Co lepsze — Londyn czy Warszawa? Jak żyć w czasach influencerów. Walka dobra ze złem. Rasizm. Poniżenie. Hejt. Brudy tego świata i jego największe przyjemności czyli… jedzenie. Bartek Fetysz twierdzi, że pisze dla siebie, bo to jego katharsis. Mówi, że Polska, to “słaby serial” i nigdy do niej nie wróci. To człowiek, który nie chce zdradzać szczegółów ze swojego życia prywatnego.
[Na zdjęciach: Bartek Fetysz. Żródło: archiwum prywatne]

Bartek Fetysz wywiad
BARTEK FETYSZ — wywiad
BARTEK FETYSZ -- wywiad
BARTEK FETYSZ — wywiad
previous arrow
next arrow
Slider

Portal Eprawda: Znasz jakieś lepsze miejsca na świecie niż Londyn?

Siedzę tu od 10 lat. To nie jest najlepsze miejsce. Bardzo się zmieniło. Pewnie są lepsze. Zależy kto czego szuka. Ja w Londynie szukałem wolności i nowego życia. Znalazłem i jedno, i drugie. Na ten moment to dobre miejsce dla mnie. Jestem białym emigrantem. Spotyka mnie wiele przywilejów z tego powodu, ale jest i trudniej. Według wielu przyjechałem tutaj po to, aby ukraść im pracę. Tylko którą? Tę, której nie chcą wykonywać, czy tę, którą mógłbym mieć ze swoim doświadczeniem, ale nie mam, bo nie jestem uprzywilejowany, bo nie jestem Brytyjczykiem?    

A gdzie byś ustanowił swoją kwaterę główną, siedzibę firmy Fetysz Co.? Gdzie byś wybudował swoją rezydencję albo dom, gdybyś miał na to wszystko hajs? Masz upatrzone takie miejsce?

Firmę? Haha. Na wsi. Jestem takim samym wieśniakiem jak Eva Minge. Królik, wielki pies, własne maliny, truskawki, warzywa, malinowe pomidory. Konie chciałbym mieć. I wielkie okno na przyrodę. Joanna Bator, którą uwielbiam, pisze swoje książki tylko przy oknie. Ja mam tak samo.  

Czyli te maliny na polskim terytorium będą. To chyba dobrze. Jesteśmy niewolnikami swojej płci i swojego pochodzenia. Plus języka ojczystego, bo niestety jak praktyka uczy — bardzo trudno zacząć myśleć w obcym języku. Wróćmy do wielkiego świata. Jak Europa, a w szczególności biała Europa i Ameryka ma poradzić sobie ze swoją brudną, rasistowską i kryminalną przeszłością? Od śmierci Georga Floyda wychodzą na jaw różne fakty — na ulicach Londynu i innych dużych miast UK stoją pomniki handlarzy niewolników i morderców. Europa ma wspaniałą i paskudną historię zarazem. Jak sobie z tym poradzić?

Moje maliny na polskim terytorium? Dobre. Chyba tylko na jakiejś polskiej szyi (śmiech). Do Polski na stałe nigdy nie wrócę. Emigrantem się nie bywa. Emigrantem się jest. Zamykasz jeden rozdział, wracasz ewentualnie na wakacje. Zdarzyło Ci się kiedyś obejrzeć ten sam serial jeszcze raz po jego zakończeniu? Tak od razu? Mnie nie. Wraca się czasami do niego, do konkretnego odcinka, ale nie ma już tej pasji. Polska jest słabym serialem i nie chce go znowu oglądać. To serial, do którego nie wracam. Do momentów owszem, ale nigdy do całego sezonu. 

BARTEK FETYSZ: Diler metafor — wywiad część II

Na zdjęciu: malina właściwa (Rubus idaeus L.) – gatunek rośliny wieloletniej z rodziny różowatych. Foto: Wikipedia

Jak Europa ma sobie poradzić z #blacklivesmatters? Nie jestem od jej edukacji. Jestem biały. Niech sobie sama poczyta i się dokształci w temacie. Edukacja to klucz. My nie rodzimy się rasistami czy homofobami. To nam się wpaja. Weź nie udawaj, że tego nie wiesz i że odkrywam tu brudna Amerykę, którą rządzi blond-solaryjny debil.     

