— Dobrze rozumiem? — powiedział Romuś. Podczas gdy ja, zaprzęgnięty do mielenia kawy, męczyłem się z młynkiem na korbę, on przechadzał się z rękoma założonymi z tyłu i głośno myślał.
— Że, skoro jak mówisz, ktoś chce śmierci tego idioty, ja na tym skorzystam?
Nie mógł skumać, dlaczego ktoś pragnie śmierci Rudziewicza. Ostatnie dwa dni myśl ta zajmowała mu głowę, nie miał czasu na instrument, granie; muzyka uciekała gdzieś ponad, zatrzymywała się nieuchwytna pod kopułą namiotu. Jak w tej sytuacji ma przygotować niedzielny recital? Pytał mnie o to, w co drugim zdaniu.
Obiecałem sobie: piętnaście obrotów i koniec.
— Koniec! — zatrzymał się. — Nie może być za miałka, pali się. Wiesz.
Przestałem kręcić. Wiem.
— Ci kretyni mogli to zaplanować. Czemu nie. Co ja z tego będę miał? — Znowu zaczął łazić.
— Jacy kretyni? — zapytałem.
Machnął ręką. Mam nie przeszkadzać.
— Same plusy — zlekceważyłem jego protesty. — Mistrzu zemrze, ty zaczniesz budować ten swój apartmentsiedlung za centusine piniądze.
Zatrzymał się, ale natychmiast ruszył dalej.
— Nie centusine, ino hanysine — poprawił mnie. — Daj spokój, Centusie to dziady.
— Hanysy! — Ten rak, do końca nie roztoczył tej nadmorskiej krainy?
Zatrzymał się. Rozejrzał. — Co widzą w tym zimnym bajorze?
— Geld, czy jakoś tak.
— No. — Zgodził się ze mną. — Wsyp do dzbanka i na ogień. We łbie mi się kręci od myślenia, kawa może coś zmieni. Ciągnie ich tu.
— Wspominają swoje pierwsze wakacje — powiedziałem do siebie. — Familoki, brud betonu miasta miast Świętego Śląska, zwanego Górnym, dla odróżnienia od tego zilwowa zabugowskiego ekstra slamsu Breslau, który i tak w końcu stanie się stolicą tego kraju; kurz i węglowy pył zmieniające barwę słonecznego światła, szare trawy podwórka, wyschnięty mech na ścianie sali gimnastycznej, zapachu której nie zapomną do końca życia, jak i zapachu chińskiego piórnika, gumki, trampek, materaca ze zgniłozielonego skaju, smród koksującego węgla, rdzy, śmierdzącego szczynami i lizolem dworca i żółto niebieskich wagonów pełnych syku zamykanych drzwi i foteli z czerwonego skaju. I wszystko to znika. Wspominają pierwsze chwile wolności, chwile bycia poza sobą; ciszę, prawdziwą noc, bez rtęciowych świateł, najczarniej czarną; tamto morze, to zadziwienie przestrzenią, i że takie to duże; że dalej nie ma już nic, że to koniec wszystkiego co widzieli. Jak lemingi pędzą w stronę tej kreski na horyzoncie. Uderzenie rozpalonej głowy dziecka o lodowatą taflę wody. Agrestowa galaretka. Sól. Woda jak zaprawa do ogórków. Dziwią się. Słońce, co wydaje się niemożliwe, jest bliżej nich.
MAREK P. WIŚNIEWSKI - proza
I teraz, gdy Śląska nie ma, gdy tylko zgliszcza i pozór istnienia w majaczeniach pisarzy, którym warszawine pieniądze i sława w duszy tańcują, oni dalej pełzną nad to morze, gnani sentymentem i nadzieją, że wróci tamten Śląsk, choć ułamkiem chwili, refleksem słońca, cieniem. Że zastaną go we własnej głowie po powrocie do domu.
— Morskie słońce. Tu jest jaśniej Fred — mówi Ginger. — Światło rozbija się o powierzchnię morza, chmur i ziemi wytwarzając efekt lustra i efekt zmultiplikowanych refleksów. Fotony grzęzną w przestrzeni, obijając się o te płaszczyzny i o siebie. To zagęszczenie fotonów powoduje, że mój mózg i moje zmysły widzą świat, jakim jest naprawdę; i jakim jeszcze go nie widziały.
