Powieść sensacyjna w odcinkach aktualizowana w każdą niedzielę © All copyrights reserved
 

Rozdział I


WCZORAJ

Pordzewiały biały pick-up, z zamontowanym z tyłu ciężkim karabinem maszynowym, przedzierał się mozolnie przez piaszczyste bezdroża w kierunku nikłej smużki dymu na horyzoncie.

Czterech partyzantów w czarnych chustach na głowach, przepasanych taśmami z amunicją, dostało rozkaz wyjazdu na patrol, by sprawdzić miejsce dziwnego wybuchu nad pustynią, niedaleko wioski Ab-Azhar. Dowódcy podejrzewali, że dym nad pustynią mógł być spowodowany katastrofą amerykańskiego myśliwca. To byłaby wielka zdobycz miejscowych, gdyby jeszcze udało się pojmać żywego pilota lub przynajmniej sfilmować jego ciało…

Słońce zbliżało się do zenitu i upał stawał się nie do zniesienia. Na bojownikach nie robiło to jednak wrażenia. Pochodzili stąd — byli Syryjczykami. Znali tu każdą wydmę i każdy kamień. Ich dowódcą był najemnik i weteran upadłej armii Kadafiego. Ich wrogiem nie był potworny upał, ale Kurdowie, Amerykanie i Turcy. Ich przyjaciółmi były pieniądze.

Jeep pokonał kolejne piaszczyste wzniesienie i zahamował. Dowódca patrolu przyłożył lornetkę do oczu. Po chwili jego twarz zmarszczył grymas zaniepokojenia.
— Naprzód — krzyknął do swoich ludzi i jeep ruszył gwałtownie. Przejechali jeszcze kilkaset metrów i zgasili silnik. Znajdowali się w bezpiecznej odległości od czegoś, co z ogromną siłą wbiło się w ziemię. To nie był wrak amerykańskiego myśliwca. To była wielka, czarna kula.
Żołnierze wysiedli z jeepa i trzymając karabiny gotowe do strzału, zaczęli iść w kierunku obiektu niepewnym krokiem. Był ogromny, wielkości kilkupiętrowej kamienicy. Matowy i jednolity. Bez śladów spojeń lub jakiegokolwiek włazu. Wrył się w piasek na głębokość kilku metrów, jak by nie wylądował, ale spadł z nieba prostopadle w dół.

* * *

Nadszedł niezauważony, z przeciwległej strony obiektu. Nie zawahał się nawet przez moment. Gdy skończył, u podnóża wielkiej kuli leżaly rozrzucone ciała zmasakrowanych bojowników. Zabójca rozejrzał się spokojnie, a potem wsiadł do białego jeepa partyzantów, przekręcił kluczyk w stacyjce i odjechał, wzniecając za sobą tumany piasku.

 
DZISIAJ. NOWY JORK

Brudny, cuchnący, nieogolony, owinięty w jakieś potargane łachmany, z kapturem na głowie, szedł ulicą, zataczając się jak pijany. Przechodnie omijali go szerokim łukiem lub odpychali od siebie z obrzydzeniem. Przytrzymując się ulicznych latarń i koszów na śmieci, dotarł do skrzyżowania na 1 st Avenue i East River Drive. Osunął się na chodnik pod ścianą jakiegoś budynku, z trudem łapiąc powietrze.
— Bracie, pomóż mi, bracie… — zaczął błagalnie do jednego z przechodniów.
Żadnej odpowiedzi. Tylko jakieś przekleństwo rzucone pod jego adresem.
Z trudem podniósł się na nogi i powlókł się dalej przed siebie zdezorientowany. Kilka metrów przed nim, jakiś człowiek sprzedawał colę i hamburgery ze straganu na kółkach.
— Daj mi pić, pomóż mi.
— Spierdalaj stąd, idź żebrać gdzie indziej.
Człowiek w łachmanach wyprostował się i spojrzał wokół jakby szukając jakiegoś wybawienia. Otaczał go obcy, wrogi, obojętny ludzki tłum. Nie pasował tam i dobrze o tym wiedział. Jedyne co mógł zrobić, to iść przed siebie. Chwiejąc się na nogach, pokonał jeszcze kilkadziesiąt metrów i przystanął, a właściwie został zatrzymany.
— Cofnąć się. Tu nie wolno stać — kilku policjantów zabezpieczało wjazd na skrzyżowanie przed aleją, na której parkowały czarne limuzyny na rządowych rejestracjach. Znajdowali się niedaleko bocznego wejścia do wielkiego gmachu z betonu i szkła — siedziby ONZ.

Żebrak, na dźwięk słów policjantów, zatrzymał się, wyprostował i zsunął kaptur z czoła. Przez twarz jednego z mundurowych przebiegł cień zaskoczenia. Chciał sięgnąć do pistoletu w kaburze na biodrze, ale nie zdążył. Kloszard stanął w lekkim rozkroku i spod brudnych łachmanów na piersi wyciągnął pistolet maszynowy. Pociągnął za spust. Ostatnim obrazem zarejestrowanym przez mózgi policjantów była smuga ognia i pociski, rozszarpujące ich wnętrzności na strzępy. Huk strzałów na sekundę zagłuszył warkot silników i poderwał stado gołębi z dachów pobliskich budynków. Kilku przechodniów odwróciło głowę, reszta niczego nie zauważyła. Ochroniarze przed wejściem do wielkiego gmachu, jak na zwolnionym filmie, sięgali po krótkofalówki. W doskonale wyćwiczonym odruchu, kilkunastu policjantów, agentów i ochroniarzy wycelowało w nadchodzącego przybysza cały swój arsenał. Kloszard szedł naprzód pewnym, szybkim krokiem z ciemną lufą broni opuszczoną w dół — jakby dobrze wiedział, że nie zginie.
— Stój, bo otworzymy ogień!
Napastnik nie miał zamiaru się zatrzymać. Policjanci i agenci zaczęli strzelać do ostatniego naboju w magazynku. Żebrak nie tylko nie upadł, ale nie cofnął się nawet o centymetr. Później, na nagraniach z miejskiego monitoringu było widać, że jakimś niewyjaśnionym sposobem ani jedna kula nie trafiła w cel.

Nadeszła jego kolej. Niedbale wycelował Uzi i posłał przed siebie — do wszystkiego, co się ruszało — długą, przeraźliwie celną serię. Tym razem odgłos strzałów postawił na nogi całą aleję. Ludzie padali na ziemię lub uciekali w panice. Kilka samochodów zatrzymało gwałtownie. Nagle zrobiło się cicho i pusto. Minęło może kilkadziesiąt sekund… Włóczęga nie zwolnił nawet o krok i z pewnością kogoś, kto doskonale wie, co robi, zniknął w środku budynku.

Zagrożenie zostało zlekceważone. Agresor był tylko jeden i, według wstępnej oceny, nie zdawał się być niebezpieczny. Wszystko działo się na tyle szybko i było tak niepodziewane, że ewakuację budynku zarządzono dopiero po dwóch minutach. Nie przerwano nawet przemówienia ambasadora Rosji, ponieważ przestała działać cała łączność wewnątrz budynku. Głównego wejścia do sali plenarnej ONZ chroniła tylko grupka kilkunastu lekko uzbrojonych ochroniarzy, nieświadomych sytuacji.
Tymczasem na zewnątrz starano się opanować chaos. Władze miasta mobilizowały wszystkie dostępne służby i środki – FBI, SWAT, śmigłowce, karetki pogotowia, straż pożarna. Szybko zaczęły się pojawiać pierwsze wozy transmisyjne TV. Rozpoczęto gorączkową ewakuację wszystkich ulic w promieniu kilometra. W Białym Domu rozdzwoniły się telefony. Nowojorczycy zamarli z niedowierzania i strachu. Do gmachu, śladem zabójcy, wkroczyły oddziały antyterrorystów.

