Fragment książki Jak w raju

Wcho­dzi­my mię­dzy pię­tro­we, drew­nia­ne bun­ga­lo­wy z ta­ra­sa­mi na pię­ter­ku. Kai otwie­ra drzwi jed­ne­go z nich i wrę­cza mi klucz. Dzię­ku­ję i wcho­dzę do środ­ka. Na par­te­rze znaj­du­je się umy­wal­ka i prysz­nic z zimną wodą. W wiecz­nie go­rą­cej Taj­lan­dii jest ona wła­ści­wie let­nia i nie ma sensu jej do­dat­ko­wo pod­grze­wać.
Zo­sta­wiam ba­ga­że na spe­cjal­nie prze­zna­czo­nej do tego półce i wcho­dzę po scho­dach na górę. Moim oczom uka­zu­je się duże łoże pod mo­ski­tie­rą i drzwi pro­wa­dzą­ce na ze­wnątrz. Wy­cho­dzę na taras i opie­ram się o ba­rier­kę.
Z okna widzę kilka palm ko­ko­so­wych, pustą plażę i bez­kres Morza An­da­mań­skie­go zmie­nia­ją­ce­go ko­lo­ry pod wpły­wem za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Wdy­cham głę­bo­ko mor­ską bryzę i uśmie­cham się do sie­bie. Jeśli ist­nie­je raj na ziemi, to wła­śnie go od­na­la­złem.

Wie­czo­rem opusz­czam drew­nia­ny bun­ga­low i ru­szam przed sie­bie w głąb wyspy. Od­naj­du­ję głów­ną ulicę wy­peł­nio­ną re­stau­ra­cja­mi, ba­ra­mi, skle­pi­ka­mi i sa­lo­na­mi ma­sa­żu. Szyb­ko do­cho­dzę na drugi kra­niec wyspy za­koń­czo­ny ko­lej­ną plażą, wzdłuż któ­rej cią­gną się ho­te­le i ośrod­ki z bun­ga­lo­wa­mi o róż­nym stan­dar­dzie.
Włó­czę się bez celu po oko­licz­nych ulicz­kach, za­uwa­ża­jąc jedną wy­wrot­kę i kilka za­par­ko­wa­nych sku­te­rów. Poza tym na Koh Lipe za­sad­ni­czo nie ist­nie­je ruch ko­ło­wy, gdyż wszę­dzie można do­stać się pie­szo w ciągu kil­ku­na­stu minut. Na­da­je to wy­spie nie­zwy­kłe­go uroku i po­czu­cia od­cię­cia od cy­wi­li­za­cji. Lą­du­ję w jed­nej z oko­licz­nych knajp, gdzie opy­cham się pe­nang curry z kur­cza­kiem i ryżem. Ca­łość za­pi­jam zmro­żo­ną sin­ghą.
Krót­ko po wscho­dzie słoń­ca budzi mnie śpiew eg­zo­tycz­nych pta­ków. Idę na śnia­da­nie, uma­wia­jąc się po dro­dze na wy­ciecz­kę ło­dzią po oko­li­cy. W re­stau­ra­cji sie­dzi tylko trzech tu­ry­stów pa­ła­szu­ją­cych ame­ry­kań­skie śnia­da­nie. Ja wy­bie­ram tra­dy­cyj­ną opcję – ostrą zupę z ryżem i kur­cza­kiem. Chwi­lę po za­koń­cze­niu po­sił­ku przy­sia­da się do mnie wy­ta­tu­owa­ny blon­dyn, któ­re­go wi­dzia­łem wczo­raj.
— Cześć, Marek, je­stem Pier­re. Będę dziś twoim prze­wod­ni­kiem — mówi.
— Witaj Pier­re, miło cię po­znać — od­po­wia­dam, sta­ra­jąc się ukryć nie­chęć. Pier­re spra­wia wra­że­nie ko­le­sia, który za wszel­ką cenę chce być cool, a że nie ma wiele do za­ofe­ro­wa­nia, to wy­ta­tu­ował pra­wie pół swo­je­go ciała i zro­bił sobie dredy.
— Go­to­wy? Chodź­my! — rzuca po moim ski­nię­ciu głową.