— Ty nigdy tego nie zrozumiesz Cygan; wschodni kontynentalny pomiocie, na wspak dla siebie wychowany w bliskości tej wilgotnej płaszczyzny. Tobie różnorodność lądu, zdaje się być pokusą, atrakcją, worem pełnym niespodzianek. Nie patrzysz w morze, bo ono jest z tobą, patrzysz jak ci tu, z morza w ląd; a to jest inne spojrzenie. Ja z ziemi morze widzę, z ziemi morze piszę, z ziemi o nim mówię. A to jest inne widzenie świata, i inne widzenie ludzi.
Przypomniałem sobie Iwaszkiewicza, przypomniałem sobie Witkowskiego, przypomniałem sobie beznóżkowy fotel w pokoju na górze. Tęsknica.
Pomyślałem: Nigdy nie gryzł mnie ten robak, sentyment do komuny; nigdy nie chciałem powrotu dzieciństwa, tej choroby, którą udało mi się przejść tak bezboleśnie.
— Nie masz części mózgu odpowiedzialnej za ten rodzaj nostalgii, wspomnień dawnych szczęśliwych czasów, złotego wieku, w tajemny sposób zszytych nitką obłąkanego ustroju — mówi Ballard. — Nawet teraz, w połowie drogi życia, w środku ciemnego lasu, gdzie znikąd pomocy i rady co dalej, nie próbujesz jak inni sięgnąć do doświadczeń dzieciństwa, tego worka pełnego prostych rad i ścieżek nieskomplikowanego życia, gdy świat obiecuje ci wszystko, wiedząc, że nie dotrzyma słowa.
Siedzi na tarasie domu, na Ile de Re, moja cudowna żydowska królewna, co to zdradziła siebie, swój naród, kraj i rodzinę, by móc głosić nawróconym Cyganom, teraz i tu, filozoficzne, niezmiennie błędne morały.
Odpowiadam jej, szepcząc do ucha. — Byłem stary, zmęczony; ludzie, którzy mnie otaczali zbyt byli pochłonięci sobą by mówić do mnie, więc stali się tylko złym przykładem, pokazowym zbiorem łotrów i pokrak z zuchowej gazetki. Więc teraz, w połowie drogi życia, w środku ciemnego lasu nie wracam skąd przyszedłem, bo przyszedłem znikąd.
— Komunizm nas nie dotyczył — mówię do siebie. — Był za daleko, my byliśmy za daleko, za bardzo z boku; nie miasto, nie wieś, przestrzeń nieujęta w planach. Komuna, to niezrozumiały ciąg słów, czerwone biało czerwone flagi, obrazy szarych miast; twarze ludzi na ekranie telewizora Telefunken, który zawsze śnieżył; nazwiska, których nigdy nie mogłaś zapamiętać, a które rok później nic już nie znaczyły. Jak odnieść niezrozumiałe kontynentalne majaczenia ludzi interioru, Warszaw czy Wrocławiów, do każdego dnia tutaj?
Zadzwonił, gdy wychodziłem z domu Mistrza. Zdążyłem jeszcze wspiąć się na szczyt latarni, upewnić co do rodzaju zabezpieczeń (czy aby na pewno założyłem te same, co w przewodniku Artura. Zabezpieczenia, to jedyny niejasny punkt instrukcji, mogę się na nich wyłożyć), spotkać się z Piekarskim, wykąpać się, przejrzeć pocztę; gdy zadzwonił drugi raz. Romuś.
— Wpadnij.
— Coś nie teges?
— Wpadnij, musimy pogadać.
Wskazówki, co do miejsca gdzie mieszkał nie były dokładne. Zastanawiałem się: Fałszywe? Kręciłem się Kangurem po lesie, wypytując grzybiarzy o leśniczówkę. Nie, nic nie wiedzą, nie ma leśniczówki, nigdy nie było; najbliższa w Robach. Albo Rabach.
— Tam. — Wąsaty jegomość, ojciec trójki dzieci, wskazał na koniec drogi ginący w drzewach. Dzieci przytaknęły. Tam jest.
Po godzinie leśnego ofrołdu napatoczyłem się na najebanego w trzy dupy ryżego krasnala, odzianego oryginalnie w zielony dres z napisem FC Kiel na plecach.
— Łe kurwa, człowiek! Żeś się wjebał — przetarł pięściami oczy. — Nie w te manie!
