Patrzyłem jak opat czytał w milczeniu pismo od biskupa. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Zapewne lata kontemplacji spowodowały zanik mięśni mimicznych — pomyślałem. Rozejrzałem się wokół. Moją uwagę zwrócił duży napis na ścianie:
Congregatio Clericorum Regularioum Sancti Pauli.
— Taaak — wyrwał mnie z zamyślenia głos opata.
— Eminencja prosi abyśmy serdecznie zajęli się księdzem i udostępnili nasze zbiory do badań.
— Szczególnie zależy mi na inkunabułach z XVIII wieku — wtrąciłem.
— Zakon barnabitów jest mało znany w Polsce, a jego historia jeszcze mniej. To podniesie wartość mojej pracy doktorskiej.
— Zgoda. Omówimy szczegóły w kapitularzu. Jestem Korneliusz. A teraz przedstawię księdzu brata Kleofasa, który do tej pory zajmował się naszą biblioteką. Jest bardzo sędziwy i dużo jeszcze pamięta, zapewne będzie bardzo pomocny w tej sprawie. Chodźmy.
Ruszyłem posłusznie za moim przewodnikiem. Mijając poszczególne korytarze odkrywałem piękno tego klasztoru. Białe ściany, pokryte patyną czasu, budowały aurę powagi i tajemniczości. Nieliczne blade freski, wzmacniały tę kompozycję próbując wprowadzić odrobinę zadumy. Otaczał mnie chłód. Fizyczny i duchowy. Poczułem się nagle bardzo samotny.
Weszliśmy do dużego pokoju zapełnionego niezliczoną ilością książek. Były dosłownie wszędzie. Na wszechobecnych regałach, na podłodze i stołach. Ten widok wzbudził radość w moim sercu.
— Bracie Kleofasie! — zawołał opat.
— Kleofasie, gdzie jesteś!?
W odpowiedzi usłyszeliśmy cichy pomruk. Zza sterty woluminów wyłonił się powoli krzepki staruszek w habicie. Z wyglądu mógł mieć blisko osiemdziesiąt lat, jednak jego wesołe oczy nadawały mu wyraz młodzieniaszka.
— Tutaj, szefie — odpowiedział wesoło mnich.
— Już się nigdy nie zmieni — powiedział cicho z wyrzutem opat.
— Przedstawiam ci księdza Marka. Ksiądz zbiera materiały o naszym zgromadzeniu do swojej pracy naukowej. Proszę udostępnić mu wszystkie zbiory i służyć pomocą.
Kleofas słuchał ciekawie nadstawiając lewe ucho. Jego uniesione brwi zwiastowały wielkie zaciekawienie. Chyba rzadko miewał tutaj gości.
— Tak, szefie — odpowiedział brat-bibliotekarz. Potem spojrzał badawczo na mnie i dodał:
– Pokażę księdzu nasze księgi i opowiem co nieco. Póki pamiętam.
W oddali rozległ się głos bijącego dzwonu.
— Już druga — powiedział opat
— Czas na posiłek. Zapraszam do refektarza.
— Dziękuję. Z miłą chęcią — odrzekłem i spojrzałem na nieobecnego duchem Kleofasa, który zdawał się stracić zainteresowanie naszym towarzystwem i znowu zatracił się w książkach. Opat Korneliusz podchwycił moje spojrzenie. Westchnął i powiedział znużonym głosem:
— Kleofasie, obiad. Obiad!
— A … , tak, tak. Obiad to dobra rzecz. Już idę.
Wyszliśmy z pokoju i dostojnie podążaliśmy w głąb korytarza.
— Czas ma tutaj pojęcie względne — wyjaśnił Korneliusz uprzedzając moje pytanie.
— Po posiłku, zapraszam księdza na modlitwę na nonę. Później brat Euzebiusz pokaże księdzu jego celę. Nie mamy tutaj wygód, to nie jest najważniejsze.
— Oczywiście — zgodziłem się.
— Od godziny piątej do szóstej urzęduję w kapitularzu. Jeśli będziesz miał synu jakieś pytania, to z chęcią na nie odpowiem.
Popatrzyłem w oczy opatowi. Chociaż znał mnie dopiero od kilku chwil, chyba zaczynałem zaskarbiać sobie jego sympatię. Nie zdążyłem odpowiedzieć. Weszliśmy do refektarza. Kilkunastu braci zakonnych siedziało przy długim stole. Ich uwaga była podzielona. Część z nich ciekawie patrzyło na moją osobę, natomiast pozostali wpatrywali się w dymiący talerz zupy stojący przed nimi. Wraz z błogosławieństwem opata rozpoczęliśmy przaśny posiłek. W tle słychać było tekst Pisma Świętego czytanego przez lektora.

