#zostanwdomu „Od delfina do Jokera”

Narodowa, wręcz globalna kwarantanna trwa. Ta niezbyt komfortowa sytuacja wyższej konieczności pandemicznej jest okazją, by zagospodarować czas również filmowo, w domowym zaciszu oczywiście. Gdybyście szukali, drodzy czytelnicy, pomysłów jakie produkcje obejrzeć i którym emocjom dać upust w czasie projekcji, służę poniższym, subiektywnym zestawieniem. Znajdziecie tu filmy skromne, niszowe, z niewielkim budżetem ale i wielkie widowiska z blockbusterskim zacięciem. Życzę zatem niezapomnianych wrażeń!

#pasja, radość życia

Jacques Mayol — legenda swobodnego nurkowania głębinowego, rekordzista świata, który bez akwalungu zszedł na niewyobrażalną dla przeciętnego człowieka głębokość 100 m, stał się 30 lat temu bohaterem „Wielkiego błękitu” Luca Besson — pięknego i wzruszającego filmu o pasji silniejszej niż miłość do kobiety, niż strach przed śmiercią. Reżyser snuł swoją opowieść wokół rywalizacji we freedivingu, jaką podjął z Mayolem Enzo Maiorca, którego z wdziękiem i humorem zagrał Jean Reno (bodaj jedna z najlepszych ról tego aktora). Sam Mayol nie był zachwycony wizją reżysera, choć film odniósł ogromny sukces frekwencyjny i artystyczny i zachęcił Bessona, by nakręcić niejako postscriptum czyli dokument „Atlantis” — zdjęcia morskich i oceanicznych głębin i ich mieszkańców ilustrowane, tak jak i w fabule, muzyką Erica Serra. Teraz postać Jacques’a Mayola powraca ponownie — w filmie dokumentalnym „Człowiek delfin” (reż. Lefteris Charitos), a narratorem opowieści jest Jean Marc Barr, odtwórca roli Mayola w „Le grand bleu” właśnie.

Ponoć o zmarłych powinno się mówić jedynie dobrze i z szacunkiem, ale czy to wyklucza szczerość i prawdę?

I czy bohater, który odebrał sobie życie 17 lat temu, byłby zadowolony z historii swojego życia przedstawionej na ekranie? A życie Mayol miał naprawdę barwne — czarujący bon vivant, wagabunda wybierający destynację tak, by być zawsze blisko „przestworu oceanu”, skandalista jako autor podwodnego filmu pornograficznego, ale jednocześnie człowiek bardzo nieszczęśliwy, niepogodzony z losem po stracie partnerki, która zginęła w dramatycznych okolicznościach. To rewers Mayola, awers znaczy jego przekonanie o jedności człowieka z naturą, której nie można ujarzmić, ani oswoić, która pozwoli się poznać jedynie wtedy, gdy okażemy jej pokorę i estymę, chowając do kieszeni instynkt zdobywcy, a znajdując w zamian w sobie pierwotne umiejętności, wszak życie pochodzi przecież z oceanu.

AGNIESZKA ODRZYWOŁEK Oko na kino vol. II

Na zdjęciu: Jacques Mayol (w środku), legenda freedivingu i pierwowzór postaci z filmu “Wielki błękit”. Żródło: materiały prasowe

Mayol z zamiłowaniem badał możliwości ludzkiego organizmu, pobijał własne rekordy, ale udowodnienie swojej wielkości poprzez stawanie w szranki z konkurencją nie było sensem jego działań. Nie o zewnętrzną motywację, poklask, sławę i uwielbienie chodziło, ta jest skuteczna na krótko jedynie, a o stan ducha, osiągnięcie absolutu, akceptację i spokój poprzez zanurzenie w obezwładniającej ciszy i bezkresnej ciemności. Mayol miał dar, który odkrył pracując z delfinami, a i te inteligentne ssaki, traktowane w oceanariach jak cyrkowi klauni, wyczuwały, że ten człowiek jest im bliższy, bo potrafi dłużej niż inni pozostać pod wodą wstrzymując oddech. Talent oczywiście pomagał w osiąganiu sukcesów, ale to wyznawanie filozofii zen i praktykowanie jogi sprawiły, że Mayol przekraczał kolejne granice. „Człowiek delfin” jest filmem, który, myślę, sprawiedliwie przedstawia bohatera, z jego słabościami i nieprzeciętnymi zdolnościami, będącego wciąż niedościgłym wzorem i inspiracją dla wielu nurków i uznawanego za patrona współczesnego eko-myślenia.

