Powieść w odcinkach. Następna aktualizacja w czwartek 20.01.22 © All copyrights reserved
 

PROLOG


Nie zauważył jej od razu, tylko dwóch facetów próbujących ją poderwać przy barze w dość oklepany sposób — proponując drinka. Ich zaloty nie przynosiły rezultatów, więc stawali się coraz bardziej obcesowi. Zaciekawiło go, że mężczyzn było dwóch. W dodatku przystojnych i dobrze ubranych. Nie rywalizowali ze sobą o kobietę, ale współpracowali, by ją zdobyć. To była sytuacja z górnej półki, więc zamiast iść do swojego pokoju hotelowego, skręcił do baru i usiadł z boku, by mieć dobry widok.

Kobieta była bardzo ładna, chwilami nawet piękna. Niewysoka brunetka o wspaniałej aparycji; dlatego od razu zrozumiał podekscytowanie tamtych mężczyzn. Takie mogą być tylko Francuzki — zmysłowe, chłodne i stylowe, jak słynna stolica ich państwa. Jednak w tej kobiecie było coś więcej.

Elektroniczny barman postawił przed nim Desperados z czerwonym lodem i odjechał na stanowisko. Żeby zamówić drinka, wystarczyło wcześniej wymówić nazwę napoju i przyłożyć kartę płatniczą do czytnika w blacie.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła północ. Hotel l’Europe nie zasypiał nigdy.

Jego wzrok powędrował w kierunku brunetki. Ich spojrzenia spotkały się na moment. To było wołanie na ratunek. Spojrzenie-wyzwanie. W końcu wszystko jest testem. Intuicja podpowiedziała mu natychmiast, co ma robić. Wstał i podszedł do nich.

— Cześć, Kochanie. Przepraszam, że tak długo czekałaś. Co to za ludzie? — powiedział, wskazując wzrokiem na jej towarzystwo.
— Nie wiem. Nie znam ich.
Ton jego głosu musiał być kategoryczny, bo odwrócili się i spojrzeli na niego niemal równocześnie.

Jest takie określenie zabić kogoś wzrokiem i tak było tym razem. Przez ułamek sekundy miał to w oczach. I oni to poczuli. Odwrócili się na pięcie i odeszli. Dziewczyna została sama. Patrzył na nią teraz z bliska. Zaczęła się magia przepływu danych.
Chciał zeskanować jej mikroczipy, ale miała dobrego firewalla. To było zaskakujące. Potem jego czujniki wykryły broń na jej plecach, pod płaszczem. Z pewnością Glock 19.
To było zdumiewające. Potem zobaczył, jak jest odurzająco zmysłowa. Jak połączenie baleriny i striptizerki. Albo księżniczki i dziwki.
Wiek nieokreślony. Pochodzenie nieznane. Ciało soczyste jak rozgrzana kalifornijskim słońcem naranja.
— Jak masz na imię?
— Dlaczego pytasz? — odpowiedziała po chwili.
— Bo chcę cię poznać.
— Mnie nie można poznać.
— Muszę wiedzieć, jak masz na imię.
Wtedy spojrzała na niego tak, że zrozumiał, że zaraz wstanie i wyjdzie. Chwycił ją za rękę. Może zbyt mocno. Spojrzała na jego dłoń i powoli podniosła wzrok.
— Evunis. Tak mam na imię. Jeśli naprawdę chcesz mnie poznać, to musisz mnie dogonić — powiedziała i szybkim krokiem opuściła hotel.

Nie było ryku silnika. Nie było wycia na najwyższych obrotach. Były ulice wielkiego miasta. Noc. Syk potężnych akumulatorów, pompujących setki kilowatów prądu do niemiłosiernie rozkręconych silników białego Lexusa. Syk. Pisk opon. Świst powietrza. I Paryż w tle.

Widział oddalający się tył jej czarnego Infinity. Nie mógł nic zrobić. Wcisnął pedał gazu do dechy i auto skoczyło do przodu jak pocisk. Tył ciemnego pojazdu na moment się przybliżył. Uliczne światła migały po bokach jak w karnawale. Centrum miasta. Pola Elizejskie. Łamanie wszelkich praw ruchu drogowego.