* * *

Minęło kilka dni zanim przywykłem do życia zakonnego. Było bardzo uporządkowane. Modlitwy i codzienne zajęcia przeplatały się wzajemnie. Jedynym miejscem, gdzie mogłem pozwolić sobie na odrobinę wolności była klasztorna biblioteka. Odkrywałem stare inkunabuły, chłonąłem ich treść, robiłem notatki. To było to, co kochałem. Brat Kleofas okazał się być doskonałym kustoszem. Jego pamięć była nieomal tak obszerna jak zakonny księgozbiór. Oprócz cennych wskazówek naukowych, Kleofas wykładał mi regułę swojego zakonu, jego historię i podania. Legendy, które w ustach zakonnika czasami brzmiały bardzo rubasznie. Tego wieczoru kończyliśmy już pracę, kiedy na przypadkowo otwartej stronie księgi znalazłem dziwne zapisy. Cały margines strony zapełniony był ręcznym pismem, a obok odciśnięta była czerwona pieczęć. Spojrzałem dokładniej na pierwszą stronę księgi. Szybko przełożyłem tekst z łaciny. Wynikało z niego, że to był dziennik opactwa z XVIII wieku. Z zapisów wynikało, że jeden z ówczesnych zakonników, brat Bonifacy, nagle został karnie usunięty z zakonu i została nałożona na niego ekskomunika. To wydarzenie zapewnie nie było chlubą tego zgromadzenia. Zastanawiałem się jakie przewinienie popełnił ten człowiek.
— Bracie Kleofasie — zapytałem podnosząc wzrok znad księgi.
— Znasz dobrze historię zakonu. Kim był brat Bonifacy?
– Kto? – odpowiedział pytaniem.
— Bonifacy. Żył w tym klasztorze w XVIII wieku.
Kleofas zastanawiał się przez chwilę. Patrzyłem jak jego wesoła twarz zastyga w grymasie.
— Nie pamiętam – odpowiedział. Jednak nawet jego ton głosu mówił coś przeciwnego.
— Z materiałów wynika, że brat Bonifacy był księgarzem. Musisz znać jego historię. Musiało być głośno o tym przypadku.
— To nie był przypadek. To był człowiek. A zresztą nic nie wiem. Nie pytaj mnie więcej o niego. Jestem zmęczony.
Odgłos dzwonu wzywał nas na posiłek do refektarza.

* * *

Przez kilka następnych spotkań nie poruszaliśmy tego tematu. Kleofas stał się bardziej milczący, co sprawiało mu widoczną trudność. Zauważyłem także podczas posiłków znaczące spojrzenia opata w kierunku Kleofasa. Nie miałem już wątpliwości. Próbowali ukryć jakąś tajemnicę. Zamierzchłe wydarzenie, które rzucało mroczny cień na całe zgromadzenie.
Tego dnia myszkowałem pośród zakurzonych półek z księgami w rogu pokoju. Kleofas zmorzony grypą pozostał dzisiaj w łóżku, więc mogłem nieskrępowanie poddać się mojej pasji. W starych, pokrytych pyłem woluminach odnajdywałem nieco zatarte już ślady historii ludzi, którzy oddali swoje życie w służbę Bogu. Z czasem wiedziałem o nich coraz więcej. Co jedli i pili trzysta lat temu, czy też listy darczyńców klasztoru na przestrzeni wieków. Szczególnie duże kwoty znalazłem przy nazwisku hrabianki Klary Koniecpolskiej, jak z trudem odczytałem. Cyfry zapisane w dokumentach były dobrze widoczne, natomiast samo nazwisko ofiarodawczyni było niestarannie zalane atramentem. Dziwne — pomyślałem. Nagle jakiś cień mignął mi przed oczami. Podniosłem wzrok. Ujrzałem na częściowo zakrytej przez regały ścianie wyblakłe litery. Wzbudziło to moją ciekawość. Ostrożnie odsunąłem biblioteczkę. Przede mną ukazała się szara ściana z ledwo widoczną inskrypcją łacińską. Niech Pan przebaczy tym, którzy pobłądzili — przetłumaczyłem szeptem. Przyjrzałem się dokładniej murom. Tynk w owym miejscu był nierówny i miał inny odcień od pozostałej części. Myśli kotłowały mi się w głowie. Dlaczego ta część ściany została tak zamaskowana? W jakim celu? Co zakonnicy chcieli ukryć? Moja żyłka naukowca zwyciężyła nad regułą posłuszeństwa. Myślałem gorączkowo. Po kilku minutach w mojej głowie urodził się szalony plan, który miałem wykonać już dzisiejszej nocy.
— Tylko skąd ja wezmę kilof i cement? — powiedziałem półgłosem.
Czas nieuchronnie zbliżał mnie do rozwiązania mrocznej tajemnicy.