Długi, oświetlony korytarz, wyścielony dywanem tłumiącym kroki wielkich tego świata, prowadził z marmurowego holu wprost pod drzwi sali plenarnej. Niedoświadczeni i nieświadomi zagrożenia ochroniarze stali przy drzwiach ze znudzonymi minami, czekając na koniec paplaniny ruskiego oficjela. Broń trzymali w kaburach. Żaden z nich dotąd nie zabił człowieka.
— Świat znalazł się w trudnej sytuacji — powiedział rosyjski ambasador i przebiegł wzrokiem po szanownym audytorium.
— Musimy zapewnić bezpieczeństwo… — kontynuował, gdy nagle jego słowa zagłuszył huk wystrzałów z broni palnej. Najpierw kanonada, a potem pojedyncze wystrzały, jak by ktoś dokonywał egzekucji. Strzały padały coraz bliżej drzwi, w końcu nastąpiła cisza. Przerażeni dyplomaci zobaczyli, jak wielkie drzwi sali plenarnej rozwierają się na oścież od potężnego kopniaka.

Naprzeciw polityków, wystrojonych w ekskluzywne garnitury — 10 tysięcy dolarów każdy — stał obdarty żul z naładowanym pistoletem maszynowym w dłoniach. Twarz miał skupioną i chłodną, oczy błyszczały mu z podniecenia. Rozejrzał się powoli dokoła i ruszył do przodu po zielonym dywanie, mierząc do ludzi, chowających głowy za oparciami foteli z nazwami krajów członkowskich ONZ.

Przeżyli tylko Ci, którzy leżeli bezpośrednio na podłodze. Tych, którzy nie zdążyli się ukryć, ugodziły wściekłe serie ołowianych kul. Morderca szedł powoli, bez emocji kierując na wszystkie strony strugi pocisków jakby podlewał ogródek. Krew z ran zabitych i rannych, bryzgała na dokumenty rozrzucone po podłodze. Krzyki, płacz, wrzaski ludzkie. Wydawało się, że ten krwawy obłęd nigdy się nie skończy. Wreszcie strzały ucichły. Kloszard opuścił lufę i, nie odwracając nawet głowy, zbliżył się do mównicy pod wielkim godłem ONZ, umieszczonym na złotym pilastrze. Rosyjski ambasador wciąż tam był — przykucnięty, dygocący z przerażenia. Zabójca dał mu znak bronią, by się odsunął. Sam stanął na mównicy, w miejscu, gdzie najwięksi z wielkich zwykli przemawiać do przedstawicieli zjednoczonych narodów i globalnych mediów. Spojrzał na swoją prymitywną broń i odrzucił ją z obrzydzeniem. Rozejrzał się wokół z niesmakiem i patrząc prosto w kamery, jakby mówił do kogoś, kogo zna, powiedział powoli tylko cztery słowa:
— You are my property.

* * *

Było chłodno i pochmurno.
Wielki, czarny Lincoln z przyciemnianymi szybami sunął majestatycznie mostem Brooklińskim w kierunku Manhattanu. Twarz szofera nie była już tak beznamiętna, jak jeszcze godzinę temu. Nad Manhattanem i brzegami East River krążyły wojskowe i policyjne helikoptery. Przed chwilą, prawym pasem, minęło ich kilka karetek pogotowia na sygnale. Stacje radiowe przerwały audycje i na żywo podawały najświeższe informacje o wydarzeniach w budynku ONZ. Kierowca limuzyny musiał opanować emocje, ponieważ jego pasażerem był Ridge Parkinson, wicedyrektor CIA. Ubrany w garnitur, z ciemną aktówką na kolanach, patrzył przez okno na mijające ich samochody. Z zadumy wyrwał go ostry dzwonek komórki. Wyciągnął telefon z wewnętrznej kieszeni i spojrzał na wyświetlacz.
— Jaka jest sytuacja? — zapytał bez żadnych wstępów.
— Ilu jest zabitych?
— Ilu?! — na jego twarzy pojawił się cień strachu.
Milczał przez chwilę, trawiąc niewygodne informacje.
— Wyjeżdżam z miasta. Informuj mnie na bieżąco.

* * *

Sala dowodzenia operacyjnego w nowojorskiej kwaterze FBI wypełniona była agentami z zespołu kryzysowego. Jeszcze nigdy nie panowało tu takie napięcie. Wszyscy patrzyli w skupieniu na wielki, położony w centralnym punkcie sali, monitor, podzielony na kilkanaście mniejszych ekranów. To była najważniejsza akcja antyterrorystyczna od czasu ataku na World Trade Center. Prezydent odwołał wszystkie spotkania. Sekretarz obrony był w drodze do Białego Domu. Budynek ONZ był otoczony. Podjęto decyzję o wprowadzeniu do środka kompleksu kilku oddziałów specjalnych.
Obraz ze środka sali plenarnej był transmitowany na żywo.
Jakiś przerażony człowiek w zakrwawionym garniturze krzyczał do kamery telewizyjnej:
— Tutaj są dziesiątki ofiar, 40, może 50 zabitych. Premier Holandii nie żyje, ambasador Francji nie żyje… Jest mnóstwo rannych. Przyślijcie pogotowie. Ludzie się wykrwawiają!
Za jego plecami na niebieskim dywanie leżało kilkanaście zakrwawionych ciał. Na ekranie widać było jak ci, którzy przeżyli, próbują pomagać rannym. Ktoś podarł koszulę i, uciskając, próbował zatamować krwawiącą ranę na brzuchu jakiejś kobiety. Rany postrzałowe polewano wodą mineralną z PETów. Chaos, przerażenie, jęki rannych…
Żaden agent ochrony nie przeżył spotkania z kloszardem. Ich podziurawione kulami ciała leżały pokotem na korytarzu wiodącym do sali plenarnej.

Nigdzie nie było śladu zabójcy. Zero kontaktu. Żadnego sygnału. Jakby zapadł się pod ziemię. Ostatnie ujęcie pokazywało, jak nieuzbrojony opuszcza salę wyjściem dla personelu technicznego. Niestety na zapleczu nie było kamer i tam właśnie ślad się urywał.
Z powodu braku jakiejkolwiek łączności z zabójcą, wydano rozkaz natychmiastowego wejścia wszystkich oddziałów specjalnych do sali, w której żebrak urządził sobie masakrę. W pewnym momencie boczne ekrany w kwaterze FBI zamigotały i ukazały obrazy z kamer operacyjnych, umieszczonych na hełmach antyterrorystów. Czteroosobowy zwiad wyszedł z czerwonej od krwi windy i bezszelestnie przemieszczał się tym samym korytarzem, co wcześniej napastnik. Po chwili zwiadowcy znaleźli się pod drzwiami sali plenarnej. Gdy weszli do środka, w ich kierunku zaczął biec jeden z menedżerów personelu, który dowodził akcją pomocową. Obraz znowu zamigotał i na wielkim ekranie pojawiła się jego spanikowana, wykrzywiona od emocji twarz. Zaczął krzyczeć, czy ktoś zacznie zabierać rannych. Nie zdążył dokończyć…

Wszystkie monitory zgasły. W głośnikach rozległ się ogłuszający trzask. Ludzie w sali dowodzenia podskoczyli na krzesłach zdezorientowani. Podłoga w sali lekko zadrżała, ułamek sekundy później agenci FBI usłyszeli odległy, stłumiony pomruk olbrzymiego wybuchu. Wszyscy rzucili się do okien — nad Manhattanem uniósł się wielki słup czarnego dymu.
Gmach ONZ w Nowym Jorku wysadzono w powietrze.

