pierwszy z nich. Obszar poświęcony II wojnie światowej – drugi, a Plac Solidarności i tereny stoczni – trzeci taki moduł. Byłaby to piękna opowieść o starożytnym mieście wielkiej kultury i nauki, mieście którego uczeni wyznaczyli kształt Europy opierając ją o Ural, a w wyniku czego Gdańsk stał się jej środkiem i punktem odniesienia, od którego określało się co jest Europą północną, co zachodnią, co wschodnią… Byłaby to opowieść o mieście w którym zaczęła się straszna wojna, która ten właśnie tu określony kontynent przeorała, wojna w której w sposób naukowy zanegowano człowieczeństwo – a najskrajniejszego aktu tej negacji dokonano również tutaj – wytwarzając mydło z ludzi. Wreszcie byłaby to opowieść o mieście, którego mieszkańcy, ludzie uznani za naród – genetyczny odpad, naród – surowiec, upomnieli się o godność człowieka i doprowadzili do zakończenia tej strasznej wojny – w jej skutkach trwających w postaci sowieckiego zniewolenia Europy Środkowej. Upadł bliźniaczy – „naukowy” system neopogańskiej neobarbarii, sowieckiej antykultury.

Zatem to tu powinno być światowe centrum refleksji o statusie człowieka, o tym czy człowiek jest przedmiotem – a to jest kluczowy problem współczesnej medycyny, współczesnego świata, tego co już się zaczyna, czego pomruki słyszymy, a co zaraz brutalnie wtargnie w życie ludzi stawianych przed decyzją – albo dasz się „zachipować”, albo dogorywasz na śmietniku – poza „cywilizacją”.

Do przyjazdu do takiego miasta, do miasta takiego dzieła – takiej refleksji – zachęcałbym młodych ludzi po studiach.

Ale, właśnie, bo mówiłem o niszczeniu możliwości i o niedorzecznych działaniach, otóż aktualnie przy ulicy Wałowej budowane są cztery potężne bloki, osiemnastopiętrowe. Rozłamują ów ciąg narracji o II wojnie światowej, o którym mówiłem, rozłamują i dominują go skalą. Stawiane są między halą produkcji U-bootów a – już zburzonymi – dawnymi warsztatami Wehrmachtu, w miejscu oczywiście również zburzonej, hali targów „Technika”. Stawiane są tuż obok architektonicznej ciekawostki – ekspresjonistycznego budynku przychodni lekarskiej, swoim ogromem i formą sprowadzając ów budynek do poziomu budy dla psa. Bloki te rozłamują, rozrywają, dominują ową historyczną całość – owo do niedawna jeszcze możliwe rozszerzenie Muzeum II Wojny Światowej. Ale też zrywają ciągłość owego „modułu II wojny światowej” z „modułem Solidarności” bowiem wstawiane są między ulicę Wałową a widoczne tuż zaraz: Plac Trzech Krzyży, Europejskie Centrum Solidarności, Salę BHP…

Przeciwko budowie tych bloków protestowali uczeni i artyści, gdańskie autorytety, pod listem protestacyjnym złożono kilkadziesiąt podpisów. Bez szans. Włodarze zbyli ten protest jakimiś niedorzecznymi argumentami, że to już jest teren nie objęty specjalną opieką prawną, poza obszarem historycznym (tak!) i że w związku z tym nie mają wpływu na to, co buduje tam ktoś, kto kupił sobie działkę.

Co ciekawe, kiedy z kolei lud gdański w zorganizowanej sondzie wypowiedział się na rzecz odbudowy hotelu Danziger Hof , obok Bramy Wyżynnej i Katowni – wysoki urzędnik miasta brutalnie uciął kwestię odwołując się z kolei, a jakże, do zasad sformułowanych w „Karcie weneckiej”! Zatem w zależności od sytuacji władze miasta mają równie za nic opinie miejscowej elity intelektualnej jak i głos gdańskiego ludu, a zasady, koncepcje w zakresie urbanistyki i architektury traktują instrumentalnie, przypasowując je do swoich bieżących zamiarów. A aby mieszkańcy mogli się poczuć gospodarzami w swoim mieście – otrzymują fundusz obywatelski, w którym mogą zgłaszać swoje projekty, zagłosować, gdzie zrobić piaskownicę, gdzie sprzęt do ćwiczeń na wolnym powietrzu, a gdzie domek na drzewie.

Rodzi się pytanie, komu zatem ta władza służy, dla kogo ta władza jest? Po co w ogóle są organizowane wybory samorządowe

– ciekawe, skoro w rozumieniu samorządności ludzie ci osiągają zdaje się granice ortodoksji – sami się rządzą. Nabiera to szczególnej wymowy, gdy tak ostatnio angażują się w akcje polityczne przeciwko reformie samorządów. Głośno, demonstracyjnie napominają i pouczają władze państwa, a lud starają się porwać argumentami, że grozi nam powrót do PRL. Zaiste farsa.
Zastanówmy się, podejdźmy jeszcze raz, jeszcze inaczej do kwestii muzeum II wojny światowej. Zatem: powzięto ideę budowy tego muzeum, aby przedstawić wymiar globalny i lokalny tej wojny, by przedstawić problemy zwykłych ludzi, ludności cywilnej, by poruszyć problem tzw. wypędzonych. A przecież w mieście ocalał historyczny fragment zabudowy, w którego budynkach, tak znakomicie odpowiadających i ogólnym założeniom planowanego muzeum i konkretnym kwestiom, można było zorganizować ekspozycje, tu wymienię po kolei:

  • W Domu Polskim – ekspozycja o Polakach w Wolnym Mieście i o napaści na nich 1.09.1939;
  • W budynkach i na terenie warsztatów Wehrmachtu – ekspozycja sprzętu, militariów;
  • W hali targów „Technika” – ekspozycja dotycząca Wolnego Miasta, ówczesnego pomysłu na to miasto tzn. programu „miasta kongresów”, targów międzynarodowych i międzynarodowych zawodów sportowych, które tu właśnie były organizowane, ekspozycja przedstawiająca stopniowy wzrost napięć politycznych – bo hala była miejscem mityngów partii politycznych. A w 1939 roku tu składano ciała członków jednostek paramilitarnych i policjantów, którzy zginęli atakując Pocztę Polską;
  • W hali budowy U-bootów – ekspozycja dotycząca globalnego wymiaru wojny, zależności między globalnym a lokalnym jej wymiarem, roli cywilnej ludności pracującej przecież na potrzeby wojny – a potem topionej w lodowatych wodach Bałtyku (Gustloff) i „wypędzonej”, a clou tej ekspozycji mógłby być znaleziony kadłub U-boota.
  • Tuż obok, w bezpośrednim sąsiedztwie jest zachowana historyczna zabudowa mieszkalna, w niej niewielki sklep – więc możliwość stworzenia inscenizacji, żywej ekspozycji obrazu tamtych czasów, tym bardziej, że obok jest ów ciekawy budynek dawnej kasy chorych, również potencjalnie znakomite miejsce ekspozycyjne, a nieopodal kościół, dawne: biblioteka i szkoła, więc znakomita sposobność do poprowadzenia narracji o roli kultury, nauki i o kwestiach wiary – jak te mają się do zdolności człowieka do czynienia rzeczy strasznych. Jak to możliwe, że ludzie żyjący w takim ślicznym mieście, mieście wielkiej kultury, mieście kongresów, w ciągu krótkiego czasu stali się zbrodniarzami katującymi swoich sąsiadów, uzurpującymi sobie prawo do decydowania o losach ludzkości i świata, przypisującymi sobie status nadludzi, panów ludzkości. Mieliśmy zatem zachowany obszar i budowle – zapis tamtej historii, wprost gotową opowieść o tej wojnie, przygotowaną do rozpisania kilku poziomów refleksji – zwłaszcza że obok jest „obszar historii Solidarności”, więc świadectwo i upamiętnienie krwawych zmagań z trwającymi jeszcze dziesiątki lat bezpośrednimi skutkami tej wojny, co również stanowi jakże znakomite odniesienie dla narracji o „wypędzonych”. Wystarczyło te historyczne budowle jedne wyremontować, inne odświeżyć i przystosować do funkcji muzealnych, uzupełnić całość o jakąś wyrazistą budowlę spinającą ów moduł urbanistycznie i ideowo, jakiś symboliczny akcent.

    I teraz zadaję pytanie, dlaczego mając to wszystko, te niebywałe możliwości i właściwie gotowe, istniejące muzeum, jakże spójne bo przecież opowiadane historie właśnie w tych budynkach się działy! – więc mając rzecz tak potencjalnie znakomitą – po prostu niszczy się to wszystko, wyburza zabytki, historyczny ciąg zabudowy rozsadza nowoczesnym osiedlem – jednocześnie wydając gigantyczne pieniądze na budowę nowej budowli, by w niej inscenizować sztuczne ruiny i pomieszczenia z czasu wojny? Otóż to jest ten „miś” naszych czasów, który z pozoru wydaje się wielkim dziełem i wielce kulturalnym, a jest przykładem działania totalitarnego, mającego z kulturą zgoła nic wspólnego. Oto jest bowiem przejaw owego „umysłu barejowego”, owego strasznego implantu antykultury niszczącego nasz kraj i jego niebywałe możliwości. Zdawało się, że ten straszny stan, był właściwością sowieckiej okupacji jeno, ale niestety to zjawisko trwa i Polacy zdają się wobec niego bezsilni.

    Zatem nie tyle chyba Gdańsk należałoby polecić szukającym swojej drogi życiowej młodym ludziom po studiach, co może to raczej Gdańskowi takich ludzi bardzo potrzeba?

    Nie wiem jak myślą młodzi ludzie po studiach, nie wiem o czym myślą, czego chcą.
    Gdy myślę o potencjale Gdańska i o tym jak to miasto wygląda – widzę wyraziście, że tak liczne gdańskie uczelnie zawiodły w całej rozciągłości. Uniwersytet Gdański nawet nie stworzył jakiejś najmniejszej choćby koncepcji urbanistycznego założenia swojego kampusu w Oliwie, wytworzył tam żałosne pomieszanie z poplątaniem ogrodzone płotem niczym jakaś baza kontenerowa.

    Zauważył pan na winietach dwóch opublikowanych w zeszłym roku jednodniówek Totartu dyskretny napis: Vrije Universiteit Gdańsk ? Tak podpowiadam i z cicha pytam – czy stać by było gdańszczan na powołanie wolnego uniwersytetu? To znaczy, czy wystarczyłoby potencjału, energii, determinacji i fantazji? Czy mają gdańszczanie świadomość jak bardzo potrzebny jest naszemu miastu ośrodek żywej bezkompromisowej debaty i myśli?
    Zaproponowałem nazwę w języku niderlandzkim, bo Holendrzy zapisali się twórczo w historii Gdańska, a przy tym nie czuje się napięcia właściwego relacji Polsko – Niemieckiej. Po Gdańsku chodzą takie dreszcze ukrytych pragnień, szepty tęsknoty za wolnym miastem. Naiwne, wiemy, że wolność taka nie potrwałaby długo. Jak można roić takie bzdury właśnie w Gdańsku?

    Niedawno w „Dzienniku Bałtyckim” przeczytałem wywiad z panem Gunnarem Heinsohnem, niemieckim socjologiem, przyzwoicie analizującym nasze relacje. Powiedział między innymi tak: W Niemczech ilość dobrej woli w stosunku do Polski jest bardzo ograniczona. (…) Bo pierwszą rzeczą, jaką powie Niemiec, jest: oddaliśmy Polakom nasze ziemie, i to już wystarczy. Tak oni myślą. No i druga rzecz: daliśmy Polsce mnóstwo pieniędzy za pośrednictwem Brukseli. W związku z tym cokolwiek źle Polacy zrobią, albo nawet jeśli nie zrobią nic złego, to my ich surowo osądzimy. Tak wygląda niemiecki punkt widzenia. Ilekroć jakiś niemiecki polityk gra na tej gitarze, ma to rezonans w Niemczech. Myślę sobie, czy ci ludzie naprawdę niczego się nie nauczyli? Po tym wszystkim, co zrobili ich przodkowie – takie brednie? A cóż to oni oddali? Słowo oddać oznacza jakiś akt woli. Niczego nie dawali, sowiet ich rozpłaszczył na ziemi i zrobił co chciał – przesunął granice Polski po mapie i wsio. Kto tu cokolwiek komu dał? Mówią o pieniądzach? Naprawdę chcieliby rozliczeń? A więc za zniszczenia wojenne, grabież ale i za wpędzenie nas w 44 lata sowieckiej niewoli – bo czyja to wina przecież? I myślą, że da się odszkodować te miliony zgonów, te morza cierpień? Jak? Zresztą zbitka „surowe osądzenie” brzmi jak cytat z przemówienia Himmlera.

    Akurat tak się złożyło, że bywałem w Berlinie w czasie przemian i znajomi Niemcy bywali u mnie. Przeważnie ci o przekonaniach: Nie wieder Deutschland. Niechętni łączeniu NRD z RFN. Tłumaczyłem im, że nie znają tego, co przeżyli Niemcy w NRD, nie mogą im odmawiać prawa do wyrwania się z tego. Zresztą bywałem wcześniej w NRD i widziałem ich życie z bliska. Czy nie myślałem, że to ich połączenie pewnie i tak skończy się dla nas źle? Miałem takie myśli, ale uczciwość wymagała poparcia ich w dążeniu do wolności. Brałem nawet udział w happeningu ulicznym w Gdańsku – na rzecz zniesienia muru berlińskiego. Ale też, gdy dzisiaj czytam o takich żałosnych bredniach, mogę bez ogródek mówić, co o tym myślę. Że są w pożałowania godnym stanie. Że nie dojrzeli jeszcze by uszanować to, co zrobili dla nich Polacy. Jeszcze tego nie rozumieją. Naprawdę szkoda, cóż.