#samotny mściciel, pieskie życie

Matteo Garrone uczynił bohaterem swojego ostatniego filmu „Dogman” niepozornego mężczyznę, o fizjonomii i posturze postaci z kreskówki i imieniu pasującym do amanta filmowego. Marcello z troską zajmuje się czworonogami, fryzuje je, kąpie, wyprowadza na spacer. Ma córkę, którą bardzo kocha i grono przyjaciół. Wiedzie w miarę spokojne życie w sennym, położonym z dala od głównych arterii komunikacyjnym miasteczku, które zapewne kiedyś było kurortem turystycznym, teraz sprawia wrażenie zapyziałej, sypiącej się, odrapanej prowincji. W zasadzie problemów brak, z wyjątkiem jednego natomiast bardzo dokuczliwego — całą bowiem społeczność terroryzuje jeden gość, wiecznie naćpany brutal, który każdy życiowy problem rozwiązuje za pomocą pięści. Do spolegliwego i niewadzącego nikomu Marcella też będzie miał “sprawę”, w zasadzie wiele takich “spraw”. Jedna z nich zmieni diametralnie życie naszego bohatera everymana, który wkroczy na drogę zemsty rodem z amerykańskiego kina. A ponieważ film jest europejski, to poczucie sprawiedliwości i spokój udręczonej duszy będą chwilowe. Znakomite kino, doceniane i nagradzane!

#dotyk, akceptacja

„Touch me not” Adina Pintilie, to film, który naruszy strefę komfortu każdego wrażliwego widza i nomen omen dotknie bardzo delikatnych i intymnych miejsc nie tylko naszego ciała, ale przede wszystkim emocji, często skrzętnie skrywanych i wypartych gdzieś w podświadomość, bo wiążących się z bolesnymi wspomnieniami być może “złego dotyku” w dzieciństwie, braku rodzicielskiej miłości, świadomością własnych ułomności, nie tych fizycznych, ale emocjonalnych właśnie, niedostatków, nad którymi staramy się, lub nie, pracować. Tak jak bohaterka próbująca przełamać swój strach przed bliskością z drugim człowiekiem, mężczyzną, spotykając się z ludźmi, którzy w pełni siebie akceptują pod względem tożsamości płciowej, wyglądu, potrzeb psychofizycznych. Poddaje się terapeutycznym zabiegom, które wywołują w niej głęboki stres, ale i sprawiają ulgę. Ten film to swoisty seans psychoanalityczny. Nie dla każdego. Niemniej polecam!

#sława, rock

To nie laurka, pean na cześć nieodżałowanego wielkiego artysty, który odszedł za wcześnie jak wielu innych przed nim i po nim, niestety. To film o życiu, o spełnionym marzeniu chłopaka, którego poza wadą zgryzu i egzotycznym pochodzeniem w zasadzie nic nie wyróżniało z tłumu. Ale wychodził na scenę i owe tłumy właśnie porywał swoją charyzmą, energią i przede wszystkim niesamowitym głosem. Tak, to on z całego zespołu był najbardziej malowniczą postacią, niebieskim ptakiem, enfant terrible wciąż w centrum zainteresowania mediów, w blasku jupiterów. Hedonista, ekscentryk, ale i, o ile nie przede wszystkim, bardzo samotny, wrażliwy, utalentowany człowiek. Miał szansę, by założyć rodzinę, ale z niej zrezygnował. Od bezpiecznej przystani, którą wybrali jego koledzy wolał przygodne porty, zabawę i złudne jak się okazało poczucie, że jest królem świata. “Bohemian rhapsody” mogłoby być filmem — studium psychologicznym (uproszczonym oczywiście), portretem poszukującej swej tożsamości jednostki, ze skróconym bilansem jej własnych wyborów, własnych oczekiwań, ale i tych, jakie mieli wobec niej biologicznie i muzycznie z nią spowinowaceni ludzie, poplecznicy, współpracownicy, wreszcie fani. I takim filmem naprawdę jest. A że bohater nazywa się Farrokh Bulsara aka Freddie Mercury dodaje oczywiście całej historii dramatyzmu, pikanterii i potęguje zainteresowanie, bo film, tak jak każda płyta, Queen również, jest produktem, który powinien się dobrze sprzedać.