Nagle skręciła w bok i przyśpieszyła jak ścigany zbieg. Znikła mu z pola widzenia. Skręcił za nią. Był zbyt wolny. Czerwone światła oddalały się powoli, zbladły i zgasły.
Tajemnicza brunetka zniknęła bez śladu w paryskim mroku nocy.

Po jakimś czasie postanowił wrócić do hotelu. Wszedł do windy. Pojechał na górę. Otworzył pokój kartą. Światła zapaliły się automatycznie, dostosowując barwę do temperatury otoczenia. Z niewidocznych głośników popłynął zaprogramowany szum Atlantyku. Nalał sobie drinka, którego natychmiast odstawił na stolik z zaskoczeniem.
Nie był jedynym gościem apartamentu w hotelu L’Europe. Jego sypialnia nie była pusta. Na poręczy barokowego fotela wisiała biała bluzka. Na podłodze, na miękkim dywanie, leżały rozpięte jeansy. W otwartym oknie powiewała lekko firanka. Na nocnym stoliku leżał spersonalizowany Glock z czytnikiem linii papilarnych.

W łóżku spała Evunis.

Przez chwilę stał niezdecydowany. Potem zeskanował pomieszczenie czujnikami wszczepionymi w mięśnie. Podszedł do łóżka i sprawdził dziewczynę. Powiększony obraz jej twarzy ukazał mu się w polu widzenia. Mógł zobaczyć każdy milimetr jej skóry.
Nie. Coś było nie tak. Kobieta nie oddychała. Pochylił się nad nią jeszcze bardziej. Fuck me. Biopolimer — szepnął.
Kobieta była sztuczna. Z pewnej odległości nie do odróżnienia od oryginału.
Avatar leżący na łóżku w jego pokoju hotelowym oznaczał cholerne problemy, ponieważ opinia publiczna w 2021 roku nie miała bladego pojęcia o istnieniu takiej technologii.
Różnica między avatarem i androidem? Android jest maszyną samodzielną. Avatar wymaga zdalnego sterowania przez operatora. Gdzie jest operator? — pomyślał i spojrzał na zegarek. Niedługo zacznie świtać.
Poczuł ssanie w żołądku i poszedł do kuchni w poszukiwaniu jedzenia. Niestety, w hotelowej lodówce był tylko alkohol. Zastanawiał się, co powinien teraz zrobić. Nie miał dużego wyboru i błyskawicznie doszedł do wniosku, że nie zrobi nic. Nawet nie dotknie “kobiety” na łóżku. To mogła być pułapka i musiał być bardzo ostrożny. Wymelduje się za chwilę z hotelu L’Europe i wyjedzie zgodnie z planem.

Nagle usłyszał alarm. W mózgu. Na zewnątrz panowała cisza. Zaalarmował go czujnik ruchu w potylicy. Coś niezauważalnie poruszyło się w pokoju obok. Odwrócił się w ułamku sekundy. To była ona. Maszyna ożyła. W drzwiach stała Francuzka.
Spojrzał na nią po raz kolejny. Długo, bezczujnikowo. Analogowo jak samiec. Taksował ją wzrokiem, jakby była jego własnością, i sprawiało mu to ogromną przyjemność. W końcu postanowił się dowiedzieć, o co tu chodzi.
— Czego chcesz? — zapytał.
— Niczego. To Ty chciałeś mnie poznać.
— Chciałem poznać kobietę, a nie zdalniaka.
Przez kilka sekund milczała. Potem lekko się uśmiechnęła.
— Jak będziesz miły, to może poznasz mnie osobiście.
— To bardzo ciekawe, bo możesz być każdym. Nawet homoseksualnym alfonsem. Skąd masz taki sprzęt? To bardzo skomplikowana i bardzo cenna technologia. Dlatego zapytam jeszcze raz. Czego ode mnie chcecie?
— Jesteś bardzo nieufny — powiedziała i zaczęła iść w jego kierunku.
Mężczyzna nie poruszył się, cały czas skanując jej reakcje sensorami. Nie wykrył żadnej broni. Nie wyczuł zagrożenia. Kiedy kobieta znalazła się metr od niego, poczuł jak serce zaczyna mu walić w piersiach. Stał bez ruchu, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Co za technologiczny majstersztyk. Każdy jej ruch, każde mrugnięcie powiek było absolutnie doskonałe. Jeszcze nigdy nie widział czegoś podobnego. Maszyna zbliżyła się jeszcze bardziej i mógł poczuć jej ciepły oddech na swojej twarzy.
— A teraz przekonasz się, kim jestem.

