Płótno jest potrzebne, gdyż kolory nie mogą unosić się w powietrzu. — Susan Sontag

Codziennie ten sam obrazek: białe płótno na sztalugach, przed nim ona.
— Popatrz mamo, umiem zrobić gwiazdę! Mamo!
— Malwina, nie teraz.
— Mamo, zobacz.
— Idź się pobaw. Nie widzisz, że pracuję?
— Mamo, proszę.
— Oj, ty gwiazdo… — Wzdycha patrząc na mnie, ale już ucieka wzrokiem, z powrotem chwyta paletę, pędzel biega po blejtramie, zostawiając różnokolorowe plamy. Znowu niedostępna, zaabsorbowana tworzeniem, odległa. Już nie próbuję przywoływać jej z powrotem. Podchodzę do niej, staję z boku i w milczeniu przyglądam się, jak maluje, jak układa farbę pędzlem na płótnie. Zatrzymuję wzrok na zabłąkanym włosie, który wypadł ze szczeciny pędzla i teraz tkwi na obrazie niczym wskazówka zegara, która zastygła w bezruchu. Mama twierdzi, że w ten sposób można zatrzymać czas.

* * *

Nasz dom leżał w malowniczej okolicy na obrzeżach Supraśla w sąsiedztwie Puszczy Knyszyńskiej. Niewielki i drewniany składał się z parteru i poddasza, na którym mieściła się pracownia mamy. Odkąd pamiętam cały był pełen jej obrazów. Oprócz pracowni wisiały w salonie, w sypialni, na korytarzu, a nawet w moim pokoju. Stały pod ścianami, leżały w pudłach na szafie i komodzie. Co przedstawiały? Widziałam w nich pejzaże, niemające swoich odpowiedników w rzeczywistości. We wczesnym dzieciństwie wyobrażałam sobie, że wędrujemy z mamą tymi ścieżkami, wyczarowanymi zręcznym ruchem pędzla, otoczone różnokolorową przestrzenią.
— Kiedy pójdziemy na spacer?
— Najpierw muszę skończyć, idź, pobaw się lalkami.
Miała bzika na punkcie pędzli: musiały być najlepszej jakości. Nie kupowała ich zwyczajnie w sklepie, ale zamawiała i sprowadzała z zagranicy, albo odkupywała od cieszących się renomą, malarzy. Tak, jak gdyby od jakości albo rodowodu pędzla zależał wynik jej malarskich zmagań. Myślę, że nie do końca wierzyła w swoje możliwości, brakowało jej pewności siebie, pomimo że jej obrazy cieszyły się uznaniem nie tylko w naszym miasteczku.
— Chcę mieć siostrę. Albo brata. Urodzisz mi?
— Oj, Malwina, Malwina. Wystarczysz mi ty ze swoimi pomysłami. I z tą ciągle nadętą miną.
KATARZYNA LEWANDOWSKA "Płótno"
Kiedy malowała, obrazy zabarwiały się jej psychiką, jakby przekazywała im fragmenty swojego DNA. Zdawało mi się, że była bardziej matką swoich obrazów, niż moją. Kochała akt ich narodzin: pokrywanie płótna barwnymi plamami stawało się dla niej doznaniem niemal mistycznym — nadawaniem nowego życia. Przeciwieństwem tych ekstatycznych przeżyć było moje pojawienie się na świecie, które kojarzyła z bólem i męką.
— Ile ja się nacierpiałam, gdy cię rodziłam — mówiła często, jakbym to ja za to odpowiadała. Myślę, że nie była na mnie gotowa, moje narodziny zaburzyły jej plany, związane z artystycznym rozwojem. Czułam, że ma do mnie żal.
Bawiąc się w pobliżu jej pracowni, zazdrościłam obrazom – mnie nigdy nie poświęcała tak dużo czasu, rzadko miała dla mnie tyle serca. Czasami nienawidziłam ich: którejś nocy wstałam z łóżka i szkolnymi nożyczkami powycinałam w barwnych płótnach dziury. Z połamanych pędzli ułożyłam na podłodze serce. Zasypiając, nareszcie czułam się szczęśliwa, i wyobrażałam sobie jak nazajutrz, pozbawiona konkurencji, stanę się dla mamy pępkiem świata.
— Malwina! — Obudził mnie wściekły ton jej głosu.
— Mój Boże, coś ty narobiła!
Nerwowo kręciła się po pracowni, podchodząc do swoich obrazów, dotykając ich, gładząc i szepcząc do nich. Podnosiła kawałki pędzli, przymierzając je do siebie jak puzzle. Co jakiś czas wykrzykiwała coś, odwracając się w moją stronę. W jej oczach nie dostrzegłam czułości, o którą desperacko próbowałam zawalczyć. Były w nich tylko złość i gniew. Schowałam głowę pod kołdrą, zwinęłam się jak dotknięty patykiem ślimak, zatkałam rękami uszy, żeby nie słyszeć jej krzyku. Wiedziałam już, że przegrałam tę bitwę.
Przez cały dzień nie wychodziłam ze swojego pokoju. Wygrzebałam z szuflady biurka plastelinę i ulepiłam z niej dwie postaci: jedną dużą a druga małą. Znalazłam pudełko od zapałek i schowałam do niego małą postać. Zrobiłam z plasteliny krzyż oraz parę zniczy i postawiłam je na pudełku. Chciałam żeby większa postać była nieszczęśliwa, ale ona patrzyła tylko pustym spojrzeniem swoich plastelinowych oczu.
— Żegnaj moja gwiazdo — powiedziałam grubym głosem i rozpłakałam się. Nie mogłam przestać płakać. Nie chciałam zejść na obiad tylko cały czas płakałam, patrząc na plastelinową postać. W końcu, zmęczona płaczem, zasnęłam.