Tak. To niewiarygodne, że Ameryką rządzi taki conman i bejsbol w garniturze jak Trump. A jednak to nie serial, to się dzieje naprawdę. Czytałem, że burmistrz Londynu kazał sprawdzić wszystkie pomniki i nazwy ulic w całym mieście. Na serio. Jak sądzisz, odczuwałbyś różnicę w swoim życiu, gdybyś nie był biały? 

Przeczytaj książkę „Czarny jak ja” z 1961 roku. Napisał ja reporter John Howard Griffin, który z białego postanowił zostać ciemnoskórym.  Obciął proste włosy, skórę sztucznie przyciemnił. Naświetlał się lampą kwarcową i przyjmował lek na bielactwo o nazwie Oxsoralen. Resztę dopełnił makijażem. Nagle zaczęli pluć mu w twarz. Stał się częścią czarnego społeczeństwa. Za napisanie książki Ku Klux Klan prawie zatłukł go na śmierć. Spędził 5 miesięcy w szpitalu, aby dojść do siebie. 

OK, ale jest czerwiec 2020 i Londyn albo Warszawa. Jak by to teraz wyglądało? Zawsze był i będzie podział klasowy. Jak duży jest problem rasizmu w Wielkiej Brytanii?

Rasizm był i jest. To jest tendencyjne pytanie na maksa. Zapytaj jakiejkolwiek ciemnoskórej osoby w Polsce, czy podziały rasowe istnieją. Włącz wiadomości. Zrób z nimi wywiad. Ja mogę wspierać #blacklivesmatter tak, jak ktoś hetero wspiera #lgbtq. Ale nie jestem częścią problemu. Nigdy nie doświadczyłem tego na swojej skórze. Bo jestem biały. Daj głos komuś, kogo problem dotyczy. Kto jest od dziecka prześladowany. Poszukaj, co to znaczy white privilege. Dlaczego my – obaj biali, mamy się wypowiadać? Bo mamy ku temu prawo? Jakie?

Jak to jakie? Bo jesteś dziennikarzem i możesz przekazać informację o problemie, który sam obserwujesz lub znasz z relacji przyjaciół i znajomych. Nie musimy rozmawiać o rasistach. Możemy porozmawiać o kobietach i narkotykach. 

I co z tego? Wciąż nie jestem prześladowany tak samo jak ciemnoskórzy. Nie daję sobie prawa do wypowiadania się na ten temat. Jestem dziennikarzem, blogerem czy influencerem? Bo sam się ostatnio pogubiłem. Opowiadałem o tym problemie, ale chcesz to voila. Pracowałem dla wielu światowych marek — od Versace po Gucci. Obserwowałem zjawisko rasizmu w luksusowych butikach codziennie. Zawsze wygląda tak samo. Kiedy do sklepu wchodzi osoba ciemnoskóra lub para — natychmiast jest grupowe zezowanie — wskazywanie głowami, język migowy opanowany do perfekcji, obsługa na rzep, czyli nie opuszczasz na krok. Ktoś zawsze przy drzwiach, niby na wypadek — takie usprawiedliwienie. Ale każdy wie o co chodzi.  O stereotyp — „czarny to złodziej”. W Versace, supervisor z drugiego sklepu, na moje pytanie, dlaczego nie mamy w firmie ani jednej osoby ciemnoskórej, odpowiedział mi wprost: „Ja się cieszę. Czy to dla Ciebie problem? NIGDY nie zatrudniłbym ciemnoskórego — oni wszyscy są tacy sami – NIGDY bym im nie zaufał. Czarny równa się “problem”.

Moja managerka każde „kolorowe” CV odsyłała z kwitkiem. Nawet go nie czytała. Od razu do kosza.

