Zbierasz ostatnie rzeczy. Wrzucasz na pakę jak leci. Nie chce ci się tego układać, szkoda zachodu. Ważne, żeby nic nie zostało, niczego nie zostawić, niczego co mogłoby stanowić ślad. Zbierasz więc deski z szalunku, szmaty, cztery puste i jeden baniak z resztką wody. Dużo piliście. Ciężka robota. Gorąco. Czubkiem języka dotykasz spierzchniętych warg. Gęsta ślina, zaprawiona gorzkim osadem z wypalonych papierosów, zalepia ci gardło, ale odkładasz na później — mało zostało. Puste baniaki na pakę, na to, co już tam leży, ten z odrobiną wody do szoferki. Teraz torba z jedzeniem. Nietkniętym. Nie było apetytu. Kiedy podnosisz, w nos uderza intensywny zapach kiełbasy. Z wnętrza wylatuje kilkanaście tłustych, opalizujących niebiesko-zielono much. „Nieomylne jak zawsze” — konstatujesz prawie filozoficznie. Ich widok wywołuje z pamięci tamto truchełko sarny, sarniego dziecka. Leżało w zagłębieniu, emanując, nie dającą się z niczym pomylić, wonią, ale ty myślałeś, że jeszcze tli się w nim życie, bo drżało, całe drżało. Zbiegłeś w dół, nachyliłeś się chcąc jakoś pomóc i wtedy, całą chmarą, poderwały się do lotu, tłukąc cię po twarzy, wpadając do nosa, oczu, uszu, zaplątując się we włosy. Gnałeś stamtąd, rozpaczliwie szarpiąc czuprynę, a potem rzygałeś aż oczy zaszły ci łzami. A może zaszły zanim zacząłeś rzygać? Teraz także żołądek zaczyna bujać niebezpiecznie, ale bierzesz się w karby, nie czas na łzawe tkliwości. Zawiązujesz torbę starannie, trzymając ją możliwie daleko od twarzy. Słyszysz dochodzące z wnętrza bzyczenie — znak, że nie wszystkie zdążyły uciec. Do wyzbierania zostały pety. Schylasz się jedno-cześnie zerkając na jego plecy. Już zrezygnowałeś z proszenia go, żeby pomógł — przecież to także jego rzeczy, ale wzrok sam biegnie ku tym szerokim, drżącym barkom, zapadniętym ramionom i pochylonej głowie. Obsesyjnie ogląda dłonie, milimetr po milimetrze, jakby chciał na wieki zapamiętać rysunek linii znaczących skórę.

Siedzi tak odkąd uznał, że zrobił swoje. Siedzi i się trzęsie. Pierdolona panieneczka! Wydłubałeś wszystkie, wdeptane w podłoże, niedopałki, osmalone patyczki zapałek, jakieś papierki. Kilka razy obszedłeś teren wokół wozu, żeby nie iść tam. Ale tam też musisz. Zdaje ci się, że to pozbawione runa miejsce pod rozło-żystym grabem, skupiło całą cienistość otaczającego was lasu. Nie jest późno, słońce dopiero co oparło złoty brzuch o wierzchołki świerków, ale tam, w tamtym miejscu kotłuje pomroka, wypełzając szerokimi jęzorami, jak bura mgła znad mokradeł. A może to tylko parująca, świeżo spulchniona ziemia i padający na nią cień drzewa tak cię omamiły? Otrząsasz się z przykrego wrażenia i idziesz, nieco zbyt sztywno stawiając kroki, z tym, pobzykującym głucho, tobołkiem w rękach. Gdy się zbliżasz, uważnie lustrując teren, czujesz nagle jak uwięzione muchy ruszają do ataku, wściekle tłukąc o ścianki plastikowej torby. „Wyraźnie to czują! Żadne ścierwo nie pozostanie im obojętne” — myślisz. Z ulgą utwierdzasz się w przekonaniu, że wszystko uprzątnąłeś. Jeszcze tylko szpadel. Ten od kopania. Tamten, którym ci pomógł, którym był zmuszony ci pomóc, leży na dnie. Czyli koniec. Zawracasz w stronę wozu. Muchy opadają
z sił.
— Pora ruszać — rzucasz w stronę pleców. Nie jesteś pewien, czy usłyszał. Przez dłuższą chwilę nie ma żadnej reakcji. Już chcesz podejść, szturchnąć go, potrząsnąć za ramię, cokolwiek, byle tylko drgnął, bo tymczasem słońce opadło za korony drzew. Wtedy się podnosi. Starannie otrzepuje dżinsy. Potem idzie prosto w stronę szoferki, wyjmuje tę resztkę wody, którą zostawiłeś na później i myje nią ręce. Trze z zapałem, brud zza paznokci wydłubuje końcówką scyzoryka. Tego, który dostał od ciebie na ostatnie urodziny. Zaciskasz zęby, z trudem przełykasz ślinę. Nie odzywasz się ani słowem, on też nic nie mówi. Nie patrząc w twoją stronę zajmuje miejsce pasażera. Siedzi wyprostowany, z dłońmi ułożonymi na udach. Bezkrwista skóra twarzy wyraźnie kontrastuje z koszulką polo, na której osadziło się kilka żółtawych grudek ziemi. Już wyciągasz rękę, żeby je strzepnąć, ale rezygnujesz, wyobrażając sobie jak wzdrygnie się na ich widok, przeglądając się w witrynie sklepu na dole. Zawsze to robi, a ty zawsze czekasz na ten moment, choć lekko żenuje cię jego narcystyczna maniera. Jednak czekasz, bo przez tych kilka sekund witryna skrzy odbitym blaskiem. On wkracza w jej ramy pewnym krokiem, jakby od niechcenia przeczesuje palcami gęste włosy. Wyprężona sylwetka, ściągnięte barki, pośladki jak połówki niedojrzałej renklody. Mężczyzna! Takim chciałbyś go widzieć zawsze. Żałujesz teraz, że nie ma więcej podobnych witryn w waszym miasteczku. Może, poddany ich magii, uszczupliłby przestrzeni demonom niepozwalającym zapomnieć i nie byłoby konieczne to, co stało się konieczne. A teraz siedzi w szoferce jak wystrugana z patyka kukła, nie dając ci wyboru co do tego, kto zajmie miejsce kierowcy. Żadnego z niego pożytku. No, prawie żadnego. W jednym ci jednak pomógł, nie możesz zaprzeczyć.   