* * *

Światło księżyca rzucało nikły blask na moje łóżko. Spojrzałem na zegarek. Było dwanaście minut po północy. Już czas — pomyślałem. Cicho wstałem z posłania, wziąłem przygotowane wcześniej narzędzia i bezszelestnie wyszedłem z celi. Po kilku sekundach moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności i mogłem już rozpoznawać kształty. Po chwili znalazłem się u drzwi biblioteki. Wsunąłem klucz do zamka i przekręciłem. Głuchy odgłos otwieranych drzwi odbił się od ścian i poleciał w głąb korytarza. Wstrzymałem oddech. Ogarnęła mnie martwa cisza. Wszedłem do pomieszczenia. W świetle zapalonej świecy odsunąłem cicho regały i przygotowałem narzędzia. Pierwsze uderzenie kilofa w moich uszach wydawało się sprawiać ogromny hałas. Na szczęście już po kilku stuknięciach ściana zaczęła się kruszyć. Moje ruchy kilofem były coraz szybsze. Nie panowałem już nad sobą. Mechaniczny rytm uderzeń był zgodny z szybkim biciem mojego serca. Nagle zamarłem. Po opadnięciu pyłu, w ścianie zobaczyłem dość duży, niesymetryczny otwór. Wziąłem świecę do ręki i z wahaniem zajrzałem do środka. To, co ujrzałem przerosło moje oczekiwania. W bladym świetle dostrzegłem dwoje martwych ludzi leżących obok siebie na podłodze. Suche powietrze sprawiło, że zwłoki nie uległy rozkładowi, ale przekształciły się w mumie. Można było dostrzec nie tylko doskonale zachowane ubiory, ale i mimikę ich twarzy. Gdy uczyniłem krok do wewnątrz komórki poziom mojej adrenaliny sięgnął zenitu. U jednego z nieboszczyków zachowały się długie, blond włosy. Były to włosy kobiety. Pot spływał mi obficie z twarzy. Skąd wzięły się tutaj te ciała? Dlaczego zostały zamurowane? Dlaczego zmarła kobieta ubrana jest w męski, zakonny habit? Te niekończące się pytania napływały do mojej głowy jak zakazane myśli. Nie znałem na nie odpowiedzi. Kątem oka zobaczyłem niewyraźny napis wyryty na ścianie. Zbliżyłem świecę. Z napięciem odczytałem przesłanie:

Bonifacy i Klara
Amor vincit omnia
Amen
1789

Bonifacy!? Ten Bonifacy? I Klara! — myślałem w popłochu. Dopiero po chwili zacząłem kojarzyć fakty.
— Widzę, że już poznałeś prawdę — usłyszałem nagle głos za moimi plecami. Odwróciłem się szybko. Przede mną stał opat Korneliusz a za nim chował się Kleofas.
— Tak. To brat Bonifacy i Klara Koniecpolska. Razem. Na zawsze. To był ich wybór. Nie chcieli się podporządkować Kościołowi. Zostali kochankami aż do końca.
— Ale – wykrztusiłem – dlaczego ktoś zamurował ich żywcem. Przecież to nieludzkie.
— Prawa boskie są ponad ludzkimi — odezwał się milczący dotąd Kleofas.
— Ale oni myśleli inaczej. Byli młodzi. Bonifacy zanim wstąpił do klasztoru był zakochany w Klarze. To była podobno wielka miłość. Jednak wybrał inaczej. Nałożył habit i próbował zacząć nowe życie. Hrabianka jednak nie dawała za wygraną. W przebraniu mnicha przenikała do klauzury i potajemnie spotykała się z Bonifacym. W końcu uległ jej. Na poświęconej ziemi!
Kleofas oparł się o stół i ciężko oddychał. Po chwili ciągnął dalej opowieść.
— Trwało to ponad rok, gdy ówczesny opat przyłapał ich podczas spotkania. To był wielki skandal.
— Skandal? To szatan kierował ich uczynkami. Schował się tutaj jak złodziej próbując ukraść to, co najcenniejsze. Czystą, nieskalaną duszę — dodał gniewnie opat.
— Biskup nie chcąc nadwyrężać reputacji Kościoła nakazał załatwić to we własnym zakresie. Dawne prawo nakazywało kamieniować cudzołożników. Ale bractwo nie mogło być tak okrutne. Zarazem sprawa nie mogła wydostać się na zewnątrz. Kochankowi sami wybrali sobie rodzaj kary. Chcieli na zawsze pozostać razem. Nawet po śmierci.
— I tak zachowano tajemnicę. Aż do dzisiaj, kiedy zburzyłeś nasz i ich spokój — dodał gniewnie Korneliusz.
— Spokój!? — uniosłem się.
— Zabiliście ich miłość a także ich samych.
— Bonifacy wybrał służbę Panu. Od tego już nie ma odwrotu.
— To wszystko jest chore! Rozumiecie!? Chore!
— wykrzyknąłem i wyskoczyłem z biblioteki. Biegłem jak oszalały korytarzem czując złowrogi oddech na moich plecach. Przecież tak nie można. To nieludzkie i nieuczciwe – dziwne głosy kołatały mi się w głowie. Oszalały z gniewu i bezsilności opadłem na posłanie. Resztkami umysłu zauważyłem, że świat wokół mnie zaczął wirować. Potem nastąpiła ciemność.