Rami Malek

Na zdjęciu: Rami Malek wcielający się w rolę gwiazdy rocka Freddiego Mercury. Źródło: materiały prasowe

I tak się stało, sama miałam okazję oglądać produkcję Briana Singera, autora wysokobudżetowych hollywoodzkich produkcji, w sali wypełnionej po brzegi widzami. I tym razem reżyser zapewnił sobie sukces frekwencyjny i finansowy wszędzie tam, gdzie twórczość Maya, Taylora, Deacona i Mercury’ego była wcześniej znana i hołubiona. Tym bardziej, że May i Taylor są wymienieni jako producenci wykonawczy, co również może oznaczać, że obiektywizm w spojrzeniu na wydarzenia może być, delikatnie mówiąc, nieco zachwiany.
Pomijając ewentualną stronniczość executive producers, film ogląda się bardzo dobrze, Rami Malek w roli Mercury’ego wypadł wiarygodnie, na lepszą wersję siebie na ekranie artysta, zmarły 27 lat temu, nie mógł obecnie moim zdaniem liczyć. Królewska muzyka, szerokim strumieniem płynąca z ekranu, broni się sama, a okoliczności powstania kilku utworów zostały pokazane w filmie. Największe wrażenie zrobiły na mnie sceny z koncertu Live Aid. Tuż przed nim Mercury wrócił jako syn marnotrawny na łono rodziny, czyli zespołu, posypując uprzednio głowę popiołem, świadom błędów jakie popełnił, ale też wyroku (w postaci AIDS) jaki wydał na niego los. I nagle wszystkie teksty, które silnym głosem śpiewa ze sceny na Wembley brzmią jakby wyraźniej… I pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie do domu po seansie było nastawienie na płycie DVD, którą kiedyś przywiozłam z wojaży po Wyspach Brytyjskich, jako świeżo wydaną na 25-lecie wydarzenia, fragmentu z występem Queen właśnie.

#telefon, napięcie

Jak zainteresować i przyciągnąć do kin widza rozpieszczonego rozmachem realizacyjnym superprodukcji, bogactwem efektów wizualnych, zapętlonymi i wciągającymi intrygami fabularnymi? Paradoksalnie minimalizmem, o czym świadczy nagroda publiczności na prestiżowym i opiniotwórczym festiwalu kina niezależnego w Sundance, który kiedyś powołał do życia Robert Redford powracający na ekrany, i żegnający się jednocześnie z X Muzą, filmem “Gentleman z rewolwerem”. Ale nie o nim będzie ten fragment, jakkolwiek zasłużoną dla kina i cenioną przeze mnie jest postacią, a o znakomitym duńskim dreszczowcu “Winni”, wyróżnionym w Sundance właśnie. Przez 85 minut obserwujemy zmagania policjanta, oddelegowanego chwilowo do pracy w centrum kryzysowym i odbierającego zgłoszenia od dzwoniących pod numer 112, o życie porwanej (czy aby na pewno!?) kobiety i jej dzieci. Ciasne kadry, w których widać w maksymalnym zbliżeniu twarz bohatera albo jego drżące dłonie. Dźwięk dzwoniącego nieustannie telefonu, głosy rozmówców, odgłosy deszczu, samochodowych wycieraczek, albo cisza, która dawno w żadnym filmie nie brzmiała dla mnie tak przejmująco. No i fabuła, w której punktem odniesienia dla widza jest tylko to, co usłyszy w słuchawce nasz bohater cierpliwie i wytrwale składający ze strzępów informacji historię “ofiary” i jej “porywacza”. Niby puzzle do siebie pasują, ale to tylko złudzenie…To wszystko w kinie już było, przywołam tu chociażby “Połączenie” z Halle Berry, ale w “Winnych” jest odświeżone i świeci własnym blaskiem, a nie światłem odbitym. Brawa dla reżysera debiutanta Gustava Möllera za umiejętne wykorzystanie prostych środków wyrazu, pogłębienie wątków psychologicznych i konsekwentnie prowadzoną narrację.

