W drodze do pracy, jak niemal każdego ranka, stała w dość potężnie wyglądającym korku. Czas w nim spędzony mierzyła już nie w minutach, a w liczbie przesłuchanych w radiu piosenek. Tym razem była to płyta Bielasa i Marynarzy Łodzi, którą kupiła podczas niedawnego koncertu i zaczęła słuchać właśnie w samochodzie, bo tu lepiej można skoncentrować się na treści. Bo gdy ktoś jest pierdolnięty, pierdolniętych musi znać — śpiewała dość głośno z Bielasem i uśmiechała się do siebie, bo być może zabawnie wyglądała teraz w swoim aucie dla obserwatora z zewnątrz.

Od zawsze zresztą uważała, że obserwowanie ludzi w ich samochodach gdy stoją w korku — obserwowanie ludzi w ogóle — jest niesamowicie interesującym zajęciem. Czasem bawiła się w myślach w zgadywanie kim jest dany człowiek, czym się zajmuje, jaki jest jego stan rodzinny, dokąd jedzie, czego słucha w aucie, co lubi jeść. Nie rozumiała natomiast dlaczego niektórzy tak się pieklą gdy muszą czekać w korku — czasem dość długo, owszem, ale jednak jest to jedna z rzeczy, na które nie mamy wpływu i jedyną metodą jest poddać się, trwać cierpliwie, czekać spokojnie na swoją kolej. Wiedziała, że nie ma nawet cienia szansy by przejechać przez skrzyżowanie przy pierwszej zmianie świateł. O nie! Była za daleko. W odtwarzaczu pojawił się kolejny utwór.

Beata Retmantowicz

Na zdjęciu: Beata Retmantowicz. Łódź 2019. Foto: Anna Nelita


Postanowiła rozejrzeć się dookoła. W końcu korek był jedną z niewielu okazji by w drodze obejrzecć miasto i rozeznać się w najnowszych zmianach architektonicznych — a trzeba przyznać, że miasto zmieniało się bardzo. Niekiedy nie mogła się nadziwić, że tuż przy trasie wyrósł nagle kolejny, monumentalny wręcz budynek, albo tak świetnie odrestaurowano starą kamienicę.

Jednak najczęściej spoglądała na ludzi w samochodach stojących obok. Wielu w napięciu oczekiwało jakiegokolwiek ruchu na jezdni, zaciskając dłonie na kierownicy i klnąc. Można to było wyczytać z ruchu warg. Po lewo kobieta za kierownicą wykonywała regularny makijaż, z podkładem, cieniami, szminką… Zawsze podziwiała kobiety, które to potrafią. Ona by tak nie umiała, poza tym za duży stres, że ktoś z tyłu mógłby ją ponaglić klaksonem. Tego by nie chciała. Czułaby się zakłopotana i w nerwach rozrzuciłaby kosmetyki w całym aucie, zostając z twarzą głupka w niedomakijażu.

W samochodzie stojącym za nią zobaczyła parę ludzi — być może małżeństwo, ale może byli to po prostu współpodróżujący, choć ich zachowanie wskazywało na to pierwsze. “Współpodróżujący”. Fajne słowo. Uśmiechnęła się, bo skojarzyło jej się od razu z innym słowem „współzamieszkujący” jak z właściwym sobie wdziękiem powiedziała kiedyś o swoim partnerze Katarzyna Nosowska.

Obserwowana para przykuła jej wzrok na dłużej.

Pan za kierownicą wpatrywał się dość posępnym wzrokiem w nieokreślony punkt a pani, uchyliwszy lekko szybę, trzymając w prawej ręce zapalonego papierosa, mocno nią wymachiwała. Co chwila, nie przerywając mówienia, odwracała głowę w stronę pana, dla którego te słowa nie wyglądały na miłe. Po kolejnej zmianie świateł zwróciła uwagę, że sytuacja w samochodzie za nią nie zmieniła się, a może nawet pogorszyła, bo pan przeszedł do natarcia słownego. Małżeńska kłótnia — pomyślała. Coś wydarzyło się tego ranka, a może poprzedniego wieczoru. Coś, co trzeba sobie wykrzyczeć. Właśnie teraz. W końcu nikt nie widzi, nikt nie słyszy… Być może nie chcieli kłócić się przy dzieciach, albo chorej matce… Całkiem jednak możliwe, że powód kłótni nie był świeży. Narastał z każdym dniem, z każdym powrotem do domu, każdym obowiązkiem, którego się nie wypełniło, każdym niepamiętaniem czy milczeniem… Tak przecież bywa. Znała takie pary.