Kiedy kapnęliśmy się, że jest rasistką, zaczęliśmy umawiać jej spotkania tylko z ciemnoskórymi kandydatami. Trochę na złość i aby mieć niezbity dowód, że to rasistowski kurwiszon. Kończyła te interviews w 3 minuty, wychodziła wściekła: „Szukamy dalej, oni mieli złą energię, nie umiałabym z nimi codziennie pracować”. Kiedy organizowaliśmy event w butiku z okazji nowej kolekcji Anthony Vaccarello x Versus Versace, brytyjski Head Office firmy zaprosił dwie DJ-ki — na tak zwany pojedynek na sety. Zaproszenie przyjęła pochodząca z Korei, a mieszkająca na stałe w Berlinie, Peggy Gou i Brytyjka Siobhan Bell, rezydentka uznanego Boiler Room. Moja managerka o mały włos nie weszła Peggy w dupę, a ta zachowywała się jak rozkapryszona gwiazda — podaj, przynieś, pozamiataj, odłóż mi telefon do torebki, wyciągnij ponownie, idź po kawę — czy możesz ją podgrzać — wystygła… Na evencie butik zapełnił się przyjaciółmi i fanami Siobhan. Ciemnoskórymi. I co zrobił Head Office? Kiedy doszło do glosowania na zwyciężczynię pojedynku, polegającym na owacjach — kazali klaskać głośniej przy Peggy, bo „ona ma więcej lajków, większy zasięg, lepiej rozreklamuje ubrania, które otrzymała na wieczór w prezencie i musi wygrać”. Jeśli ktokolwiek był na jakimkolwiek koncercie hip-hopowym czy R&B to wie, jak reaguje ich publika — to jest pełen odlot. Tak samo było tego wieczoru. Peggy została bezsprzecznie przegłosowana.  Ale… Organizatorzy ogłosili remis i dogrywkę na drugi dzień na evencie zaplanowanym w drugim butiku. Wygrała Peggy  Gou. Moja managerka, po powrocie do pracy dnia trzeciego, powitała nas tą radosną wiadomością, dodając: „Jezu, jak się cieszę, że przeżyłam najazd tej dżungli…”. Nie mieliśmy szansy jej zgłosić — jej przełożona, Polka (surprise!), zamiatała wszystkie takie próby pod dywan. Były przyjaciółkami. Obie uznawały się za osoby niezwykle duchowe, z czystą energią, uprawiające jogę, medytację i praktykujące miłość.  Pierdolone ściemniary.  W wypowiedzeniu napisałem o rasistowskich praktykach mających tam miejsce — podałem je zresztą jako główny powód odejścia. Nigdy nie trafiły do Head Office. A jeśli trafiły, to nikt z tym nic nie zrobił.    

W Stanach jakiś czas temu do sądu wpłynął pozew przeciwko Moschino. Za używanie kodu „Serena” (kod białych przy obsługiwaniu ciemnoskórych klientów). Obrzydliwe poniżenie drugiego człowieka ze względu na kolor jego skory. Mentalne dno. Nawet nie piwnica. Grób myślenia. W Versace też mieli kod. D410. Niedawno wyszło na jaw, że w Anthropologie również. Kod brzmiał „Nick”.   

Kim jesteś… Dziennikarz powinien pracować w renomowanej gazecie, TV lub rozgłośni radiowej. Jeśli ktoś pisze na własny rachunek, to jest blogerem, youtuberem, influencerem. Ja jestem blogerem. Nie mam prawa nazywać siebie dziennikarzem. Od kiedy sława stała się commodity, towarem, wystarczy ją zdobyć, by wejść na wyższy poziom w hierarchii społecznej i zarabiać więcej hajsu, bo sławę można łatwo monetyzować. Produkcja i promocja „gwiazd”, to podstawa działania showbiznesu. Ty interesujesz się modą, a moda to również znani projektanci i modelki. Dlatego, co jest zrozumiałe, piszesz o postaciach z polskiego świata mody i showbiznesu. Ale dlaczego właściwie nie lubisz tych biednych celebrytek znad Wisły, tych dziwnych postaci typu pani ex-modelka, która siedziała w areszcie, nadużywa alkoholu i mieszka w Stanach. Drwisz z nich dlatego, że nie są i nigdy nie były żadnymi ikonami stylu i mody, tak? Nazywasz rzeczy po imieniu. Odbarwiasz real. Jeśli ktoś robi z siebie idiotę na tik-toku, a publika mu klaszcze, to Ty nie klaszczesz, tylko mówisz, że zrobił z siebie idiotę. Za to ktoś może Cię faktycznie cenić. I za barwny styl wypowiedzi.