 

Rozdział I


WCZORAJ

Pordzewiały biały pick-up, z zamontowanym z tyłu ciężkim karabinem maszynowym, przedzierał się mozolnie przez piaszczyste bezdroża w kierunku nikłej smużki dymu na horyzoncie.

Czterech partyzantów w czarnych chustach na głowach, przepasanych taśmami z amunicją, dostało rozkaz wyjazdu na patrol, by sprawdzić miejsce dziwnego wybuchu nad pustynią, niedaleko wioski Ab-Azhar. Dowódcy podejrzewali, że dym nad pustynią mógł być spowodowany katastrofą amerykańskiego myśliwca. To byłaby wielka zdobycz miejscowych, gdyby jeszcze udało się pojmać żywego pilota lub przynajmniej sfilmować jego ciało…

Słońce zbliżało się do zenitu i upał stawał się nie do zniesienia. Na bojownikach nie robiło to jednak wrażenia. Pochodzili stąd — byli Syryjczykami. Znali tu każdą wydmę i każdy kamień. Ich dowódcą był najemnik i weteran upadłej armii Kadafiego. Ich wrogiem nie był potworny upał, ale Kurdowie, Amerykanie i Turcy. Ich przyjaciółmi były pieniądze.

Jeep pokonał kolejne piaszczyste wzniesienie i zahamował. Dowódca patrolu przyłożył lornetkę do oczu. Po chwili jego twarz zmarszczył grymas zaniepokojenia.
— Naprzód — krzyknął do swoich ludzi i jeep ruszył gwałtownie. Przejechali jeszcze kilkaset metrów i zgasili silnik. Znajdowali się w bezpiecznej odległości od czegoś, co z ogromną siłą wbiło się w ziemię. To nie był wrak amerykańskiego myśliwca. To była wielka, czarna kula.
Żołnierze wysiedli z jeepa i trzymając karabiny gotowe do strzału, zaczęli iść w kierunku obiektu niepewnym krokiem. Był ogromny, wielkości kilkupiętrowej kamienicy. Matowy i jednolity. Bez śladów spojeń lub jakiegokolwiek włazu. Wrył się w piasek na głębokość kilku metrów, jak by nie wylądował, ale spadł z nieba prostopadle w dół.

* * *

Nadszedł niezauważony, z przeciwległej strony obiektu. Nie zawahał się nawet przez moment. Gdy skończył, u podnóża wielkiej kuli leżaly rozrzucone ciała zmasakrowanych bojowników. Zabójca rozejrzał się spokojnie, a potem wsiadł do białego jeepa partyzantów, przekręcił kluczyk w stacyjce i odjechał, wzniecając za sobą tumany piasku.