Kolejna zmiana świateł. Wreszcie mogła przejechać skrzyżowanie. Para w aucie, nadal kłócąc się i mocno gestykulując, skręciła w najbliższą przecznicę. Ona natomiast poczuła ogromne współczucie i wdzięczność. Szybko przebiegła w pamięci po ponad dwudziestu latach, które spędziła z mężem i uświadomiła sobie, że nie, nigdy nie kłócili się. Nie! To nie rodzaj podsumowania życia jakiego dokonuje się pod jego koniec. Owszem, była już w wieku, kiedy kończy się jakiś etap. Choćby dlatego, że wchodząc do klubu by potańczyć, co zawsze uwielbiała, ochroniarze patrzyli na nią trochę tak jakby mówili: A! Pani po córkę… Ok, przypomniała jej się jedna sytuacja, jedyna. Przed wielu laty, choć powodu kłótni już nie pamiętała. Zapamiętała jednak, że mąż przepraszał ją bukietem róż i pięknym albumem z dziełami impresjonistów. Tak, była wdzięczna. Za to, że zawsze mogli i chcieli rozmawiać. Czasem nie było łatwo ale próbowali. Bez podnoszenia głosu, z szacunkiem. Nie dlatego, że rzadko jeździli razem do pracy. Tak. Szacunek i przyjaźń albo odwrotnie. To nie jest ważne. Ważne, że ich łączą.

Dotarła do pracy. Wewnętrzny uśmiech pozwolił jej wytrwać kilka trudnych godzin i spoglądać z życzliwością na innych, na ich słabości, na ich piękne strony bo każdy takie ma. Np. Basia, która wciąż narzeka, marudzi czasem niemożliwie i wciąż chodzi potargana, ale ma też zawsze czas, by wysłuchać osoby w potrzebie. Marek, trochę głośny, zbyt głośny na poranki, który potrafi zanudzić wszystkich historiami z lat swojej świetności, poza tym świetny organizator wyjść integracyjnych. Patrycja, najmłodsza w zespole, która długo nie mogła się przyzwyczaić do punktualnego przychodzenia do pracy, bo nie była typem skowronka czym bardzo narażała się szefowi. Jak się później okazało, zajadała rozstanie z długoletnim narzeczonym do późna oglądając seriale. Osoby zupełnie różne, których może nie polubiłaby z łatwością będąc młodą dziewczyną, ale pewnie tak jak ci ludzie, ona także przeszła kilka przemian.

W drodze do domu znów korek. Ten powrotny był jednak inny, jakby powolniejszy, bardziej zmęczony, czasem mniej ostrożny… Ludzie w samochodach obok znużeni, senni, niektórzy pasażerowie przysypiali wierząc, że kierowcy się to nie zdarzy i dotrą szczęśliwie na miejsce. Jakaś kobieta za kierownicą ochoczo wcinała wielką bułę, kupioną chyba na stacji benzynowej. Też poczuła głód i zaczęła już sobie wymyślać co zje na obiad. Na szczęście zostało coś z wczoraj. Jak to dobrze czasem ugotować więcej. Jak to dobrze nie musieć już martwić się jak zorganizować dzieciom jedzenie i zajęcia na dalszą część dnia.
Tak, stan, w którym się znalazła miał wiele dobrych stron. Stan rodzinny, organizacyjny, świadomościowy. Mimo zmęczenia poczuła lekkość i spokój, także na dźwięk męskiego głosu w słuchawce, który pytał: Jak Twój dzień? Jesteś już w domu? Niedługo też wracam.

…………………………………
Beata Retmantowicz — ukończyła filologię germańską na Uniwersytecie Łódzkim. Mieszka w Konstantynowie Łódzkim. Jest szczęśliwą matką dwójki dorosłych dzieci. Obecnie znów nauczycielka, choć była też restauratorką.
29.01.2020

BEATA RETMANTOWICZ Korek
6 votes, 4.33 avg. rating (87% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.