Gołębie to ptaki, które uważają, że są bardziej uprzywilejowane niż ludzie. Przywłaszczyły sobie place, parki i chodniki, po których paradują dumnie, wypatrując kolejnej ofiary, są prawdziwym utrapieniem. Całymi dniami osaczają przechodniów, niczym natarczywy sprzedawca chcący upchnąć felerny towar naiwnym nabywcom. Żebrzą o najmniejszy okruszek, przebierając małymi nóżkami wokół potencjalnej ofiary, a potem gruchają z radości, wydziobując resztki jedzenia. Najgorzej jest, gdy nieświadomi lokatorzy smażą się na zatłoczonej plaży lub wylegują w zapluskwionym hotelu na drugim końcu Polski, a wtedy one, niczym rasowy złodziej, zakradają się po cichu i przejmują balkon.
Tylko w moim mieszkaniu było inaczej: bez żadnych zasad, nie czekały, aż wyjadę, tak jakby wiedziały, że to bezcelowe, bo wcześniej wyniosą mnie stąd nogami do przodu. Pewnie dlatego mój balkon na trzecim piętrze od strony południowej przywłaszczyły sobie bez skrupułów. Nie przewidziały tylko, z kim mają do czynienia.

Każdego dnia po porannej kawie walka zaczynała się od nowa. Krzyczałam do utraty głosu, wymachiwałam dłońmi, chociaż cierpły mi potem i bolały, robiłam straszne miny i groziłam palcem. Bardzo dziwiło mnie, że to nic nie znaczy — patrzyły jak na starą wariatkę, stroszyły piórka i odwracały się w przeciwnym kierunku. Może myślały, że to już koniec, śmiejąc się po cichu swoim ptasim śmiechem, ale to ja szydziłam z nich, obmyślając dalszą część planu. Kolejna runda rozpoczęła się od wymachiwania laską, uderzania pięścią w szybę i straszenia intruza ścierką albo gazetą, tak jak robi się z kotem, gdy bez pozwolenie zakradnie się za próg domu.

* * *

Otwieram oczy i szukam mgły, może to nie dziś albo nie było jej tu wcale. Mgły, która w minionym świecie długo jeszcze unosi się nad ziemią, otulając wierzchołki drzew miękką poświatą, zlewając się w całość i tworząc zaproszenie do raju. Mgły, którą na kanciastych krawędziach ruin, nazywanych kamienicami, można sobie tylko wyobrazić, wierząc w zapewnienia synoptyków, którzy podobno nigdy nie kłamią, że opadnie.

JUSTYNA GRĘDEL proza
Miasto uśpione na krótką pauzę, o poranku zaczyna żyć na nowo, z jeszcze większym impetem. Najpierw delikatnie, powoli, przecierając posklejane powieki, na ślepo włączając ekspresy i elektryczne czajniki, aż w końcu silniki, jak przyciski na pilocie… uruchamia niekończącą się historię, podobną do tej z wczoraj i sprzed tygodnia. Smród wdziera się przez uchylone okno i zagnieżdża w każdym kącie, nie dając odetchnąć, nie pozwalając poczuć zapachu wiosny. Słońce wychyla się zza węgła, delikatnie rozświetla mrok, zagląda za firankę, najpierw powoli, a potem bez uprzedzenia uderza promieniami z całą mocą.
Codziennie czekam na koniec tej udręki, a gdy miasto zapada w odrętwienie, na moment wstrzymując oddech, gdy wydaje się, że to już, zło znowu budzi się do życia. Z nową energią, odbijają się od ścian, podeszwy jak wystrzały z karabinów uderzają w sufit, nie śpię, czuwam. Strategię mają stałą, nie ma w niej zaskoczenia, najpierw będą krzyczeć, podkręcać swoje sprzęty grające, naigrawać się z nudnych staruszków, posępnych biznesmenów z dużymi brzuchami i wychudzonych matek z gromadką dzieci. Będą kłócić się ze światem tak długo, dopóki nie osiągną celu, którego jeszcze nie wyznaczyli. Cel jest zmienny, chociaż zawsze ten sam, ulotny i trudny do wytłumaczenia, jak filozofia starożytnych myślicieli, której oni sami w pełni pojąć nie mogli. Tylko im znane są zasady gry, która trwa tak długo, jak długo istnieje świat, bo takie jest zadanie buntowników, nieustających w zmaganiach o lepszy los uciśnionej warstwy ludzi młodych.