* * *

Rankiem następnego dnia jakimś cudem obudziłam się w jej łóżku.
— Ubieraj się — powiedziała. — Jedziemy do miasta. Kiedy przekraczałyśmy próg sklepiku z artykułami malarskimi, czułam się jakby po raz pierwszy zaprosiła mnie do swojego świata.
Pozwoliła mi wszystkiego dotknąć, dokładnie obejrzeć. Badałam dłońmi fakturę papieru, przyglądałam się kolorom farb, sprawdzałam twardość pędzli. Wybrała dla mnie akryle, parę różnej grubości pędzelków i bloki; na moją prośbę dokupiła też niewielkie płótno i zgrabną drewnianą sztalugę. Po powrocie do domu wyznaczyła mi miejsce w swojej pracowni. Od tej chwili codziennie uczyła mnie malarskich czarów, zdradzała tajemnice swojego warsztatu.
Dla niej chciałam być najlepsza, byłam łasa na jej pochwały i starałam się zbierać je jak najczęściej. Nareszcie miałam ją tylko dla siebie.
— Podoba ci się? — pytałam z nadzieją na jej aprobatę. Podchodziła do mojego obrazu i patrzyła na niego krytyczne spod na wpół przymkniętych powiek. Uważnie przyglądałam się jej twarzy: kiedy przemykał przez nią cień uśmiechu — wiedziałam, że jestem zwycięzcą. To były te chwile, na które zawsze czekałam.

* * *

Dopiero kiedy nieco podrosłam, zapytałam mamę, co tak naprawdę przedstawiają jej płótna.
— Co tylko zechcesz.
— Roześmiała się.
— Każdy obraz zawiera przecież wiele możliwych interpretacji, które wyznacza tylko wrażliwość tego, kto go ogląda. Trzeba mieć szacunek dla widza, nie można narzucać mu odbioru.
Szacunek dla widza? A szacunek dla moich potrzeb? Gdzie byłaś, kiedy cię potrzebowałam? Jakoś nie martwiłaś się tym co ja myślę i czuję? Zbyt mocno odżywały w mojej głowie obrazki z dzieciństwa. Nie chciałam być taka jak ona.
— Żeby dotrzeć do ludzi, trzeba wyłożyć im wszystko kawa na ławę, powiedzieć wprost — sprzeczałam się z nią. — Inaczej gubią się i zaczynają szukać tam, gdzie łatwiej, gdzie nie wymaga się od nich myślenia.
W przeciwieństwie do niej, wciąż tytułowałam swoje obrazy a moje płótna stały się dosłowne, nie było w nich miejsca na żadne niedomówienia.
Zresztą i ona wcale nie była w swoim malarstwie tak tajemnicza, jak się sobie wydawała: z czasem, dzięki jej płótnom, nauczyłam się rozumieć ją niemal bez słów. Kiedy po raz pierwszy przyprowadziłam do domu swojego mężczyznę, jej obrazy zapełniły się mocnymi barwami karmazynu i indygo. Wiedziałam, że cierpi, podobnie jak ja cierpiałam, kiedy czułam, że przegrywam w konkurencji z jej malarstwem. Teraz ona czuła się podobnie. Zdawała sobie sprawę, że niedługo moje życie stanie się bardziej osobne, niż kiedykolwiek dotąd.
— Malwina, kiedy skończysz sprzątać?
— Nie mam czasu, idziemy z Tymonem do kina.
— Kiedy wrócisz?
— Dam sobie radę. Zajmij się swoimi obrazami.
Czasem po naszych ostrych kłótniach zdarzało mi się widywać ją roztrzęsioną. Paliła papierosa za papierosem, chowając się na werandzie z załzawionymi oczami. Zastanawiałam się co bardziej ją boli: mój stosunek do sztuki, czy do niej. Miałam nadzieję, że dręczą ja wyrzuty sumienia.
Zdawało mi się, że idąc w przeciwną stronę ze swoim malarstwem — odetnę się od niej a paradoksalnie jeszcze bardziej się do niej zbliżyłam. Matka zaczęła więcej czasu poświęcać mojej malarskiej edukacji, widziałam że bardzo zależy jej na moim rozwoju i świadomym odnalezieniu własnego stylu. Miała nadzieję, że stanę się kimś, kim jej nigdy nie udało się stać. Czułam się jak kolejne z jej płócien, któremu powoli nadawała formę skończonego dzieła. Wolałam jednak myśleć, że w tym wszystkim nie chodzi jej o malarstwo, ale o mnie.