    A jeśli chodzi o Gdańsk, ten dzisiejszy, który widzą nasze oczy – ten Gdańsk zbudowali Polacy. W wielkim trudzie, po wojnie, i w warunkach spowodowanej przez Niemców niewoli. Mój dziadek przy tym pracował, mój tata. Niemcy sprowadzili na to miasto kataklizm, szał niszczenia. Spowodowali puszczenie z dymem, zniszczenie dziedzictwa pięknej miejskiej republiki, która powstała i rozkwitła w środowisku I Rzeczypospolitej, spowodowali zniszczenie dorobku pokoleń ludzi wielu narodów. Daliby wreszcie spokój.

    Ale smuci mnie tym bardziej, co tu się wyprawia. Znam tylu świetnych ludzi, utalentowanych, z wielkim wyczuciem, którzy umieliby tu zrobić wiele świetnych rzeczy. Cóż, kto ma wyczucie – nie pcha się.

    A jak wygląda życie towarzysko-kulturalne w Trójmieście? Gdzie gromadzą się ciekawi ludzie, gdzie są kawiarnie gromadzące literatów i artystów, albo entuzjastów nocnego życia.

    Literatów i artystów, he, ciekawe. Właściwie sam chciałbym wiedzieć, bo z jakimś literatem czy artystą nieraz miałbym o czym mówić. Ale takich miejsc tu raczej nie ma. W ogóle zdaje się tej kultury nie ma, żeby był jakiś lokal, w którym można rozmawiać, więc na przykład wpaść na godzinkę wieczorem wiedząc, że spotka się kogoś do rozmowy, kogoś z kim można rzeczywistość opukać i osłuchać. Tego już raczej nie ma.
    Też sytuacja w Gdańsku, ta atmosfera zbudowana jest na jakiejś nieprawdzie, jakimś nieautentyzmie. Niby mnogość inicjatyw i miejsc, ale jednak to sprzężenie nie następuje, coś tu nie gra, nie przekłada się na żywą barwę, na twórcze ożywienie, dla doznania którego chciałoby się przyjść. Chociaż wielu jest tu ludzi oryginalnych, ciekawie myślących.
    Z innej beczki, według opinii pewnego taksówkarza, ludzie Gdańsk zwiedzają, a bawić się – cokolwiek to znaczy – jeżdżą do Sopotu. Generalnie jednak w tej materii nie mam rozeznania. Wieczory i noce zazwyczaj spędzam przy komputerze albo zagłębiony w papierach. Spotykam się nieczęsto i z wybranymi ludźmi, z którymi mogę rozmawiać o poważnych sprawach, a jeśli pożartować to szlachetnie. Z napojów nadzwyczajnych pijam kawę, owszem lubię. Bardzo rzadko piwo albo wino – ale to naprawdę kilka razy w roku. Nie jestem towarzyszem do nocnych wizyt w knajpach i nie mam w tym zainteresowania.

    Czy znalazł Pan odpowiedź na najważniejsze, egzystencjalne pytania ludzkości: kim jestem? Dlaczego istnieję?

    Myślę, że jasno wynika to z moich dotychczasowych odpowiedzi. Celem życia człowieka jest – dać się wyratować z grzechu, ze śmierci. Dać się odnaleźć Bogu, dać się uczynić Bożym dzieckiem. Jest teraz straszny rwetes, zgiełk i odnoszę wrażenie, że wielu ludzi jest odstręczanych od wiary różnymi błędnymi naukami, różnymi jej przeinaczeniami. Podobnie i ze mną było.

    Za przyczyną rozszalałych: materializmu, relatywizmu – samo Zbawienie wydaje się czymś mało jasnym, jakimś wymysłem. Ludzie utracili rozpoznanie jak bardzo potrzebują ratunku. Mają tak uformowany obraz życia, tak poukładany, że śmierć ma w nim swoje miejsce jako porządek życia, jego ważny, twórczy składnik, tak że nawet owo tak oczywiste w sytuacji człowieka pragnienie ratunku zostało zniwelowane, rozmyte. Przecież niszczejemy, chorujemy, umieramy – to przecież oczywiste, że potrzebujemy Ratunku!

    Widziałem niedawno program telewizyjny, rozmowę w studio, mniejsza o temat, i w jej trakcie profesor socjologii mówiąc o tym, co jest prawdą w jakiejś kwestii, powiedział: o ile coś takiego jak prawda w ogóle istnieje. Ojej, ojej – pomyślałem, siedzi czterech dżentelmenów, mężów uczonych, wśród nich także naukowiec z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, i owo dictum przechodzi bez cienia sprzeciwu. Jak to, panie profesorze, przecież o tym uczą już w pierwszej klasie szkoły elementarnej, a raczej chyba już w przedszkolu – na patyczkach. Jeden dodać jeden równa się dwa. Prawda istnieje. No bo to najelementarniejsze działanie jest nie tylko wstępem do arytmetyki, ale nauką o istnieniu prawdy. Niestety tak ludzie się wysforowali w różnych teoryjach, mniemaniach, że pogubili najbardziej oczywiste podstawy.

    Może też i przyczynia się do tego doświadczenie koszmarów XX wieku, ludzie zwątpili w istnienie Boga. Skoro możliwe jest takie zło, to istnienie Wszechmogącego Boga – Miłości można między bajki włożyć. Rozumiem, że to skrajne zło jest takim ciosem wymierzonym w uczucia, we wrażliwość, czymś tak porażającym, że człowiek popada w zwątpienie, emocjonalnie się w nim utwierdza. Też – istnienie Wszechmogącego Boga – Miłości wydaje się w kontekście tych skrajności po prostu nielogiczne. Ale tu odbija się nieznajomość Pisma. Trzeba je czytać – poprosiwszy Boga o prowadzenie, o to, by sprawił, abyśmy rozumieli.

    Prawda istnieje na poziomie podstawowych działań arytmetycznych – nonsensem jest myśleć, jakoby nie istniała też na każdym innym poziomie. Prawda istnieje. Jezus Chrystus jest Prawdą.

    W jakim kierunku zmierzamy? Na jakim etapie rozwoju jesteśmy? Z analiz wielu dyskusji ekspertów, mówiąc bardzo ogólnie, widać ścieranie się dwóch koncepcji – pierwsza głosi, że ludzkość cały czas się rozwija i wszystko idzie w dobrym kierunku. Z drugiej strony sceptycy twierdzą, że jest źle i będzie coraz gorzej – najbardziej palące problemy ludzkości nigdy nie zostały rozwiązane i pojawiły się zupełnie nowe zagrożenia – prawicowy populizm, nacjonalizm, rasizm, homofobia, ekologiczna apokalipsa. „Nowego, wspaniałego świata” nigdy nie będzie? Jaka ocenę wystawiłby Pan ludzkości?

    A kimże to ja jestem, aby wystawiać ocenę ludzkości? Cóż ja mógłbym powiedzieć w takiej sprawie? Poza tym, jak już wspomniałem, trzeba być bardzo uważnym w rozpoznawaniu, co jest rozwojem. Oba te kierunki, to znaczy i świetny rozwój i pogrążanie się w złu, dokonują się jednocześnie, to nie jest sprzeczne. Bo mamy coraz znakomitsze wynalazki, coraz świetniejsze możliwości, ale jednocześnie stają się one coraz bardziej zaawansowanymi narzędziami ku złemu. To jest przecież logiczne.

    Dokonujący się rozwój i upowszechnienie elektroniki i biotechnologii i już stojąca u progu perspektywa likwidacji pieniądza – to są rzeczy, które aż nadto dają do myślenia.
    Natomiast w wymienionym przez Pana wachlarzu zagrożeń, należy dokonać korekty i uzupełnień. O populizmie mówiłbym bezprzymiotnikowo, bo dlaczego akurat ten prawicowy miałby być jakoś tak akcentowany. Wiemy przecież, że komunizm spowodował nieprzebrane morze zbrodni, a i nazizm przecież był socjalizmem. Zresztą współcześnie politycy wypowiadają się, że klasyczne dzielenie na prawicę i lewicę jest już anachroniczne.

    Brakuje w Pańskim wyliczeniu prześladowania chrześcijan. Brakuje jaskrawo widocznych na wielką skalę manipulacji dokonywanych przez mniej lub bardziej widocznych możnych tego świata.
    Natomiast tak zwana homofobia to jest łom pojęciowy. Żeby właściwie rozpoznać kuriozalność tego terminu i perfidię jego użycia należałoby wyjść od rozbioru kwestii tak zwanego homoseksualizmu. Mówię o: tak zwanym, bo już to pozornie naukowe, porządkujące pojęcie jest nonsensem.

    Pomyślmy – współżyje małżeństwo, poczęty jest człowiek. Rodzi się, mówimy: przychodzi na świat. Karmienie, pielęgnowanie, czuwanie. Zabawy i kształtowanie. Nieporównywalne z innymi przeżycia i uczucia, obawy i nadzieje, marzenia i plany. Miłość, w wielu ludziach nowe uczucia, w rodzicach, rodzeństwie, rodzinie, wśród przyjaciół. Ludzie wcześniej obcy sobie zostają złączeni, stają się bliską rodziną – babciami i dziadkami wspólnych wnucząt.

    I zauważmy niesłychaną powagę tych lat wychowania – bo rodzi się i wzrasta człowiek, który uczyni wiele dobra, a może zbrodniarz, który rozleje morze zła. A więc szczególna powaga i zdumiewająca rozpiętość: miłość, dbałość, pielęgnacja, zapewnienie bezpieczeństwa, utrzymanie, zabawa, wychowanie, nauka, prowadzenie – obowiązek, odpowiedzialność…

    I, spójrzmy szerzej: dzieje, wszelkie dzieło ludzkie, wszelkie piękno i brzydota, wszelkie wzruszenie i gniew, miłość i rozkosz, wszelka siła i słabość, wszelkie zmagania, klęski i zwycięstwa, wszelki ludzki dramat, szczęście i ból, choroba i uleczenie… Niezliczone ilości ludzi. I wreszcie, co rozumiem dla wielu jest nieznane – Wiara. Możliwość narodzin z Boga, bycia Bożym dzieckiem i wieczności z Bogiem, w wiecznej Miłości.

    I zestawmy to teraz, porównajmy z tym: z mieszaniem nasienia z kupą.

    Uznać to za równoprawne, za tożsame – znaczy całkowicie rozstać się z rozumem. Z rozumem, z wyobraźnią, z wrażliwością. Mieszanie członkiem kału w odbycie u kolegi – nie jest, nigdy nie było i nie będzie tożsame i równoprawne ze współżyciem. Twierdzenie inaczej jest pacyfikowaniem myślenia, rozumu, logiki, uczuć. Jest napaścią nienormalności. Przepraszam, że obrazuję to tak dosłownie, ale w ten sposób możemy ujrzeć jakim szyderstwem z człowieczeństwa jest homoseksualizm, straszliwym, obłędnym szyderstwem z człowieka, z życia, z rozumu, z miłości i z Boga. Jest ewidentną, bezdyskusyjną nienormalnością. Zaprzeczeniem życia w jego istocie, w sednie – w którym jest owocowanie. Z tym nie ma dyskusji. Gdyby ktoś uważał inaczej, mając rzeczy te za równoprawne, równoważne, tożsame – stan takiej osoby jest obłędnie straszny. Z kimś, kto tak myśli dyskutować nie sposób – owszem, ratować takich ludzi przekonując, pochylając się z troską nad ich tak opłakanym stanem. Ale dyskutować – nie. I nie ma to nic wspólnego z wykluczaniem, z prześladowaniem, poniżaniem, znęcaniem się, nienawiścią czy, uwaga: z fobią! Jest to obrona przed niszczeniem ludzi.

    I teraz ten termin: homoseksualizm. Jest złożeniem dwóch wyrazów: greckiego homós, co znaczy taki sam, równy, i pochodzącego z łaciny słowa seks, czyli: płeć. Ale w pojęciu płci zawarte jest rozróżnienie – na płeć męską i żeńską. Gdyby chciał ktoś tu genderyzować – przypominam: mężczyzna – kobieta – dzieci. Ktoś może mieć taką czy inną fiksację, ale to jest fakt, niezachwiany, tak płodzeni są ludzie, tak przychodzą na świat. Czy ktoś ma takie czy inne problemy – tak właśnie przyszedł na świat.

    Więc owo rozróżnienie na płeć męską i żeńską nie jest ot, jakąś zwykłą sobie różnicą – jak na przykład między jakimiś dwoma przedmiotami, ale wyodrębnieniem, rozdzieleniem – ku połączeniu, ku jedności. Ale i ta jedność nie jest jakąś zwykłą, prostą jak złożenie dwu spasowanych części – ale jest jednością, w której owocuje życie. A tymczasem gdybyśmy mieli oddać sens wyrazu homoseksualizm, byłoby to coś w rodzaju: jedno-różność-ku-jedności-owocującej-życiem. To jest brednia.