* * *

Pustka i piekło.
Ocean piaszczystych wydm, kamieni i wzniesień. Wielki, nieskończony obszar ziemi, rozgrzany do temperatury 50 stopni Celsjusza. Wymarzony azyl dla beduinów i banitów. Jedno z ostatnich miejsc na Ziemi, gdzie można zniknąć bez żadnego śladu. Zwykły człowiek na Saharze bez wody i prowiantu traci przytomność po kilkunastu godzinach.

Ale on nie był zwykłym człowiekiem.

Był sam. Żadnego samochodu terenowego. Żadnego bagażu. Żadnego śladu obozowiska. Nie miał nawet wielbłąda. Stał wyprostowany na wierzchołku wielkiej złocistej wydmy. Na jego czole nie było widać nawet kropelki potu. Gorące porywy Harmattanu rozwiewały poły jego czarnej, sięgającej stóp abaji. Miał kilkudniowy zarost. Na głowie nosił ciemną kefiję. Oczy zasłaniały mu szerokie wojskowe okulary VR. Stał w pełnym słońcu, jakby na kogoś czekał.

W pewnym momencie gdzieś daleko przed nim, niedostrzegalny punkt oddzielił się od linii horyzontu. Zaczął się powiększać i przybliżać. Człowiek na pustyni usłyszał bardzo niski, basowy pomruk. Ciemny punkt sunął bezszelestnie tuż nad powierzchnią wydm. Rósł w oczach z każdą sekundą. Postać na wydmach patrzyła nieporuszona, jak coś ciemnego zbliża się z ogromną szybkością. Po chwili obiekt był już tak blisko, że znalazł się nad jego głową, przesłaniając słońce. Obniżył lot i, na wysokości około 2 metrów nad ziemią, zatrzymał się z idealną płynnością.
Olbrzymia, czarna kula wylądowała na środku Sahary.
Mężczyzna na wydmie czekał. Spód kuli otworzył się i z ciemnego włazu wysunęła się winda na poduszkach magnetycznych. Zjechała na dół i zatrzymała się 10 cm nad piaskiem. W windzie stał człowiek.
Mężczyźni objęli się.
— Myślałem, że już nie przylecisz.
— Co się dzieje? — zapytał przybysz ze statku.
— Chodźmy stąd. Pogadamy w środku.
Spojrzeli na siebie. Weszli do windy i wjechali do wnętrza kuli.

W sterowni rozsiedli się wygodnie w fotelach. W pomieszczeniu panował półmrok. Sklepienie i ściany o regulowanej przejrzystości przepuszczały obrazy z zewnątrz. Wnętrze wielkiego pojazdu było ascetycznie puste. Żadnych urządzeń, wyświetlaczy, komputerów. Nic. Tylko dwa proste, matowe fotele, unoszące się nad podłogą na poduszkach magnetycznych.
— Ktoś wystrzelił rakietę w mój statek — powiedział Bork.
— Kto?
— Tego jeszcze nie wiem. Chyba Amerykanie.
— Jesteś pewien?
— Niemal…
— Co ze statkiem?
— Nie poleci. Ma uszkodzony napęd.
— A cargo?
— Cargo jest nietknięte.
To był Bork — syryjski i nowojorski kloszrad. Człowiek, który przed chwilą wylądował na pustyni, nazywał się Re. Obaj mężczyźni znali się od niepamiętnych czasów.
— Widzę, że w Nowym Jorku pojechałeś na maksa — Re zaczął się śmiać.
— Daj spokój. To był mój stellarsonic, a nie zwykły statek.
— Wiem. Dobrze, że dałeś na luz, bo myślałem, że rozjebiesz całą planetę. Jakim cudem cię w ogóle trafili? — zapytał.
— To było zaraz po lądowaniu, gdy na ułamek sekundy wyłączyłem osłony. Mieli niewiarygodny fart.
— Co robimy? — zapytał Bork.
— Musimy wrócić do Syrii, żeby przeładować cargo na twój statek.
— Ok.
Wszystkie urządzenia sterujące i napęd znajdowały się w środku kuli. Nie było żadnych zewnętrznych terminali do ich obsługi. Bork komunikował się z komputerami statku zdalnie — za pomocą implantowanego interfejsu.

Z olbrzymią prędkością mknęli kilka metrów nad powierzchnią piaszczystych wydm. Napęd grawitacyjny miał tak potężną moc, że statek mógł odchylać nawet promienie słoneczne, co sprawiało, że stawał się niewidzialny dla najczulszych radarów. Gdy zbliżyli się do gór Tadmajt, kula zwiększyła trochę pułap i przemykała tuż nad szczytami. Po kilkunastu minutach minęli Wielki Erg Wschodni i znaleźli się nad Morzem Śródziemnym. Lot z taką prędkością, tuż nad powierzchnią morza, to było widowisko, które robiło wrażenie nawet na Borkovitchu.
Obaj mężczyźni milczeli, upajając się niewyobrażalnym pędem pojazdu kosmicznego. Jego ściany były teraz maksymalnie przejrzyste, czuli się więc tak, jakby ślizgali się po falach oceanu na niewidzialnym tarasie. Tarasie tnącym powietrze z prędkością 10 tys. km/h.
Nagle, gdzieś w oddali, komputer namierzył przeszkodę — niewielkich rozmiarów jacht — i skorygował wysokość o kilka metrów. Podmuch wywołany przelotem kuli był tak silny, że złamał maszt żaglówki jak zapałkę. Bork wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu. Zbliżali się do Syrii.

Nad Pustynię Syryjską nadlecieli z północy, od strony Damaszku. Zwiększyli wysokość, a potem zanurkowali w dół. Gdy zbliżali się do ziemi, komputer zeskanował obszar lądowania w promieniu kilku kilometrów. Re i Bork spojrzeli na trójwymiarowy obraz, który ukazał się przed nimi na świetlistej ścianie. Nic szczególnego: niewielkie skały, wydmy i czarny punkt pierwszej kuli wbitej w piasek. Borkovitch powiększył obraz. Jednak było coś jeszcze: dwa pick-upy i kilkunastu ludzi kręcących się w pobliżu.
Statek należący do Re był otoczony przez grupę ciekawskich najemników.