O i stąd sią bierze ten cały „hejter”. Postaram się najłatwiej jak potrafię, żeby i czytająca rzesza skumała o co chodzi. Nie znam tych ludzi. Jak zatem mogę ich nie lubić? Nie śmieję się z nich tylko z ich zachowań — z debilnych książek i poradników, z kąpieli w paśmie śniadaniowym, z udawanego życia Made in Poland na kredycie i firmach płacących podatki na Cyprze, które udają, że wspierają polska gospodarkę. Zajrzyj do KRS. Tam jest wszystko. Drwię, bo mogę. Bo to co robią, jest publiczne i każdy ma to prawo skomentować. U nas jest o byle co obraza majestatu. W Ameryce czy UK ciągle ktoś z kogoś drze łacha. Oglądasz to, co wyprawia Piers Morgan? Wkurza mnie czasami, ale wali prawdę między oczy. To jest jego prawda i jest w tym bezkompromisowy. Często się z nim nie zgadzam, tak jak ze znienawidzoną przez Brytoli Katie Hopkins. Gdyby ktoś polskiemu celebrycie dał z główki w programie tak, jak oni walą w banie to byłyby takie pozwy, że ho ho. Albo od razu szabelka na antenie i „chcesz wyjść na zewnątrz”? To takie polskie. A tutaj sobie podają potem rękę i za moment znów roastują. U nas ma być jak w reklamie srajtaśmy. Miękko, najlepiej trzywarstwowo, w tle kudłaty piesek, a z dupy ma pachnieć tulipanem.

Katie Hopkins

Na zdjęciu: Katie Hopkins — brytyjska osobowość telewizyjna i dziennikarka. Foto: materiały prasowe

Co do początku pytania. Obecnie siedzę po raz pierwszy w życiu nad scenariuszem do filmu. Współpracuję nad dialogami. Tylko tyle mogę na ten moment powiedzieć. Wymyśliłem sobie zawód. Pieprzę tych dziennikarzy, blogerów, influencerów. Jestem dilerem metafor. Może tak być? Poza tym nie piszę tylko na własny rachunek. Publikowały mnie wszystkie polskie media — od Onetu po WP. Z tego, co wiem, nadal dla SO Magazynu, który należy do WP robię wywiady… Natomiast powiedz mi, która to jest ta renomowana gazeta?

W Polsce media ciągle się rozwijają i nowe tytuły aspirują do roli opiniotwórczych. Co jest renomowane? Twój Styl, Pani, Polityka, Newsweek, Gazeta Wyborcza i dodatki, Rzeczpospolita, Gazeta Prawna. Niestety, według mnie, te tytuły mają wiele wad. Dlatego warto czytać anglojęzyczne periodyki, które reprezentują wyższy poziom edytorski.  Jesteś wrażliwy na krytykę? Czy podałbyś rękę rozmówcy, który nazwałby Cię publicznie hejterem? Pozwałbyś go do sądu?