Krasnal ten, nie szczędząc wskazówek, pokazał mi właściwą drogę. Następnie, zaproponował kosz grzybów po atrakcyjnej cenie. Zgodziłem się chętnie.
— Same piękne okazy. — Podniósł z ziemi kosz, i nieco teatralnym gestem zdarł przykrywającą go, pomarańczową a jakże, szmatę. Kosz pełen był muchomorów. Czerwonych, z białymi kropkami. Scena jak z dna koszmarnej bajki, dna koszmarnej wyobraźni braci Grimm.
— To muchomory! — jęknąłem. Z wrażenia cofnąłem się o krok.
Spojrzał na mnie z wyrzutem. Znowu, nieco teatralnym gestem (bardzo scenicznym, niepotrzebny rozmach, całość sprawiała wrażenie niepotrzebnej sztuczności) zakrył grzyby szmatą i powiedział: — To nie kupuj!
Oddalił się, mamrocząc pod nosem przekleństwa.
Wsiadłem do wozu. Kurwa! Kraina mojego dzieciństwa! Dziwić się, że spieprzyłem na koniec świata.
Zdążyłem przejechać jakieś sto metrów. Potem hamulec, sprzęgło, wsteczny, gaz do dechy. Jeszcze widziałem go w lusterkach.
— Panie! Pozwól pan na chwilę! — Krzyknąłem za nim. Wypadłem z samochodu, ale zniknął w paprociach. Nie goniłem go, wiedziałem, że pościg za nim nie ma sensu, leśne stwory dziarskie jak nikt inny, w kniei nie do pobicia. Na ziemi leżał przewrócony kosz z grzybami. Pozbierałem te, które się wysypały, przykryłem kosz szmatą i postawiłem na pieńku. Muchomory. Wtedy go sobie przypomniałem.
— Podobno jest w skórce. — Między palcami roztarłem białą narośl, którą w bajkach gra sympatyczny groszek. — Nie jest nawet specjalnie trujący, delikatnie drażni układ nerwowy, wprowadzając w stan świadomego śnienia i halucynacji.
Oderwałem fragment skórki.
— Mówili na niego Rudyryj. Jeden z takich, co to kręcą się na granicy lasu, pola i wsi. Półgłupek przebrany w zawsze brudne mora. Leśny skrzat z gałązką kwitnącego głogu w dłoni. Grzyby, jagody, zioła; siatki na węgorze i wnyki na zające. Nie znosił mnie, ale trzymał się z dala. Miał nosa, słyszał też co nieco, a tacy jak on, wolą trzymać się z dala, od takich jak ja. Bał się Ginger. Nienawidził morza. Oni nie pojmują morza — za dużo z tym ambarasu i pogmatwanych znaczeń, nie ogarniają tego swoim umysłem. Słynął z muchomorów, tak mówiono — zupka z ryjka, haluny rudej kuny— odlot na granicy jaźni i snu. Saga o wikingu Ericu? Wielbicielu grzybnych wywarów? Pełne naukowości teorie o narodzinach wilkołaka, zaczerpnięte z naszego niedoprzecenienia internetu? Ludgarda Okrutna Druga Co To Ma Zawsze Dobre Pomysły? Po co tatuńciu hipnoza? Po co duchy z zaświatów? Mówi, pochylona nad jego troską o jakość sąsiedzkiego spotkania. Niepewne to i nieskuteczne, tu po lasach chadza lepszy magik…
Nie było żadnego wywoływania duchów, żadnej hipnozy, podali im wywar z muchomora.
Podali i mnie. Pierwsza noc w Kamiennym Domku, dziwne morze, problemy ze snem, koszmary, Ballard i Ginger w poświacie płonącego torfu. Zielona herbata?
Dwa kilometry prostej drogi, w lewo, w prawo, przez łąki, most na kanale, za przepustem pod górę do końca drogi. Wjechałem w bukowy las. Po prawej stronie przez liście prześwitywał żółty kształt. Przejechałem jakieś dwieście metrów i zatrzymałem samochód.
Leśniczówki nie było, rozebrano ją dwadzieścia lat temu; część polany na której stała zamieniono w szkółkę buczyny, grodząc teren płotem z drucianej siatki, resztę puszczono odłogiem, pozwalając panoszyć się chwastom. Jakieś znaki charakterystyczne? Kilka drzew owocowych i rozlatująca się szopa. Resztki fundamentów z kamienia przypominały, że mieszkali tu kiedyś ludzie.