Ru­sza­my w kie­run­ku drew­nia­nej, za­da­szo­nej łodzi z sil­ni­kiem — ta­kiej samej jak ta, która wczo­raj prze­trans­por­to­wa­ła mnie z promu na plażę. Woda jest kry­sta­licz­nie czy­sta i bar­dzo cie­pła. Morze przy­po­mi­na taflę spo­koj­ne­go je­zio­ra w cza­sie bez­wietrz­ne­go dnia. Nie ma ani jed­nej fali.
Pier­re wrzu­ca na po­kład dwie maski z rurką do snor­klin­gu i dwa ze­sta­wy płetw. Wcho­dzi­my na łódź. Lo­kal­ny sea gypsy od­pa­la sil­nik i po chwi­li pły­nie­my wzdłuż jed­ne­go z brze­gów Koh Lipe. Cie­sząc się słoń­cem, któ­re­go tak bar­dzo bra­ko­wa­ło mi w Ir­lan­dii, po­dzi­wiam błę­kit­ną wodę pełną ma­łych, ko­lo­ro­wych rybek.
Lipe z per­spek­ty­wy łodzi to mała raj­ska wy­sep­ka ofe­ru­ją­ca białe, puste plaże, palmy ko­ko­so­we i wiele ho­te­li. Oko­licz­ne wy­sep­ki wcho­dzą­ce w skład parku na­ro­do­we­go Ta­ru­tao po­ro­śnię­te są gęstą dżun­glą — nie widać na nich ja­kich­kol­wiek za­bu­do­wań.
W trak­cie rejsu do naj­bliż­sze­go punk­tu wi­do­ko­we­go Pier­re opo­wia­da swoją hi­sto­rię. Życie we Fran­cji nigdy nie było dla niego. Skoń­czył stu­dia, miał nie­złą pracę, ale nie był szczę­śli­wy. Za­miesz­kał na Po­li­ne­zji Fran­cu­skiej, a gdy mu się znu­dzi­ło, wy­je­chał do Taj­lan­dii.
Miesz­kał w Chiang Mai, w gó­rzy­stym re­gio­nie pół­noc­nej Taj­lan­dii, gdzie po­znał swoją obec­ną żonę. Na­uczył się mówić po taj­sku i razem z żoną prze­niósł się na Koh Lantę — sporą wyspę w pro­win­cji Krabi. Osta­tecz­nie jed­nak wy­lą­do­wał na Koh Lipe. Pra­cu­je dla Ca­sta­way Re­sort jako prze­wod­nik i in­struk­tor fre­edi­vin­gu (nur­ko­wa­nie bez butli z tle­nem). Jego żona pra­cu­je w re­cep­cji w tym samym ośrod­ku.
— Dla­cze­go opu­ści­łeś Chiang Mai?
— Po przy­go­dzie z Po­li­ne­zją Fran­cu­ską bra­ko­wa­ło mi wody i plaży.
— I tak do­tar­łeś na Koh Lantę… czemu tam nie zo­sta­łeś?
— Koh Lanta nie jest zbyt przy­ja­znym miej­scem. Jeśli je­steś tu­ry­stą, który nie mówi po taj­sku, to wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Go­rzej jed­nak, gdy pla­nu­jesz tam miesz­kać i ro­zu­miesz, co się wokół cie­bie dzie­je. Tak jest zresz­tą nie­mal w całej Taj­lan­dii…
— A co się dzia­ło?
— Ro­do­wi­ci miesz­kań­cy wyspy nie­ustan­nie źle wy­ra­ża­ją się o ob­co­kra­jow­cach. Sły­sza­łem to wiele razy i…
— I…?
— …i pew­ne­go dnia zwró­ci­łem uwagę bar­ma­no­wi w lo­kal­nym barze, że nie po­wi­nien się tak za­cho­wy­wać. Razem z ko­le­gą stwier­dzi­li, że jeśli mówię po taj­sku i ro­zu­miem, co oni mówią, to nie je­stem mile wi­dzia­ny na Koh Lanta.
— Wow, szo­ku­ją­ce…
— Bar­dzo mnie to ude­rzy­ło i po­sta­no­wi­li­śmy się prze­pro­wa­dzić. Nie lubię sie­dzieć tam, gdzie mnie nie chcą.
— Słusz­nie. Czy na Koh Lipe jest ina­czej?