    Homoseksualizm jest nazwą uznaną za termin naukowy, czyni wrażenie nazwy syntetycznie wyrażającej prawdę o zjawisku, ale wynika z niej jakoby to, co nazwano, mieściło się w płciowości, jakoby była to jakaś forma „realizacji płci” a przecież tak nie jest. Płeć to rozróżnienie aby była owocująca całość małżeństwa. Bóg uczy nas, że mąż i żona są jednym ciałem, zatem płeć jest „narządem wewnętrznym” tego ciała. Płeć to nie jest żądza i sposoby jej zaspakajania. Płeć jest bramą życia, współżycie jej otwieraniem. Płeć nie jest tylko specyficznym uformowaniem ciała. Nie jest czymś w rodzaju urządzenia, które można tak czy owak zastosować. W rodzinie chroniony i otoczony miłością człowiek mając zapewnione wszystko, czego mu potrzeba, wzrasta i dojrzewa, by „urodzić się” do samodzielnego życia. Płeć nie jest jakimś izolowanym zjawiskiem, jest spełnianiem, owocowaniem miłości, owocowaniem życia. Poczęcie, ciąża, narodziny, wzrost, wychowanie, dojrzewanie do samodzielnego życia – to jest całość.

    Termin heteroseksualizm jest równie nierozumny co homoseksualizm, jest również jakąś pokrzywioną tautologią i naprawdę negującą to, co terminem tym nazwano – to znaczy: negującą owo szczególne rozróżnienie-ku-całości. Każdy może sobie ten termin analogicznie rozebrać na części i zobaczyć, że jest brednią. Wymyśloną tylko dla odróżnienia od homoseksualizmu.

    Gdy zebrać to, co uważa się naukowo za odmiany seksualności, to to, co jest dla nich wspólne, co pozwala je skatalogować jako odmiany tego samego, ten wspólny mianownik, trzeba tak zredukować, że płeć – i to z wielkim tylko trudem – okaże się czynnościami w celu uzyskania przyjemności. No to są brednie, brednie, brednie. To jest kompromitacja nauki. Wielka zachodnia cywilizacja dokonuje autodekapitacji, samorozkładu.
    Pederaści, lesbijki domagają się prawa do adopcji, czym ujawniają pragnienie posiadania rodzin, oczywiste pragnienie normalnej rodziny, z dziećmi… Ale tymi normalnymi rodzinami nie są i być nie mogą. Ujawniają, że ich stan jest koszmarem i absurdem – jakże nieszczęśni są ci ludzie, uwikłani w sprzecznych pragnieniach i samozaprzeczeniach. Ale też w tym widzimy, że skupieni są na podążaniu za swoimi chęciami: ma być tak, jak mi przyjemnie, podług mojego pragnienia. Dla realizacji tych swoich pragnień gotowi są na dowolną woltę. Trudno to nazwać myśleniem, myśl kształtowana jest bieżącą chęcią.

    Odbieranie pederastom, lesbijkom świadomości, że są w strasznej sytuacji, jest odbieraniem pragnienia ratunku. Bo jak zapragnąć wyratowania z czegoś, co uznało się za dobro. Jak zapłakać nad tym? Jak to znienawidzić? Żeby zapragnąć ratunku trzeba ujrzeć, doznać, że się go potrzebuje. A tymczasem ludzie ci utwierdzają się i są utwierdzani w sytuacji znajdowania rozkoszy w tym, co jest obrzydliwością u Boga i w poczuciu „spełnienia” w tym. Uchwalając specjalne prawa – popycha się tych ludzi do pełnej identyfikacji i czyni się prawo narzędziem utwierdzania w złu, ale też narzędziem okaleczania i gwałtu. Teraz ci odczuwający właściwie – mają się czuć winni. To im wmawia się nienormalność i narzuca konieczność zmiany. Mają się leczyć. Przecież fobia to jest chorobliwy lęk, to jest jednostka chorobowa. Więc są diagnozowani jako chorzy – mają się leczyć. To jest niebywałe, to jest działanie o nieobliczalnych skutkach.

    Spotkałem się z wypowiedziami tych ludzi, że muszą takimi być, bo jest to od nich silniejsze. Bo nie mają siły, by to zmienić. I dlatego godzą się z tym, nie walczą. Ale kto powiedział, że wymaga od nich by mieli tę siłę, siłę by to samemu przezwyciężyć? Gdyby człowiek umiał, czy mógł sobie radzić z grzechem – czy Chrystus umierałby na krzyżu? To On ratuje, to u Niego szukamy ratunku, u Boga wszystko jest możliwe.

    Nie chciałem wcale akcentować homofobii. Bardziej miałem na myśli wojny, głód, przestępczość i przemoc, które nie znikają pomimo powołania wielu szacownych organizacji międzynarodowych w celu ich zwalczania. Nie znam problemów środowisk LGBT, ale media przekazują informację, że w niektórych krajach czują się oni prześladowani. Prześladowanie kogoś za jego preferencje seksualne nie jest akceptowane w systemie wartości współczesnej Europy. Ma Pan rację, że populizm nie jest tylko i wyłącznie prawicowy. Jednak jest coś więcej. Trump powiedział, że „świat potrzebuje granic”, co dla środowisk lewicowych wychowanych na wielkich oświeceniowych ideach „świata bez granic” było szokiem. Jak Pan odbiera rzeczywistość – jako byt przyjazny czy wrogi? Jak Pan odbiera ludzi, którzy Pana otaczają? Są wzniośli czy przyziemni? Dobrzy czy źli? Wewnętrznie piękni czy odrażający? Zdaję sobie sprawę, że pytania typu: „jaki jest człowiek? Jaki jest świat?” brzmią infantylnie, ale nie uciekniemy od nich – wszyscy myśliciele i filozofowie je sobie zadawali, a Pan przecież ma naturę filozofa. Jest Pan idealnym adresatem pytań egzystencjalnych. Tylko proszę pamiętać, że niektórzy czytelnicy odpowiedź w stylu: „sensem życia jest poszukiwanie Chrystusa” uznają za niewystarczającą, a nawet wymijającą.

    W żadnym razie nie chciałem Pana zaatakować, po prostu sam poczułem się – może nie tyle zaatakowany, co stawiany w pewnym ukierunkowaniu politycznym. Dla jasności – nie jestem zaangażowany politycznie. Niedawno wymieniałem drobną korespondencję z panem profesorem Adamem Dziadkiem, specjalistą od sonetu, i napisał do mnie takie zdanie: Bardzo bym chciał, aby wreszcie ktoś zajął się w tym kraju po prostu państwem. Dokładnie tak, niechby wreszcie ktoś po prostu zajął się naszym wspólnym domem – dobry administrator. Najlepiej żeby miał klasę i poczucie humoru. Starając się patrzeć na fakty, u aktualnej władzy widzę pewne tego elementy – w zadbaniu o dzieci, w chęci wytępienia złodziejstwa, a właściwie – ograbiania nas. I tyle, nie chcę się powtarzać, wracać do kwestii klinczu, „cinkciarzy” i „ministrantów”. Myślę, że to jest jasne. Wiadomo, że ludzi intencjonalnie czyniących zło nie poprę, a dramat „ministrantów” przeżywam dotkliwie, głęboko i boleśnie.

    Myślę, że to jest zrozumiałe, że pisząc o pederastii etc. w żadnym razie nie wyrażam nienawiści, nie wzywam do jakichkolwiek aktów przemocy. To jest oczywistość, nad którą dłużej się nie zatrzymuję. Natomiast inwazji kłamstwa i manipulowaniu ludźmi trzeba postawić tamę i to wszystko. Zresztą, jak Pan wie przez kilka lat, w latach osiemdziesiątych byłem członkiem Partito Radicale, włoskiej Partii Radykalnej, co się nazywało – partii ultrademokratycznej – i na długo nim te kwestie rozgorzały w Polsce pilnie im się przyglądałem, pilnie i z bliska, przyglądając się ludziom, rozmawiając z nimi. Nie uogólniając – raczej widziałem tam różne gradacje nieszczęścia. Także i dlatego, także i ze względu na samych tych ludzi przeciwstawiam się kłamstwu, przeinaczaniu pojęć, dokonywaniu operacji na psychice i sumieniu. Dobrze, mam nadzieję że mamy w tych sprawach jasność i nie będziemy już do tego wracać.

    Oczywiście nie mam wiedzy na temat USA, która pozwalałaby mi odnieść się do słów czy decyzji pana prezydenta Trumpa. Być może solidne zabezpieczenie granicy z Meksykiem jest im potrzebne. Tu przypominam sobie choćby artykuł przeczytany na pańskim portalu, „Nie ma bohaterów” pana Łukasza Czeszumskiego. Owe wznoszone na granicach ogrodzenia nie są, zdaje się, przeciwko wolności, tylko przeciwko bezprawiu. Owi ubolewający nad ich wznoszeniem piewcy wolności wstawiają zamki w drzwiach swoich mieszkań, nie mylę się, prawda?

    Meksyk jawi się krajem specyficznym, na tej ziemi składano masowe ofiary z ludzi, wyrywano serca, teraz jest tam kult santa muerte. Czy raczej nie nad tymi sprawami powinno się zastanawiać? Czy nie potrzeba tam Prawdy? Chciałby Pan, abym ominął te kwestie mówiąc o człowieku? Ale to jest fundamentalne. Oczywiście rozumiem, że mówienie o tym odczuwane jako nachalność może kogoś zrazić, czuję to i sam zmagam się w sobie jak o tym mówić, żeby nie wywołać efektu odwrotnego, czyli odstręczenia. Wrażenia męczącej fiksacji czy jakiegoś naciągania.

    Ze swojego życia znam różne odmiany wewnętrznej bijatyki, prowadzony do bałwanów – odchodziłem, ale szarpany zawracałem. Nie umiałem się z tej szarpaniny wydobyć. Zdaję sobie sprawę jak narosłe skorupy jaskrawo nieprawdziwych tradycji, jak żałosny obskurantyzm – odstręczają i budzą złość. Tylko, że nie można odrzucić razem z nimi – Prawdy. Trzeba te nałożenia rozsunąć, rozpoznać co jest czym, co złe odrzucić. Próbuję o tym powiedzieć, jak ważna, jak cenna jest prawda. Jak bezcenne są te proste myśli rozumienia, jaki to jest skarb. Gdy zarazem uświadamiam sobie ilu ludzi zginęło i ginie, to jest wstrząsające, przeraża i budzi żal i jednocześnie alarmuje: jak ważne jest, aby mówić. Nie chcę opowiadać swojej historii, ale powiem Panu tak, ostatnio biorę udział w nabożeństwach Kościoła Zielonoświątkowego, i odkładając na bok kwestie teologiczne, nie chcę o tym mówić tutaj – przychodzę tam stoję sobie w kąciku i płaczę z miłości.

    Wyznaję to, bo rozmawiając i pisząc skupiam się na rozumieniu, na to kładę akcent, cieszę się doznawaną racjonalnością Wiary, co w świecie pooświeceniowym brzmi jak oksymoron, jakby świeckie bluźnierstwo, paradoks i to ośmieszający. Ale Prawda to jest nie tylko porządek myśli ale i spójność z nimi, prawdziwa odpowiedniość – ład uczuć i emocji.
    Pomocą w wyobrażeniu sobie tego zdaje się być rozpoznanie relacji między mądrością a inteligencją. Potocznie bywają one zrównywane: powiedzieć mądry gość, łebski facet, inteligentna bestia – zdaje się mówieniem o tym samym, ale jednak jest różnica. Inteligencja jest jakby pewnym utalentowaniem osoby, cechą. Powiedzenie o kimś: inteligentny, mówi nam o pewnej cesze osoby, powiedzenie: mądry mówi o osobie. Mądrość kojarzy nam się z pomocą, radą, zaufaniem, bezpieczeństwem, ciepłem, uczciwością, prawdopodobnie – miłością. Inteligencja to raczej „narzędzie”, które może być tak albo inaczej użyte. Nie chcę filozofować, staram się tylko te sprawy opisać.

    Patrząc nieco inaczej, czy można przekazać komuś wiedzę o tym, czym jest miłość, przedstawiając wykaz reakcji biochemicznych zachodzących w ciele człowieka zakochanego? Badanie materialne ma jakiś swój zakres. Nie można go absolutyzować.

    Oglądałem amerykański film dokumentalny: Dawkins i Krauss – o zbędności religii. Film zaopatrzono w taki opis: Dwaj racjonaliści, brytyjski zoolog Richard Dawkins i fizyk Laurence Krauss, zastanawiają się nad rolą nauki we współczesnym świecie. Zachęcają widzów, by zrezygnowali z religijnego czy politycznego punktu widzenia. Racjonaliści – to przednie. Mniemanie jakoby śmierć stwarzała życie a Treblinka wytwarzała miłość przedstawia się nam jako racjonalne. Jestem szczęśliwy, że jestem od tego wolny, że nie tłukę już głową w kraty klatki materializmu. I nawet gdy czegoś nie rozumiem, jakiejś kwestii, to mam tę ufność, że odpowiedź jest i ta sytuacja nie rozumienia nie chwieje już moją wiarą, nie rzuca mną na krawędzi przepaści. Czasem nawet myślę – a może ja nie muszę tego wiedzieć.

    Rozumienie było mi z jakiegoś względu potrzebne, łaknąłem go, życie jawiło mi się bez tego rozumienia nieznośnym. Wrażliwe, czujące zwierzęta żywią się jedne drugimi? To jest nieznośne, nie do wytrzymania, musi być na to odpowiedź. Ile ja się z tym nazmagałem. A to nie jadłem mięsa, a to znowu jadłem, nie mogłem sobie tego poukładać, nie mogłem się w tym znaleźć – aż do zanegowania życia. Nie jesz mięsa, ograniczasz zadawanie cierpień, ale w końcu jakiegoś robaka rozdepczesz, kot ci wpadnie pod samochód, nawet oddychając jakieś żyjątka zabijasz. No dobra, liczy się intencja – no, ale komara utłuczesz, świerzb też wytępisz bezwzględnie, nie będziesz się litował nad żyjątkami które cię zjadają. Gdyby zaszła potrzeba – kurze głowę utniesz i nakarmisz głodnych, przecież nie dałbyś komuś umrzeć z głodu – dla dobra kury. A i szampana się napijesz, ciasto drożdżowe zjesz, nie łkając nad losem drożdży. A co zrobisz, gdy ktoś będzie komuś zadawał gwałt?