Prowadzisz ostrożnie, omijając wystające korzenie, unikając głębokich kolein, wyrobionych przez ciężkie maszyny używane do wycinki lasu. Wszędzie tną — zauważasz — żadnego opamiętania. Drzewo musi co najmniej pół ludzkiego życia rosnąć, żeby trochę cienia dać, tlenu trochę. A człowiek nic — tylko tnie! Szkoda! Szkoda też i tamtego grabu — myślisz. Uschnie pewnie. Od takiej trucizny wszystko by uschło. Nagle uświadamiasz sobie, że tych rzeczy, co je tak metodycznie pozbierałeś, nie możesz ze sobą zabrać ani, ot tak, wyrzucić. Przeklinając w duchu własną głupotę zaczynasz myśleć, co właściwie powinieneś z tym zrobić? Podrzucić do jakiegoś śmietnika? Utopić? Spalić? Wolałbyś zniszczyć skutecznie, tak, żeby to, co zostanie, nie dało się nijak rozpoznać. W żaden sposób. A więc spalić! Tak, spalić byłoby najlepiej. Tylko, żeby nikt nie widział, żeby dymu nie było. A na pace masz materiał na dym czarny i gęsty, taki, co wgryza się we wszystkie pory skóry, a potem z nich emanuje przez wiele dni. Taki dym przenika do krwiobiegu i krąży, dopóki go z siebie nie wydalisz, dopóki z ciebie nie wysięknie. I wtedy przypominasz sobie o bunkrach. Miejsce z rzadka odwiedzane przez młodzież na gigancie i wielbicieli szybkiej miłości. Zostawiali po sobie niedopałki, puste butelki i zużyte kondomy. Sam zostawiałeś. Tak, bunkry będą dobre! Nawet drogę jeszcze pamiętasz. Nie jest daleko. Zdążycie. Zawracasz więc, bo dojazd do bunkrów minęliście.
— Wracamy? Po co wracamy? — budzi się nagle z odrętwienia, łypiąc na boki jak spłoszony zając.
— A gdybyśmy musieli?
— To wolałbym wyskoczyć — mówi, szarpiąc jednocześnie za klamkę. Łapiesz go za ramię, przytrzymujesz na miejscu.
— Odwaliło ci? Do bunkrów jedziemy, zrobić z tym porządek — ruchem głowy wskazujesz rzeczy na pace. On jednak nie zdejmuje ręki z klamki, dopóki nie zatrzymujesz wozu przy betonowej budowli, zarośniętej zieloną gęstwiną. Roślinność wybujała i przybyło śmieci, odkąd byłeś tu ostatni raz. Jedno wielkie, dzikie wysypisko. Pojawili się zatem nowi uzurpatorzy praw do lasu. Wejście zawalone zużytymi oponami i plastikowymi beczkami, wypełnionymi smolistą mazią. Odsuwasz opony i beczki. Nieoczekiwanie przyłącza się do ciebie. Zerkasz kątem oka. Ciągnie z trudem, ale przecież się stara. Odwaliliście na tyle, żeby dało się wejść. Tuż za progiem spowija cię wilgotna ciemność. Powietrze zalatujące stęchlizną i czymś, czego nie umiesz zidentyfikować, ale wydaje się znajome, wypełnia wnętrze nosa. Po pobieżnych oględzinach decydujesz, że to dobre miejsce. Wracasz do auta i zaczynasz przenosić rzeczy do środka. Pomaga ci. Nic nie mówi i starannie omija drelichowy kombinezon, który wtedy miał na sobie. Omija wzrokiem. Nie widzi więc brunatnych plam, do których gęsto przywarły błyszczące drobinki piasku. Nie widział także wyszczerbionej krawędzi szpadla. Tego, którym ci pomógł. Nie widział, bo nie patrzył w tamtą stronę, odwrócił głowę. Nie trzeba było patrzeć. Wystarczyło usłyszeć.  