* * *

Poranne bicie dzwonów obudziło moją świadomość. Powoli przypominałem sobie wydarzenia poprzedniej nocy. Zwlokłem się z łóżka i padłem przed krucyfiksem. Długo wpatrywałem się w postać Jezusa. W myślach zadawałem sobie pytania. Czy miłość jest grzechem? Czy Klarę i Bonifacego musiał spotkać taki los? Czy dobrze wybrałem?
Pytania rodziły następne wątpliwości. Było ich coraz więcej. Rozpalały mój umysł do granic wytrzymałości. Nawet nie zauważyłem jak w drzwiach celi stanął młody zakonnik.
— Czy wszystko w porządku? — zapytał z troską w głosie widząc mnie na podłodze.
— Tak. Nie. To znaczy, nie wiem — odparłem.
— Opat prosi księdza do kapitularza. Jak najszybciej.
— Już idę. Muszę tylko coś załatwić — odpowiedziałem beznamiętnym głosem.
Poczekałem aż drzwi celi zamknęły się i sięgnąłem po torbę.

***

W kapitularzu oczekiwał mnie opat Korneliusz. Jego twarz wyrażała powagę ale i zakłopotanie. Gestem wskazał mi krzesło naprzeciw siebie.
— Rozmawiałem dzisiaj rano z księdzem biskupem – rozpoczął, badawczo lustrując mnie wzrokiem.
— Jego eminencja wstrzymuje badania księdza i zawiesza pobyt w tym klasztorze.
Nie wzbudziło to u mnie żadnych gwałtownych emocji. Było mi tylko trochę duszno. Sięgnąłem do szyi i rozpiąłem kołnierzyk.
— Postawa księdza jest ogromnym zaskoczeniem dla nas wszystkich. To niedopuszczalne.
— Czy wierzysz w drugiego człowieka? – przerwałem mu bezceremonialnie.
— …? Czy ksiądz się dobrze czuje?
— Czym jesteśmy bez miłości? Tylko pustym naczyniem. Nasz Pan chyba nie chciał stworzyć pustych rzeczy. Amor vincit omnia — miłość wszystko zwycięża.
— Ksiądz zwariował!
— Nie. Tylko przemyślałem parę rzeczy — rzuciłem wiercąc się.
— Duszno tutaj.
Rozpiąłem szerzej kołnierzyk, wyjąłem koloratkę i rzuciłem na stół.
— Muszę odpocząć. Jestem już spakowany, nie trzeba mnie odprowadzać.
Wstałem i chwyciłem torbę leżącą przy drzwiach.
— Z Bogiem — rzuciłem.
Wychodząc z klasztoru minąłem grupę robotników w ubrudzonych cementem fartuchach. Usłyszałem jeszcze głos z oddali:
— To gdzie mamy coś zamurować?
Dźwięk zamykanej bramy przyjąłem z ulgą. Potrzebowałem spokoju dla mojej obolałej duszy. Ściskając krzyżyk w dłoni ruszyłem przed siebie. Zaczynał się nowy dzień.

Marzec 2008.
…………………………………
Janusz Kordek (luckyman) — krakowianin. Pasjonuję się muzyką, teatrem, malarstwem oraz dobrą literaturą. Pierwsze teksty literackie zacząłem publikować na portalu Opowiadania.pl, gdzie dwa razy udało mi się zdobyć nagrodę miesiąca za najlepsze opowiadanie. Wybrane, najciekawsze teksty zebrałem i wydałem w zbiorze opowiadań “Zapach duszy” (Wydawnictwo MyBook). Później zaczęła się przygoda z portalem Extrastory.pl oraz internetowym kwartalnikiem literacko-artystycznym “sZAFa”. Jednak wciąż poszukuję.
Zdjęcie na stronie głównej: Francisco Goya “La Maja Desnuda” 1800 rok.
18.02.2020

JANUSZ KORDEK Amor vincit omnia
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.