    Byłem cały tym poruszony, wyprowadzony z równowagi, to jakieś osaczenie, jak żyć w ogóle, jak bez odpowiedzi w ogóle istnieć? Czy można jakąś granicę wyznaczyć zabijania i niezabijania? Jakąś granicę od której cierpienie przestaje odgrywać rolę, przestaje się liczyć? O co w tym świecie chodzi? Szaleństwo, udręka. Kiedyś, w czasach takiej szarpaniny poszedłem na obiad do restauracji z pewną osobą. Byłem wtedy wegetarianinem. Słabo się czułem i ta osoba namawiała mnie, żebym zjadł chociaż rybę, że ryba to jednak coś innego, że rybę przecież można. Przystałem na to, złożyliśmy zamówienie, siedzimy, czekamy popatrując na włączony telewizor. A tam program przyrodniczy. A w programie ryby idą na tarło w górę rwącej rzeki, a na jednym z progów stoją niedźwiedzie grizli, łapią te wyskakujące z wody ryby i jednym szarpnięciem rozrywają zębami. I następne. Byłem tak wstrząśnięty i tym obrazem i tą sytuacją, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Myślałem sobie – jak ja mam to zrozumieć, czy to jakaś odpowiedź, czy pułapka? Czy jakoś powinienem to odczytać? Rybę zjadłem, ale czułem się bardzo pomieszany. Bo można to odczytać, że taki jest porządek natury i tyle. No ale – jaki to jest porządek, co to ma wspólnego z jakimkolwiek wyobrażalnym porządkiem? No i na to odpowiedź znajdujemy w Biblii.

    W odniesieniu do tego rozważania Kraussa i Dawkinsa są oparte na jakiejś redukcji, słabe, niekonsekwentne, wzbudzają troskę, szczególnie gdy widzi się na spotkaniach z nimi te tłumy ludzi urągających Bogu, skłaniających ku temu innych. Uważających, że ich myślenie jest brillant, gdy właśnie myślowo to jest słabe, to jest nie pójście w myśleniu konsekwentnie do końca, w znaczeniu: do wyczerpania, zakończenia kwestii. Zdają się sobie bezkompromisowi, takimi się przedstawiają i tym się chlubią – iż są wyzbyci złudzeń, ale właśnie idą na kompromis. Ukazując to na obrazie organizmu – śmiertelną ranę chłodno uznają za stanowiącą z nim kompletną całość, przypisują jej rolę organu. Organu konstytutywnego – bo uważają, że to walka na śmierć i życie, selekcja etc. rozwijają, doskonalą życie. To wielki dramat, gdzieś w tym brakuje miłości, wrażliwości, które nie znoszą zła, cierpienia i śmierci. Które nie pozwalają zgodzić się na ich funkcjonalne potraktowanie. Nie ma nauki bez Chrystusa.

    Gdybym pytanie o człowieka uważał za infantylne, byłoby to w sprzeczności z tym, co w znacznej mierze było treścią mojego życia, a Pan zapewne nie zainteresowałby się rozmową ze mną. Pytanie o człowieka mogę nazwać osiowym problemem mojego życia. To pytanie powracające, temat mnóstwa rozmów, wielu powracających przemyśliwań.

    Pyta się mnie Pan o ludzi, o świat. Cóż, do ludzi trzeba mieć cierpliwość i zamiłowanie. Nie mówię tego z góry, o nie. Gdy pomyślę co ja narobiłem, nie znajduję określenia, by nazwać jak cierpliwy jest Bóg.

    Ale też chciałbym się wykręcić od odpowiedzi na Pańskie pytanie o ludzi. Może tylko powiem coś o dwóch osobach, które są ogólnie znane i wręcz demonstracyjnie obnoszą się ze swoim cynizmem, nawet deklarują cynizm. Myślę tu o panach Jerzym Urbanie i Leszku Millerze. Obaj ci panowie przeszli przez doświadczenia graniczne, mówię o tych doświadczeniach powszechnie znanych. W przypadku pana Millera to katastrofa śmigłowca, w przypadku pana Urbana przeżycie tsunami. Jak opowiadał obudził się gdy woda zalewała łóżko, wpłynęła do pokoju i wypłynęła. I – jak widzimy te doświadczenia nie zmieniły tych ludzi, w każdym razie nie w sposób, który dałby się zauważyć. Wydają się sobie tacy sprytni, inteligentni – a takich prostych, oczywistych rzeczy nie widzą. I co znaczące – obaj panowie odegrali potężną rolę w historii III RP, kraju gdzie tak wielu ludzi deklaruje swoją wiarę. Jak to możliwe, prawda?

    Bo mówi się nam, że żyjemy w kraju chrześcijańskim, że ponad 60% populacji deklaruje się jako wierzący – ale, myślę tak, gdybyż chociaż zachowywali się na co dzień tak, jak zachowują się w święta Bożego Narodzenia. Nie mówię o wręczaniu prezentów i ucztowaniu, ale o stosunku do siebie nawzajem. Niestety, żyjemy w nieprawdzie.

    Kto rządzi światem? Jaki ma Pan stosunek do tzw. spiskowych teorii dziejów. Jak wiadomo jest ich bardzo wiele – Amerykanie upozorowali lądowanie na księżycu. Prezydent Kennedy został zastrzelony przez CIA. Światem rządzi masoneria – i najważniejszy chyba spisek czyli istnienie obcych z innych planet, żyjących wśród nas i wywierających wpływ na życie publiczne. W naszym kraju mamy również wiele takich teorii – np. zamach w Smoleńsku, nieoczekiwana śmierć Kulczyka, upozorowane samobójstwo Andrzeja Leppera. Czy istnieje jakaś prawda ukrywana przed opinią publiczną? Jakaś skryta wiedza, której ujawnienie wywołałoby nieobliczalne konsekwencje dla świata. Dlatego jest zatajona.

    Wystarczy pobieżna znajomość historii, by wiedzieć, że była pełna przeróżnych spisków. Spiski były w historii ludzkości i są na porządku dziennym. Ale też samo pojęcie teorii spiskowej bywa poręcznym narzędziem kompromitowania różnych dociekań ludzi szukających prawdy. Łatwo używając go ośmieszać i eliminować z dyskursu niewygodnych ludzi. Ale to tylko jeden z aspektów sprawy, bo owszem wiele jest różnych wariackich teorii i poniekąd to nie jest czymś specjalnie dziwnym, niektórzy ludzie tak mają, że fascynują się różnymi sensacjami, lubują się w plotkach, konfabulują etc. Poniekąd w zawodach pisarza, dramaturga i scenarzysty zdolność kreacji spisków jest w cenie.

    Nie chcę odnosić się do tych różnych przykładów wymienionych przez pana, zresztą są różnej natury – morderstwa w kręgach władzy to, rzec można, standard, a masoneria istnieje i współcześnie się z tym nie kryje nawet.

    Zatrzymałbym się na chwilę przy sprawie Smoleńska. Wystarczy porównać na przykład sposób potraktowania wraku po katastrofie w Lockerbie i to, co widzieliśmy w relacjach ze Smoleńska – by widzieć diametralną różnicę. Po katastrofie w Lockerbie pieczołowicie rekonstruowano samolot ze znalezionych fragmentów, w Smoleńsku wrak cięto, wybijano szyby etc., niszczono. Teren zasypano żwirem. Poza tym samolot spadający z wysokości kilkudziesięciu metrów na miękkie podłoże pokruszył się na dziesiątki tysięcy kawałków niczym kryształowy wazonik upuszczony na kamienną posadzkę – a, patrząc z innej strony, nie zrobił w tym podłożu krateru. Jeśli do tego dodamy zamiany i sposób potraktowania ciał, jeśli do tego dodamy kłamstwo pani minister, jej mylące zapewnienia wypowiadane wobec całego narodu, a do tego jeszcze zatuszowanie słów pani minister w stenogramie sejmowym – i tak dalej, można wymieniać – to trzeba być wyjątkowo upartym, żeby twierdzić, że w tej sprawie wszystko jest jasne i w porządku. Natomiast, z kolei, zwykły obywatel, jak ja na przykład, nie powinien na podstawie medialnych doniesień publicznie formułować jakichś rozstrzygających wniosków, to byłoby skrajnie nieodpowiedzialne. Tu jest chyba problem, bo jest to sprawa zbyt ważna i o możliwych zbyt daleko idących konsekwencjach, by pozwalać sobie na takie lekkomyślne publiczne wypowiedzi, rozbudzanie emocji. Bo w tej sytuacji powinni działać fachowcy, eksperci, a państwo powinno mieć mechanizmy, by przypilnować rzetelności prowadzonych badań. A my powinniśmy czekać na ich rozstrzygnięcia.

    A tak ogólnie ludzi owładniętych żądzą władzy jest mi trochę żal. Człowiek żyje na ziemi tak krótko, to wszystko tylko chwilę trwa, im jest się starszym, tym wyraźniej się to widzi. Zabijać dla władzy, robić jakieś straszne rzeczy – by władać innymi? To bardzo słabe. Czy człowiek taki zastanawia się – robiąc to – w czyjej jest władzy? Nie zastanawia się dokąd zmierza?

    Porozmawiajmy o sztuce. Wspomniał Pan wcześniej, że sens sztuki „widzi w tworzeniu piękna”. Czy mógłby Pan rozwinąć tę myśl? A co z prowokacjami artystycznymi? Co z awangardą? Co ze sztuką zaangażowaną np. rebel art i street art? Co ze sztuką komercyjną? Chciałem również zapytać jak Pan widzi przyszłość twórczości artystycznej i artystów w świecie powoli opanowywanym przez wysoko rozwinięte technologie. Być może dożyjemy już niebawem czasów gdy artystami będą inteligentne maszyny i roboty.

    Dobrze, objaśnię to na przykładzie Gdańska. Jak wiadomo Gdańsk, jego historyczne centrum zostało zniszczone prawie całkowicie. Po różnych sporach miasto w znacznym stopniu odbudowano, bardzo przyczynił się ku temu powojenny romantyzm odbudowy, zaangażowanie i poświęcenie ludzi. Dość powiedzieć, że były koncepcje aby – na przykład – zburzyć dworzec kolejowy i zbudować nowoczesny, modernistyczny. Był też pomysł, by jakoś na nowocześnie przebudować halę targową. Mimo tych trudności, tych zmagań z ideologią, mimo przecież wojny domowej i stalinizmu, mimo różnych braków, mimo braku fachowców – jednak zrobiono naprawdę dużo, aby dzisiaj można było Gdańsk podziwiać. Z czasem jednak tempo odbudowy zwalniało, niewydolność tamtego systemu i obciążenie ideologią sprawiły, że wiele budowli pozostało zrujnowanych, całe obszary pozostały w stanie rujnacji czy opuszczenia. Powszechnie znanym przykładem jest północny cypel Wyspy Spichrzów.

    W takim stanie zastał Gdańsk rok 1989 i, jak już wspomniałem, aczkolwiek cały kraj pogrążony był w kryzysie, to jednak Gdańsk miał ogromny, unikatowy potencjał a następujące zmiany polityczne jeszcze go zwiększyły i otworzyły drogę do jego spożytkowania. To był unikat, sytuacja jedyna w swoim rodzaju, nawet w bogatej historii Gdańska było to wydarzenie wyjątkowe, bo Gdańsk został niejako z marszu zaliczony do grona najsłynniejszych miast świata, znalazł się od razu w ekstraklasie. Zostało to potwierdzone „wręczeniem patentu”, ten status stwierdzili i ogłosili najmożniejsi podówczas ludzie świata. Przypomnę słowa pani Margaret Thatcher: Wspaniałe miasto, Gdańsk, w którym narodził się współczesny świat. To więc się stało, a należało tylko ten potencjał wprawić w ruch.

    I teraz nie będę już biadał nad zaprzepaszczeniem tych możliwości, czy rozważał czemu zostały zaprzepaszczone, ale przedstawię propozycję, jak można było je wykorzystać. Tak pokrótce, w zarysie oczywiście. Zaznaczam, że mówię o historycznym obszarze miasta, w obrębie nowożytnych fortyfikacji – raz, że nie sposób omawiać tu całości, a dwa, że ten obszar jest dla Gdańska kluczowy, jest motorem całości.

    Zacznijmy od sporu: jak budować na tym obszarze – a więc: czy rekonstruować, czy budować formy nowe, a tylko miarkując, żeby nie psuły historycznego kontekstu. Abstrahując od tego, co aktualnie realnie dzieje się w mieście – ten akurat spór między rekonstrukcją a budowaniem de novo, jest klinczem, należy wyjść poza te skonfliktowane myślenia. Wyjść odwołując się głębiej do tradycji tego miejsca, głębiej, to znaczy właśnie nie odtwarzając starej powłoki, która zawsze będzie tylko imitacją życia, a akurat to właśnie jest głęboko sprzeczne z tradycją Gdańska. Nawet najlepsza rekonstrukcja będzie tylko atrapą – nie przenoszącą historycznego czasu, smaku dawnego życia. Widać to bardzo dobrze po wielu rekonstrukcjach w mieście.