Każdej nocy z mozołem przekręcam się na drugi bok, zapominam o bólu i marzę o raju, a gdy śnię na jawie, tracę czujność. Nie słyszę uderzeń nad głową, dopiero gdy wracam, przypominam sobie co robić, zaciskam pięści i wybiegam z mieszkania. Biegnę, przeskakując co drugi schodek i dopadam drzwi. Uderzam pięścią w drewniane deski, robię tak długo, bez ustanku, aż zamek przekręca się ze zgrzytem. Małe czarne oczka kurczą się ze strachu. Wyciągam dłoń i milczę, a one już wiedzą, co mają robić, i zrobią wszystko, co tylko im każę. Wracam do łóżka i wślizguję się pod kołdrę, już jest dobrze, jest cicho, nie słychać przeklętej muzyki oszalałych studentów, a ja śnię dalej.
Gdy gasną uliczne latarnie, wiatr w ciemnościach smaga zielone gałęzie, wokół pusto, czasem tylko przebiegnie zagubiony szczur, ja prowadzę lekcje. Wyciągam dłoń, moja smukła sylwetka góruje nad nimi, kruczoczarne włosy starannie upięte nad karkiem, kremowy kołnierzyk otula szyję, zapada cisza. Małe oczka uciekają w najbliższy kąt ciasnej sali, ale nie są w stanie się schować. Podrywają się z otępienia i już za moment każda sylwetka zwrócona jest w stronę porcelanowej twarzy swojej nauczycielki. Podziwiają mnie i szanują tak bardzo, że nie mają odwagi spojrzeć w przeciwnym kierunku. Recytuję z pamięci frazy antycznych poetów, filozofów, będących mi jak bratnie dusze, oni bełkoczą, jąkają się jak tępi wieśniacy, zakładam nogę na nogę i czekam.
Jedni mówią o próżności, ja wolę nazywać to poczuciem własnej wartości, bo co wart jest człowiek, którego każde działanie paraliżuje strach. Funkcjonuje, może nawet od czasu do czasu czuje zadowolenie i nieuzasadnioną satysfakcję, ale czy jest w stanie osiągnąć coś ponad martwe ramy czterech ścian. Czym byłby świat, gdyby nie naukowcy, artyści, wszyscy ci, którzy łamali stereotypy skromnego człowieka, matki i ojca, którzy tak jak ja mieli świadomość tego, kim są i jak wiele znaczą.

Czuję, że moja głowa stała się wielkim kamieniem, którego nie mam siły dźwigać, a moja szyja jest z waty i odcina się od reszty ciała. Wydaje mi się, że już tak zostanie, ale jest jak zawsze. Po kilkunastu sekundach czuję mrowienie i z całej siły wbijam paznokcie w uda, jakbym chciała się ukarać, że znowu zasnęłam przy stole. Jestem zła i martwię się, że to zepsuje mi cały dzień, ale kieruję oczy w stronę balkonu, unoszę kąciki ust i czuję przyjemne ciepło. Zacieram ręce z rozkoszy, a moje policzki rozpala wizja zwycięstwa i myśl uderzająca do mózgu, że już nie wrócą. Wczoraj odniosłam jeden z licznych sukcesów w swoim życiu, gdy nieprzyjazne intruzy, z niezadowoleniem i jakby z żalem, wykonały ostatnią poobiednią toaletę, zostawiając tyle piór, ile były w stanie, a potem odleciały.