 
DZISIAJ. NOWY JORK

Brudny, cuchnący, nieogolony, owinięty w jakieś potargane łachmany, z kapturem na głowie, szedł ulicą, zataczając się jak pijany. Przechodnie omijali go szerokim łukiem lub odpychali od siebie z obrzydzeniem. Przytrzymując się ulicznych latarń i koszów na śmieci, dotarł do skrzyżowania na 1 st Avenue i East River Drive. Osunął się na chodnik pod ścianą jakiegoś budynku, z trudem łapiąc powietrze.
— Bracie, pomóż mi, bracie… — zaczął błagalnie do jednego z przechodniów.
Żadnej odpowiedzi. Tylko jakieś przekleństwo rzucone pod jego adresem.
Z trudem podniósł się na nogi i powlókł się dalej przed siebie zdezorientowany. Kilka metrów przed nim, jakiś człowiek sprzedawał colę i hamburgery ze straganu na kółkach.
— Daj mi pić, pomóż mi.
— Spierdalaj stąd, idź żebrać gdzie indziej.
Człowiek w łachmanach wyprostował się i spojrzał wokół jakby szukając jakiegoś wybawienia. Otaczał go obcy, wrogi, obojętny ludzki tłum. Nie pasował tam i dobrze o tym wiedział. Jedyne co mógł zrobić, to iść przed siebie. Chwiejąc się na nogach, pokonał jeszcze kilkadziesiąt metrów i przystanął, a właściwie został zatrzymany.
— Cofnąć się. Tu nie wolno stać — kilku policjantów zabezpieczało wjazd na skrzyżowanie przed aleją, na której parkowały czarne limuzyny na rządowych rejestracjach. Znajdowali się niedaleko bocznego wejścia do wielkiego gmachu z betonu i szkła — siedziby ONZ.

Żebrak, na dźwięk słów policjantów, zatrzymał się, wyprostował i zsunął kaptur z czoła. Przez twarz jednego z mundurowych przebiegł cień zaskoczenia. Chciał sięgnąć do pistoletu w kaburze na biodrze, ale nie zdążył. Kloszard stanął w lekkim rozkroku i spod brudnych łachmanów na piersi wyciągnął pistolet maszynowy. Pociągnął za spust. Ostatnim obrazem zarejestrowanym przez mózgi policjantów była smuga ognia i pociski, rozszarpujące ich wnętrzności na strzępy. Huk strzałów na sekundę zagłuszył warkot silników i poderwał stado gołębi z dachów pobliskich budynków. Kilku przechodniów odwróciło głowę, reszta niczego nie zauważyła. Ochroniarze przed wejściem do wielkiego gmachu, jak na zwolnionym filmie, sięgali po krótkofalówki. W doskonale wyćwiczonym odruchu, kilkunastu policjantów, agentów i ochroniarzy wycelowało w nadchodzącego przybysza cały swój arsenał. Kloszard szedł naprzód pewnym, szybkim krokiem z ciemną lufą broni opuszczoną w dół — jakby dobrze wiedział, że nie zginie.
— Stój, bo otworzymy ogień!
Napastnik nie miał zamiaru się zatrzymać. Policjanci i agenci zaczęli strzelać do ostatniego naboju w magazynku. Żebrak nie tylko nie upadł, ale nie cofnął się nawet o centymetr. Później, na nagraniach z miejskiego monitoringu było widać, że jakimś niewyjaśnionym sposobem ani jedna kula nie trafiła w cel.

Nadeszła jego kolej. Niedbale wycelował Uzi i posłał przed siebie — do wszystkiego, co się ruszało — długą, przeraźliwie celną serię. Tym razem odgłos strzałów postawił na nogi całą aleję. Ludzie padali na ziemię lub uciekali w panice. Kilka samochodów zatrzymało gwałtownie. Nagle zrobiło się cicho i pusto. Minęło może kilkadziesiąt sekund… Włóczęga nie zwolnił nawet o krok i z pewnością kogoś, kto doskonale wie, co robi, zniknął w środku budynku.

Zagrożenie zostało zlekceważone. Agresor był tylko jeden i, według wstępnej oceny, nie zdawał się być niebezpieczny. Wszystko działo się na tyle szybko i było tak niepodziewane, że ewakuację budynku zarządzono dopiero po dwóch minutach. Nie przerwano nawet przemówienia ambasadora Rosji, ponieważ przestała działać cała łączność wewnątrz budynku. Głównego wejścia do sali plenarnej ONZ chroniła tylko grupka kilkunastu lekko uzbrojonych ochroniarzy, nieświadomych sytuacji.
Tymczasem na zewnątrz starano się opanować chaos. Władze miasta mobilizowały wszystkie dostępne służby i środki – FBI, SWAT, śmigłowce, karetki pogotowia, straż pożarna. Szybko zaczęły się pojawiać pierwsze wozy transmisyjne TV. Rozpoczęto gorączkową ewakuację wszystkich ulic w promieniu kilometra. W Białym Domu rozdzwoniły się telefony. Nowojorczycy zamarli z niedowierzania i strachu. Do gmachu, śladem zabójcy, wkroczyły oddziały antyterrorystów.