Ja czytam Zwierciadło od lat i Wysokie Obcasy. Ale tam mnie nie chcieli. Tam siedzi jakiś Pan, który jest sekretarzem i jest to niezmienne od lat i wydaje mi się, że ma więcej mocy niż sama naczelna, a ja nie lubię się prosić. Ale upomniano się o mnie gdzie indziej. Pisze pierwszy w życiu monodram dla Kamila Maćkowiaka i jego teatru Fundacja Kamila Maćkowiaka. Obcy mi to gatunek, dlatego na razie się boksujemy. Ja zawsze jestem gotowy na krytykę, ale znajdź mi osobę, która jest na nią odporna albo niewrażliwa. Jeśli znajdziesz to znaczy, że kłamie. Kiedy ktoś krytykuje mój sposób pisania to mam to w dupie, bo wiem, już wiem i nie boje się o tym mówić, że jestem dobry w tym, co robię. Kropka. Ale wiesz, jak mi jakaś niunia czy niuniek pisze, że uprawiam seksizm czy rasizm, to mam ochotę zrobić im teleport jak z Matrixa i dać z bani. Ja w ogóle uważam, że niektórzy są tylko po to, żeby ciągle miauczeć. Siedzą ci na profilu i miauczą. Nie znoszę kotów. Najbardziej mnie śmieszą komentarze: „przestało mi się podobać, idę”. A idź w chuj, krzyż na drogę, co mnie to obchodzi?

Nie mam kogo podawać do sadu, weź przestań, mam 36 lat i umiem wziąć na klatę pewne rzeczy i nie mówię tu o klockach z Dubaju (śmiech). Poza tym — co mnie interesuje opinia kogoś, kto mnie nie zna na mój temat? Niech se gadają. A z tym podawaniem ręki to do kogo pijesz? 

W tak konserwatywnym kraju jak Polska, bycie kontrowersyjnym oznacza klepanie biedy. Jest na Polsacie nawet taki program „Skandaliści”, ale zobacz tylko, kto się tam lansuje — starzy lamerzy typu Korwin Mikke, który obraża kobiety i homoseksualistów. Na tyle ich stać — na prostackie, słowne utarczki. Skandalistą to był Larry Flynt, a nie Wojewódzki czy Doda. Do kogo piję z podawaniem ręki… a choćby do urodziwej właścicielki La Manii, która wprost sugerowała, że jesteś hejterem, kiedy rozpocząłeś na swoim fb tzw. „aferę metkową”. Co zrobisz kiedy Twoja rozpoznawalność w kraju wzrośnie i będą Cię śledzić stada prawdziwych hejterów, tych od gróźb karalnych? Zwalczasz wszystkie przejawy rasizmu i homofobii, a to w Polsce doprowadza łyse karki, pisowską władzę i kościół katolicki do białej gorączki. Musze Cię też zapytać bez ogródek — masz taki plan, żeby sam zostać w Polsce celebrytą i z tego dobrze żyć?

Ale ja nie mieszkam w konserwatywnym kraju, takim jak Polska, i nie klepię tam kontrowersyjnej biedy. I żyć na stałe w Polsce też nie zamierzam, już to mówiłem. Co zrobię, gdy wzrośnie moja rozpoznawalność w Polsce? Pewnie wyłączę Internet i pójdę do pracy w Anglii. A najpierw przeczytam wszystkie komentarze. To nie jest moim celem w życiu. Nigdy nie było. Jakbym chciał się lansować na ściankach to, wierz mi, mogłem to robić ponad dekadę temu. Nie chciałem wtedy, teraz też nie chcę. To nie mój świat i jego wnętrze mnie nie interesuje ani nie ujmuje swoim smrodem.  

Poczekaj. Twoja popularność w mediach społecznościowych, to wypadek przy pracy, a nie realizowanie zaplanowanego od lat scenariusza? Wiesz jakie jest moje zdanie na temat zdobycia popularności w Londynie albo Nowym Jorku, nie będąc z ich kręgu kulturowego? Szanse są zerowe. Ja wiem, że jest Jennifer Lopez, Salma Hayek, ale to są wyjątki potwierdzające regułę. Ktoś z Polski na londyńskich salonach, to Mission Impossible 6. Nie zrobisz wielkiej kariery w Londynie, choćbyś się zesrał. Ja też nie. Cezary Pazura też nie. Jessica Mercedes, to już w ogóle nie. Tacy ludzie mogą cieszyć się popularnością tylko na swoim podwórku. Na pewno każdego, kto Cię czyta, zastanawia to, jakimi kierujesz się pobudkami. Czy jest inny powód Twoich wypowiedzi w sieci, inny niż ten, który oficjalnie podajesz czyli praca dziennikarza. Dlaczego się tak wijesz jak piskorz — kpisz z celebryckiego świata, ale o nim najwięcej piszesz. To jest ręka, która Cię intelektualnie karmi. To symbioza.