Ale teraz pojawiła się nowość: na środku, między szkółką a poletkiem dorodnej pokrzywy stało coś, na oko przypominające cyrkowy namiot.
— Niezłe, co? — powiedział Romuś.
— Z cyrkiem zwiałeś?
Wybiegł mi na spotkanie jak pies; okrążył, obwąchał, niemal wylizał mnie jęzorem, niemal słyszałem jego radosne szczekanie. Posłusznie doprowadził do wejścia, usadził na rodzaju pufy, wykonanej z karmazynowego jedwabnego worka nabitego grochem, wręczył młynek do kawy i kazał mielić.
— Lubię przestrzeń. — Usiadł na kanapie i związał w pasie szykowny cytrynowy, nabijany cekinami kaftan. — W cyrku nawet nie byłem. Lawrence w Arabii, te sprawy… wiesz: dywany, otomany, sofki, mebelki z czegoś tam, cały ten orientalny szajs — machnął ręką. — Dostałem to w Maroku, prezent. Nie można było wymigać się o takiego daru, więc wziąłem. Wiesz, jakie były problemy ze zwiezieniem tego do Polski?
— Wyobrażam sobie.
— Cło i takie inne — zrobił znudzoną minę. — Trzeba to wykorzystać — pokazał palcem sufit i zaczął drapać się pod pachą.
— Jasne.
— Te rzeczy — wskazał na podłogę pokrytą szczelnie dywanami. — To kupa kasy.
— Nie wątpię.
— Podoba ci się?
— Tak.
— Tylko, taka oryginalność trochę kłuje w oczy.
— To zarzut?
— Nie, ale…
— Ma kłuć — powiedziałem.
— Ma kłuć — zgodził się ze mną. — Okolica nie może jeszcze ochłonąć, inwestorzy są zadziwieni — potrząsnął głową i wytrzeszczył oczy, próbując pokazać mi irracjonalność/racjonalność decyzji mieszkania w ten sposób. — To dziwadło trzyma też na dystans starych znajomych.
Uśmiechnąłem się. Wypadało się uśmiechnąć.
Wrócił do naszego spotkania.
— Skąd wiesz, że ktoś chce sprzątnąć Mistrza?
— Powiedział mi o tym. Nie czuje się bezpiecznie. — Wyciągnąłem papierosy. — Mogę zapalić?
— W berberyjskim namiocie? — Sięgnął za siebie i podał mi glinianą popielniczkę w kształcie ryby.
— Berberyjska? — zapytałem.
— Berberowie prędzej zjedliby węża niż rybę.
— Lubię ryby.
— A ja nie. Wciągnął cię do swojej grupy?
— Grupy? — Zapaliłem papierosa.
Wstał, podniósł z ziemi zniszczony barani kożuszek i założył go na siebie; mocniej zacisnął pasek kaftana. — Zimno tu. Namiot w tym klimacie to zły pomysł. — Usiadł w fotelu. — Kręci film. Córka mu pomaga. Widziałeś.
— Między innymi dlatego tu jestem. Mam napisać scenariusz.
— Ty?
— Ja.
— Scenariusz czego?
— Tego filmu. Chyba.
— Nie jesteś pewien — mruknął. — Zdarza się.
— I biografię.
— O! Pan elektryk latarniany?
— Trzeba jakoś zacząć przygodę z literaturą.
Udał zdumienie. — Racja! — Sięgnął po filiżankę z kawą. Poczuł nieznośny smak w ustach; była za mocna, za gorzka, za mało kwaśna; należało mniej nasypać brązowego prochu; powinien tego dopilnować, mając świadomość, że jego gość nie rozróżnia robusty od arabiki.
— Widzę, masz wiele powodów, by ich nie znosić.
— Nieee…
— Co się go czepiasz?
Sięgnął po łyżeczkę, zaczął się zastanawiać nad odpowiedzią, uderzając nią o kolano, wybijając rytm.
— Denerwuje mnie. Artystowskie spory, wiesz.
Wypił łyk kawy.
— Istotne spory.
— Romuś, tu jest Polska, tu nie ma istotnych artystowskich sporów. Nigdy nie było.