Podchodzili do kuli z każdej strony. Tłukli kolbami karabinów po jej powierzchni. Odsuwali się i strzelali seriami w jej kierunku. Ich dowódca mówił coś głośno przez komórkę…

Nagle bojownicy odwrócili głowy i zamarli z przerażenia. Druga identyczna, olbrzymia kula wylądowała przed nimi z impetem, wzniecając chmury piasku. Re wstał z fotela i, podchodząc bliżej ekranu, zakasał rękaw abaji. Islamiści zaczęli krzyczeć coś po arabsku i strzelać w ich stronę z wściekłością i strachem. Jeden z nich zaczął biec w kierunku pordzewiałej, czerwonej Toyoty i karabinu maszynowego przymocowanego na jej bagażniku. Re spojrzał na swoją rękę i w tym momencie coś odpięło się z jego przedramienia i, przenikając przez szklistą ścianę statku, prostopadle pomknęło w dół, jak pocisk. Nagle wszystkie strzały na dole ucichły. Żołnierze zaczęli się przewracać na piasek jak manekiny, które straciły podporę.
Mieli przebite czoła. Wszyscy. Nie ocalał nikt.
Niewielki owalny przedmiot zatrzymał się w powietrzu i w ułamku sekundy wrócił na przedramię swojego właściciela na statku.
Najwierniejszych soldiers of fortune unieszkodliwił jeden nano-dron.

Mężczyźni zeszli z pokładu statku. Bork nosił długi ciemny płaszcz z porowatego, metalicznego materiału, przypominającego skórę. Podszedł do jednego z trupów. Podniósł z ziemi jego kałasznikowa i dokładnie go obejrzał.
— Ciekawe — powiedział i rzucił przedmiot na ziemię.
Tymczasem Re zdalnie otworzył właz transportowy pierwszej kuli i wszedł do środka. Po chwili właz powiększył się i z wnętrza pojazdu, na poduszkach magnetycznych, wyjechały dwie płaskie platformy przypominające palety. Znajdowały się na nich czarne, metalowe skrzynie, stanowiące, wspominane przez nich wcześniej, cargo. Re stanął obok i zdalnie skierował skrzynie w kierunku sprawnego statku Borkovitcha. Otworzył właz i cargo płynnie wjechało na paletach do środka.
Obaj mężczyźni rozejrzeli się wokół leniwym, znudzonym wzrokiem. Dochodziła 3 po południu. Przeładunek był ukończony.

Wystartowali pionowo w górę i po sekundzie byli ledwie pikselem na niebie. Powierzchnia ziemi oddalała się równomiernie i kiedy unieruchomiona pierwsza kula stała się już niemal niewidoczna na piasku, nastąpiła potężna implozja. Krótki błysk, a następnie przejmująca cisza. Pierwszy statek i wszystko wokół niego dosłownie wyparowało.
 

Rozdział II


 
REGION MESOAMERICA. MEKSYK

Dwie prześliczne osiemnastoletnie Meksykanki, o brzoskwiniowym odcieniu skóry, kucały u stóp łóżka z baldachimem, na którym leżał mężczyzna z posiwiałą brodą w rozchełstanym szlafroku. Głowy dziewczyn poruszały się rytmicznie nad jego kroczem. Trzymał je obie za włosy i jęczał.
— Si, estás chicas buenas. Mas, dame mas…
Na szklanym blacie stolika przed łóżkiem leżał sprężynowy nóż myśliwski i rozcięty worek z kokainą. Obok leżał pistolet i nadpita butelki whisky. Jedna z dziewczyn podniosła głowę i nachylila się nad stolikiem, żeby wciągnąć kolejną ścieżkę proszku. Głowa jej siostry nie przestawała pracować między nogami szefa największego gangu na północ od Mexico City. Jego twarz wykrzywiał coraz większy grymas rozkoszy.
— Si, mierda. Mas fuerte. Si.
Nadszedł spazm orgazmu i mężczyzna spuścił się w jej miękkie usta, opadając bezwolnie na łóżko. W tym momencie rozległo się pukania do drzwi. Najpierw słabe, a potem coraz mocniejsze. Natarczywe.
— Szefie! Szefie!
— Czego tam?! — wrzasnął. Podniósł się ociężale, wstał z łóżka i otworzył drzwi na oścież.
Za drzwiami stali jego ludzie. Jeden z nich podał mu telefon komórkowy.
— To Oni.
Da Silva nagle wytrzeźwiał i jakby lekko zbladł. Wziął komórkę i przyłożył ją do ucha.
— Słucham.

Jakie to dziwne, że jeden telefon może zmienić życie uśpionej hacjendy, ukrytej gdzieś w lesie na obrzeżach skromnego meksykańskiego miasteczka Ecatepec, w centrum dowodzenia jednego z największych karteli narkotykowych w kraju. Po tym telefonie wszystko zaczęło się dziać błyskawicznie. Ludzie da Silvy wykonali telefon do swoich ludzi z Teotihuacán. Tamci wyciągnęli cztery metalowe skrzynie z garażu i załadowali je na bagażniki czterech czarnych Land Roverów gotowych do drogi. Da Silva z dwoma przybocznymi wsiadł do swojego mercedesa i ruszył w kierunku prekolumbijskiego miasta Teotihuacán, oddalonego od Ecatepec o około 30 km.
Zapadał zmierzch. Od spotkania, na które czekali prawie 2 lata, dzieliło gangsterów niecałe pół godziny.

Da Silva siedział w samochodzie skupiony, jednocześnie niepewny i podekscytowany. Jechał na spotkanie z ludźmi, którzy zmienili jego życie w sposób niewyobrażalny. Nigdy nawet nie pomyślał, że może go spotkać coś podobnego. To Oni go wybrali, to Oni 2 lata temu zainicjowali pierwsze spotkanie… Przybyli nagle i znikąd. Robili rzeczy, które nie mieściły się w głowie prostemu meksykańskiemu narco trafficante. Zaproponowali mu interes życia w branży, na której znał się znakomicie — produkcja i handlel kokainą. Dzięki nim da Silva stał się wielkim Jefe. Tylko ludzie z jego najbliższego otoczenia mogli znać prawdę i domyślać się, skąd tak naprawdę pochodzą ich potężni klienci, jednak nikt nie zadawał pytań. Między sobą, po cichu, nazywali ich buenos diablos — dobre diabły.

Da Silva nie był ani wykształcony, ani wybitnie inteligentny, jednak miał dość rozumu, by wiedzieć kiedy działać i nie zadawać niepotrzebnych pytań. Gdyby zobaczył latającą kozę, nie pytałby jak to jest możliwe, ale jak ją złapać i na niej zarobić. Da Silva kochał władzę i pieniądze. Miał odwagę, instynkt i ambicje. Był wysokim, kościstym, posiwiałym meksykańskim gangsterem. Był katolikiem i synem farmera. W swoim krótkim 40-letnim życiu zdążył już własnoręcznie zastrzelić kilkanaście osób. Władze z Mexico City wyznaczyły za jego głowę milion dolarów nagrody. Da Silva tylko się śmiał. Od dwóch lat był nietykalny. Od czasu pierwszego spotkania z buenos diablos.

* * *

— Gdzie lądujemy w Meksyku? — zapytał Bork.
— Tam, gdzie lądowali nasi przodkowie.

* * *

W języku Azteków słowo to znaczy miejsce narodzin Bogów — Teotihuacán. Nieważne, czy był rok 400 naszej ery czy 2016 — wjazd do miasta, gdzie narodzili się Bogowie, na każdym wywierał ogromne wrażenie, budził dreszcz niewytłumaczalnego niepokoju… Szeroka aleja, wzdłuż której znajdowały się kwadratowe place, a na niektórych dodatkowo umieszczono słusznych rozmiarów kamienne stożkowate platformy z prostopadłymi schodami. Wszystkie wzniesiono z równo obrobionego kamienia. Prowadziły do odległych szczytów piramid, otoczonych bladozielonymi, usychającymi krzewami. I to wszystko spowite w pustkę… Cisza i przestrzeń, z zarysem wygasłego wulkanu Cerro Gordo w tle.