Jaka popularność? Błagam. Nigdy nie miałem żadnego scenariusza, nawet przestałem pisać na parę lat, nie miałem Instagrama ani fan page’a. Myślisz, że mi wtedy jakoś smutno było z tego powodu? (śmiech) Nigdy! Popularność internetowa jest jak kupa — nie ma co na nią patrzeć i jej podziwiać, tylko się spłukuje i idzie dalej. Mam swoje życie. Kompletnie niepopularne. Tak, lubię, kiedy jakiś mój tekst jest dobrze odebrany, w końcu jestem artystą — serwuję słowo. Chcę, żeby było rozpoznawane i cenione. Jak każdy, kto coś tworzy. Tesco też chce mieć dobre rekomendacje swoich produktów. Żyjemy w takich czasach. Wcale nie piszę najwięcej o celebrytach. Chyba jestem w miarę 50/50 z tematami. Może ostatnio było więcej. Ale wiesz z czego to wynika? Oni się klikają, a mnie ciekawi to, co ludzie mają do powiedzenia. Napiszę tekst o rasizmie — 300 reakcji. Napiszę o kimś znanym — 1300. Mnie też chodzi o jakieś zasięgi. Dzisiaj zasięgi = praca w zawodzie. Po ostatnich wydarzeniach mnie się posypały propozycje współpracy. Przyjąłem wszystkie. Zycie jest krótkie, chcesz mieć sukces, to zapierdalaj. 

Co to są londyńskie salony? Wystarczy znać kilka osób albo mieć taką pracę i już tam jesteś. Bywam na London Fashion Week, pracowałem dla największych domów mody na świecie, jestem w trakcie castingu do pewnego programu, bo wypełniłem zgłoszenie, zadzwoniła produkcja i pomyślałem, czemu nie. Tak że wszystko się może zdarzyć, gdy kieliszek pełen wina :D Zauważ, że nikt nie wie, gdzie ja pracuję, czym się zajmuję czy z kim sypiam. I nigdy o tym nie będę mówić. Raz wystawiona naga dupa już zawsze będzie bez majtek i każdy będzie chciał ci w nią zaglądać. No, thanks. 

Przed chwilą kliknąłem do znajomej nauczycielki, czy kojarzy typa o nazwie „Bartek Fetysz”. Odpisała, że coś słyszała, czyli cień popularności masz. W Polsce influencerem jesteś, gdy masz 20 k fanów na fejsie. Ty masz więcej. Najtrudniej jest zacząć, a potem utrzymywać się na fali. To właśnie odróżnia prawdziwą popularność od występu w X-Factor. Londyńskie salony? To pewnie imprezy u Simona Cowella, Eltona Johna lub inne bzdury. Są salony rządowe, celebryckie i niezależne. Poznałem kiedyś na evencie w Sandbanks menędżera „prestiżowego” londyńskiego klubu Amika. Tam też był salon — robili tam after party dla London Fashion Week i finał Miss UK. Salon to lepsze towarzystwo. To ludzie, którzy mają gruby hajs i inwestują go w showbiznes przez duże S. To ludzie, którzy imprezują po Bafta Awards. Ludzie o międzynarodowej sławie. Jeśli uda Ci się tam wbić i namieszać, to masz u mnie porządną kreskę. A propos — jakie lubisz narkotyki?

Jak ta nauczycielka lubi seks, to nie dziwne. Wpisuje w Google „Fetysz” i wyskakuje. Ulubiony narkotyk? Adrenalina. I pizza.

Nie ściemniaj. Rozmawiasz z Eprawdą [śmiech]. Nie ma dobrego występu na żywo bez porządnej kreski. Zwłaszcza, gdy akurat budzisz się podły. OK. Wspomniałeś o klikalności swoich postów. Czy to nie jest pułapka? To, że zasięgi determinują tematy postów. To się robi chore, bo to znaczy, że niedługo wszyscy będziemy Pudelkiem.pl. Jak wyrwać się z tego zaklętego kręgu klikalności i schlebiania tanim gustom publiczności?