Ciągnę za zasłony i patrzę, przekrzywiam głowę, że aż czarne świetliki zaczynają biegać mi przed oczami, nachylam tułów jak atletka, chrupie mi w krzyżu, tylko się upewniam. Przemieszczam się pół metra swoim pojazdem, opadam na krzesło przy okrągłym stole i uśmiecham się na widok lnianego obrusu, na którym porcelanowy dzbanek przypomina mi, że jestem damą. Maksymalnie prostuję sylwetkę i zasiadłam do porannej herbaty.
Przestaję oddychać, ale tylko na chwilę, żeby słyszeć, czy nadlatują, bo wydaje mi się, że szeleszczą skrzydła, a zwinne nóżki kokoszą się na rozgrzanym betonie w starannie uwitym gnieździe. Zimny napój płynie mi po brodzie, raz za razem kapiąc na błękitny szlafrok, ale tylko dlatego, że na moment straciłam czujność przez podłych intruzów.

* * *

Mam wrażenie, że nadchodzi pora deszczowa jak w dzikich lasach amazońskiej puszczy, gdy budzi mnie deszcz, bijący o szybę z takim impetem, że marszczę czoło i naciągam kołdrę pod same uszy. To już drugi dzień, od kiedy ich nie ma. Jest chłodno, co czuję nawet przed podwójną warstwę okrycia, to z oszczędności. Emerytura nauczycielki nie pozwala na życie w luksusie, społeczeństwo nigdy nie ceniło swoich elit, pozwalając im zdychać jak szczury w kanałach. A może to ze starości i mniejszej odporności na niskie temperatury? Wzdrygam się na wspomnienie staruszek w pierwszych ławkach, w wiejskim kościele, z wytartymi paciorkami różańca owiniętego na zgrabiałych palcach, jakby już za moment miały położyć się w trumnie. Nienawidziłam tych żółtoszarych twarzy poprzecinanych szeregiem bruzd, z wąskimi oczami jak u Hindusów, wypatrującymi możliwej sensacji, odrobiny rozrywki w swoim ograniczonym świecie. Nienawidziłam głośnych szeptów przy płotach, pod sklepem i za każdym rogiem, gdzie udało im się na krótką chwilę wymigać od pracy. Wyciągniętych palców w kierunku każdej „ladacznicy”, która nie była do nich podobna. Nigdy nie były w stanie zobaczyć więcej, wybić się poza skrawek nieurodzajnej zmieni, którą każdego roku z potem na czole nawoziły, pieliły, modląc się o lepsze plony, by móc zaimponować tej drugiej. Nienawidziłam zaściankowego imperatywu, nakazującego pluć na każdą kobietę inną niż one, ślepo zapatrzone w fałszywe ideały nazywane tradycją.

Przygryzam sobie język i syczę z bólu, masując drżącymi palcami popękane wargi, które są suche jak piach. Mówi się, że u starych osób zmniejsza się ilość wody w organizmie, a ja zastanawiam się, po co jest starość.
Podnoszę tułów, przytrzymując się półki nad łóżkiem, siadam na twardym materacu oparta o stos poduszek i trzęsę się z zimna. Rozmazane obrazy wirują w głowie, czuję ból, ale ciężko opisać skąd pochodzi, mam wrażenie, że biegnie w linii prostej od czubka głowy, aż po duże palce u nóg. Chcę coś powiedzieć, ale mam zbyt sucho w gardle, chce mi się pić, więc czekam, aż syn poda mi wodę, bo mój mąż nie żyje, nigdy nie było z niego pożytku. Jedyne co zmienił w moim życiu to nowe dialogi u starych bab, znienawidziły mnie jeszcze bardziej, gdy szłam pod rękę z moim narzeczonym na niedzielną sumę. Był wysoki, szczupły i całkiem przystojny ze swoimi jasnymi, prawie blond włosami i błękitnymi oczami, wyglądał nie najgorzej, ale jak każdy mężczyzna nie był zbyt mądry.
Coraz bardziej chce mi się pić, ile można czekać na wodę, desperacko otwieram usta jak ryba wyłowiona z wody i chcę krzyknąć nagląco, ale przypominam sobie, że mój syn ze mną nie mieszka. Chcę do niego zadzwonić, powiedzieć co o tym wszystkim myślę, że to niehumanitarne tak traktować matkę, która prosi tylko o odrobinę wody, by zwilżyć spierzchnięte usta, ale przypominam sobie, że nie znam jego numeru.
Z komody, swoimi niebieskimi oczami, spogląda na mnie mały chłopiec, a ja zaciskam powieki i próbuję sobie przypomnieć, kiedy przestał być moim synem. Miał być mądry i dzielny jak biblijny Dawid, bo tak dostał na imię, a teraz może już nie ma go wcale. Jego ojciec rozpromieniał się za każdym razem, gdy patrzył na małe piąstki zaciśnięte na swoim dużym palcu, śmiał się, że wyrośnie z niego prawdziwy siłacz. Obydwaj jak dwie krople wody, z każdym rokiem coraz bardziej zlewali się w jedną całość. Nawet książki czytali w tym samym czasie, on lektury szkolne, a jego ojciec rolnicze poradniki dla idealnych wiejskich gospodarzy. Tylko ich cechy charakteru budowały pomiędzy nami intelektualną przepaść nie do przejścia.