#talent, miłość

“Narodziny gwiazdy” — żadne tam arcydzieło sztuki filmowej, ale przyjemnie się ogląda to love story bez happy endu (ups! spoiler ;)). Bradley Cooper, który ten wyciskacz łez popełnił i obsadził siebie w głównej roli męskiej gasnącego, upadłego gwiazdora muzyki country, dobrze śpiewa i równie dobrze, jak zwykle zresztą, prezentuje się na ekranie. Natomiast zaskoczeniem i niewątpliwym atutem jest Lady Gaga. Że jest utalentowaną, świetną wokalistką, udowodniła nie raz, choć mnie jej sceniczny image i pomysł na siebie w branży muzycznej zwyczajnie nie odpowiada. Wolę ją na przykład w duecie z Tonym Bennettem w jazzowym standardzie “The lady is a tramp”. W roli zakompleksionej kelnerki, przed którą otwiera się szansa na karierę, wypada przekonująco, nawet bardzo. No i w końcu widać jej twarz, zwykle ukrytą pod grubą warstwą makijażu — tu na ekranie jest w tzw. wersji sauté – naturalna i urocza. Oscar 2019 za najlepszą piosenkę „The shallow”. I właśnie dla oryginalnej ścieżki dźwiękowej warto ten film obejrzeć.

#kobieta, nałóg

Trzy historie trzech kobiet na różnych etapach życia i o różnym statusie społecznym. Łączy je jedno — choroba alkoholowa. Najpierw jest postawa wyparcia — “mnie to nie dotyczy”, “panuję nad tym”, “ja nie zawalam”, “tak, piję codziennie… ale tylko wino”. Potem uświadomienie, że jednak problem istnieje i to poważny, bo już nie zagrażam tylko sobie, ale narażam na niebezpieczeństwo innych. No i konsekwencje, które mnie spotykają są bolesne. Następnie tłumaczenie alkoholowej słabości — “bo mnie zdradziłeś”, “bo mój ojciec pił”, “bo mogę”. Wreszcie, albo walka o siebie, albo równanie w dół… w relacjach z rodziną, której już nie ma i w pracy, którą nałóg również już odebrał. Poruszający jest nowy film “Zabawa, zabawa” Kingi Dębskiej, autorki “Planu B.” i “Moich córek krów”. Ale też i niepozbawiony akcentów humorystycznych, które choć trochę łagodzą gorzką wymowę fabuły. Doskonałe aktorstwo Doroty Kolak, Agaty Kuleszy i Marii Dębskiej oraz towarzyszących im panów (w epizodach m.in. Marian Dziędziel i Marcin Dorociński). Ten film z całą mocą obrazuje, że nadmierne zaglądanie do kieliszka nie jest domeną kobiet należących do określonej grupy społecznej. Alkoholizm może dotknąć każdą z nas i bez znaczenia jest, czy upudrowane i w szpilkach idziemy do pracy w korpo, czy w dresie i bamboszach pozostajemy w domu i wychowujemy dzieci. I każdy powód jest dobry, by się napić. Brak powodu też jest ku temu okazją. Ważny, znakomity, skromny film.

#dziecko, społeczeństwo

“Kafarnaum” Nadine Labaki to jeden z najbardziej poruszających, przygnębiających, a zarazem chyba jeden z najważniejszych filmów jakie dane mi było obejrzeć w ostatnich latach! Miejscem akcji tego dramatu społecznego jest Bejrut, ale równie dobrze mogłoby nim być każde inne miasto na świecie. 12-letni chłopiec pozywa do sądu własnych rodziców, za to, że dali mu życie. Życie w biedzie, w brudzie, pełne przemocy i bez perspektyw. Przez ponad 2 godziny kamera towarzyszy małemu Zainowi, który zmaga się z codziennością — uprawia uliczny handel między innymi “szotami z demerolu”, wyłudzanego z aptek na sprane recepty, pracuje w sklepie, opiekuje się licznym rodzeństwem, zwłaszcza siostrą, którą na próżno stara się chronić przed zakusami matki i ojca, by ją sprzedać za stado kur, bo stała się już kobietą. Ucieka i przez przypadek trafia do pobliskiego parku rozrywki, gdzie poznaje imigrantkę z Etiopii samotnie i w tajemnicy, z obawy przed deportacją, wychowującą synka, dla którego nasz bohater stanie się chwilowo, pod nieobecność aresztowanej matki, domorosłym opiekunem.