Środkiem Teotihuacán biegła Aleja Śmierci. Miała długość 3 mil i była przedzielona szerokimi schodami. Prowadziła do trzeciej największej piramidy na świecie. W nocy cały teren był zamknięty dla zwiedzających. Nie było żadnego oświetlenia ani ochrony, nie licząc dwóch strażników w dyżurce na skraju parkingu. Gdy pojawili się tam ludzie Da Silvy, przekupieni strażnicy jakby zapadli się pod ziemię.

Światła czterech czarnych Land Roverów zamigotały w ciemności między drzewami. Samochody zjechały z głównej drogi i wjechały na trawę obok kamiennych platform. Przejechały jeszcze kilkaset metrów, omijając szerokie schody Alei Śmierci i zatrzymały się u podnóża Piramidy Słońca. Po kilkunastu minutach, obok Land Roverów, zaparkował mercedes Da Silvy.

Noc była ciepła i bezwietrzna. Cisza niemal dzwoniła w uszach. W oddali, na tle gwiaździstego nieba, rysował się ciemny, monumentalny stożek piramidy. Reflektory samochodów wyłączono, nikt nie wysiadał, wszyscy milczeli. Ktoś zapalił papierosa — dokładnie za dwie minuty mieli pojawić się Oni. Da Silva doskonale zdawał sobie sprawę, że o żadnym spoźnieniu nie mogło być mowy. Siedział na tylnym siedzieniu mercedasa i patrzył na zegarek. Upłynęla kolejna minuta.

Najpierw to odczucie, że zbliża się coś potężnego, potem nikły, niemal nieuchwytny basowy pomruk. Da Silva spojrzał w niebo przez szybę samochodu w kierunku piramidy. Wciąż nic. Jednak basowy pomruk, jak dźwięk gigantycznego transformatora, był coraz wyraźniejszy, nie był złudzeniem… Wszyscy gangsterzy wysiedli z samochodów.
Wtedy to zobaczyli. Coś doskonale czarnego i owalnego pojawiło się na tle gwiazd. Przybliżało się i powiększało. Zaczęło powoli zniżać się ku ziemi. Po chwili zawisło tuż nad ściętym stożkiem Piramidy Słońca.
Było ogromne, musiało mieć co najmniej 200 metrów średnicy. Da Silva patrzył jak zahipnotyzowany. Pomimo ciemności, wielka kula dość wyraźnie rysowała się na tle gwiazd. Przez kilka chwil nie działo się nic. Potem wydarzyło się coś, co syn prostego farmera z Ecatepec widział tylko w hollywoodzkich superprodukcjach.
Ośmiu ludzi plus boss i jego kierowca. Wszyscy w ciemnych garniturach i białych koszulach. Wysiedli z Land Roverów i ustawili się przed maskami aut. Da Silva powiedział, by nie wyciągali broni i zostawili włączone światła pozycyjne. Przed nimi, w mroku rozświetlanym jedynie światłami samochodów, znajdowały się kamienne schody prowadzące na szczyt pierwszej platformy, złożonej z pięciu mniejszych kręgów — schody, które, według wierzeń Azteków, prowadziły do miejsca narodzin Bogów — potężnej Piramidy Słońca.
— Szefie — powiedział jeden z ludzi da Silvy, wskazując na coś głową.
Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Przez chwilę niczego nie mogli dojrzeć. Nagle Ich zauważyli.
Po schodach, ze szczytu pierwszej platformy, schodziły dwie postacie. Jedna z nich była ubrana jak człowiek pustyni, w abaję w ciemnych barwach, druga nosiła się bardziej nowocześnie— długi, skórzany płaszcz Gdy znaleźli się niżej, da Silva dostrzegł, że nie byli uzbrojeni. Wolnym krokiem schodzili coraz niżej, aż znaleźli się tak blisko, że objęło ich nikłe światło samochodowych reflektorów. Szef gangu, starając się zachować maksymalny spokój i opanowanie, podszedł kilka kroków do przodu. Wtedy zobaczył ich twarze. Byli biali, o zachodnich, europejskich rysach twarzy, przypominający Niemców albo Szwedów, których widywał w Mexico City. Ten w ubraniu beduina wydawał się nieco starszy: nieogolona, ogorzała, szczupła i poważna twarz. Jego towarzysz miał ciemne, krótko ścięte włosy, jak żołnierz: energiczna, młoda, przystojna twarz. W czarnym płaszczu i wysokich wojskowych butach wyglądał jak członek gangu motocyklowego.
Da Silva niemal fizycznie poczuł na sobie ich spojrzenia. Dłuższą chwilę przyglądali mu się uważnym, nieznającym sprzeciwu wzrokiem. Po chwili człowiek w abai powiedział:
— Luis da Silva. Jak się masz przyjacielu?
Mówił doskonałym hiszpańskim, lecz z lekko wyczuwalnym obcym akcentem.
— Jestem Re, a to mój przyjaciel Bork.
— Witamy w Meksyku — powiedział da Silva, wyciągając dłoń na przywitanie.
Nie było w nich nic obcego czy wrogiego, co mogłoby budzić niepokój. Miał wrażenie, że starali się go uspokoić i zrelaksować — wiedzieli, że Meksykanin i jego ludzie mogli być mocno zdezorientowani, bo oto na Piramidzie Słońca wylądował statek kosmiczny.
— Wszystko w porządku, Louis? Przywiozłeś to, o co prosiliśmy?
— Tak, są w bagażnikach.
— To dobrze. My też mamy coś dla Ciebie.
Ludzie da Silvy stali kilka kroków z boku. Milczeli. Byli przyzwyczajeni do milczenia i wykonywania rozkazów bossa podczas załatwiania interesów.
— Chcemy to zobaczyć, Louis — powiedział Bork.
Da Silva dał znak swoim ludziom. Trzech zostało na miejscu, a reszta zaczęła wyciągać ładunek. Cztery drewniane skrzynie z zamocowanymi z boku metalowymi uchwytami, każda z nich o wadze 250 kg. Mężczyźni unieśli z wysiłkiem pierwszą skrzynię i postawili ją przed Borkiem.
— Otwieraj — rozkazał da Silva.
Młody gangster odsunął rygiel i uniósł wieko na zawiasach. Bork podszedł do skrzyni i wyciągnął ze środka prostokątny, foliowany pakunek. Chwycił go obiema rękami i mocnym szarpnięciem przełamał na pół. Na ziemię posypał się biały proszek. Drugi z przybyszów sprawdził zawartość skrzyni. Była wypełniona pięciokilowymi paczkami. Pięćdziesiąt sztuk. Dwieście pięćdziesiąt kilogramów najczystszej kolumbijskiej kokainy. Tona towaru w czterech skrzyniach.
Da Silva już wiedział, że nadszedł jego wielki dzień i transakcja będzie wspaniałym sukcesem. Wiedział to, patrząc na twarze ludzi z piramidy, gdy z przełamanej paczki wciągnęli małą działkę jego towaru do nosa. Wyraz oczekiwanego zadowolenia ukazał się na twarzach jego klientów.
La mejor cocaína del mundo amigos — powiedział da Silva, rozkładając z zadowoleniem ręce.
Nie odpowiedzieli. Olbrzymia kula wciąż unosiła się nad wierzchołkiem piramidy. Borkovitch otworzył zdalnie ładownię, by cargo mogło opuścić statek. Napędzane polem magnetycznym, uniosło się w powietrze i zjechało w ciemności w dół piramidy.
Da Silva i jego ludzie patrzyli oniemiali, gdy jakiś ciemny kształt nadleciał z góry i zawisł przed nimi metr nad ziemią. Wyglądał jak czarny sarkofag odlany z dziwnego matowego metalu. Bork otworzył go i powiedział do da Silvy, żeby sprawdził, czy wszystko się zgadza. W metalowej skrzyni było czterdzieści milionów dolarów.
 