Powstrzymał mnie gestem dłoni: Poczekaj! Zaraz! To nie tak!
— Nie pasuje ci.
— On nie zna specyfiki polskiej kultury i nie chce jej znać — powiedział. —    Proponuje rzeczy, które nigdy nie cieszyły się tu wielkim poważaniem, strach jako motor ludzkiej świadomości, zło jako motor ludzkiej podświadomości. Po co to? Kieślowskim drugim nie zostanie.
— Wszyscy na świecie o tym gadają — powiedziałem. — Od siedmiu tysięcy lat. W tym kraju też, od czasu do czasu.
Kolejny łyk, kolejny gest:
— Teraz się zmieniło, przeszło nam, oglądaj filmy wszystkich, nas zostaw w spokoju, jesteśmy prostym ludem, nie potrzebujemy czegoś, czego nie potrzebujemy.
— On nie może zostawić was w spokoju. Taka jego konstrukcja.
— Nie chce. Żąda bezwzględnego uznania swoich racji. Megaloman i kabotyn.
— A jeżeli ma rację?
— Ktoś powiedział o nim: „Nie rozumie, że nie można być prorokiem we własnym kraju“. — kaszlnął. — Ma wszystko, oprócz sukcesu i poważania wśród członków własnego plemienia. Nie rozumie, że jedyną nagrodą, jakiej można oczekiwać z tytułu uprawiania sztuki jest pogarda w razie porażki, i nienawiść w przypadku sukcesu. To może boleć, wiem, ale czego tu szuka? Po co wrócił? Opuścił swych wyznawców, uznanie i niewątpliwą sławę, by prowadzić misję wśród barbarzyńców? — Zdziwiony uniósł do góry brwi. — W kraju, liczba jego widzów nie przekracza stu osób, dobrymi recenzjami filmów piekło jest wytapetowane, a medialne kurwy nawet nie chcą na niego splunąć. On za dużo chciał od Polski.
— Nie znosisz go z wielu powodów.
— Z jednego. Że jest tutaj, niedaleko stąd.
Podniósł się w fotelu.
— Kiedyś z nim rozmawiałem. Fajny facet, naprawdę. Jestem w stanie uwierzyć, że nie wiedział o moim istnieniu, nie mam pretensji o to co zrobił, sam postąpiłbym podobnie. Ale jednego nie zniosę — naiwności, niezrozumienia miejsca, gdzie się jest; i uporu w trwaniu przy tych przywarach. Miał pieniądze i możliwości by zostać dobrym reżyserem, miał nawet szczęście — nie chciał. Wiesz Weronek ile kosztowało mnie uzyskanie tego co mam? Pozycji zawodowej, pozycji na rynku, uznania, szacunku. Wiesz?
— Pojęcia nie mam. Dużo?
Nie wyczuł ironii.
— Piętnaście lat prób.
— Nie opłacało się, zobacz jak skończyłeś — wskazałem głową namiot.
— To kosztuje…
Telefon. Ze słuchawki wyłazi marokański dżin, i dawaj ujadać po francusku. Producent, aktualna nadzieja muzyki rozrywkowej Maghrebu, szepcze Romek zasłaniając telefon dłonią. Noun, wielki muzyk Radwan odpowiada monosylabami; nieco później, pod koniec rozmowy zdobywa się na kilka bardziej rozbudowanych zdań. Nie, niemożliwe, tego terminu nie da się dotrzymać.
Romek gmera przy kołnierzu, jeszcze raz sięga po telefon, sprawdza połączenia; wygląda na to, że  rozmowa skierowała jego myśli w stronę rzeczy, o których chciał zapomnieć.
— Powiesz mi, dlaczego mówią na ciebie Artur Malinowski?
Po raz kolejny poprawia kaftan, zaciska pas.
— Zmieniłem nazwisko.
— Popularny tu zwyczaj. Zauważyłeś?
— O sobie mówisz?
Uśmiechnął się. — Radwan? Artystyczna ksywa, bez znaczenia. Na zachód stąd, lepiej się to wymawia.
— Podobnie miałem. Buczel też pewnie. Nazwiska nic nie znaczą, jak widzisz. Przyjdzie co do czego, i tak prawda na wierzch wylizie.
— No — pokiwał głową. — Napiszesz to w biografii?
— Co wiesz o Rudziewiczu?