— Tak. Jak wi­dzisz, to ma­lut­ka wyspa. Wszy­scy się tu znają. Nie ma ta­kich ko­men­ta­rzy.
— Ro­zu­miem…
— Do­dat­ko­wo Koh Lipe nie jest tak do końca taj­ską wyspą. Lo­kal­ni cy­ga­nie nie czują się Ta­ja­mi. Miesz­ka­ją tu od po­ko­leń i nie byli wy­sta­wie­ni na po­li­tycz­no-spo­łecz­ną in­dok­try­na­cję pa­nu­ją­cą na sta­łym lą­dzie. Są po pro­stu inni.
— Cie­ka­wa hi­sto­ria…
— Życie jest cie­ka­we, gdy wy­cho­dzisz ze swo­jej stre­fy kom­for­tu… o, zdaje się, że do­pły­wa­my. Do­brze pły­wasz?
— Tak sobie, a co?
— Jak się za­nu­rzysz, to zo­ba­czysz! Roz­cią­gnę­li­śmy linę mię­dzy tamtą wyspą a Lipe. Przy­wią­żę do niej łódź. Kiedy zej­dzie­my do wody, to radzę ci być bli­sko liny!

Za­kła­da­my płe­twy i maski i ska­cze­my do wody, która tutaj oka­zu­je się być dużo chłod­niej­sza niż przy plaży. Prąd po­ry­wa mnie gwał­tow­nie ni­czym dzika gór­ska rzeka. Łapię się kur­czo­wo liny i za­nu­rzam głowę, od­dy­cha­jąc przez rurkę. Ryby każ­dej wiel­ko­ści, kształ­tu i ko­lo­ru do­słow­nie wpa­da­ją mi na maskę.
Woda jest czy­sta i błę­kit­na, choć silny prąd zdaje się sypać pia­skiem z dna oce­anu pro­sto w oczy. Pier­re nur­ku­je bez rurki, ale trzy­ma się w po­bli­żu liny. Prąd jest za silny nawet dla niego. Snor­kling w morzu, które przy­po­mi­na rzekę, jest cie­ka­wym do­świad­cze­niem. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach obaj z nie­ma­łym tru­dem wspi­na­my się z po­wro­tem na po­kład łodzi.
Pły­nie­my w spo­koj­niej­sze miej­sce, gdzie Pier­re ma oka­zję po­pi­sać się swo­imi umie­jęt­no­ścia­mi fre­edi­ve­ra. W tym celu staje na kra­wę­dzi łodzi, za­my­ka oczy i bie­rze bar­dzo głę­bo­ki wdech, po czym z ci­chym plu­skiem lą­du­je w wo­dzie. Znika pod ło­dzią na dłu­gie mi­nu­ty. Wy­pa­tru­ję go ner­wo­wo, zer­ka­jąc co jakiś czas na na­sze­go ster­ni­ka.
— Mai pen rai, mai pen rai – mówi mor­ski cygan z sze­ro­kim uśmie­chem, wi­dząc moją kon­ster­na­cję. W tym samym mo­men­cie z głę­bin tur­ku­so­we­go morza wy­ła­nia się Pier­re. Opie­ra obie dło­nie na kra­wę­dzi łodzi i wska­ku­je na po­kład, gło­śno dy­sząc. Spo­glą­da na spe­cja­li­stycz­ny ze­ga­rek i ko­mu­ni­ku­je trium­fal­nie:
— Pięć minut i 26 se­kund. Głę­bo­kość: 21,4 metra.
— Rany bo­skie!
— Mój re­kord to sześć minut i 30 se­kund. Głę­bo­kość: 42 metry. Ale nie tutaj. Tutaj jest za płyt­ko.
— Jak ty się tego na­uczy­łeś?!
— Prak­ty­ka. Cie­bie też mogę na­uczyć.
— Świet­nie, a ile to trwa?
— Moi kur­san­ci prze­cięt­nie uczą się dwa dni i są w sta­nie zejść na pięt­na­ście me­trów. Wstrzy­mu­ją od­dech na 3 — 4 mi­nu­ty.
— Nie­sa­mo­wi­te!
— Za­in­te­re­so­wa­ny?
— Prze­my­ślę. Na dziś wy­star­czy mi maska z rurką.