    Specyfiką Gdańska jest format gdańskiej kamienicy i najlepiej byłoby, owszem, pójść tą drogą, podjąć tę specyfikę, ale nie dokonując rekonstrukcji czy pastiszu. Można budować na historycznych obrysach, w historycznych gabarytach – jeśli ich ślad, czy wiedza o nich się zachowały, ale podchodząc do tego swobodnie – w ramach proporcji właściwych architekturze Gdańska podejmując twórczo, twórczo rozwijając format gdańskiej kamienicy.

    Na zdjęciu: Gdańsk. Zabytkowe kamienice przy Długim Pobrzeżu

    Na zdjęciu: Gdańsk. Zabytkowe kamienice przy Długim Pobrzeżu. Foto: Halinaloga


    Myśl wydaje się oczywista i mało oryginalna, ale możemy na jej przykładzie dostrzec, co istotnie kryje się za sporem rekonstrukcjonistów ze zwolennikami „nowoczesności” – że w istocie jest to walka między tym, co indywidualne, pojedyncze, a tym, co przemysłowe, czyli jakoby między życiem a produktem. Produktem, z którym wiąże się bardzo często wszystko, co złego znamy z ewolucjonistycznie ujętego wolnego rynku – i to w jego aktualnym polskim potransformacyjnym wydaniu. A więc kształtowanie budowli podług wyobrażeń biznesmenów o tym, co się sprzeda, co jest szykowne, atrakcyjne, „biorące”. Skutki widzimy – są opłakane. Powstają w ten sposób budowle estetycznie chybione, a co gorsza – fałszywe, udające coś, czego nie ma. Nieudolnie, pretensjonalnie podszywające się pod indywidualną, artystyczną wyobraźnię, markujące żywe piękno. Kryptobloki a nawet kwartały udające indywidualne podziały. To jest wyłącznie konsumowanie atrakcyjności miasta, a właściwie pasożytowanie na nim – bo obniżanie jego poziomu. Tak nie powstanie piękne, żywe miasto. To jest postępowanie sprzeczne z jego charakterem.
    Pod pojęciem budowania indywidualnego rozumiem tworzenie osobnych domów/kamienic. Taka budowa indywidualna byłaby niejako kontynuacją historycznej specyfiki tego miejsca, podjęciem jej w sposób współczesny. I to byłoby bardzo gdańskie. A kamienice, z powodu mniejszych uwarunkowań technicznych (niż na przykład wieżowce), mogą być bardziej dziełami wyobraźni, bardziej wizjami artystycznymi. I co ważne, ich realizacja jest jak najbardziej w zakresie naszych możliwości.

    Dla jasności przywołam pewien przykład z Sopotu. Wydawało się, że w Sopocie nic już się architektonicznie nie przebije. Jest molo, Hotel Grand, Opera Leśna i specyficzna stylistyka sopockich kamienic – i autorom nowych budowli pozostaje już tylko pięknie wpisywać się w to, co jest. Dbając przede wszystkim o utrzymanie poziomu. A oto postawiono „Krzywy Domek”, taką niedużą plombę w ciągu ulicy – i, rzecz zdumiewająca, w krótkim czasie stał się jednym z symboli miasta! Reprezentuje nawet Sopot w łamigłówkach, w telewizji przedstawiany jest jako jedna z atrakcji turystycznych miasta. Reporter wypytuje turystów, po co przyjechali do Sopotu. Pada odpowiedź: – „Krzywy Domek” zobaczyć!

    Oczywiście nie przywołuję przykładu „Krzywego Domku” dlatego, iżbym uważał go za szczególnie piękny, oryginalny, czy gustowny. Rozumiejąc konwencję – czegoś mu brakuje, jakiegoś rysu, który żartowi przydawałby szlachetności. Nawet można podważać jego oryginalność. Ktoś jakże słusznie wskazał, że koresponduje z architekturą Franka Owena Gehry’ego. Zatem nie chcę powiedzieć, że to jest jakaś wielka architektura, ale jest żywa, charakterystyczna, dowcipna, bajkowa, a co chyba najważniejsze – budząca wyobraźnię, uświadamiająca, że rzeczywistość, w której żyjemy może naprawdę wyglądać inaczej, że jest to jak najbardziej w zasięgu naszych możliwości. Że nie trzeba wiele, by wyglądała inaczej – nieco wyobraźni, dbałości, szacunku do talentów, wyrwania się z prostackiego myślenia o życiu i rynku.

    Na zdjęciu: Krzywy Domek w Sopocie. Foto i źródło: Wikipedia

    Na zdjęciu: Krzywy Domek w Sopocie. Foto i źródło: Wikipedia


    Proszę dobrze zrozumieć, nie mówię, by Gdańsk zakrzywodomczyć – zabudować krzywymi domkami, czy czymś tego rodzaju. Mówię, by pójść w kierunku budowania twórczego, indywidualnego, artystycznego. By tworzyć unikaty. W tym sensie na przykładzie „Krzywego Domku” ewidentnie widzimy, jakim nieporozumieniem jest zastawianie historycznego obszaru Gdańska blokami – jakim zniszczeniem, jaką stratą! A przecież współcześnie można nie takie rzeczy budować, właściwie nie ma przeszkód dla wyobraźni – i to naprawdę nie wymaga jakichś specjalnie wielkich nakładów. Ogólnym, docelowym założeniem proponowanego projektu byłoby stworzenie w obrębie nowożytnych fortyfikacji oryginalnego miasta-dzieła.

    Jak? Najprościej przez rozpisanie dwóch równoległych konkursów w oparciu o sławę miasta, w którym narodził się współczesny świat. Pierwszy: nieustający, wszechświatowy konkurs na projekt kamienicy dla Gdańska. Przy umiejętnym oprogramowaniu takiego konkursu wygrana w nim, posiadanie w Gdańsku swojej realizacji – byłyby ozdobą portfolio każdego architekta. Drugi konkurs to konkurs na inwestora chcącego zrealizować któryś ze zwycięskich projektów. Ten konkurs należałoby obwarować – na przykład byłby to konkurs projektów, co inwestor chce wnieść do miasta, jaką na przykład prowadzić działalność. Wydawałoby się, że taki wymóg – przecież jakaś forma regulacji – jest wbrew zasadom rynku. Ale rzecz nabiera zupełnie innej wymowy, gdy sformułowana jest jako ogólne przedsięwzięcie, w którym ci poszczególni inwestorzy są udziałowcami. Formułując taki plan dla miasta z natury rzeczy nakreśla się mu jakieś ramy, określa koncepcję i zasady, a w nich te indywidualne realizacje/inwestycje uplatałyby się w całość – jak szlachetne kamienie nizane na sznur układane są w naszyjnik. Działając wewnątrz nakreślonej perspektywy, lokowałoby się poszczególne projekty, kolejne inwestycje – jak kolejne odkrycia pierwiastków chemicznych wypełniały miejsca w układzie okresowym. I jest w tym miejsce na pasję, na radość, na wyobraźnię, na biznes, na tworzenie żywej całości – jaka oczywiście nie powstanie gdy miasto zastawimy blokami – wiemy to z doświadczenia aż nadto dobrze.

    Realizacja takiego projektu byłaby tworzeniem miasta – dzieła, w którym te poszczególne, indywidualne realizacje, mogłyby być zarazem pożytkiem, zbudowaniem i radością dla wszystkich mieszkańców, a przy sukcesie tego projektu – także dużo szerzej, bo i dla regionu i dla całego kraju. A więc byłoby to tworzeniem, w głębokim i nie ideologicznym sensie, miasta solidarności. Już nie tej solidarności walki z komuną, ale solidarności czasu budowania, tworzenia. Byłoby to indywidualne budowanie z wieloma różnymi pożytkami dla wszystkich – od finansowych, wynikających z ożywienia miasta, zwiększenia jego atrakcyjności turystycznej więc i różnych możliwości zarobkowania, ze zwiększenia jego atrakcyjności inwestycyjnej, przez rozwijanie myślenia i wyobraźni, po wydobywanie z traumy „polskiej nieudaczności”, zdejmowanie desperującego odium pogardzanego narodu – odpadu genetycznego. Więc byłaby to realizacja myślenia o wspólnocie na sposób rynkowy.

    W ten sposób bowiem to, co prywatne łączy się z tym, co wspólne, współtworzy – nie tylko przez system podatkowy i „tworzenie miejsc pracy”. I, co bardzo ważne, odsyłając na śmietnik paradygmat lewicowy i w ogóle uwięzienie w myślowym klinczu kapitalizmu-socjalizmu. Swoimi poszczególnymi inwestycjami tworzymy razem dzieło, które w wielu aspektach i wymiarach owocuje na pożytek wszystkim. Akurat tu, w specyfice tego miasta jest to możliwe. Taka nie ideologiczna solidarność. Wolnorynkowa solidarność. Gospodarowanie – a nie udająca ekonomię wojna każdego z każdym. Rozwój nie przez zanegowanie solidarności – a więc dziedzictwa tego miasta – ale przez rozwijanie jej w nowe formy, a więc rzecz o kapitalnym znaczeniu. Format światowy.

    Pisząc o budowaniu indywidualnym nie występuję przeciwko deweloperom, a mam na myśli raczej stworzenie takiego biznesplanu miasta, w którym jest miejsce na różne rodzaje inwestowania – i indywidualne, i spółdzielcze (cohousing), i deweloperskie, samorządowe i państwowe. Nie jest to zatem zamysł wymierzony w ludzi chcących tu robić interesy – i przeciwnie, interesy tu właśnie dopiero mogłyby się zacząć, gdy wreszcie zatrzyma się niszczenie tego miasta, zdejmie się ten wstrętny woal tandety i przestanie ośmieszać działaniem przeciwko sobie. Zresztą, deweloperzy miewają piękne wejścia, tu nie chodzi o a priori wykluczanie kogoś.

    Zatem – powtórzę to – raczej nie należy historyzować, stylizować, nie należy robić reprodukcji, kopii dawnego życia, ale budować w mierze, proporcji, charakterze tego miasta, stwarzając ich nową odsłonę. Zdefiniowawszy jego fenomen dać mu ożyć w nowych, współczesnych warunkach, z użyciem nowych technik, materiałów, możliwości, nowego myślenia, nowych stylów, nowych odkryć, nowej wyobraźni etc. To jest gdańskie. Tak architekturę renesansową lokowano tu w gotyckiej, a w nich z kolei barokową i rokokową, a w nich z kolei klasycyzm, neogotyk, neorenesans, secesję, ekspresjonizm i modernizm.

    Byłoby to odwołaniem się do tego, jak miasto to rozwijało się, a więc do tego, co w gruncie rzeczy najważniejsze, co było – co jest esencją. Zarówno peerelowska odbudowa, uwarunkowana ideologią i systemem niewoli, jak i aktualny model inwestycji deweloperskich, są obce charakterowi tego miasta, sposobowi w jaki przez z górą tysiąc lat było wznoszone, jego życiu.
    Oczywiście ten projekt wdrożony w życie, odpowiednio obecny w mediach i nagłośniony, mający odpowiednią rangę – a przecież mógł być projektem pod egidą najmożniejszych ludzi świata, słynnych osobistości, laureatów nagrody Nobla etc. – więc tak poprowadzony projekt byłby jednocześnie rodzajem rozwijającego się przez lata performance’u, wyrażaną w materii debatą o życiu człowieka, o jego mądrym, jak najlepszym organizowaniu, o ekonomii, o rynku, o architekturze, o tworzeniu miast – wartościową atrakcją turystyczną, na dobrym poziomie. Gdy dołączymy do tego przesłanie i wartość intelektualną gdańskich „modułów”: historycznego, drugiej wojny światowej i Solidarności, a także kwestii teraz przez miasto wymazywanych – otrzymalibyśmy projekt: metropolię, śmiało lokującą się w światowej ekstraklasie.

    Do zadań miasta, oprócz oprogramowania i prowadzenia całości należałoby odpowiednie przygotowanie tego obszaru wewnątrz nowożytnych fortyfikacji, więc przede wszystkim odpowiednie poprowadzenie dróg – dookoła historycznego obszaru, wokół nowożytnych fortyfikacji i nad torami kolei, aby ten historyczny obszar uwolnić od wielkiej komunikacji, robiąc tylko ileś dróg dojazdowych, łączących historyczne centrum z ową „małą obwodnicą”. Przede wszystkim na to powinno się przeznaczyć pieniądze z UE.

    Do prowadzenia tych projektów, a więc i poprowadzenia całego historycznego obszaru miasta powinna być powołana Rada Intelektualna, artystyczno – historyczno – techniczna (architektura i inżynieria), a realizacją powinien zawiadywać świetny manager. Myślę, że ten projekt byłby bardzo opłacalny. Od początku, od przemian roku 1989, kwestią było stworzenie pewnego sposobu działania, który spożytkuje posiadany potencjał i zaowocuje rozwojem miasta. I ten projekt jest przykładem takiego możliwego rozwiązania. I może nadal jest jeszcze szansa na wdrożenie takiego projektu. Wymagałoby to wielu zasadniczych korekt, ale może jest jeszcze możliwe.