* * *

Nigdy nie zaakceptowała tego, że związałam się z Tymonem. Od zawsze go nie lubiła. Drażniło ją, że realizował się jako muzyk, nie pozostawiając mi — jej zdaniem — przestrzeni dla własnego rozwoju. „Grajek” — tak go nazywała. Często zdarzało jej się kpić z niego, uważała, że jego sukces to moja zasługa. Miałam być gwiazdą, a stałam się księżycem — świeciłam tylko światłem odbitym. A może jeszcze bardziej bolała ją moja odrębność.
Pomimo rozdzielenia, nasze płótna były pomostem, na którym spotykałyśmy się ze sobą. Nasze malarskie smaki,  jak nigdy,  zbliżyły się do siebie, kiedy urodziła się moja córka. Chyba wtedy po raz pierwszy były w nas takie same uczucia: radości, dumy, zachwytu. Nasze płótna nigdy wcześniej ani później nie były tak harmonijne i świetliste. Zupełnie tak, jakby nasza twórczość w jednej chwili wzbogaciła się o zupełnie nowy wymiar.
— Zobacz, Malwina, jakie Zosia ma paluszki. To są ręce artystki, daję słowo.
— Najważniejsze, żeby to były ręce szczęśliwego dziecka, a potem szczęśliwej kobiety.

Postanowiłam nigdy nie pozwolić, by Zosia odczuła, że obrazy są od niej ważniejsze. Nie chciałam powtarzać historii sprzed lat. Postarałam się, aby jej dzieciństwo wypełnione było przeświadczeniem, że jest dla mnie na pierwszym miejscu, miałam jednak wrażenie, że nigdy tego nie doceniała.
O dziwo mama okazała się cudowną babcią; Zosia stała się jej oczkiem w głowie, dostając od niej czułość i uwagę, o które zabiegałam przez całe dzieciństwo.
— Malwinko, wpadniecie dziś z Zosią? Przygotowałam jej ulubiony jabłecznik.
— Dobrze, mamuś. Będziemy wieczorem.
Tymon coraz częściej kręcił nosem na nasze spotkania. Denerwowała go więź, która nas łączyła.
— Jesteś zupełnie jak twoja matka! — krzyczał często, kiedy po jej wizycie zostawaliśmy sami.
— Odczep się od niej i ode mnie! — Odwracałam się i wychodziłam z pokoju, trzaskając drzwiami.
W końcu posłuchał mnie. Któregoś dnia zadzwonił po pracy i powiedział, że nie wróci na noc. Nie wrócił na tą i następną, ani na żadna inną. Wyłączył telefon i nie dawał znaku życia.

Po tygodniu wysłał list, w którym napisał, że musi przemyśleć parę spraw i dlatego na pewien czas chce zamieszkać sam. Tego dnia siedziałam do późna i przeglądałam albumy z naszymi zdjęciami. Znów czułam się jak w dzieciństwie: odtrącona i niechciana. Narastał we mnie krzyk, na usta cisnęły się okropne słowa. Wyciągnęłam z albumu zdjęcie Tymona, usiadłam przed sztalugami i postanowiłam namalować jego portret. Płótno stało się bolesnym zapisem moich przeżyć, swego rodzaju pamiętnikiem. Szerokimi pociągnięciami pędzla odmalowałam wszystkie żale i pretensje, całą złość. Malowałam szybko, niecierpliwie, co jakiś czas odchodząc, by przyjrzeć się całości. Gdy portret był już gotowy, wzięłam nóż i podziurawiłam go z rozmachem. Dopiero wtedy odczułam coś w rodzaju ulgi. Czekałam dzień, dwa i cały tydzień, jednak tym razem cud nie nastąpił. Może stało się tak, bo w całym rytuale pominęłam motyw własnej śmierci? A może tak po prostu miało się stać.
Z ulgą przyjęła nasze rozstanie.
— Nie zasługiwał na ciebie — powiedziała z wyraźną satysfakcją.
Prawda była jednak inna — cieszył ją fakt, że nareszcie jej dzieło zacznie błyszczeć. A może naprawdę mnie kochała? Nigdy nie byłam tego naprawdę pewna.