— Sam go zapytaj, więcej ci powie — podniósł filiżankę. — Za mocna ta kawa, zdecydowanie…
— To co wiesz?
Wypił łyk.
— Od kogo się dowiedziałeś, że ktoś chce go zabić?
Chwilę milczałem.
— Promiński. Nadzieja polskiego kina.
Wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem. Widać było, że to nazwisko wiele mówi, wiele znaczy; słowo to otworzyło tajemną furtkę w jego umyśle. Pomyślałem wtedy: Co stoi za tamtym człowiekiem, tak wydawałoby się nieistotnym?
— Spotkałem się z nim — powiedziałem. — Odrażająca znajomość.
— Porozmawialiście sobie.
— O, i to jak. Nałogi kosztują.
Zaskoczony, dał sobie czas na przemyślenie wykonując znane mi z psychoterapii gesty: przesunął dłonią po udzie, chwycił się pod kolanami i opadł do przodu. Chwilę tak trwał.
— Dobrze! — Otrząsnął się; poprawił w fotelu, wyprostował. Przez chwilę siedział jakby kij połknął, trzymając w dłoni filiżankę z kawą, i wpatrywał się we mnie. — Dobrze, że się spotkaliśmy. — Uśmiechnął się, odprężył; resztki zaskoczenia zniknęły z jego twarzy.
— Też tak sądzę. To co wiesz? — Postanowiłem wykorzystać swoje karty.
— Niewiele. — Odstawił filiżankę na bok i położył nogi na pufie. Milczał, zbierał słowa. — To, co ci mówiłem – odezwał się po chwili. — Graliśmy przez moment w te same bierki, zwane tu deweloperką. Taka zgrabna zagraniczna nazwa dla opisu krzyżówki gangsterki i biurokratycznej przepychanki — wyprostował nogi. — Potem nagle się wycofał, nie wiedzieć czemu; choć dobrze mu szło.
— Podejrzenia?
Pokręcił głową. — Wycofał się i tyle.
— Więcej — wstałem i zrobiłem kilka kroków. — Przepraszam cię za te spacery, ale wiesz… ćwiczyć kości.
— Rozumiem.
— No, więc..
— Kilka plot i jedna tajemnicza historia.
— O! O no no! Coś takiego! — Pokiwałem palcem.
Podszedłem do regału z książkami. Albumy, wspomnienia i biografie; oprawione w czerwony lub szary skaj wydania klasyków polskiej literatury. Całość robiła wrażenie atrapy domowej biblioteczki, scenicznego rekwizytu wstawionego tu dla odegrania właściwej roli.
Odwróciłem się. — Ładnie się urządziłeś — rozejrzałem się po namiocie. — Miałeś ty kiedy normalny dom?
Nie odpowiadał.
— Co to za historia?
Podniósł się z fotela, podszedł do drewnianej skrzyni zdobionej intarsją z motywem ostu, rodzaju komody na obrusy znanej ze sklepów Cepelii, otworzył wieko i wyciągnął butelkę.
— Napijesz się? — odwrócił się w moją stronę.
— Dzięki. Samochód.
— Aha — przez chwilę gapił się na mnie bezmyślnie. — Samochód.
Wyszperał kieliszek, odkręcił korek i wlał solidną porcję pastisa. Usiadł w fotelu.
— Cztery … może pięć lat temu. — Przeciągnął dłońmi po włosach. — Rozpocząłem starania o odzyskanie ziemi po starym. Sprawę zleciłem kancelarii z Warszawy, nazwa nic ci nie powie. — Znowu poprawił włosy. — Podstawą roszczeń miała być kopia aktu notarialnego, znajdowała się podobno w archiwum MSW, i z tej okazji państwo prawnicy skontaktowali się esbekiem, byłym pracownikiem ministerstwa.
Facet mieszkał w zaniedbanej willi: Praga albo Wawer. Romuś nie znał miasta, nie interesowało go to. Zapuszczony ogród, kraty w oknach, ujadający kundel na łańcuchu. Otworzyła im młoda kobieta. Przedstawili się, zaprowadziła ich na piętro.