Rozdział III


 
LANGLEY. WIRGINIA. KWATERA GŁÓWNA CIA

— Panie dyrektorze, szanowni koledzy. Materiały video, które analizowaliśmy w oparciu o nagrania dostępne z kamer przemysłowych, niestety nie są miarodajne. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest niska rozdzielczość filmów, 600 na 400 px. Jedynie dwie profesjonalne kamery TV w sali plenarnej, rejestrujące główne wystąpienia, miały rozdzielczość full HD. Przypomnę, że to do tych kamer mówił zamachowiec. Zaczęliśmy od ustalenia rodzaju użytej broni. Był to pistolet maszynowy typu mini Uzi z kolbą składaną na prawą stronę i magazynkiem na 20 nabojów. Udało nam się ustalić, że zamachowiec wystrzelił około 80 kul, więc musiał zmienić magazynek co najmniej 3 razy. Moment ten został zarejestrowany tylko raz, w sali plenarnej, gdzie zginęło najwięcej osób.
— Dlaczego nikt z naszych go nie trafił? — przerwał mu zastępca sekretarza obrony, obecny na zebraniu.
Analityk przez chwilę szukał odpowiednich słów.
— Tego nie wiemy.
— Jak to nie wiecie? Przed budynkiem nasi ludzie pruli do niego z bliska. Sugeruje pan, że wyszkoleni policjanci chybili z odległości 15 metrów?
— Tego nie powiedziałem, Sir. Nie wiemy, dlaczego zamachowiec przeżył… Wiemy jednak, że nie miał kamizelki kuloodpornej. Po prostu nie miał takiej potrzeby, bo był pewien, że nie trafi go żadna kula. Trudno to inaczej wyjaśnić…
— Więc jak to zrobił? Może jest Mesjaszem i chodzi po wodzie?
Dyrektor CIA posłał sekretarzowi uspokajające spojrzenie.
— Proszę, niech pan kontynuuje — powiedział.
— Mamy pewną teorię. Uważamy, że pociski w jego kierunku zostały wystrzelone celnie, ale około półtora metra przed nim kurs ich lotu został… odchylony.
Przez salę przebiegł szmer zaskoczenia.
— Na zapisach video wyraźnie widać, że ubranie zamachowca było nietknięte. Możemy z całą pewnością stwierdzić, że nie został ranny ani nawet draśnięty. Analiza ustawienia broni trzech najbliższych policjantów i śladów ich kul, które uderzyły w pojazdy i budynki za zamachowcem, wskazuje, że jest to jedyne logiczne wytłumaczenie. Co najmniej sześć kul „skręciło” przed celem i uderzyło około półtora metra z boku.
— To jakaś nowa technologia? Jakieś prototypowe kamizelki?
— Nikt na świecie nie ma takiej technologii, Sir. Żeby odchylić tor lotu pocisku o tak małej masie i z taką prędkością, musielibyśmy użyć pola magnetycznego o gigantycznej mocy. Tylko że jest to możliwe jedynie teoretycznie.

Nie udało się ustalić, mimo zwartej ochrony, w jaki sposób zabójca opuścił gmach ONZ. Zapisy video kończyły się na sali plenarnej. Przyjęto założenie, że morderca musiał dokładnie znać rozkład całego budynku i rozmieszczenie wszystkich kamer CCTV. Odciski palców, które zabezpieczono na pustych magazynkach do uzi, nie figurowały w żadnej bazie danych. Taka sama sytuacja przedstawiała się z twarzą i rysopisem — brak danych. Pod koniec narady głos zabrał główny profiler wydziału zabójstw FBI. Zapytano go o motywy zamachowca i o to, co mogły znaczyć jego słowa „jesteście moją własnością”, które wypowiedział po zakończeniu rzezi.
— Problemem jest to, że mamy wciąż zbyt mało danych — zaczął.
— Pozostają spekulacje i przypuszczenia. Badamy wszystko. Rysy twarzy, cerę, kolor oczu, sylwetkę, dłonie, akcent. I oczywiście jego ubranie, które wydaje się mieć jakieś znaczenie. Ma twarz Europejczyka, prawdopodobnie z północnego zachodu kontynentu. Może jest Niemcem, na pewno nie Anglikiem ani Francuzem. Jego twarz kontrastuje z jego ubraniem żebraka, co może być sygnałem, przesłaniem dla jego ofiar i reszty świata, mówiącym coś w rodzaju: „Patrzcie, jestem nikim, a mogę zabijać wielkich tego świata”. Tę hipotezę mogą potwierdzać jego ostatnie słowa. To, co powiedział, mogło być adresowane do konkretnej osoby lub grupy ludzi. To mogła być zemsta i zarazem ostrzeżenie.

* * *

Dyrektor CIA wrócił do swojego gabinetu, usiadł za biurkiem i podniósł słuchawkę interkomu.
— Przygotujcie mi wykaz wszystkich tajnych operacji na terenach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu z ostatnich paru tygodni. Tak, zwłaszcza bombardowań z użyciem dronów. I połączcie mnie z wicedyrektorem Parkinsonem.

* * *

James Parkinson był w drodze do swojej rezydencji w Wilsonville — około 150 km na zachód od Nowego Jorku. Gdzieś w miasteczku Milford, niedaleko autostrady międzystanowej 84, jego limuzyna zatrzymała się przed skrzyżowaniem na czerwonym świetle. Krople padającej mżawki pokrywały
przyciemniane szyby. Na chodniku, opierając się o ścianę budynku, stał człowiek ubrany jak kloszard. Gdy Parkinson otworzył okno żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, żebrak zaczął iść w kierunku samochodu. Wicedyrektor spojrzał w bok i zbladł z przerażenia. Nie był w stanie wykonać żadnego ruchu. Zobaczył tylko jak żebrak staje przy oknie samochodu i wkłada rękę pod płaszcz.
— Pomóż biednemu. Wspomóż chorego, dobry człowieku — powiedział, potrząsając puszką na monety. Parkinson nagle zdał sobie sprawę, że ma przed sobą tylko zwykłego żebraka i zamknął okno. Mieli zielone światło. Limuzyna ruszyła. Serce waliło mu w piersiach.