Długi, oświetlony korytarz, wyścielony dywanem tłumiącym kroki wielkich tego świata, prowadził z marmurowego holu wprost pod drzwi sali plenarnej. Niedoświadczeni i nieświadomi zagrożenia ochroniarze stali przy drzwiach ze znudzonymi minami, czekając na koniec paplaniny ruskiego oficjela. Broń trzymali w kaburach. Żaden z nich dotąd nie zabił człowieka.
— Świat znalazł się w trudnej sytuacji — powiedział rosyjski ambasador i przebiegł wzrokiem po szanownym audytorium.
— Musimy zapewnić bezpieczeństwo… — kontynuował, gdy nagle jego słowa zagłuszył huk wystrzałów z broni palnej. Najpierw kanonada, a potem pojedyncze wystrzały, jak by ktoś dokonywał egzekucji. Strzały padały coraz bliżej drzwi, w końcu nastąpiła cisza. Przerażeni dyplomaci zobaczyli, jak wielkie drzwi sali plenarnej rozwierają się na oścież od potężnego kopniaka.

Naprzeciw polityków, wystrojonych w ekskluzywne garnitury — 10 tysięcy dolarów każdy — stał obdarty żul z naładowanym pistoletem maszynowym w dłoniach. Twarz miał skupioną i chłodną, oczy błyszczały mu z podniecenia. Rozejrzał się powoli dokoła i ruszył do przodu po zielonym dywanie, mierząc do ludzi, chowających głowy za oparciami foteli z nazwami krajów członkowskich ONZ.

Przeżyli tylko Ci, którzy leżeli bezpośrednio na podłodze. Tych, którzy nie zdążyli się ukryć, ugodziły wściekłe serie ołowianych kul. Morderca szedł powoli, bez emocji kierując na wszystkie strony strugi pocisków jakby podlewał ogródek. Krew z ran zabitych i rannych, bryzgała na dokumenty rozrzucone po podłodze. Krzyki, płacz, wrzaski ludzkie. Wydawało się, że ten krwawy obłęd nigdy się nie skończy. Wreszcie strzały ucichły. Kloszard opuścił lufę i, nie odwracając nawet głowy, zbliżył się do mównicy pod wielkim godłem ONZ, umieszczonym na złotym pilastrze. Rosyjski ambasador wciąż tam był — przykucnięty, dygocący z przerażenia. Zabójca dał mu znak bronią, by się odsunął. Sam stanął na mównicy, w miejscu, gdzie najwięksi z wielkich zwykli przemawiać do przedstawicieli zjednoczonych narodów i globalnych mediów. Spojrzał na swoją prymitywną broń i odrzucił ją z obrzydzeniem. Rozejrzał się wokół z niesmakiem i patrząc prosto w kamery, jakby mówił do kogoś, kogo zna, powiedział powoli tylko cztery słowa:
— You are my property.

* * *

Było chłodno i pochmurno.
Wielki, czarny Lincoln z przyciemnianymi szybami sunął majestatycznie mostem Brooklińskim w kierunku Manhattanu. Twarz szofera nie była już tak beznamiętna, jak jeszcze godzinę temu. Nad Manhattanem i brzegami East River krążyły wojskowe i policyjne helikoptery. Przed chwilą, prawym pasem, minęło ich kilka karetek pogotowia na sygnale. Stacje radiowe przerwały audycje i na żywo podawały najświeższe informacje o wydarzeniach w budynku ONZ. Kierowca limuzyny musiał opanować emocje, ponieważ jego pasażerem był Ridge Parkinson, wicedyrektor CIA. Ubrany w garnitur, z ciemną aktówką na kolanach, patrzył przez okno na mijające ich samochody. Z zadumy wyrwał go ostry dzwonek komórki. Wyciągnął telefon z wewnętrznej kieszeni i spojrzał na wyświetlacz.
— Jaka jest sytuacja? — zapytał bez żadnych wstępów.
— Ilu jest zabitych?
— Ilu?! — na jego twarzy pojawił się cień strachu.
Milczał przez chwilę, trawiąc niewygodne informacje.
— Wyjeżdżam z miasta. Informuj mnie na bieżąco.