Zaplanowaliście wszystko drobiazgowo, każdy szczegół i szło zgodnie z planem. Dawka była aż nadto śmiertelna. Nie było mowy o pomyłce. Przyjechaliście w wybrane uprzednio miejsce, wykopaliście dół. Chciałeś mu oszczędzić, więc sam przerzuciłeś ścierwo przez ramię i już miałeś cisnąć do dołu, gdy nagle rzuciło ci się do gardła. Atak był tak nieoczekiwany, że nawet się nie broniłeś — łapiąc powietrze, jak ryba opadałeś z sił. I wtedy usłyszałeś głuche uderzenie, po którym uścisk się zwolnił. Po nim nastąpiło stłumione chlupnięcie, jak to towarzyszące wyjmowaniu nogi z gęstego błota, zakończone świdrującym w uszach zgrzytem. Wtedy wyszczerbił się szpadel. Bryznęło ciepłą juchą. Prosto na niego, na kombinezon i dłonie kurczowo zaciśnięte na drewnianym trzonku. W końcu rozprostował palce. Stal rozdzwoniła się upadając na kamień, a on tarł dłonie o kombinezon, jednocześnie zdzierając go z siebie, jakby wgryzał mu się w ciało. Opadł na ziemię, tyłem do dołu i tak pozostał. Resztę zrobiłeś sam.
Znieśliście już wszystko. Rozpaliłeś mały ogień. Kiedy płomienie wystrzeliły w górę, rzucałeś w ich objęcia to, co mogło was wydać. Na koniec wrzuciłeś tę torbę z kiełbasą. Zaskwierczało i rozszedł się mdławy zapach palonego białka. Zdawało ci się nawet, że dostrzegłeś żywe pochodnie much, albo tylko iskry wzbudzone wytopionym tłuszczem? A on znów zapadł się w sobie, jakby przeniesienie tych kilku rzeczy wyczerpało resztkę jego sił. Podszedłeś, objąłeś go ramieniem:
— Gdybyś spóźnił się o chwilę…
— Ale krew… miało nie być krwi. Miał pozostać kupką cuchnącego, uformowanego w znie-nawidzoną postać mięsa.
Trwaliście chwilę w ciszy, ramię w ramię, patrząc na powolne dogorywanie płomieni, a gdy się wypaliło ruszyliście w stronę majaczącego bladą poświatą wyjścia. Na zewnątrz zorientowałeś się jak bardzo cuchnęliście dymem. Przyspieszyliście kroku. Resztki światła szybko pochłaniała wstępująca od dna lasu ciemność.   

………………………………..
Agnieszka Kuna — autorka krótkich form prozatorskich. Publikowała w magazynie Wizje, Fabulariach, Arteriach i Tlenie Literackim. Finalistka połowu pracowni prozy Biura Literackiego w roku 2019. Obserwatorka rzeczywistości z radarem nastawionym na emocje. Ceni dobre opowieści, zaskakujące formą i językiem. Cierpi na zespół kompulsywnego podążania za uciekającym kursorem.
Na zdjęciu na stronie głównej: Agnieszka Kuna, foto: Agnieszka Skiba-Dmitruk
19.04.2021

AGNIESZKA KUNA Leśna wyprawa [proza]
7 votes, 4.43 avg. rating (88% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | wynajmij redaktora

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.