Kafanarum recenzja

Na zdjeciu: plakat do filmu “Kafanarum” w reżyserii Nadine Labaki. Źródło: materiały prasowe

W końcu trafia do zakładu poprawczego za atak nożem w odwecie za krzywdę dokonaną na najbliższej mu osobie. I publicznie wypowiada słowo “Oskarżam!”, a my widzowie, czynimy to razem z nim. Przez cały seans widzimy na ekranie rezolutne, sprytne, zadziorne dziecko podejmujące wielki wysiłek, by jakoś przeżyć, dziecko, które nie jest otoczone troską rodziców wiecznie zajętych jedynie prokreacją, ojca — lumpa i lenia i matki jako dobrej muzułmanki podporządkowanej woli mężczyzny. Widzimy jego drobną sylwetkę, umorusaną twarz, skołtunione włosy, oczy nierzadko pełne łez z powodu bezsilności, bezradności wobec losu, zacięte spojrzenie wyrażające niezgodę na to, co go spotyka. “Gdzie jest ten wielki Bóg?” — pyta nasz mały bohater — “Bóg to s*****n”, skoro pozwala, by tak wyglądało dzieciństwo, by ludzie pokroju jego rodziców posiadali dzieci traktowane jak rzecz.
Cały film odczytuję jako olbrzymi wyrzut sumienia, krzyk rozpaczy, niezmiernie ważny głos w dyskusji na temat problemów społecznych, z którymi współcześnie zmaga się ludzkość. Na próżno szukać winnych w oskarżanych przez Zaina rodziców, którzy sami są ofiarami systemu. Ubóstwo rodzi jeszcze większą biedę, w znaczeniu i ekonomicznym i intelektualnym, wychowanie według paternalistycznych i patriarchalnych wzorców popartych i upowszechnianych przez wyznawaną religię sprzyja skostnieniu panujących relacji, zwłaszcza w rodzinie. Brak dostępu do edukacji pogłębia marazm, utrwala w ludziach niechęć wręcz strach przed zmianami, wreszcie prowadzi do tragedii. Ojciec Zaina broni się mówiąc, że tak żyli jego bliscy od pokoleń, niedoszła ofiara chłopca tłumaczy, że myślał, że seks z żoną będącą sama dzieckiem jest czymś normalnym i naturalnym! Zain w ostatniej scenie filmu nieśmiało się do nas uśmiecha z ekranu, co powinno napawać nadzieją. Niestety jakoś mi jej brakuje. Jego życie z pewnością się odmieni, wyszarpał sobie tę szansę, ale setki podobnych mu dzieci pozostanie na ulicy, w slumsach, żebrząc, nieświadome, że można żyć inaczej. Bardzo, przy okazji filmu Labaki, pasuje mi aluzja do polskiej rzeczywistości i tak hołubionego w naszym kraju populizmu i promowanego rozdawnictwa pieniędzy… ale powstrzymam się od rozwijania tego wątku.

#miłość, segregacja rasowa

„Gdyby ulica Beale umiała mówić” reż. Barry Jenkins. Napisać o tym filmie, że jest to love story w stylu vintage byłoby krzywdzące. Bo choć początek wydaje się sentymentalny, a całej fabule towarzyszy dyskretna i niezwykle klimatyczna muzyka Nicholasa Britella oraz wiele standardów jazzowych, to jednak historia przybiera dramatyczny przebieg. Ot dwoje ludzi, ona i on, mieszkają w nowojorskim Harlemie, znają się od dziecka, przyjaźnią i powoli dojrzewają do miłości. Czystej, szczerej, której owocem będzie nowy człowiek. Tyle tylko, że fałszywe oskarżenie o gwałt rozdziela kochanków na bardzo długo. A niewinność bohatera będzie trudna do udowodnienia, bo lata 70. ubiegłego wieku, a wtedy właśnie dzieje się akcja filmu, w Stanach Zjednoczonych to wciąż czasy piętnowania społeczności Afroamerykanów, dla której zmaganie się z przejawami rasizmu wobec jej członków jest zwykłą codziennością. Winny czy nie Fonny w obliczu prawa stanowionego i egzekwowanego przez białych nie będzie miał żadnych szans. A młodziutka Tish będzie musiała stawić czoła samotnemu macierzyństwu. Nie czytałam książki Jamesa Baldwina, której film Barry’ego Jenkinsa jest ekranizacją. Ale jeśli wątki tej powieści są tak subtelnie i pieczołowicie snute jak na ekranie, to z pewnością po nią sięgnę. A film oczywiście polecam!