* * *

Sala dowodzenia operacyjnego w nowojorskiej kwaterze FBI wypełniona była agentami z zespołu kryzysowego. Jeszcze nigdy nie panowało tu takie napięcie. Wszyscy patrzyli w skupieniu na wielki, położony w centralnym punkcie sali, monitor, podzielony na kilkanaście mniejszych ekranów. To była najważniejsza akcja antyterrorystyczna od czasu ataku na World Trade Center. Prezydent odwołał wszystkie spotkania. Sekretarz obrony był w drodze do Białego Domu. Budynek ONZ był otoczony. Podjęto decyzję o wprowadzeniu do środka kompleksu kilku oddziałów specjalnych.
Obraz ze środka sali plenarnej był transmitowany na żywo.
Jakiś przerażony człowiek w zakrwawionym garniturze krzyczał do kamery telewizyjnej:
— Tutaj są dziesiątki ofiar, 40, może 50 zabitych. Premier Holandii nie żyje, ambasador Francji nie żyje… Jest mnóstwo rannych. Przyślijcie pogotowie. Ludzie się wykrwawiają!
Za jego plecami na niebieskim dywanie leżało kilkanaście zakrwawionych ciał. Na ekranie widać było jak ci, którzy przeżyli, próbują pomagać rannym. Ktoś podarł koszulę i, uciskając, próbował zatamować krwawiącą ranę na brzuchu jakiejś kobiety. Rany postrzałowe polewano wodą mineralną z PETów. Chaos, przerażenie, jęki rannych…
Żaden agent ochrony nie przeżył spotkania z kloszardem. Ich podziurawione kulami ciała leżały pokotem na korytarzu wiodącym do sali plenarnej.

Nigdzie nie było śladu zabójcy. Zero kontaktu. Żadnego sygnału. Jakby zapadł się pod ziemię. Ostatnie ujęcie pokazywało, jak nieuzbrojony opuszcza salę wyjściem dla personelu technicznego. Niestety na zapleczu nie było kamer i tam właśnie ślad się urywał.
Z powodu braku jakiejkolwiek łączności z zabójcą, wydano rozkaz natychmiastowego wejścia wszystkich oddziałów specjalnych do sali, w której żebrak urządził sobie masakrę. W pewnym momencie boczne ekrany w kwaterze FBI zamigotały i ukazały obrazy z kamer operacyjnych, umieszczonych na hełmach antyterrorystów. Czteroosobowy zwiad wyszedł z czerwonej od krwi windy i bezszelestnie przemieszczał się tym samym korytarzem, co wcześniej napastnik. Po chwili zwiadowcy znaleźli się pod drzwiami sali plenarnej. Gdy weszli do środka, w ich kierunku zaczął biec jeden z menedżerów personelu, który dowodził akcją pomocową. Obraz znowu zamigotał i na wielkim ekranie pojawiła się jego spanikowana, wykrzywiona od emocji twarz. Zaczął krzyczeć, czy ktoś zacznie zabierać rannych. Nie zdążył dokończyć…

Wszystkie monitory zgasły. W głośnikach rozległ się ogłuszający trzask. Ludzie w sali dowodzenia podskoczyli na krzesłach zdezorientowani. Podłoga w sali lekko zadrżała, ułamek sekundy później agenci FBI usłyszeli odległy, stłumiony pomruk olbrzymiego wybuchu. Wszyscy rzucili się do okien — nad Manhattanem uniósł się wielki słup czarnego dymu.
Gmach ONZ w Nowym Jorku wysadzono w powietrze.