To jest pułapka dla apolitycznych blogerów, którzy piszą o wszystkim, a tak naprawdę o niczym. Zależni są od reklamy i od swoich rozchwianych poglądowo fanów. Uprawiają kalkulacje i bezpieczne lizodupstwo, żeby im się cyferki nie posypały. A ja jestem bardzo polityczny i nie zamierzam schlebiać niczyim gustom, prócz swoich. Piszę przede wszystkim dla siebie, bo to moje katharsis. Jeśli ktoś ma z tym problem — to jego problem, ja będę pisać dalej. Ostatnio urządziłem nawet akcję „zapraszam wypierdalać, jeśli głosujesz na PiS”. I tego się trzymam.    

Co myślisz o PiS? Będziesz brał udział w wyborach prezydenckich w Polsce?

Oczywiście, że będę głosował, natomiast wyczuwam ściemę. Rejestrowałem się do glosowania na początku maja. W zeszłym tygodniu przyszedł e-mail, że muszę zmienić sposób głosowania i zarejestrować się jeszcze raz. No to wchodzę, rejestruję. Błąd. I tak przez kolejne dni. Wszystkim ten błąd na stronie MSZ wyskakiwał. Na całym świecie. Napisałem maila do konsulatu — przyjęli wniosek, wysłali pakiet wyborczy, ale ile osób go nie dostało? To mi śmierdzi. Ciekaw jestem, kiedy też przyjdzie ten mój pakiet i ile czasu będę miał na jego odesłanie. Wszystko last minute. Nie uważasz, że to dziwne? I dlaczego nie można głosować normalnie przy zachowanych środkach ostrożności, skoro sklepy są już w UK otwarte? Co myślę o PiS? Dehumanizuje Polaków. I dzieli. Prezydent powinien reprezentować potrzeby narodu. Duda różne grupy Polaków nastawia przeciwko sobie nawzajem i dzieli na społeczności i ideologie. To chore. Powinien być odsunięty od władzy.

Gdyby to ode mnie zależało, to wysłałbym cały PiS, na czele z ich prezesem, do kopalni uranu na Jowiszu. Dlatego musimy zmienić temat. Co robisz — oprócz pisania felietonów — gdy budzisz się podły? Moim zdaniem tytuł Twojej książki brzmiałby lepiej bez słowa “trochę”.

Piję wodę z cytrynę. Biorę zimny prysznic. Zastanawiam się z kim zrobić kolejny wywiad. Tak naprawdę, to ja nie obudziłem się trochę podły, tylko podły się urodziłem, ale uwielbiam ten tytuł. Wiele osób się z nim utożsamia. Brzmi jak klasyk. Ja wypowiedziałem te słowa szukając tytułu, a ówczesna moja przyjaciółka, powiedziała: no i masz tytuł książki. I tak zostało. Potem opowiadała, że napisała moja książkę. Szkoda, że jej nigdy nie przeczytała. Każdy sukces ma wiele matek. To nie jest jakiś wydawniczy hit, zbiór osiemnastu felietonów, ale sam z kilku tekstów do dzisiaj się śmieję. Okazuje się też, że przepowiadam przyszłość, bo wszystkie teksty są nadal aktualne. Pracuję nad drugą. Piszę monodram, o którym Ci mówiłem i powoli siadamy do wspólnej książki z Evą Minge. No i siedzę nad dialogami w scenariuszu, przy którym współpracuję.    

Jaka jest największa przyjemność na świecie?

Jedzenie. Kiedyś Hugh Jackman, którego ja wielbię i który jest moim ulubionym aktorem, zapytany o ulubione słowo powiedział, że to FOOD. A zapytany o to, o co zapytałby Boga u nieba bram odpowiedział: „Czy macie tu dobre jedzenie?”. Nie lubię gotować, ale kiedy już gotuję, to robię to na maksa i wszystkim smakuje. Mam to we krwi. Moja babcia jest świetną kucharką, moja mama także. Ja wole jednak serwować pisanie. Zawijam metafory w zdania, jak zawija się pierogi. Gotuję, żeby przed kimś się popisać. Lamerskie, wiem, ale bywam i lamerem. Ostatnio wszystkim serwuję pasta al limone. Wygrywam tym życie (śmiech).