Wyjechali z miasta i jechali drogą stanową numer 6, mijając bezkresne pola zielonej kukurydzy. Sielanka amerykańskiej prowincji. Inny świat, pełen spokoju i mieszkańców nieświadomych wielkich rozgrywek na szczytach władzy. Do tej oazy spokoju uciekał Parkinson. Spokoju, ale nie bezpieczeństwa, gdyż przed tym zagrożeniem nie było ucieczki.
Na siedzeniu obok leżała aktówka. W środku był laptop i kodowany telefon satelitarny, który zaczął cicho dzwonić.
— Słucham… Tak, witam, panie dyrektorze.
— Nie mogę. Wyjechałem z miasta.
— Nic się nie dzieje, muszę odpocząć parę dni.
— Wiem, że trwa największe śledztwo w historii tego kraju, ale na razie nie przyjadę.
— To chyba nie jest rozmowa na telefon.
— Oczywiście, Sir. Tak jest — Parkinson lekko zmieszany odłożył słuchawkę.
— Pospiesz się — rzucił krótko kierowcy. — Za pół godziny musimy być w domu.

* * *

Cztery ośmiometrowe łopaty z tytanu, mieliły powietrze z dziką wściekłością. Brunatno-zielony UH 60M, znany lepiej jako Black Hawk, podchodził do lądowania przed rezydencją Parkinsona nad brzegiem jeziora Wallenpaupack. Amortyzowane koła śmigłowca dotknęły ziemi. Ryk silników zaczął ustawać. Otworzyły się boczne metalowe drzwi i trzy postacie w ciemnych garniturach wyskoczyły na nawierzchnię lądowiska. Szybkim krokiem przeszły przez trawnik i skierowały się do budynku. Gospodyni poprowadziła gości do gabinetu wicedyrektora. Dwóch uzbrojonych agentów zostało za drzwiami. Generał Edwards wszedł do środka.
Parkinson stał przy wielkim białym oknie w granatowym szlafroku. Milczał.
— Myślałem, że mnie przywitasz osobiście, James – powiedział generał i przyjrzał mu się uważnie.
— Wyglądasz na spiętego. Co się dzieje?
Parkinson spojrzał na swojego szefa i przez chwilę milczał jakby zastanawiając się co powiedzieć.
— Myślę, że wiem kim mógł być zamachowiec z Nowego Jorku. Musisz mi pomóc.

Przez następne kilkanaście minut James Parkinson tłumaczył coś swojemu przełożonemu przyciszonym głosem. Twarz dyrektora CIA wyrażała najpierw rozbawienie, potem niedowierzanie, a na samym końcu niepokój, że może jednak ten człowiek nie oszalał i wie o czym mówi. Parkinson podszedł do regału z książkami i nacisnął jedną z okładek. Za regałem był ukryty sejf. Otworzył go, wyciągnął coś, a potem zamknął sejf.
— To cię przekona, jeżeli jeszcze mi nie wierzysz — powiedział, kładąc na dłoni dyrektora fotografię Borka — zamachowca z Nowego Jorku.
 

Rozdział IV


 
NA ZACHÓD OD PANAMY. GDZIEŚ NAD OCEANEM SPOKOJNYM

Czternastotonowy drapieżnik przecinał samotnie przestworza nad Pacyfikiem. Ryk podwójnego silnika Patt-Whitney był tak potężny, że mógł zabić mewę w locie. Najwyższej klasy tytan, wysokotemperaturowe kompozyty, próżniowe spawanie elektronowe, radar przewagi powietrznej o zasięgu 200 km i częstotliwości pracy zmienianej 1000 razy w ciągu sekundy, niewykrywalność i cztery punkty do podwieszenia uzbrojenia o wadze ponad dwóch tysięcy kilogramów… Ludzkość nie posiadała nic doskonalszego. Nie było na świecie bardziej zaawansowanego statku powietrznego niż Lockheed F-22 Raptor. Stworzona do przechwytywania wrogich celów na ziemi i w powietrzu — ostateczna wersja powietrznego drapieżnika bez wrogów naturalnych.

Pogoda nie zawiodła. Niebo nad oceanem było jasne i bezchmurne. Słońce oślepiało. Amerykański myśliwiec kierował się na południowy zachód w kierunku Ameryki Południowej. Celem lotu było przetestowanie aktualizacji oprogramowania awioniki. Pilotem był wytrawny lotnik — kapitan Mos Tolley z bazy lotniczej Miramar w San Diego.
— Orzeł sześć pięć do bazy. Kierunek południowy zachód. Wysokość dwa tysiące stóp. Proszę o pozwolenie na wlot do międzynarodowej przestrzeni powietrznej. Odbiór.
— Baza do orzeł sześć pięć. Udzielam pozwolenia. Bez odbioru.

Podczas krótkich lotów testowych punkty podwieszenia Raptora były puste. Pozostawało standardowe uzbrojenie — działko Vulcan, kaliber 20 mm, umieszczone we wnęce na prawym skrzydle. Kapitan Mos mógł się cieszyć pełną mocą i manewrowością maszyny do woli, niczym na pokazach lotniczych. Po wykonaniu testów pozostawała czysta przyjemność latania myśliwcem wartym 117 milionów dolarów.

Kapitan wprowadził na klawiaturze panelu ICP nowy kurs, wysokość i prędkość. Natychmiast nowe dane lotu ukazały się na wyświetlaczu prowadzącym. Przez chwilę obserwował odczyty na PMDF, a potem przeszedł na sterowanie ręczne i przesuwając przepustnice zwiększył ciąg. Rozległ się potężny huk i Raptor skoczył do przodu posłusznie jak koń wyścigowy. Wszystkie systemy działały bez zarzutu. F-22 był wyposażony w sześcioczujnikowy radar MLD, dający sferyczny obraz otoczenia w podczerwieni. Jego radar AESA mógł, za pomocą elektronicznie sterowanej wiązki, namierzać wiele celów jednocześnie w każdych warunkach pogodowych.
Kapitan włączał kolejno wszystkie systemy radarowe Raptora i obserwował ich wskazania na wyświetlaczach — wszystko w normie. System nie wykrywał żadnych obiektów w promieniu 200 km. W powietrzu był sam.

Następnie trzeba było przetestować pasywny detektor radarowy RWR z ponad trzydziestoma antenami rozmieszczonymi w skrzydłach i kadłubie, wykrywający fale obcych radarów w promieniu 250 km.
Pilot włączył detektor RWR i znieruchomiał z zaskoczenia. Na wyświetlaczu prowadzącym pojawiło się migające, czerwone ostrzeżenie. Ktoś go namierzał. Trzymając lewą dłoń na przepustnicy, prawą dłonią nacisnął przycisk resetu. Czerwone ostrzeżenie o wykryciu obcego radaru znowu zamigotało. Pilot wystukał kilka komend na klawiaturze panelu ICP. Na wyświetlaczu ukazał się napis: „Brak danych o namierzaniu”.
Nagle radar AESA wykrył nieznany obiekt i na wyświetlaczu prowadzącym ukazał się żółty trójkąt oznaczający statek powietrzny niewiadomego pochodzenia.

* * *

Bork spojrzał na Re pytającym wzrokiem.
— Przecież nie wolno nam się ujawniać.
— Kto tu mówi o ujawnianiu. Trochę ich postraszymy.