* * *

Pustka i piekło.
Ocean piaszczystych wydm, kamieni i wzniesień. Wielki, nieskończony obszar ziemi, rozgrzany do temperatury 50 stopni Celsjusza. Wymarzony azyl dla beduinów i banitów. Jedno z ostatnich miejsc na Ziemi, gdzie można zniknąć bez żadnego śladu. Zwykły człowiek na Saharze bez wody i prowiantu traci przytomność po kilkunastu godzinach.

Ale on nie był zwykłym człowiekiem.

Był sam. Żadnego samochodu terenowego. Żadnego bagażu. Żadnego śladu obozowiska. Nie miał nawet wielbłąda. Stał wyprostowany na wierzchołku wielkiej złocistej wydmy. Na jego czole nie było widać nawet kropelki potu. Gorące porywy Harmattanu rozwiewały poły jego czarnej, sięgającej stóp abaji. Miał kilkudniowy zarost. Na głowie nosił ciemną kefiję. Oczy zasłaniały mu szerokie wojskowe okulary VR. Stał w pełnym słońcu, jakby na kogoś czekał.

W pewnym momencie gdzieś daleko przed nim, niedostrzegalny punkt oddzielił się od linii horyzontu. Zaczął się powiększać i przybliżać. Człowiek na pustyni usłyszał bardzo niski, basowy pomruk. Ciemny punkt sunął bezszelestnie tuż nad powierzchnią wydm. Rósł w oczach z każdą sekundą. Postać na wydmach patrzyła nieporuszona, jak coś ciemnego zbliża się z ogromną szybkością. Po chwili obiekt był już tak blisko, że znalazł się nad jego głową, przesłaniając słońce. Obniżył lot i, na wysokości około 2 metrów nad ziemią, zatrzymał się z idealną płynnością.
Olbrzymia, czarna kula wylądowała na środku Sahary.
Mężczyzna na wydmie czekał. Spód kuli otworzył się i z ciemnego włazu wysunęła się winda na poduszkach magnetycznych. Zjechała na dół i zatrzymała się 10 cm nad piaskiem. W windzie stał człowiek.
Mężczyźni objęli się.
— Myślałem, że już nie przylecisz.
— Co się dzieje? — zapytał przybysz ze statku.
— Chodźmy stąd. Pogadamy w środku.
Spojrzeli na siebie. Weszli do windy i wjechali do wnętrza kuli.

W sterowni rozsiedli się wygodnie w fotelach. W pomieszczeniu panował półmrok. Sklepienie i ściany o regulowanej przejrzystości przepuszczały obrazy z zewnątrz. Wnętrze wielkiego pojazdu było ascetycznie puste. Żadnych urządzeń, wyświetlaczy, komputerów. Nic. Tylko dwa proste, matowe fotele, unoszące się nad podłogą na poduszkach magnetycznych.
— Ktoś wystrzelił rakietę w mój statek — powiedział Bork.
— Kto?
— Tego jeszcze nie wiem. Chyba Amerykanie.
— Jesteś pewien?
— Niemal…
— Co ze statkiem?
— Nie poleci. Ma uszkodzony napęd.
— A cargo?
— Cargo jest nietknięte.
To był Bork — syryjski i nowojorski kloszrad. Człowiek, który przed chwilą wylądował na pustyni, nazywał się Re. Obaj mężczyźni znali się od niepamiętnych czasów.
— Widzę, że w Nowym Jorku pojechałeś na maksa — Re zaczął się śmiać.
— Daj spokój. To był mój stellarsonic, a nie zwykły statek.
— Wiem. Dobrze, że dałeś na luz, bo myślałem, że rozjebiesz całą planetę. Jakim cudem cię w ogóle trafili? — zapytał.
— To było zaraz po lądowaniu, gdy na ułamek sekundy wyłączyłem osłony. Mieli niewiarygodny fart.
— Co robimy? — zapytał Bork.
— Musimy wrócić do Syrii, żeby przeładować cargo na twój statek.
— Ok.
Wszystkie urządzenia sterujące i napęd znajdowały się w środku kuli. Nie było żadnych zewnętrznych terminali do ich obsługi. Bork komunikował się z komputerami statku zdalnie — za pomocą implantowanego interfejsu.