#sport, relacje rodzinne

Rzecz o relacji córki i ojca, a zarazem zawodniczki i trenera tenisa. Jak nietrudno się domyślić relacji pełnej zgrzytów, wielu szorstkich rozmów, wiecznego perorowania rodzica z pozycji mentora — służbisty, który ze swej latorośli chce uczynić gwiazdę kortów i twardziela w życiu. Twardziela właśnie, a nie twardzielkę, bo córkę pieszczotliwie nazywa Mańkiem i przyznaje, że jest “najlepszym synem na świecie”. Wkoło letnia kanikuła trwa w najlepsze, a tych dwoje przemierza Polskę od jednego lokalnego turnieju do drugiego, powoli gotując się w swoich emocjach. Jest to zatem film drogi o niespełnionych ambicjach, pokładanych daremnych nadziejach, wreszcie o dojrzewaniu do samodzielności i życia w zgodzie z samym sobą, wbrew rodzicielskim oczekiwaniom. “Córka trenera” Łukasza Grzegorzka — mądry, zabawny film ze świetną rolą Jacka Braciaka i klimatyczną ścieżką dźwiękową.

#muzyka, porozumienie

Znakomity, mądry dokument doskonale ilustrujący starą prawdę, że muzyka łagodzi obyczaje i buduje mosty między ludźmi. “W rytmie Kuby” (reż. T.G. Herrington, Danny Clinchto) film iskrzący się humorem, pięknie fotografowany (feeria soczystych barw świetnie oddaje temperament bohaterów), a przede wszystkim pieszczący ucho najwyższej próby jazzem pikantnie doprawionym kubańskimi rytmami. Kamera towarzyszy członkom zespołu Preservation Hall Jazz Band z Nowego Orleanu w czasie ich pierwszej dwutygodniowej wizyty między innymi w Hawanie i Santiago de Cuba. Koncerty, jam sessions, niezobowiązujące spotkania muzyków, zakrapiane rumem są okazją do wzajemnego poznania kultury i tradycji muzycznych. Dla Amerykanów to również sposobność odkrycia i zrozumienia tożsamości własnego kraju, stanu Luizjana I Nowego Orleanu, gdzie wśród potomków niewolników narodził się jazz. Kulturę i tożsamość Kuby rownież tworzyli niewolnicy, zatem oba kraje mają wspólne afrykańskie korzenie. Głównym narratorem w filmie jest Ben Jaffe, lider zespołu grający na tubie, syn legendarnego Allana Jaffe, twórcy klubu Preservation Hall i założyciela samego zespołu. Ale głos zabierają również inni muzycy, którzy ze swadą opowiadają o swojej pasji do jazzu, o rodzinnych tradycjach muzycznych, o wrażeniach jakie pobyt na Kubie w nich wywołał. We wszystkich wypowiedziach słychać szczery podziw i szacunek dla Kubańczyków, a emocje zdradza drżący głos rozmówców i łzy płynące po policzkach. Bardzo optymistyczny film! Polecam wszystkim! Podobnie jak płyty Presevation Hall Jazz Band, które dołączyły do mojej biblioteki muzycznej.

#singielstwo, dojrzewanie

To jest Gloria. Gloria jest pracującą singielką z odzysku, ma dwójkę dorosłych dzieci i raczej jest zadowolona ze swojego życia. Poznaje mężczyznę, z którym wdaje się w obiecującą relację, choć oczywiście jak w każdym związku, tak i w tym pojawiają się trudności. Taką historię oraz obraz głównej bohaterki sugeruje zwiastun filmu Sebastiana Lelio “Gloria Bell” i nie jeden widz zareaguje zaskoczeniem w czasie seansu jak mylny, uproszczony i krzywdzący dla samego filmu jest jego trailer. Czyżby to był celowy zabieg marketingowy albo nieudolność montażysty? Obstawiam to pierwsze. Zacznijmy zatem od początku.To jest Gloria. Gloria jest pracującą singielką z odzysku w średnim wieku, z niepodrasowaną ingerencją skalpela aparycją. Wciąż martwi się o dzieci, choć te już dorosły
i dawno wyfrunęły z rodzinnego gniazda i właśnie tworzą własne. Gloria jest samotna, chodzi na potańcówki z oldschoolową muzą, gdzie poznaje Arnolda.