* * *

— Orzeł sześć pięć do bazy. Mam na radarze żółtego. Powtarzam, mam żółtego. Potrzebuję info taktyczne. Odbiór.
— Baza do orzeł sześć pięć. Brak info. Nie widzimy go. Twój obszar jest czysty. Bez odbioru.
Pilot włączył nagrywanie parametrów awioniki i zmniejszył ciąg. Żółty trójkąt wciąż pulsował na ekranie. Nie poruszał się.
„To niemożliwe” — pomyślał Mos — „Chyba że to helikopter”.
Raptor leciał z minimalną prędkością przelotową. Za 4 minuty śmigłowiec powinien znaleźć się w jego polu widzenia. W mniej więcej połowie odległości, radar na podczerwień MLD wyświetlił skan obiektu. Pilot powiększył obraz. Obiekt był kulisty. F-22 zbliżał się do niego nieubłaganie, 100 km, 80, 60…
Nagle kapitan Mos doznał olśnienia.
„To może być balon! Ale na tej wysokości…?!”
40 km, 30 km… Za kilka sekund powinien go zobaczyć.
„Powinien gdzieś tu być.”
Nagle stało się coś, co nie miało prawa się stać. Żółty trójkąt na radarze zgasł. Kulisty obiekt znikł.
3 km, 2 km…
Pilot rozglądał się na wszystkie strony. Zupełnie nic. Lazurowe niebo wokół Raptora było puste.

* * *

— Za chwilę kapitan Mos Tolley stanie się bardzo religijnym człowiekiem — powiedział mężczyzna w kuli.

* * *

Raptor stał się celem. Żółty trójkąt na radarze pojawił się znowu. Tym razem 100 km za samolotem. Potężny ryk niemal zatrząsł powietrzem. Pilot wprawnym ruchem przyciągnął obie przepustnice i odpalił turbo. Pełna moc. Maksymalne przyspieszenie. Raptor wystrzelił do przodu jak pocisk. Kapitan przekrwionymi od przeciążenia oczami spojrzał na wyświetlacze. Żółty trójkąt nie został w tyle tak jak zakładał. Zaczął się zbliżać.
„Nic na świecie nie lata tak szybko” — pomyślał, wykonując najostrzejszy z możliwych skręt w prawo, w stronę pełnego oceanu.
„Zobaczymy, co jeszcze potrafi.”
Żółto-czerwony punkt na radarze podczerwieni zbliżył się do miejsca, gdzie przed chwilą znajdował się Raptor, po czym skręcił w prawo i znalazł się 2 km za myśliwcem. Kapitan Mos zdrętwiał ze strachu.
„Nie da się skręcić pod kątem 90 stopni.”

Wtedy dotarło do niego to, o czym starał się nigdy nie myśleć podczas swojej kariery w armii USA. W istnienie czego nigdy nie wierzył. O czym piloci meldowali w latach 60-tych i 70-tych i co skończyło się na początku XXI wieku. Były to niezidentyfikowane obiekty latające. UFO.
Raptor był bezbronny. Do tego lotu nie podwieszono żadnego uzbrojenia. Nie licząc działka kalibru 20 mm, z amunicją wystarczającą na 5 sekundową serię.

Kapitan Mos zmniejszył ciąg silników i czekał. Wtedy obiekt na jego ogonie, którego nie był w stanie zobaczyć z kokpitu, znikł ponownie. Pomimo ryku silników odrzutowych miał wrażenie, że nastąpiła cisza i słyszy łomot własnego serca napędzanego adrenaliną. Nic. Cisza. Ponownie pustka i wspaniały lazur przestworzy.

Nagle 100 metrów przed kokpitem Raptora coś rozbłysło z taką mocą, że oślepiony pilot puścił przepustnicę i musiał zasłonić łokciem przyciemniany hełm. Światło było tak potężne, że wszystko wokół straciło swoje kształty i stało się białe jak śnieg. Wielka jasna kula światła zagrodziła z przodu drogę najlepszemu samolotowi bojowemu świata i leciała razem z nim po tym samym kursie. Trwało to może 5, 6 sekund. Kapitan w tym czasie zdążył tylko odruchowo skręcić maszyną w lewo, otwierając przepustnice na maksimum.
W tym momencie cała elektronika zgasła. Wszystkie urządzenia elektryczne straciły zasilanie. Silniki stanęły. F-22 Raptor stał się niesterowną czternastotonową bryłą metalu i zaczął spadać.

* * *

— Katapultuje się?
— Spokojnie. Nic mu nie będzie — odpowiedział Re.

Kilometr nad oceanem elektronika włączyła się i zresetowała. W Raptorze znów zaczęło płynąć życie. W ostatnim momencie, nad mlaszczącymi językami fal, myśliwiec poderwał się do góry.

Zawieszony w powietrzu oślepiający blask zaczął stopniowo ciemnieć, nabierając obłego kształtu. Po chwili stał się jednolitą, doskonale czarna kulą, która najpierw bardzo powoli, a potem z olbrzymią siłą, wystrzeliła pionowo w bezchmurne niebo.

* * *

Ciąg dalszy w następną niedzielę
 
………………………

  • C. Gretkus “CS” — [czytaj fragmenty]
  • Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Eprawda, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. “Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski “Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem “Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
    ………….
    24.12.2020 | Więcej: Puff of black

    C. GRETKUS Sztuczna inteligencja

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Kto jest kim w branży AI

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Elita Internetu

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Historyczne fakty

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Historia. Fakty. Medycyna

    C. GRETKUS Nie instaluj -- instalacje uliczne

    FELIETON | C. GRETKUS

    11 przykazanie artystów

    C. GRETKUS Demokracja feudalna -- felieton

    FELIETON | C. GRETKUS

    Decentralizacja państwa

    C. GRETKUS Kim był Jacque Fresco? -- felieton

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Nowy świat

    C. GRETKUS (Nie)reklamowalni -- felieton

    FELIETON | C. GRETKUS

    Daleko od OK

    C. GRETKUS Hejt po polsku -- artykuł

    FELIETON | C. GRETKUS

    Lubimy krytykować

     C. GRETKUS (Nie)jesteś produktem

    FELIETON | C. GRETKUS

    Po której jesteś stronie?

    C. GRETKUS "Miasto przyszłości"  -- Dubaj

    ARTYKUŁ | C. GRETKUS

    Jesteśmy w Dubaju

    Najważniejsze zdjęcie świata

    FELIETON | C. GRETKUS

    Malcolm Browne. 1963

    previous arrow
    next arrow
    Slider

    C. GRETKUS Evunis [proza]
    0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

    ..........................................................
    EPRAWDA — włącz newsletter | wynajmij redaktora
    [26] Komentarze
    1. hah

      ja juz wiem

      to tych 2 facetow za tym wszystkim stoi, tych ktorzy podrywali Ewunis przy barze a potem odeszli gdy przynęta w postaci ladnej kobiety zadziałała

    2. Autor z pewnością oprze oś fabuły wokół zagadki tożsamości kobiety – kim jest operator “zdalniaka” i czy jest nim ta realna Ewunis. Nie łudźmy się – narrator nam tego nigdy nie wyjawi. Autor będzie się z nami bawił w kotka i myszkę do samego końca

    3. “Zaczęli się kochać. Nagle włączył maskowanie i zniknął. Czuła go w sobie, choć go nie widziała.”

      Ciąg dalszy może w ten deseń? W każdym razie czekam z niecierpliwością -))

      • z fabuly wcale nie wynika, że przy barze rozpoznal avatara , moze myslal ze rozmawia z człowiekiem
        Jesli nie mógl jej skanowac i byla tak doskonale wykonana, to prawdopodobnie nawet z bliska byla idealnie prawdziwa

    Co było dalej?

    Komentarz może nie być widoczny od razu.
    Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
    Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.