Z olbrzymią prędkością mknęli kilka metrów nad powierzchnią piaszczystych wydm. Napęd grawitacyjny miał tak potężną moc, że statek mógł odchylać nawet promienie słoneczne, co sprawiało, że stawał się niewidzialny dla najczulszych radarów. Gdy zbliżyli się do gór Tadmajt, kula zwiększyła trochę pułap i przemykała tuż nad szczytami. Po kilkunastu minutach minęli Wielki Erg Wschodni i znaleźli się nad Morzem Śródziemnym. Lot z taką prędkością, tuż nad powierzchnią morza, to było widowisko, które robiło wrażenie nawet na Borkovitchu.
Obaj mężczyźni milczeli, upajając się niewyobrażalnym pędem pojazdu kosmicznego. Jego ściany były teraz maksymalnie przejrzyste, czuli się więc tak, jakby ślizgali się po falach oceanu na niewidzialnym tarasie. Tarasie tnącym powietrze z prędkością 10 tys. km/h.
Nagle, gdzieś w oddali, komputer namierzył przeszkodę — niewielkich rozmiarów jacht — i skorygował wysokość o kilka metrów. Podmuch wywołany przelotem kuli był tak silny, że złamał maszt żaglówki jak zapałkę. Bork wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu. Zbliżali się do Syrii.
 

* * *

Ciąg dalszy w czwartek 20 stycznia
 
………………………

  • C. Gretkus “CS” — [czytaj fragmenty]
  • Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Eprawda, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. “Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski “Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem “Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
    ………….
    24.12.2020 | Więcej: Puff of black

    C. GRETKUS Sztuczna inteligencja

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Kto jest kim w branży AI

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Elita Internetu

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Historyczne fakty

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Historia. Fakty. Medycyna

    C. GRETKUS Nie instaluj -- instalacje uliczne

    FELIETON | C. GRETKUS

    11 przykazanie artystów

    C. GRETKUS Demokracja feudalna -- felieton

    FELIETON | C. GRETKUS

    Decentralizacja państwa

    C. GRETKUS Kim był Jacque Fresco? -- felieton

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Nowy świat

    C. GRETKUS (Nie)reklamowalni -- felieton

    FELIETON | C. GRETKUS

    Daleko od OK

    C. GRETKUS Hejt po polsku -- artykuł

    FELIETON | C. GRETKUS

    Lubimy krytykować

     C. GRETKUS (Nie)jesteś produktem

    FELIETON | C. GRETKUS

    Po której jesteś stronie?

    C. GRETKUS "Miasto przyszłości"  -- Dubaj

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Jesteśmy w Dubaju

    Najważniejsze zdjęcie świata

    FELIETON | C. GRETKUS

    Malcolm Browne. 1963

    previous arrow
    next arrow
    Slider

    C. GRETKUS Evunis [proza]
    0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

    ..........................................................
    EPRAWDA — włącz newsletter | wynajmij redaktora
    [25] Komentarze
    1. hah

      ja juz wiem

      to tych 2 facetow za tym wszystkim stoi, tych ktorzy podrywali Ewunis przy barze a potem odeszli gdy przynęta w postaci ladnej kobiety zadziałała

    2. Autor z pewnością oprze oś fabuły wokół zagadki tożsamości kobiety – kim jest operator “zdalniaka” i czy jest nim ta realna Ewunis. Nie łudźmy się – narrator nam tego nigdy nie wyjawi. Autor będzie się z nami bawił w kotka i myszkę do samego końca

    3. “Zaczęli się kochać. Nagle włączył maskowanie i zniknął. Czuła go w sobie, choć go nie widziała.”

      Ciąg dalszy może w ten deseń? W każdym razie czekam z niecierpliwością -))

      • z fabuly wcale nie wynika, że przy barze rozpoznal avatara , moze myslal ze rozmawia z człowiekiem
        Jesli nie mógl jej skanowac i byla tak doskonale wykonana, to prawdopodobnie nawet z bliska byla idealnie prawdziwa

    Co było dalej?

    Komentarz może nie być widoczny od razu.
    Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
    Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.