Znów wska­ku­ję do wody, z ulgą stwier­dza­jąc, że tym razem prąd nie ścią­ga mnie w żad­nym kie­run­ku. Kładę się pła­sko na zie­lon­ka­wej tafli i za­mie­ram w bez­ru­chu, od­dy­cha­jąc spo­koj­nie przez wy­sta­ją­cą z wody rurkę. Cie­kaw­skie rybki opły­wa­ją mnie z każ­dej stro­ny, pod­gry­za­jąc de­li­kat­nie w ra­mach testu, czy przy­pad­kiem nie je­stem nowym ro­dza­jem po­ży­wie­nia.
Pier­re fo­to­gra­fu­je tę nie­zwy­kłą scenę, po czym pły­nie­my w kie­run­ku naj­bliż­szej wyspy na lunch z pu­deł­ka, który mój prze­wod­nik za­brał ze sobą. Roz­kła­da­my się na pu­stej plaży i za­ja­da­my kur­cza­kiem curry z obo­wiąz­ko­wym ryżem.
— Pier­re, nie bra­ku­je ci cy­wi­li­za­cji? — pytam.
— Mam tu wszyst­ko, czego po­trze­bu­ję — żonę, dziec­ko, które cho­dzi do lo­kal­nej szko­ły, pracę i miesz­ka­nie. A przede wszyst­kim na­tu­rę, wodę i raj­ską plażę. Wszyst­kie moje po­trze­by są za­spo­ko­jo­ne.
— By­wasz na sta­łym lą­dzie?
— Kilka razy w roku. Głów­nie żeby za­ła­twić okre­so­we for­mal­no­ści. Nie ma tam nic, czego bym po­trze­bo­wał. Stwo­rzy­łem wła­sny styl życia.
— Nie­sa­mo­wi­te. Co na to Twoja ro­dzi­na, przy­ja­cie­le?
— Poza sio­strą nie utrzy­mu­ję z nimi kon­tak­tów. Nie ro­zu­mie­ją mnie.
— A twoja sio­stra cię ro­zu­mie?
— Stara się, choć jest jej trud­no. Była tu kilka mie­się­cy temu…
— I co?
— Pró­bo­wa­ła mnie na­mó­wić, żebym wró­cił do nor­mal­no­ści. Wiesz, żebym wró­cił do Fran­cji, wsko­czył w gar­ni­tur i zna­lazł sobie “nor­mal­ną” pracę.
— Roz­wa­ża­łeś jej pro­po­zy­cję na po­waż­nie?
— Ani przez chwi­lę. To mała wyspa. Wielu Eu­ro­pej­czy­ków nie wy­trzy­ma­ło­by tutaj długo. Pa­trzą na mnie jak na dzi­kie zwie­rzę uwię­zio­ne w klat­ce. I ja wie­rzę w ist­nie­nie tej klat­ki. Za­sta­na­wiam się tylko, czy oni wie­dzą, po któ­rej stro­nie krat się znaj­du­ją.

Zro­zu­mia­łem, co miał na myśli. Niby ży­je­my w wol­nych, de­mo­kra­tycz­nych kra­jach. Niby mo­że­my stu­dio­wać to, co chce­my. Niby mo­że­my wy­brać ka­rie­rę w in­te­re­su­ją­cym nas za­wo­dzie. A mimo to ży­je­my w kul­tu­rze współ­cze­sne­go nie­wol­nic­twa. Sprze­da­je­my swoją wol­ność za co­mie­sięcz­ne wy­na­gro­dze­nie.
Ku­pu­je­my domy i sa­mo­cho­dy na kre­dyt, który znie­wa­la nas jesz­cze bar­dziej. Raz pod­łą­cze­ni do sys­te­mu nie mo­że­my się odłą­czyć. Bo rata za dom, sa­mo­chód, skład­ka eme­ry­tal­na, dzie­ci, żona. A taki Pier­re?
