Będziesz miał taki raj, jaki jesteś w stanie sobie wyobrazić — mawiała moja żona. I chyba miała rację.

Ja swój znalazłem na małej, cichej uliczce. Schowany w niezbyt obszernej piwnicy, oświetlony blaskiem świec i wypełniony dymem tytoniowym. Pub nazywał się New Orlean Jazz Bar i często stawał się moim azylem. Barierą od świata zewnętrznego, gdzie mogłem cały zatopić się w muzyce. Synkopowany rytm dźwięków kontrabasu dziwnie współgrał z moim rytmem bicia serca. Nie wiem, co na to powiedzieliby kardiolodzy, ale ta symbioza bardzo mi odpowiadała. Rozmowa puzonu z trąbką nadawała treść temu przedstawieniu, a nad całą sceną górował zachrypnięty głos wokalistki. Miała na imię Patrycja. Jej barwa głosu była niezwykła i nie pasowała do wyglądu kobiety. Miała filigranową, zgrabną figurę i krótko obcięte włosy. Ubrana była w długą, czarną suknię, a na jej szyi zwisał srebrny medalion na długim łańcuszku. Jej wiek był trudny do odgadnięcia. Mogła mieć zarówno trzydzieści, jak i czterdzieści lat. Śpiewała z lekko przymkniętymi oczami, starając się artykułować każdą nutę. Miała po prostu talent. Budowała głosem niezwykłą atmosferę. Skupiała na swoim występie uwagę wszystkich osób siedzących przy stolikach.

Rozejrzałem się po sali. Znałem z widzenia prawie wszystkich. Tak samo, jak ja, starali się uciec od codzienności i chociaż na chwilę zapomnieć o swoich problemach. Przy bocznym stoliku siedział dobrze ubrany mężczyzna w średnim wieku. Niespełniony muzyk, który instrument zamienił na teczkę z dokumentami. Jego świat był bardzo uporządkowany, zdominowany przez pracę od ósmej do szesnastej, dom, spacer z psem. Ale w każdą środę jego dawna pasja odżywała. Zajmował w pubie swój ulubiony stolik, luzował krawat na szyi i pozwalał się nieść muzyce. Wystukiwał stopą rytm utworów, a jego rozpromieniona twarz pozwalała sądzić, że w tym momencie był szczęśliwym człowiekiem.

W kącie piwnicy tuliła się para nastolatków. Powyciągane swetry mieszały się ze sobą w splot, jaki trudno byłoby wymyślić. Ich usta raz po raz spotykały się, a oczy płonęły pożądaniem. Emanowali czystą miłością. Muzyka otulała ich ciała i prowadziła na wyższe stany świadomości. Dreszcz podniecenia był zaraźliwy i przechodził na wszystkich słuchających.

Tuż pod samą sceną siedziała starsza kobieta. Z pomarszczonej twarzy można było wyczytać całe jej życie, pełne smutku i cierpienia. Siwe włosy, zaczesane w kok, nadawały tonu powagi, ale jej dusza z pewnością była dużo młodsza. Razem ze swoim mężem podobno od lat przychodzili do tego lokalu i zasiadali przy tym samym stoliku. Nie mieli dzieci. Żyli tylko dla siebie. Dzielili się codziennymi radościami i smutkami. Po połowie. Bardzo lubili swing i byli gośćmi zawsze do ostatniego utworu koncertu.

Niestety, od pewnego czasu nie widziałem jej męża. Nie zastanawiałem się nad tym, ale dzisiaj staruszka wyglądała odmiennie. Jej oczy były smutne. Nieobecne. Kobieta wstała z krzesła i powoli podeszła do sceny. Skinęła drżącą ręką na wokalistkę, a kiedy ta schyliła się, szepnęła jej do ucha parę zdań. Patrycja zamarła przez chwilę w bezruchu, po czym pocałowała staruszkę w policzek i wyprostowała się. Podeszła do mikrofonu.

— Proszę państwa — powiedziała.
— Właśnie dowiedziałam się, że wczoraj zmarł mąż pani Wiktorii. Był stałym gościem naszego pubu. Wiernym słuchaczem. Miał dwie miłości, żonę i muzykę. Pożegnajmy go, jak na jazzmana przystało.
Chwila ciszy obiegła lokal, ale zaraz zakończyła żywot. Z głębi sali ktoś cicho zanucił stary szlagier Louisa Armstronga. Znałem te słowa na pamięć:

Podróżujemy po śladach
Tych, którzy odeszli
Ale wszyscy znów się połączymy
Na nowym, słonecznym brzegu

Trębacz podchwycił melodię i Patrycja zaśpiewała refren:

Oh when the Saint go marching In
Oh Lord I want to be in that number
When the saints go marching in*

Wkrótce śpiewała cała sala. To był hymn, który oddawał cześć temu człowiekowi. Jego już nie było, ale pozostawił po sobie piękne wspomnienia. Żył tak, jak chciał, na pewno miał dobre i złe chwile, ale zawsze towarzyszyła mu muzyka. Pewnie wymarzył sobie piękny raj.

Spojrzałem na panią Wiktorię. Oczy staruszki stały się wilgotne i kilka łez spłynęło po pomarszczonych policzkach. W tej chwili tworzyliśmy jedność.

Przecież wszyscy byliśmy jazzową rodziną.

……………………………………………………….
Janusz Kordek (luckyman) — krakowianin. Pasjonuję się muzyką, teatrem, malarstwem oraz dobrą literaturą. Pierwsze teksty literackie zacząłem publikować na portalu Opowiadania.pl, gdzie dwa razy udało mi się zdobyć nagrodę miesiąca za najlepsze opowiadanie. Wybrane, najciekawsze teksty zebrałem i wydałem w zbiorze opowiadań “Zapach duszy” (Wydawnictwo MyBook). Później zaczęła się przygoda z portalem Extrastory.pl oraz internetowym kwartalnikiem literacko-artystycznym “sZAFa”. Jednak wciąż poszukuję.
………..
*fragment utworu Luisa Armstronga When the Saints Go Marching In
Ilustracja: Ka-Son
05.10.2015

JANUSZ KORDEK W rytmie swingu
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.