Agnieszka Odrzywołek recenzja

Kadr z filmu “Gloria Bell” w reżyserii Sebastiana Lelio. Źródło: materiały prasowe

Zaczyna się od seksu, no nie bądźmy pruderyjni w tych wyzwolonych czasach, a potem życie nabiera barw i rozpędza się jak winyl na adapterze (wszak na ekranie króluje Earth Wind & Fire). Oczywiście do czasu. Bo facet mentalnie tkwi wciąż w poprzednim związku i chyba nici z wartościowej, rokującej na przyszłość, szczerej relacji z atrakcyjną Glorią. Julianne Moore w roli tytułowej naprawdę urzeka, świetnie portretuje kobietę, która nie szuka na siłę szczęścia ani też emocjonalnej bliskości, ale gdy jest na nie szansa to ich sobie nie odmawia. Tyle że szczęście jest powierzchowne, a słowa “Kocham Cię!” są wyświechtanym banałem. I przychodzi moment, że się wraca do domu, w którym czeka tylko przygarnięty ostatecznie kot. W życiu bowiem wszystko dane jest na chwilę. Niestety. Nie rezygnujmy z tych chwil, zdają się mówić twórcy filmu, ale nie uzależniajmy od nich i od posiadania partnera naszego szczęścia. To trzeba odnaleźć w sobie! Mądry film! Polecam! Choć męskiej części publiczności może się nie spodobać antagonizowanie dojrzałej i świadomej siebie postaci głównej bohaterki z infantylnym jednak, niedecyzyjnym jej chwilowym partnerem (w tej roli John Turturro). Cóż, drodzy panowie! Nie pięknych słówek, nie werbalizowania Waszych uczuć oczekują od Was kobiety. Ale CZYNÓW!

#melting pot, młodość

Pamiętam, że, jak na aurę w najnowszym filmie Woody’ego Allena „W deszczowy dzień
w Nowym Yorku” przystało, na projekcję do kina jechałam w strugach deszczu, poważnie wątpiąc po drodze, czy zdążę na seans. Udało się, choć nie bez przygód, ale i parze głównych wiele się przydarza. Ashleigh — młodziutka i naiwna adeptka sztuki dziennikarskiej wkracza z impetem w świat filmu, gdzie blichtr, sława i wystudiowane pozowanie na cierpiącego artystę, uzależnionego od alkoholu lub gwiazdora lovelasa, który z każdej okazji skorzysta, by się zabawić są tak zwyczajne jak przejażdżka dorożką w Central Parku. Natomiast jej chłopak Gatsby, snuje się bez celu po Manhattanie z nadzieją, że dziewczę w końcu znajdzie czas na spotkanie z nim. Płonna to nadzieja. A zamiast blond sympatii przy swoim boku będzie miał przez chwilę inną piękność, której profesja i proweniencja zachęci jego szacowną matkę “WASPową” matronę do zwierzeń. A na koniec w deszczu jak nie przymierzając Hugh Grant i Andy McDowell w “Czterech weselach i pogrzebie” ucałuje nową wybrankę swego serca. Wybaczcie spoilery, drodzy czytelnicy, ale to nie historia jest ważna, bo jej prostota może trochę uwierać, a atmosfera filmowa, skrzące się inteligentnym humorem dialogi, jazzowe dźwięki płynące z ekranu i doskonałe aktorstwo, tak młodzieży (Timothée Chalamet, Elle Fanning, Selena Gomez) jak i starszyzny (Jude Law, Liev Schreiber, Diego Luna). Nowy Allen wart jest obejrzenia!