Żyje w raju i pra­cu­je, pły­wa­jąc z klien­ta­mi w błę­kit­nych wo­dach Morza An­da­mań­skie­go. Gdy nie ma tu­ry­stów, spę­dza czas z żoną i dziec­kiem, które – jak się oka­zu­je – można także wy­cho­wać na tro­pi­kal­nej wy­spie. Ja wy­ko­na­łem pierw­szy krok. Rzu­ci­łem kor­po­ra­cyj­ną nudę na rzecz wiel­kiej nie­wia­do­mej. Wie­rzę jed­nak, że le­piej ce­lo­wać w gwiaz­dy i wy­lą­do­wać w ba­gnie, niż ce­lo­wać w bagno i… też w nim wy­lą­do­wać.
Słoń­ce za­czę­ło chy­lić się ku za­cho­do­wi, roz­świe­tla­jąc bez­chmur­ne niebo fe­erią czer­wo­no-po­ma­rań­czo­wych barw. Wska­ku­je­my na łódkę i tuż przed zmro­kiem wra­ca­my na Koh Lipe.
Po­sta­na­wiam wy­ci­szyć się i zo­stać jesz­cze kilka dni. Spę­dzam czas, pły­wa­jąc w cie­płej mor­skiej wo­dzie, włó­cząc się po wy­spie, je­dząc i pijąc w oko­licz­nych ba­rach i re­stau­ra­cjach. Za­li­czam także tra­dy­cyj­ny taj­ski masaż.
Ofi­cjal­ne dane po­da­ją, że na Lipe miesz­ka tro­chę ponad 30 000 ludzi. Jeśli to praw­da, to nie mam po­ję­cia, gdzie aku­rat prze­by­wa­ją, bo mała wy­sep­ka nie spra­wia wra­że­nia za­tło­czo­nej. Nie­wie­le jest ko­biet, a te, które są, nie wy­da­ją się być warte bliż­sze­go po­zna­nia. Do tego je­stem tu na po­cząt­ku se­zo­nu.
Tu­ry­stów także nie ma zbyt wielu. W szczy­cie se­zo­nu przy­pa­da­ją­cym na gru­dzień i sty­czeń po­dob­no nie ma co się tu po­ja­wiać bez re­zer­wa­cji. Wszyst­kie ho­te­le i bun­ga­lo­wy są za­ję­te. Lu­dzie śpią na plaży lub, za­wie­dze­ni, wra­ca­ją na stały ląd. Trud­no mi sobie wy­obra­zić, jak ten raj na ziemi może okre­so­wo za­mie­niać się w za­dep­ta­ną, tu­ry­stycz­ną im­pre­zow­nię.
 

Był to frg. powieści “Tajski epizod z dreszczykiem” Marka Lenarcika
MAREK LENARCIK, TAJSKI EPIZOD Z DRESZCZYKIEM — zamów książkę.
………………………………….
Marek Lenarcik: Gdy tylko ukończyłem studia (licencjat z politologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie), przeprowadziłem się do Irlandii. Moja bezwarunkowa miłość do Zielonej Wyspy skończyła się po dwutygodniowych wakacjach w Tajlandii w 2007 roku. Studia ukończyłem w 2009 roku, ale pokusa zobaczenia świata nie wygasła. Rzuciłem przygnębiającą, korporacyjną rutynę, kupiłem bilet w jedną stronę do Azji i wyjechałem. Moja przygoda trwa już cztery lata w trakcie których uczyłem angielskiego na uniwersytecie w Bangkoku (Tajlandia), pracowałem dla firmy outdoor adventure w Kuala Lumpur (Malezja), organizowałem ekspedycje po Azji Południowowschodniej (Laos, Kambodża, Singapur, Indonezja, Timor-Leste) i Ameryce Południowej (Brazylia, Ekwador, Kolumbia). Od lutego 2012 mieszkam w Rangunie (Birma). Od moich 17 urodzin napisałem tysiące artykułów, które ukazały się w dziesiątkach publikacji takich jak The Washington Times, Paranormal Magazine Uabout me 3K, POLSKA The Times, magazynie Playboy. Moja debiutancka książka “Tajski epizod z dreszczykiem” ukazała się w czerwcu 2012 roku nakładem wydawnictwa Bezdroża, szybko stając się bestsellerem w swojej kategorii. Obecnie pracuję nad drugą książką pod roboczym tytułem “In Burma.
……………..
08.04.2014 | Więcej: Life in the Tropics (FB)

MAREK LENARCIK Jak w raju
6 votes, 3.67 avg. rating (75% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.