Myślałem, że odpowiesz, że najlepszy na świecie jest seks. Chcesz się ożenić i założyć rodzinę?

Dobre jedzenie jest lepsze od seksu. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy zazwyczaj to szybki numerek. Czy chce założyć rodzinę? Nie wiem. Na pewno nie teraz. Do założenia rodziny potrzeba dojrzałości i odpowiedzialności, a ja czasem nawet nie odpowiadam za siebie. Nie każdy ma marzenie „i żyli długo i szczęśliwie”. Myślę, że małżeństwo się zdewaluowało. Poza tym rozwody są drogie. Branie ślubu jest nieopłacalne. W moim przypadku stagnacja równa się śmierć. Postarzałbym się o sto lat, w miesiąc wysechł jak rodzynek. Fetysz Gandalf Biały. No i nie lubię dzieci. Nie zniósłbym takiej dawki inteligencji pod jednym dachem (śmiech). 

Wierzysz w to, że każdy człowiek może być w życiu tym, kim chce i osiągnąć taki sukces, jaki chce, przy sporej dawce ciężkiej pracy, pozytywnego myślenia i wiary w siebie?

Ja sobie raz wymyśliłem i powtarzam: „Never a victim always the boss”. Jak się przewracam to wstaję. Tak się uczy chodzić od dziecka. W dorosłym życiu też się można potknąć. Uważam, że każdy ma swoja karmę i prędzej czy później na niego spłynie. Ale tak, wierzę, że kiedy ciężko pracujesz i czegoś chcesz, to w końcu to do ciebie przychodzi.  

Tak, bestsellery o „rozwoju duchowym i pogłębianiu samoświadomości” są wypełnione sloganami o pogoni za marzeniami. Wszystko wygląda pięknie na papierze. Jest tylko jeden problem — matematyka. Intratnych stanowisk w każdej branży jest niewiele, a chętnych bardzo wielu. Rywalizacja. Wyścig szczurów. Wygrać może tylko jeden. Reszta to przegrani. Więc co niby znaczy, że „kiedy ciężko pracujesz i czegoś chcesz, to w końcu to do ciebie przychodzi”?

Ja nie gonię marzeń. Gonię swoje słabości. Prowadzę wyścig. Na ten moment wygrywam (tfu tfu tfu przez lewe ramię). Nie ma Ciebie i reszty. Ty do siebie przychodzisz i odkrywasz siebie samego. A udany związek z samym sobą to to o co w życiu chodzi. Amen. 

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Bartkiem Fatyszem rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
30.06.2020. Londyn

BARTEK FETYSZ: Jem piec z chleba — wywiad część I

…………………………
C. Gretkus — wydawca portalu Eprawda, fotograf, fotoreporter. W latach 90-tych publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 roku w MOK wydał tom wierszy pt. “Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył 3-częściowy poemat prozatorski “Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem “Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
………………………………………….
Bartek Fetysz, autor książki “Obudziłem się trochę podły”, felietonista. Redaktor naczelny portalu Bartekfetysz.com. Ponoc mistrz metafor i stylu, ale tak naprawdę mistrz w ubieraniu się w rzeczy czyste, rozrzucone po podłodze. Bałaganiarz. Obecnie współpracuje z Plotkiem/Gazeta.pl, Gońcem Polskim w Londynie i brytyjskim RION Magazine. Książka “Obudziłem się trochę podły” dostępna wyłącznie na sklep.chatulim.pl
Zdjecia w sliderze: Ariel Majtas, stylizacja: Bartek Fetysz, korona z rogów: Radek Anais Laró
30.06.2019 Więcej: Bartekfetysz.com | Facebook | Instagram

BARTEK FETYSZ: Diler metafor — wywiad część II
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[2] Komentarze

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.