* * *

Dziś mama nie maluje już obrazów. Nieposłuszne palce od dawna nie są w stanie utrzymać pędzla, nie potrafi wypowiedzieć słowa „obraz”. Po rozległym wylewie, który przeszła, stała się więźniem swojego ciała.
Miałam wtedy trzydzieści pięć lat, moje dzieła sprzedawały się świetnie na rodzimym rynku, zaczynałam robić karierę także poza granicami kraju. Krytycy wypowiadali się o nich bardzo przychylnie, a moje prace były ozdobą wielu wystaw. Ceniono nowatorską koncepcję żywych ran, zadawanych barwnym płótnom, przy użyciu ostrych narzędzi. Cierpienie dzieła miało być sumą ludzkich dramatów, miało przypominać o bólu narodzin, cierniach życia i tragedii powolnego umierania. Inspiracją do tego ostatniego etapu stała się mama. Każdego dnia sadzałam na wózku jej nieruchome, drobne ciało i zawoziłam do pracowni. Tam stawała się moją muzą. Malując – starałam się zatrzymać ją tutaj.
— Jesteś mi potrzebna — krzyczały początkowo kolory moich prac. Płótno zamieniało się w lustro, w którym odbijały się moje najsubtelniejsze emocje. Stawała się coraz bardziej nieobecna, choć wciąż patrzyła z tęsknotą w stronę farb, a przede wszystkim – w stronę moją i Zosi. To spojrzenie wyzwalało we mnie potrzebę zatrzymywania kolorów: łapania ich i przytwierdzania do powierzchni płótna. Z czasem w jej wzroku było coraz mniej tęsknoty, a coraz więcej cierpienia. Ból stał się jej stałym towarzyszem. Wiedziałam, że nie chce już żyć.
Moje obrazy z dnia na dzień traciły kolory, robiąc się coraz bledsze, coraz bardziej monochromatyczne Wiedziałam, że to jedyna słuszna droga: nim płótno stanie się całunem, najpierw musi stać się białym żaglem.

* * *

— Podoba ci się? — pytam, obracając jej wózek i wskazując przedostatnie ze swoich dzieł. W jasnej przestrzeni płótna, jakby zanurzone w głębokiej mgle, delikatnie majaczą subtelne plamy szarości. Przez jej twarz ledwo wyczuwalnie przebiega cień uśmiechu. A może tylko mi się wydaje, bo wiem przecież, że od dawna nie rozpoznaje już ani kolorów, ani słów. Wśród jasnych plam dostrzegam zabłąkany włos, który wypadł ze szczeciny pędzla i tkwi teraz na obrazie, niczym zastygła w bezruchu wskazówka zegara. Mama nie miała jednak racji: w ten sposób, niestety, nie można zatrzymać czasu. Przyklękam i kładę głowę na jej kolanach. W jej sukienkę wsiąkają moje łzy.
Po chwili podnoszę się i odważnie patrzę na białe płótno, stojące na sztalugach — żaglowiec przygotowany do wyprawy. Dokładnie mieszam w szklance z herbatą pokruszone wcześniej tabletki. Przykładam szklankę do wyschniętych warg i powoli wlewam płyn do jej ust.
— Szczęśliwej podróży, mamo. — Przytulam do twarzy chłodnącą dłoń. Wierzę, że gdzieś tam istnieje świat, gdzie unoszące się w powietrzu kolory nigdy nie blakną, gdzie dłonie na nowo odzyskują sprawność, i że sprzedają tam najlepsze pędzle.

……………………………….
Katarzyna Lewandowska — studiowała pedagogikę oraz sztukę na Uniwersytecie Rzeszowskim. Dodatkowo ukończyła oligofrenopedagogikę, tyflopedagogikę, wychowanie przedszkolne, nauczanie początkowe oraz terapię autyzmu. Od wielu lat pracuje z dziećmi o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Umiejętności pisarskie doskonaliła na kursach w Pasji Pisania. Laureatka konkursów literackich. Obecnie pracuje nad zbiorem opowiadań i pierwszą powieścią. W wolnym czasie, oprócz pisania, maluje, fotografuje i podróżuje.
Na zdjęciu na stronie głównej: Katarzyna Lewandowska, żródło: archiwum prywatne.
01.04.2021 | Więcej: Facebook fan page

KATARZYNA LEWANDOWSKA Płótno [proza]
6 votes, 4.83 avg. rating (95% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | przekaż wsparcie
[4] Komentarze

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.