Dzisiaj w samo południe, gdy w radiu jakiś podrzędny grajek odgrywał hejnał z wieży Mariackiej, usłyszałam je na balkonie. Na odgłos trzepotu skrzydeł podskoczyłam do góry jak piłka, aby podbiec do okna, przywitać się z tymi obrzydliwymi ptakami, co bez pytania zakradają się na ludzkie balkony. Pomyślałam, że pozwolę im zostać, ale tylko na moich zasadach. Nie będę ich dokarmiać, to wykluczone, w ogóle do nich nie wyjdę i wcale nie dlatego, że jestem za stara albo że mój pojazd nazywany chodzikiem, nie przejedzie przez idiotyczny próg, ale dlatego, że nie mam ochoty. Pozwolę im zostać i muszą się tym zadowolić, a wiedzą już, że potrafię władać innymi jak prawdziwa królowa, w końcu jestem damą.

Gdy ułożyłam w głowie co powiedzieć, bo wydawało mi się, że je słyszę, zerwałam się, by podbiec do szyby, i właśnie wtedy wywinęłam orła jak akrobatka i runęłam na lepki parkiet, na który dwie godziny temu wylała się herbata.
Teraz leżę i patrzę na pajęczynę otaczającą masywny klosz, nigdy wcześniej jej tutaj nie widziałam. Nie ruszam się, ale nie dlatego, że nie dam rady, bo mam prawie osiemdziesiąt lat i pół godziny temu potknęłam się o ramę tego przeklętego chodzika, po prostu nie chcę.
One na pewno już tam są, paskudne ptaki, nie czekały na gest dłoni, bezkarnie wróciły do gniazda na moim balkonie. Nie ruszam się, bo jestem zmęczona, nie dlatego, że nie mogę podnieść swojego chudego ciała. Poleżę tak jeszcze trochę, cichutko, niech myślą, że jestem obrażona, paskudne gołębie, niech się martwią, że ich pani umarła, niech myślą, że mi wcale nie zależy.
Coś chrupie mi w szyi, okropny odgłos przypominający łamane patyki, gdy przekręcam głowę, by zobaczyć szklane drzwi, ale zasłania je ogromna dębowa komoda, a na niej on, znowu nie wie jak się zachować, odziedziczył to po swoim ojcu. Dawid był odporny na wszystkie zasady dobrego wychowania, przy stole siorbał, mlaskał i za każdym razem zalewał koszule rosołem. Był dzieckiem bez ambicji i przyszłości, podobnie jak wszyscy moi uczniowie, przerażeni niczym małe szczeniaczki, nieskore do jednego nawet pisku sprzeciwu. Czułam, że się duszę, ta podrzędna wiejska szkoła była dla mnie za ciasna, a mój pierwszy maż był za głupi, by zrozumieć, jakie mam potrzeby, musiałam odejść. Mój drugi mąż też był idiotą…

……………………………………………
Justyna Grędel (1993) – absolwentka administracji na Uniwersytecie Jagiellońskim i pracy socjalnej na Uniwersytecie Rzeszowskim, autorka książki wydanej w Ridero „Na drodze do odwagi. Cele, trudności, dylematy i strach.”, publikowała w czasopiśmie „Bezkres” i antologii pokonkursowej, prowadzi bloga „Poszukiwacze słońca”.
19.06.2022

JUSTYNA GRĘDEL Gołębie [proza]
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | wynajmij redaktora

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.