    Chcę przy tym zwrócić uwagę na bardzo ciekawe zjawisko specyficznej „nadwartości” dzieł sztuki. Trudno sobie nawet wyobrazić podobny efekt w jakiejkolwiek dziedzinie gospodarki czy ekonomii, że oto coś o śmiesznej wartości, jakieś cztery listewki, kawałek płótna i trochę na nim farby – są nagle warte kilkadziesiąt milionów dolarów. Tworzenie wielu spośród dzieł sztuki za które ludzie płacą dziś ogromne pieniądze – nie wymagało jakichś szczególnych nakładów finansowych. A wiele powstawało, gdy ich autorzy żyli w nędzy. I tego się nie wylicza, tego nie da się wypracować jakimkolwiek ekonomicznym mechanizmem – choć oczywiście rozszalały współcześnie marketing wielkie ku temu czyni starania. Ale w tej kwestii generalnie działa coś innego. I ten proponowany projekt otwiera taką możliwość: stworzenia miasta – dzieła sztuki, co nie oznacza w tym przypadku zamiaru stworzenia dzieła by je sprzedać, ale co oznacza stworzenie wielu możliwości dla jego mieszkańców, windowanie atrakcyjności inwestycyjnej miasta i regionu. Upraszczając – z pięknego i mądrego miasta mogą dobrze żyć wszyscy jego mieszkańcy, każdy w zakresie i na poziomie na jakim się porusza. Stałoby się ono trampoliną i dla fryzjerów i taksówkarzy i dla kwiaciarek i artystów, naukowców i polityków, dla restauratorów i hotelarzy, dla biznesmenów i przemysłowców, dla ulicznych grajków i dla żebraków. Marka tego miejsca windowałaby tutejsze inicjatywy – biznesowe, kulturalne, polityczne – etc., a zwrotnie udane inicjatywy wzmacniałyby markę miasta, zwykły efekt prosperity, każdy to chyba rozumie.

    Ale na tym projekt ten się nie kończy, zawiera jeszcze jedną propozycję. Z pomysłami nieustającego światowego konkursu na projekt kamienicy gdańskiej, tudzież konkursu inwestorów, współgrałby pomysł utworzenia w Gdańsku konsulatów kultury różnych państw świata. W zamyśle byłyby to kulturalne reprezentacje krajów, które przyjęłyby takie zaproszenie. Po roku 1989 był czas, w którym dla zapraszanych krajów byłoby to zaszczytem.

    Taka inicjatywa świetnie lokowałaby się w tradycji miasta wielu narodów, co wynikało z położenia geograficznego, z historii i ekonomii – czyli naturalnie, a nie z ideologii multi-kulti. Byłoby to niejako podjęcie historycznej sytuacji współpracy ludzi wielu narodów rozkwitającej w wolności Rzeczypospolitej – co zaowocowało rozkwitem tego miasta.

    Możliwe są różne klucze takich zaproszeń – mogłyby być skierowane do narodów, których przedstawiciele żyli, działali, tworzyli w Gdańsku. A byli to ludzie 36 narodowości, z takim spotkałem się wyliczeniem. Kluczem mogłaby być tradycja Hanzy. Można byłoby zaprosić do takiej współpracy kraje, które pomagały „Solidarności”. Wyrazistym motywem takiego zaproszenia do utworzenia swojego konsulatu kultury właśnie w Gdańsku mógłby być fakt ostatecznego ustalenia kształtu Europy przez gdańskich uczonych, a również fakt, że owo ustalenie uczyniło z Gdańska punkt odniesienia do wyznaczania kierunków w Europie. Ale też motywem takich zaproszeń mogłaby być ogólnie tradycja „Solidarności”. Także owo symboliczne uznanie Gdańska za miejsce wybuchu II wojny światowej – i za miejsce jej zakończenia, co czyni z naszego miasta naturalne miejsce spotkań, debat i działań na rzecz pokojowej współpracy.

    Technicznie można wyobrazić to sobie tak, że miasto daje miejsce i taki zaproszony kraj buduje tu swoją, swojego autorstwa, kamieniczkę, swój dom funkcjonujący jako ośrodek kultury, w którym odbywają się wystawy, spotkania, prezentacje, gdzie przyjeżdżają pisarze, naukowcy, aktorzy ale też inne osoby ważne w kulturze, i szerzej, w ogóle w życiu tych krajów, narodów. Służyłoby to prawdziwemu wzajemnemu poznawaniu się, rozmowie i współpracy – bo takie przecież nie mają miejsca w kulturze „pop-szołów”, która jest tylko świecącą atrapą, pozorem łączności i uczestnictwa.

    Każdy kraj ma swoje rocznice, swoje szczególne okazje, obchody, każdy ma swoich wybitnych twórców, naukowców, swoich bohaterów, ludzi dokonujących rzeczy ważnych i ciekawych. Gdyby udało się skutecznie zachęcić do stworzenia takich ośrodków chociażby na przykład jedną trzecią państw świata – mielibyśmy miasto żyjące cały rok.
    W takim gronie można byłoby inicjować wspólne przedsięwzięcia o skali jakiej samo miasto nie udźwignęłoby ani organizacyjnie, ani intelektualnie, ani poziomem artystycznym, ani finansowo. Byłaby płaszczyzna działania w ramach której można stworzyć pulsujący życiem, promieniujący ośrodek. Miasto – unikat, czego oczywiście nie osiągnie się zastawiając je blokami za drucianą siatką.

    I znów, mówiąc o kosztach, stworzenie takich konsulatów kulturalnych, to znaczy przeznaczenie gruntów pod ich budowę, relatywnie byłoby niedużą inwestycją. A czy umiemy wyobrazić sobie jak wyglądałby Gdańsk, gdyby na przykład takie pomysły wdrożono 25 lat temu? Jaki miałby dziś status? Jakie powstawałyby poprzez to możliwości? Dlaczego zatem czegoś takiego nie robiono? Takiego rodzaju prostych i oczywistych pomysłów nie realizowano?

    A w kontekście tej kwestii zadam też inne pytanie – dlaczego od czterech lat nie znajduję zainteresowanych opublikowaniem książki prezentującej ów projekt? Czemu lokalny ośrodek telewizji nie wyraził zainteresowania cyklicznym programem na ten temat? Czemu zignorował ten projekt wiceminister kultury? I kilka fundacji, do których się zwracałem? Rozumiem, że można mieć zastrzeżenia co do mojej osoby, ale czemu nie podejść do rzeczy merytorycznie?

    Wspomniałem wcześniej o kwestiach, od których miasto ucieka. Przede wszystkim mam tu na myśli „mroczne dziedzictwo Spannera”. Gdański Uniwersytet Medyczny nie chce być utożsamiany z jego działalnością, uważa ją za kompromitujący ciężar. Jedynym jej upamiętnieniem jest nader skromnych rozmiarów tablica umieszczona w miejscu możliwie najmniej rzucającym się w oczy. Nadto wyryty w kamieniu tekst zawiera kompromitujący dla uniwersytetu błąd, mowa jest o faszystach niemieckich, chociaż nazizm dość poważnie różnił się od faszyzmu i to właśnie istotnie w kwestiach takich jak działalność Spannera. Uniwersytet wyrył sobie na kamiennej tablicy frazę stalinowską.

    Z kolei wygląd miejsca, w którym po wojnie, w zbiorowym grobie pochowano znalezione w laboratorium Spannera ciała (148), odcięte głowy (89), wypreparowane ludzkie skóry i mydło – wygląd tego miejsca jest jakimś upiornym skandalem – miasto zrobiło w tym miejscu ogródek jordanowski, plac zabaw dla dzieci.

    Gdańsk

    Znalezione w „pracowni” profesora Rudolfa Marii Spannera ciała i mydło pochowano w tym miejscu w sierpniu 1945 roku. Dół wykopali niemieccy jeńcy wojenni, ale ze względu na obawy przed samosądem zreazygnowano z pierwotnego zamiaru, aby to oni grzebali szczątki. Zrobili to żołnierze polscy. Według relacji świadka, Zygmunta Sojki: „Przerażone robotnice niemieckie wynosiły na noszach przykryte prześcieradłem trupy bez głów”. Foto: archiwum

    Dlaczego ta sprawa jest ważna? Znacząca? Mówiłem już o tym. Gdańsk jest symbolicznym miejscem wybuchu II wojny światowej, tutaj doszła ona do skrajności – właśnie w postaci potraktowania ludzi jako surowca do wytwarzania mydła – po czym tutaj o godność człowieka upomnieli się ludzie narodu uznanego za odpad genetyczny, a to w efekcie walnie przyczyniło się do zakończenia II wojny światowej w jej bezpośrednich skutkach – czyli sowieckiej okupacji Europy środkowej, w tym do uwolnienia wschodnich Niemców. Jest to, rzec można, niezwykle ważna sekwencja, a powinna być tym ważniejsza właśnie dla lekarzy, dla naukowców i nauczycieli Uniwersytetu Medycznego, że współcześnie osiowym problemem medycyny, centralnym, jest problem statusu człowieka, tego kim człowiek jest, czy li tylko biomechanicznym, samobieżnym, fizykochemicznym tworem, czy jednak osobą, a z tym wiążą się ściśle kwestie procedur medycznych, postępowania medycznego. Tak mówiąc najogólniej. I dlatego Gdańsk powinien być światowym centrum refleksji o człowieku. W tym sensie Gdański Uniwersytet Medyczny nie powinien uciekać od problemu Spannera, wyciszać tej kwestii w obawie o swoją reputację, ale przeciwnie powinien stać się – przecież właśnie w odniesieniu do zredukowania tutaj ludzi do surowca przemysłowego – ośrodkiem uniwersyteckim przyciągającym najwybitniejszych studentów – żywo zainteresowanych najważniejszymi problemami medycyny, czyli takich właśnie studentów o jakich uczelnie świata zabiegają! Dlaczego Gdański Uniwersytet Medyczny myśli na opak, dlaczego czuje się obciążony tą historią, więcej, dlaczego uchyla się od tak ważnego obowiązku! Uważam, że postępowanie Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego w tej sprawie jest kuriozalne.

    W tym zakreślonym tu rozumieniu ślady po profesorze Spannerze nie powinny być zacierane, sprawa spychana w zapomnienie, ale przeciwnie, w dawnym jego laboratorium powinna być wyrazista wystawa. Ta historia powinna być mądrze obecna w podstawowej turystycznej informacji o Gdańsku, nie aby epatować, nie aby odstręczać – przeciwnie: aby wizyta w naszym mieście była ważnym przeżyciem, aby ludzie odwiedzający nasze miasto wyjeżdżali stąd bogatsi o ważną refleksję. I po prostu dlatego, powtórzę, że problem: kim jest człowiek, jest centralnym problemem współczesnej medycyny i dotyczy wszystkich ludzi zamieszkujących Ziemię. Ta kwestia powinna umieszczać Gdańsk pośród najważniejszych światowych ośrodków współczesnej refleksji.

    To jest przykład kwestii, od której miasto ucieka. A ponieważ powiedziałem o sprawach pomijanych przez miasto – w liczbie mnogiej – więc, by nie być gołosłownym, jeszcze kilka innych przykładów. Pierwszy z nich wiąże się z postaciami dwóch gdańskich uczonych Filipa Kluwera i Daniela Gotlieba Messerschmidta. Kluwer był twórcą geografii historycznej, autorem podręcznika używanego przez 100 lat w szkołach i uczelniach całej Europy. W 1616 roku opublikował nową mapę Europy, przenosząc jej wschodnią granicę o 1000 kilometrów na wschód, z Donu na Ural i Przedkaukazie, włączając w europejską wspólnotę cywilizacyjną obszar Państwa Moskiewskiego. To określenie przez Filipa Kluwera ostatecznego kształtu kontynentu europejskiego możemy uznać za dopełnienie epoki wielkich odkryć geograficznych – po odkryciu w 1606 roku Australii przez Holendra Willema Janszoona. A dopełnienie to jest w znacznej mierze dorobkiem I Rzeczypospolitej. Filip Kluwer cztery lata terminował na dworze Zygmunta III Wazy, miał możliwość zapoznania się z wiedzą, jakiej nie posiadały państwa zachodniej Europy, zarówno dorobkiem naukowym jak i wiedzą wywiadu wojskowego. A jako gdańszczanin miał dostęp do wiedzy zdobywanej przez kontakty handlowe z Nowogrodem Wielkim.

    Z kolei w roku 1716 przyjechał z wizytą do Gdańska car Piotr I i zachwycony zbiorami Muzeum Przyrodniczego poprosił jego dyrektora Jana F. Breyne o wskazanie mu gdańskiego przyrodnika, który zgromadzi podobne zbiory z terytorium Rosji. Poleconym przyrodnikiem był drugi z wymienionych naukowców, Daniel Gotlieb Messerschmidt. Zakontraktowano naukową wyprawę, w jej wyniku powstała pierwsza mapa Syberii, dokonano wielu odkryć, ale co dla nas tu najważniejsze, Daniel Messerschmidt potwierdził przez swoje badania terenowe ustalenia Kluwera. Udokumentował istnienie różnic fizjograficznych, antropologicznych, fauny i flory po obu stronach Uralu.

    Co z tego wynika, do czego zmierzam, otóż w roku 2016 przypadała podwójna rocznica: czterechsetna określenia dzisiejszego kształtu Europy – wschodniej granicy kontynentu europejskiego oraz trzechsetna zawarcia kontraktu na wyprawę naukową w wyniku której owo określenie kształtu przestrzeni europejskiej zostało potwierdzone empirycznie. A obu tych dzieł dokonali gdańscy uczeni.

    I teraz, Gdańsk startował w konkursie o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Mój, niestety nie żyjący już przyjaciel, Tomasz Bedyński, wiele lat wcześniej rozpoznał tę sytuację – że rok 2016 będzie rokiem tych wspomnianych okrągłych rocznic i że Gdańsk będzie przystępował do wspomnianego konkursu, a to przecież ustawiało nasze miasto w roli pewnego kandydata do tytułu. Tomasz z dużym wyprzedzeniem sygnalizował tę sytuację, zawiesił w sieci komunikat, monitował zespół powołany przez miasto w celu przygotowania aplikacji konkursowej. Jego starania zostały całkowicie zignorowane. Tej podwójnej rocznicy w ogóle we wniosku konkursowym nie uwzględniono. Mając taki konkret – podwójną rocznicę ustalenia przez gdańskich uczonych kształtu Europy i włączenia do Europy Rosji – oparto program na ogólniku: wolność kultury, kultura wolności. W konkursie o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 wygrał Wrocław.