#rewolucja ma twarz klauna

“God put a smile upon your face…” śpiewał kiedyś Chris Martin z Coldplay, ale każdy bóg zawstydziłby się (u)śmiechem tego bohatera. “Inside my heart is breaking, my make-up may be flaking, but my smile still stays on” — ten cytat z kolei, autorstwa wokalisty grupy Queen, jakkolwiek odnoszący się i wypowiedziany w innych okolicznościach, bo u kresu życia, przekornie mógłby być również ilustracją narodzin jednego z najsłynniejszych i najbardziej charakterystycznych postaci w kulturze popularnej. Ale Todd Phillips reżyser „Jokera” wybrał dla Arthura inny, niemniej wzruszający motyw muzyczny, filmowy zresztą, bo pochodzący z “Dzisiejszych czasów” Charlie Chaplina. “Smile, though your heart is aching…” sączy się z ekranu, a my w napięciu obserwujemy jak rodzi się zło. I niech Was nie zwiedzie, drodzy widzowie, tytuł filmu, a z nim przekonanie, że oto wybieracie się do kina, by obejrzeć w akcji antagonistę komiksowego Batmana. Z dużą colą w jednej dłoni, a popcornem w drugiej, tudzież nachosami zawstydzicie się swoją ignorancją. To nie jest film o walce kryształowego, wyposażonego w gadżety wszelkiej maści Bruce’a Wayne’a z nieobliczalnym i ironicznym przeciwnikiem z wiecznym uśmiechem na zniekształconym obliczu. To jest studium psychologiczne przedstawiające jak niepozorny, wykluczony społecznie człowiek, naznaczony piętnem choroby psychicznej staje się symbolem, bożyszczem równie napiętnowanych ostracyzmem biedy i beznadziei tłumów.
Phillips tak snuje swą historię, by wzbudzić naszą sympatię wobec bohatera i udaje mu się ten zabieg pierwszorzędnie. Nawet jeśli jest to celowe działanie, to ja się dałam z pełną świadomością uwieść tej manipulacji i reżyserowi wybaczam. Bo pozwala zrozumieć istotę zła, jego źródło, podwaliny, pochodzenie. Bo żaden człowiek, nawet postać rodem z komiksowych kart, nie jest z gruntu zły. Naszą mroczną, demoniczną, autodestrukcyjną stronę determinuje niezaspokojenie zwykłych ludzkich potrzeb — uwagi, miłości, bezpieczeństwa, ciepła, opieki, zwykłej życzliwości. Nieszczęśliwe dzieciństwo, marazm codziennego dorosłego życia, marność zajęcia zarobkowego — jako (o ironio!) klaun, między innymi na szpitalnych oddziałach dziecięcych, niespełnione pragnienie bliskości z drugą osobą, pozornie spełnione marzenie bycia stand-upowcem, utrwalone poczucie odrzucenia przez system, powolne uświadamianie sobie, że bogaci jedynie chełpią się swoim altruizmem, a ludzi z nizin traktują nomen omen jak zło konieczne, potęga mass mediów, kreujących rzeczywistość. Takie jest Gotham City u zarania historii o Batmanie i Jokerze. Taki jest świat, w którym żyjemy dziś. To nie filmowa fikcja. I ta konstatacja przeraża. Joachim Phoenix genialnie wcielił się w tytułowego bohatera, hipnotyzuje publiczność. Nie powielił pomysłu na tę postać od Heatha Ledgera czy Jacka Nicholsona. To jest absolutny copyright Phoenixa. Zarówno emocjonalnie jak i fizycznie wiele go ta rola musiała kosztować. Czy sam zatem ma jakiś pierwiastek szaleństwa w swoim charakterze by tak wiarygodnie wypaść na ekranie? Tego nie wiem. W roli drugoplanowej, jako gospodarz telewizyjnego talk show wystąpił odmieniony wizerunkowo, ale jak zwykle doskonały Robert de Niro. Co do śmiechu, dał się on słyszeć w wypełnionej do ostatniego miejsca sali kinowej w czasie bardzo krwawej sceny. Czy był to przejaw sarkazmu, niezrozumienia, czy też znieczulenia przemocą? Nie mnie oceniać.

…………………………………
Agnieszka Odrzywołek — filolożka, miłośniczka kina, instruktorka tańca, kiedyś belferka od francuskiego i angielskiego, pracę w edukacji zamieniła na tę w korporacji.
13.04.2020

AGNIESZKA ODRZYWOŁEK Oko na kino vol. II
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.