Starszy gość, dobrze po osiemdziesiątce. Siedział w fotelu, w zagraconym pokoju. Zżółkła twarz, okulary, złośliwy uśmiech odbijający się w lustrze na ścianie. Ich pytania nie wiedzieć czemu rozbawiły go. Tak, pamięta tę sprawę, pamięta nawet sygnatury dokumentów; lata praktyki, roześmiał się. Prawnikowi zależało jedynie na potwierdzeniu istnienia kopii aktu, zapisał numery, podziękował za spotkanie i skinął na Romana, ten wyjął dwieście złotych i położył na blacie biurka. Staruch przyglądał się banknotom obojętnym żółwim wzrokiem.
— Nie mam pojęcia, po co tam poszliśmy. Wystarczyło wystąpić o dostęp do archiwum. — Romuś sięgnął po kieliszek.
Nagle dziadek się ożywił. Zaczął dopytywać o szczegóły, wywiązała się nawet krótka rozmowa na temat morza i Rybokat. Spędzał tu kiedyś wakacje. Tak, ładna okolica, warto zawalczyć o odzyskanie własności. Wtedy Romek nieopatrznie wymienił nazwisko Rudziewicza. Jakiś błysk pojawił się w oczach starego.
— Rudziewicz? — zapytał. — Czy to nie ten, co zniknął w Rybokatach, by pojawić się raptem w Kanadzie?
Zniknął w Rybokatach?
Staruch roześmiał się. — Tak, swego czasu znana u nas sprawa. Człowiek wyjeżdża na delegację do Rybnika, i pojawia się w Kanadzie, pół roku później.
Wyobraziłem sobie tę scenę. Osyfiała willa w dzielnicy miasta, gdzie nowe pieniądze i stare pieniądze walczą o być i mieć, licytując się ilością krat w oknach, systemów alarmowych i firm ochroniarskich; osyfiały pokój i dogorywający starzec na wózku; smętny archiwalny szczur, niegdyś pilnujący tajemnic reżimu, teraz raptem rozbawiony, zadowolony z okazji i możliwości wylania z pamięci historyjki, która jest w stanie zainteresować kogokolwiek, tu i teraz: dwóch prężnych i pełnych życia mężczyzn, jego przeciwieństwa; tak nagle chętnych by usłyszeć te zamierzchłe sensacje. Prawnik aż zastrzygł uszami.
— Nazywał się Darda, albo Derda, nie pamiętam — powiedział Romuś. — Pracownik archiwum Ministerstwa. Miał przyrodniego brata, też w branży, oficera Milicji o nazwisku Ziółek, czy jakoś tak. Ziółek prowadził sprawę zniknięcia Rudziewicza.
— O! — powiedziałem. — Coś do biografii.
Romuś potwierdził.

To było krótko przed Radomiem, końcówka czerwca 1976. Komenda dostała zgłoszenie z komisariatu, zaginięcie pracownika telewizji, reżysera luźno powiązanego z środowiskiem niechętnym władzy ludowej.
Wydarzenia następnych tygodni skierowały uwagę stróżów ustroju w inną stronę, ale gdy tylko sytuacja się ustabilizowała Ziółek natychmiast ruszył do dzieła…
Przerwałem mu. — Krótko przed Radomiem? Chodzi ci o strajki?
Tak.
Telefon z Woronicza, jeden z reporterów nie wrócił z delegacji; kilkanaście dni wcześniej pojechał na Śląsk robić materiał. Kopalnia, węgiel, górnicza brać takie rzeczy. Czy był sam? Tak, był sam. Miał przeprowadzić wywiad z dyrektorem i pracownikami wydobycia. Materiał filmowy skręcono wcześniej, nad dźwiękiem pracowano; czysto reporterska robota, rozmowa, pierdoły o niczym; nikt więcej nie był potrzebny.
Ile dni delegacji? Jeden. Zabrał ze sobą sprzęt? Magnetofon. Czy kontaktowano się z nim? Nie, nie było takiej potrzeby, to doświadczony pracownik.
Ziółek poszczuł lokalnych gliniarzy. Powęszyli, poniuchali, przycisnęli kogo trzeba i kogo można było.
— Nic, kurwa. — Sapał ze słuchawki szefo katowickich psów. — Ten wasz chujek, zjawił się na kopalni, pogadał z dyrektorem, a potem gdzieś spierdolił.
— Hotele? Knajpy? Dworce? Kurwy? Wywiadowcy?
— Ni chuja! — Taka to odpowiedź padła z Katowic.