    Ale spójrzmy teraz na dalsze konsekwencje tej sprawy, bo oto w obliczu narastającego napięcia między Rosją a państwami ościennymi, właśnie w 2016 w Warszawie zorganizowano szczyt NATO, i wyobraźmy sobie jak byłoby cenne gdybyśmy, równolegle do okazywanej na owym szczycie determinacji, równolegle do sygnalizowania woli obrony w przypadku ewentualnej agresji – jednocześnie w Gdańsku odwoływali się do innej tradycji w relacjach z Rosją, i w ogóle w relacjach europejskich, przywołując przykłady wspólnej twórczej pracy, wspólnego odkrywania i opisywania świata. Gdy w Warszawie mowa była o zbrojeniach – w Gdańsku przypominalibyśmy inną tradycję i możliwą inną drogę. Przypominalibyśmy rolę I Rzeczypospolitej we włączeniu Rosji w obszar Europy. Przypominalibyśmy, co Europę ufundowało – określiło nawet jej fizyczny, materialny kształt, jej limes – wiara w Jezusa Chrystusa.

    Gdy się zastanowimy nad tym widzimy o jak wielkiej wagi sprawy chodziło! Widzimy jak bardzo poważną sprawą było owo kompletne zlekceważenie przez miasto tej podwójnej rocznicy określenia granic Europy na Uralu, owo kompletne zignorowanie monitów Tomasza Bedyńskiego w tej sprawie. Zignorowanie, zmarnowanie tak bardzo ważnej pracy, którą wykonał. A myśląc o interesach miasta, widzimy jak zaprzepaszczona została szansa odegrania znaczącej, szlachetnej roli w tak poważnych wydarzeniach w skali europejskiej – i większej. Widzimy jak w kolejnej sprawie Gdańsk nie wypełnił swojego obowiązku, nie spełnił swojej misji, nie wykorzystał swojego potencjału.

    A teraz o sprawie innego formatu, innego rodzaju, choć również ważnej, mogącej być źródłem ważnej refleksji. W latach osiemdziesiątych w Trójmieście zaistniał fenomen Trójmiejskiej Sceny Alternatywnej – kilkudziesięciu niezależnych zespołów muzycznych, barwnego i bogatego, twórczego środowiska młodych ludzi. Komuna, stan wojenny, demonstracje, aresztowania, pałowania, cenzura, prześladowania, morderstwa; w sklepach ocet, w powietrzu smog, dym, trucizna, szary odcień szarości – i oto dzieciaki wypłynęły sobie na wyspy szczęśliwe. Anglicy mając taki fenomen zrobiliby story i sprzedali na cały świat. Tu, w Trójmieście pozwolono temu zjawisku po prostu zmarnieć. Kolejny akt bezrefleksyjnego zmarnowania, zadeptania i utylizacji. A pomyślmy, przecież to jest gotowy materiał na musical! Jest ogromna ilość oryginalnej muzyki, wystarczyłoby porozmawiać z ludźmi TSA, wysłuchać ich historii, poprowadzić wątki, libretto złożyłoby się samo. Jest Teatr Muzyczny, który mógł taki oryginalny spektakl wystawić, ograć, potem można było pomyśleć o wersji filmowej. Nie chcę komukolwiek robić jakiejś przykrości, ale może taki musical nie spotkałby się w USA z zarzutem wtórności – jaki spotkał „Metro”? Żywa, autentyczna historia, nasza, prawdziwe, barwne postacie, prawdziwe życie, prawdziwe emocje tamtego czasu w prawdziwych przeżyciach, w muzyce, w tekstach, rysowane na tle wydarzeń rangi światowej. Prawdziwa opowieść o życiu w mieście, w którym narodził się współczesny świat.

    Można też było podejść inaczej, zrobić serial telewizyjny o TSA, fabularny, albo dokument muzyczny – kolejne odcinki poświęcone kolejnym zespołom. Nawet i dziś, są jeszcze, żyją ludzie, są nagrania, materiały archiwalne – w końcu jest tu lokalna telewizja, radio. Ale nie – nic z tego.

    Nawiązując do kwestii o jakich wcześniej mówiliśmy, o prowadzonej polityce zadeptywania, zacierania – to jest bardzo ciekawe, że propozycją dla młodych ludzi czasu tak zwanej transformacji miały być Młode wilki. A nie, na przykład: twórcza droga twórczych młodych ludzi w opozycji do komuny. Nie: znajdywanie się w obliczu totalitaryzmu, nie: radzenie sobie z niewolą – nie. Propozycją, fascynacją, wzorem dla młodych ludzi miały być szybkie pieniądze, mafia, przemyt materiałów radioaktywnych i mordowanie dla zysku. Taki rodzaj wzruszeń, takie ideały i ten typ wartości polityka kulturalna uważała za właściwy dla młodzieży czasu transformacji. Dla starszych – Psygody esbeków, dla młodszych romantic bandyterka i skuter wodny. Ot co.

    Kilka dni temu rozmawiałem z profesorem Grzegorzem Klamanem, między innymi o sytuacji w Gdańsku. Zwrócił uwagę na powtarzaną na przestrzeni kilkunastu lat metodę unicestwiania niezależnych artystycznych inicjatyw i miejsc sztuki na terenach dawnej Stoczni Gdańskiej. Jak napisał w swoim szkicu: to historia entuzjazmu i zaangażowania kreatywnych ludzi zderzona z bezdusznym wąsko pojętym interesem prywatnych firm oraz obojętności władz miejskich. Modelarnia, Kolonia Artystów, Teatr Znak, Pracownia AKU, Klub Harlejowców, Buffett, Instytut Sztuki Wyspa – wszystkie te, ogólnie mówiąc, inicjatywy w ten czy inny sposób musiały rozstać się ze stocznią. Abstrahując od mojego myślenia na ten temat, trzeba przyznać, że „miasto solidarności i wolności” nie znosi grupowania się tego, co autentyczne.

    Już na zakończenie wyliczenia rzeczy nie chcianych, skoro mówiliśmy o filmach – jak to jest możliwe, że takie miasto jak Gdańsk – ba: Trójmiasto – nie ma swojego serialu telewizyjnego? Gdańsk ma nieprzebraną ilość historii do opowiedzenia, do wykorzystania, przebogatą historię, mnóstwo barwnych postaci, wydarzeń. Także mnóstwo możliwych do wykorzystania w takim serialu wątków, motywów współczesnych: wątek archeologów i poszukiwaczy skarbów, wątki artystyczne i polityczne, muzyczne i sensacyjne, o nauce i o ekologii, o miłości i o wierze, o totalitaryzmach i o wakacjach, o zagładzie i o życiu, o hitleryzmie i sowietyzmie, o zniszczeniu i odbudowie – wystarczy znaleźć klucz, sposób na zorganizowanie tego materiału. A od strony technicznej/realizacyjnej jest tu mnóstwo artystów, aktorów, muzyków, literatów, poetów, tancerzy, filmowców, scenografów, rekonstruktorów, ludzi zajmujących się modą, kostiumami, specjalistów od animacji… Są unikatowe, urozmaicone, charakterystyczne plenery i wnętrza, jest szkoła filmowa w Gdyni, jest telewizja, są przeróżne teatry… jak to możliwe, że Trójmiasto nie ma swojego serialu? Mamy przykład Sandomierza, który na serialu Ojciec Mateusz zbudował swoją turystyczną karierę. A przecież w Gdańsku są nieporównanie większe możliwości, spokojnie można zrobić rzecz oryginalną, nie jakiś schematyczny format. Ale Gdańsk nie ma w takich sprawach zainteresowania, Gdańsk zajęty jest czym innym. Gdańsk ambergoldem słynie.

    Gdańsk – miasto, gdzie narodził się współczesny świat – nie ma nawet swojego opiniotwórczego czasopisma, na przykład tygodnika.

    Chociaż, by the way, przeznacza rocznie grubo ponad trzy miliony złotych na swój portal internetowy (na rok 2017 – 3 600 000, gdy na przykład Gdynia na swój portal przewidziała wydatki rzędu 140 000 złotych, a proszę sobie te portale porównać). Gdyby w Gdańsku wdrożyć program konsulatów kultury – taki tygodnik świetnie z tym współgrałby, także inne media, lokalne radia, lokalna telewizja miałyby stały dopływ nośnych tematów – etc., znakomitą sposobność rozwoju, stworzenia marek na wysokim poziomie. Wyobraźmy sobie, że w Gdańsku jest, na przykład 30 konsulatów kultury i każdy ma co tydzień ciekawego gościa ze swojego kraju. Te przedsięwzięcia – światowy konkurs na gdańską kamienicę, konsulaty kultury etc. – i tutejsze media nawzajem by się napędzały. Ranga naszego miasta rosłaby i się utwierdzała.

    W Gdańsku ma miejsce całkiem sporo wydarzeń kulturalnych, ale brak idei spajającej, nośnej formuły całości, która lokowałaby je na odpowiednim pułapie a jednocześnie pełniła rolę transmisji, zapewniała stałą komunikację z ważnymi ośrodkami cywilizacji. Bo tak, cóż z tego, że jest świetny koncert, skoro w miejscu trzeciorzędnym, na skraju cywilizacji, nie loguje się. W sytuacji jaka jest teraz w Gdańsku inwestycje w kulturę są inwestycjami wsobnymi, to jest jednak inwestowanie w rozproszenie. Ponoszone koszty nie uzyskują odpowiedniego przełożenia, nie owocują jak mogłyby.

    Swoją drogą, mimo tych wielu imprez, inicjatyw kulturalnych – Gdańsk jest żałosny. Przez większość roku dominuje szarzyzna i nastrój prowincji. Wrażenia są nie na poziomie – choćby i „scenografii” w jakiej się człowiek porusza, myślę tu o architekturze Głównego Miasta.

    Podsumowując, gdy uświadomimy sobie te kwestie i z tej perspektywy spojrzymy na to, co z taką chlubą przedstawia nam się jako niezwykły rozwój tego miasta, widzimy jaką ów kreowany obraz jest nieprawdą i nieporozumieniem, jaką przesłoną deklasacji Gdańska. Bo po prostu mamy do czynienia ze smutnym, bardzo smutnym marnowaniem, zaprzepaszczaniem, niszczeniem potencjału tego miasta. A co gorsza również z zaniechaniem, uchylaniem się od wielkiej wagi obowiązków.

    Jak widać też na tych chociażby kilku przykładach, słynna diagnoza o pannie brzydkiej, bez posagu, która nie powinna być zbytnio wybredna – ta diagnoza była oczywistą nieprawdą. Każdy człon tej diagnozy był nieprawdą: i że bez posagu, i że brzydka, i że powinna bez szemrania iść na byle co. Bo owszem – widzimy potencjał na wielką światową karierę, widzimy – przypominam cytowane laudacje – że owszem panna ta była chciana, podziwiana i komplementowana. Więc i posażna i piękna i mogąca zrobić świetną partię. Trzeba było pomysłu – wizji i fantazji, by ten wielki potencjał podjąć i spożytkować, no ale Polacy oddawali władzę ludziom o mentalności jawnie szwindlarskiej, ludziom głoszącym dewizę: gdy ma się wizję należy iść do psychiatry. Widzieli przecież komu władzę oddają, widzieli skutki, ale nadal władzę w takie ręce oddawali. Czyż nie należy wreszcie się zreflektować – wreszcie dojść do tego, dlaczego tak jest, że Polacy widzą, że coś jest złe, mają to przed oczami, a jednak idą w to.

    Jak niegdyś, gdy genialnych poetów posyłali na śmierć w beznadziejnej walce, Polacy mieli opinię strzelających do wroga diamentami, tak teraz, powtórzę – diamentami palą w piecach. Zmyślnych gonią za granicę, myślących szlachetnie spychają w społeczny niebyt. Palenie diamentami w piecu nie może zaowocować dobrym wizerunkiem. Jeśli ktoś tak gospodaruje swoim potencjałem – to sprowadza go to już nie tylko do statusu panny, która ma nie być wybredna, ale dużo, dużo gorzej. Do statusu osoby specjalnej troski. A w tej sytuacji może ktoś znowu mieć pretekst, „by się nami zaopiekować”. A kto inny, by nie przejmować się sprawami ludu dalekiego, o którym nic nie wiadomo.

    Czytam ostatnio, nawet u dość zmyślnego blogera, oburzenie i żal wielki – Niemcy ukradli nam nasze dzieło – upadek komunizmu utożsamiany jest z upadkiem muru berlińskiego, świat tam świętuje upadek komunizmu! Ukradli? Sami oddaliście. Co zrobiliście ze swoim potencjałem?

    Ale spójrzmy na to znów – jako na obraz, potraktujmy jako materiał do refleksji. Czy nie jest to podobnie jak u schyłku I Rzeczypospolitej – że wszystko jest w rękach, a jednak „coś przestało grać”? Dlatego tak jest ważne, kluczowe, dojście do tego, co sprawiło wtedy, że „przestało grać”, a wtedy będzie można sprawić, że wreszcie dzisiaj „zacznie grać”. Bo są ludzie, są talenty, są bogactwa. Wszystko macie, a wybieracie nieprawdę. Co to jest: wszystko macie, co to jest ta nieprawda, którą wybieracie? Mówicie, że wierzycie w Boga, ale ciągle nasze życie jest niszczone, niszczony i grabiony jest nasz kraj i ściągany na skraj przepaści. Czy ci, którzy tego dokonują silniejsi są od Boga? O co chodzi zatem?
    Ale – może się zdawać, że nie o tym miałem mówić, bo pytanie brzmiało: jak rozumiem upatrywanie sensu sztuki w tworzeniu piękna. Ale właśnie gdy mówię o tworzeniu piękna, myślę o tym bardzo szeroko, nie tylko w sensie tworzenia artefaktów, dzieł, którymi można się cieszyć (byle tylko żadnych kultów!), bo raczej odnoszę to do życia, do szlachetnego tworzenia, które na różne sposoby dobrze owocuje, jest w życiu pomocą, cieszy, służy.

    W tym sensie piękna bywa też inżynieria, na przykład takim prostym i pięknym wynalazkiem jest pralka automatyczna. Ile tym wynalazkiem uczyniono dobra. Oczywiście ta podstawowa rzecz – ulga w pracy, oszczędność czasu przede wszystkim kobiet. Ale też – patrząc głębiej, o ile mniej jest dzięki automatycznym pralkom napięć w rodzinach, o ile spokojniej rodzice patrzą na zabawy swoich dzieci. To są bardzo ważne sprawy. Pralka automatyczna to wielki i piękny wynalazek. Więc myślę o pięknie mniej jako o kategorii estetycznej, a bardziej jako o tym, co buduje życie.
    I w tym sensie, w tym kontekście – aby to wyłożyć na przykładzie – mówiłem o stworzeniu pięknego miasta, które byłoby miejscem dobrego życia, otwierałoby możliwości jego mieszkańcom, mogłoby ich pokrzepiać będąc ich dumą i satysfakcją. Ale zarazem byłoby miejscem refleksji, przekładania skrajnie strasznych doświadczeń na mądrość. Miejscem wyprowadzania refleksji, która ma wartość dla każdego człowieka w wymiarze osobistym, jego życia. Odwodzi od rozpaczy, kieruje do Prawdy.

    Oczywiście, jeszcze odnośnie Pańskiego pytania, współcześnie bardzo jest rozwinięty dizajn, nastąpiła wielka demokratyzacja piękna, dość łatwo jest estetycznie urządzić mieszkanie, rzeczywistość jest o wiele bardziej estetyczna i to jest fajne. Jest też i przesada w tym, marketing do takich rozmiarów nadął już reklamę, że stała się wielką gałęzią przemysłu, w gruncie rzeczy to jest coś, co uprowadza życie, wchłania olbrzymie pieniądze, ludzką inwencję, czas, które mogłyby być pożytecznie spożytkowane. Budzi moje zażenowanie, sprawia mi przykrość, gdy na przykład ludzie obdarzeni świetnymi głosami wyśpiewują jakieś pieśni na cześć ubezpieczeń, albo jakichś usług, czy sprzętu AGD. No i w dodatku wiele z tych talentów, z inteligencji i inwencji jest skupione na rozwijaniu technik manipulacji. Taki jest ten świat. Wiemy, że tak jest, zdajemy sobie z tego sprawę, ale czy jest jakaś możliwość by to zmienić? Manipulacja jest skuteczna, a dopóki jest skuteczna idą na nią pieniądze.

    Niedawno włączyłem telewizor, patrzę, siedzi w fotelu jakaś starsza kobieta i z głębokim przeżyciem opowiada o jakichś trudach, zmaganiach. Pomyślałem, że opowiada o jakichś traumatycznych doświadczeniach z zesłania na Syberię, czy do Kazachstanu, ale okazało się, że reklamuje mopa i opowiada jak źle było wcześniej, gdy go nie miała.

    Można się z tego pośmiać, ale naprawdę dzieją się rzeczy złe, generowany jest duchowy i uczuciowy mętlik, tracimy pewne tonacje, pewne figury dawniej jednoznaczne. Nikt dawniej nie spodziewałby się, że starsza kobieta może z taką powagą i przejęciem wypowiadać takie rzeczy, takie bzdury. A przecież nikt, na przykład przed takiego rodzaju reklamą nie ostrzega jako przed mogącą wyrządzić szkodę. Kto by o tym mówił, wskazywał na to, jako na problem – zostanie wyśmiany. To wszystko galopuje, pędzi, kolejne stopnie zniszczenia, kolejne progi niwelowane, zacierane. Tracimy punkty orientacyjne, człowiek jest zabełtany, odwartościowany i wyzuwany z sensu – on sam i to, co robi. Wszystko staje się bełkotliwe, jednowarte. 22 zdrowych dorosłych mężczyzn kopie piłkę i to jest jeden z największych sensów świata. Ogromna część mediów zajęta jest właśnie tym. Prawdziwej poważnej rozmowy właściwie nie ma, są panujące idiomy, paradygmaty. W TVP Kultura profesor – przy milczącej akceptacji interlokutorów – stwierdza nieistnienie prawdy. Nie zauważa – on i jego przyjaciele – że gdyby prawdy nie było nie istniałaby telewizja, w której występują. Corocznie tysiące samobójstw, miliony pogrążonych w depresji. Gdzie to wszystko jest? O czym jest telewizja? O czym jest – miasto Gdańsk?
    Jeśli chodzi o awangardę, nie będę powtarzał, o tym mówiłem. A prowokacje, sztuka buntu? Nie potrzeba żadnych prowokacji, potrzeba prawdy, dojrzałości, odpowiedzialności.

    Człowiek jest w niewoli płytkiego pojmowania piękna. Te wszystkie koszmary tego tak skrajnego przeżywania swojego „niepiękna”, swojej „nieodpowiedniości”, to udręczenie, ta niewola prowadząca do katowania siebie, nawet do śmierci. Te obłąkane wypychania się plastikiem. Ci doktorzy w maskach racjonalności zachęcający: tu ci odessę tu ci wstrzyknę – uczynię cię wolną i szczęśliwą! Wolną – klasyczny oksymoron. Gdy – na przykład – kobieta rodzi dziecko i zmienia się jej ciało, to przecież jej piękno nie przepada, a staje się głębsze, wzruszające, bardziej świetliste, przechodzi w inne sfery – skoro piękno swojego ciała poświęciła, skoro „zaryzykowała brzydnięcie” z miłości, to jest dopiero piękna! Że nie jest to piękno „publiczne”, że nie każdy je widzi? Ale bo to jest wasza intymna sprawa, wasze przeżycie, wasza czułość, wasza radość. I przecież – po co wam jakiś plastik do całowania? To kuriozalne.

    W operacjach plastycznych jest też niebezpieczna nieuczciwość, bo dziecko, które się urodzi nie będzie podobne do dzieła chirurga.

    Ciało słabnie, bywa – deformuje się, skóra się marszczy, wiotczeje, włosy rzedną, zęby wypadają – a miłość trwa, rozwija się, dojrzewa – o, to jest piękne. Każda pora roku ma swoje piękno – przecież to nie jest oszukiwanie siebie, tak właśnie jest. Ważne, żeby nie dać się wyzuć z tej prawdy, okraść z tego piękna. Żeby nie dać się pozbawić zdolności dostrzegania go, odkrywania i cieszenia się nim.

    I – proszę odnieść to teraz do robotów i maszyn liczących. Wyliczą, wytworzą mądrość, miłość i to piękno? Podarują dojrzałość?

    Załóżmy, że ma Pan stanąć przed całym światem i wygłosić kilkuminutowe orędzie w TV – co by Pan wtedy powiedział?

    Gdybym miał 15 sekund powiedziałbym: Jezus z Nazaretu jest Mesjaszem, Chrystusem, Królem i Panem, Zbawicielem. Gdybym miał pół godziny, powiedziałbym też zapewne wiele rzeczy z tych, które zawarłem w tym wywiadzie. O ułudzie i paradoksalności nauki materialistycznej, o uprowadzeniach, w których ludzie tkwią, a co do których przekonani są, że są prawdą. Mówiłbym, że człowiek potrzebuje Ratunku, i że ten Ratunek jest. Starałbym się zachęcić do czytania Pisma Świętego.

    Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów

    Ze Zbigniewem Sajnógiem rozmawiał Christopher Gretkus
    14.04.2017 Gdańsk

    ………………………………….
    Zbigniew Sajnóg (1958). Współzałożyciel, uczestnik działań i autor założeń teoretycznych Tranzytoryjnej Formacji Totart (1986-1992). Współautor i współredaktor wydawnictw grupy (m.in. Przegląd Archeologiczny Metafizyki Społecznej „Higiena” — nagroda prasowa „Solidarności”). W drugiej połowie lat osiemdziesiątych współpracował z Ruchem Społeczeństwa Alternatywnego, Ruchem Wolność i Pokój, z Pomarańczową Alternatywą. Współpracował z Brulionem, był współautorem i prowadzącym Brulion TiVi. Na początku lat dziewięćdziesiątych redagował dział w Tygodniku Literackim. Aktualnie współpracuje z portalem Się myśli. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
    ………………………………….
    Christopher Gretkus (1970) — wydawca portali Eprawda i Novelmasters, fotograf. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
    14.04.2014. Gdańsk

    ZBIGNIEW SAJNÓG: „Człowiek potrzebuje ratunku” — wywiad totalny
    30 votes, 5.00 avg. rating (99% score)
    ..........................................................
    EPRAWDA nie publikuje regularnie. Subskrybuj newsletter.
    [7] Komentarze
    1. SJP: ekskluzywny
      1. «przeznaczony dla zamkniętej grupy osób»
      2. «odgradzający się od ogółu albo od osób spoza pewnego kręgu»
      3. «luksusowy, elegancki»

      „Nurtuje mnie coraz częstsze (szczególnie w Internecie) używanie słowa ekskluzywny w znaczeniu ‚dostępny na wyłączność’ (jak w ekskluzywny wywiad, ekskluzywne wideo itp.). Z jednej strony brzmi mi to bardzo jak kalka z języka angielskiego, z drugiej obrońcy stosowania go w ten sposób również w języku polskim powołują się na słownikowe: „1. przeznaczony dla zamkniętej grupy osób”. Czy można więc mówić o ekskluzywnym wywiadzie jako o wywiadzie, który publikujemy z prawami do wyłączności?”

      Ekskluzywny wywiad narusza typową, zwyczajową łaczliwość słowa ekskluzywny w polszczyźnie. Jak łatwo sprawdzić w Narodowym Korpusie Języka Polskiego (za pomocą kolokatora wbudowanego w wyszukiwarkę PELCRA), słowo ekskluzywny występuje najczęściej przed rzeczownikami hotel, restauracja, klub, sklep, dzielnica, osiedle. Tworzą one grupę o wyraźnych wspólnych cechach semantycznych, kojarzącą się z bogactwem i luksusem, których to cech wywiad nie ma. Ekskluzywny wywiad to po prostu wywiad udzielony na wyłączność danej gazecie, rozgłośni, stacji telewizyjnej, portalowi internetowemu itp. – bez towarzyszących temu skojarzeń. Czas pokaże, czy wokół tego wyrażenia zaczną się z czasem ogniskować inne, zawierające czasownik czynnościowy. W jakiejś mierze już to się dzieje, np. w NKJP oprócz ekskluzywnego wywiadu można znaleźć ekskluzywne przyjęcie.
      Mirosław Bańko, PWN

    2. W rzeczy samej — by nei znienawidzieć ludzi, trzeba mieć do nich straszliwą niemal, boską cierpliwość — albo skórę grubą jak słoń. Całe te masy ludzkie daja pewnym uwrażliwionym jednostkom codziennie mnóstwo powodów do nienawiści, czasami to są drobnostki jak przyblokowanie samochodu sąsiada na parkingu, po powazne sprawy jak wyrzucanie śmieci do lasu czy znęcanie się na zwierzętami. Dlatego nie wierzę, że Bóg kocha ludzi. Bóg ludzi już dawno znienawidził i opuścił, zostawił ich na pastwę losu.

    3. Panie Zbigniewie – istotna wypowiedź, ale (raz przeczytałem i pewnie przeczytam jeszcze, ale potem) jednym z głównych wątków jest stwierdzenie zaprzepaszczenia, w sensie nieodwracalności pewnych zdarzeń, zachowań społeczno-urzędniczych. Ta swoista beznadziejność jest czymś, co mnie przygnębia. Szkoda, że tak sprawy stoją. Jestem zdania, że to co jest, to jest i z tym się nie dyskutuje.
      Niestety nie mam dostępu do tak istotnych doświadczeń w sensie spotkań z ludźmi, mogę tę z nieznanych mi powodów akcję przeciw prawdzie, krajowi, w którym się istnieje potwierdzić na skalę swoich, dość wąskich doświadczeń.
      Pana wypowiedź – w pewien sposób uzasadnia zniknięcie Pana z obiegu literackiego, z którym do niedawna miałem kontakt – jest dla mnie ważna, bo pomaga mi trwać w tym moim „nie tak miało być”, bo informacja o niszczeniu narodu polskiego w pewien sposób mnie uspokaja, to znaczy tłumaczy nieuzasadnione myśleniem prostym, logicznym i prospołecznym działania urzędników połączonych krótkotrwałym kontraktem szmalownym z mafiami politycznymi.
      Mimo Pana uwag o karłowaceniu potencjału Gdańska, to miasto jest dla mnie najpiękniejszym miastem na świecie (przeprowadziłem się do Trójmiasta i tu mieszkałem od 1980-1985, z tego w Gdańsku tylko kilka miesięcy). Najpewniej nie jest to zasługa tylko widoków i niezwykłego otoczenia przyrody, ale moich o dobrej energii doświadczeń z ludźmi, z kotami.
      Dobrze, że Pana nie zmieciono, że nie dał się Pan samemu sobie zohydzić – dobrego, d. Sas

    Co o tym sądzisz?