Ziółek zdecydował, że trzeba zbadać temat na miejscu. Pojechał do Rybnika, tylko po to, by potwierdzić słowa swego nowego śląskiego przyjaciela. Prześwietlił Woronicza; przesłuchał znajomych, przesłuchał rodzinę, zbadał informacje Milicji o anonimowych denatach i włóczęgach co jeszcze żyli, sprawdził przejścia graniczne, kradzieże paszportów, zebrał nawet cynk SB od niechętnych władzy ludowej tajnych współpracowników. Po tygodniu pracy mógł powiedzieć:
— Nie mamy niczego. Koleś rozpłynął się w toksycznym powietrzu Górnego Śląska i przebywa w innym wymiarze.
Dowcipniś był znany, ale pryncypałów swych zgrabnym zdankiem nie rozbawił.
— Szukaj go matole! Gdzie zniknął?! Co zniknął?! Jak zniknął?! Zapierdalaj w teren i rób raport, co ręce i nogi ma!
Chciał, czy nie — drałował dalej.
— I co? — dopytywał się Roman.
Staruch sięgnął po szklankę z herbatą. Pół roku później dostali informację z Kanady: obywatel PRL Gerard Rudziewicz poprosił o azyl polityczny. Azyl otrzymał. Ziółek nie otrzymał zaś premii. — Staruch roześmiał się. Sprawę zamknięto.
W tym momencie zapada milczenie. Za oknem szczeka pies. Romuś i jego prawnik myślą o tym co usłyszeli, stary myśli o tym co opowiedział. Ciszę przerywa odgłos kroków na schodach. Młoda kobieta. Podchodzi do biurka, bez słowa zbiera pieniądze, wychodzi. Stary zdawał się nie zauważać jej obecności. Podniósł głowę i roześmiał się.
Dlaczego to opowiada? Dlaczego wywleka z zakamarków pieca pamięci nieistotne wydarzenia, którymi nie zainteresuje się już dziś nikt?
To wszystko spłonie; znikną nazwiska i pseudonimy, sygnatury i numery, adresy i kontakty, drobne anegdotki i ważne plotki; zapadnie się, skurczy i zwęgli. Całe jego życie. Chce uratować choć część, to jego ostatnie zadanie i nadzieja; zakopać w umysłach innych, unieśmiertelnić w powiastce co trwa. Zaszczepić swą myśl, część siebie, by dalej szła w tę przestrzeń przed nami. Tego chce.
Darda pochyla głowę. Prawnik częstuje go papierosem. Odmawia. Nie może przecież, serce. Dokończy tę historię.
Ziółek, pominął nieszczęśliwie raport, który napłynął z terenu. Miejscowy gliniarz nie miał wątpliwości, rysopis był potwierdzony przez wywiadowców wopu. W Rybokatach, nadmorskiej dziurze, co jej nie ma na mapie, w tym samym czasie, tym feralnym tygodniu rudziewiczowej delegacji widziano zgodnego z opisem człowieka.
Nasz nieodżałowany milicjant przeoczył, i to dosłownie, doniesienie. Kawa, papierosy, niedosypianie, pewnie jakaś wóda, i co może brzmi śmiesznie, przepracowanie, spowodowały, że Rybokaty pokićkały mu się z Rybnikiem. Rok po opisywanych wydarzeniach, zbierając do kupy papiery natknął się na świstek z tą informacją. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Bez sensu.
— Sprawdził wszystkie doniesienia — powiedział Roman. — Katowice, Zgierz, Poznań… każdą wzmiankę czy podejrzenie. Rybokaty, wziął w szale twórczym za Rybnik i odrzucił, uznając za nieistotne powtórzenie. Tyle tej opowieści. — Dopił pastisa.
Milczeliśmy dłuższą chwilę.
— W jaki sposób dostał się do Kanady? — powiedział nie patrząc w moją stronę.
Wzruszyłem ramionami. — Wyjechał?
— W jaki sposób?
— Nie wiem. Jesteś pewny tego, co gadał?
Pokręcił przecząco głową. — Poza mną, moim prawnikiem i teraz tobą, nikt o tym nie wie. Wtedy uważałem, że sprawę zwrotu ziemi uda się załatwić polubownie, pretensje miałem nie do niego, ale do gminy, która oszukała nas obu. Nie nagłaśniałem sprawy, bo nie chciałem robić sobie z niego wroga. Teraz tym bardziej jest to bez znaczenia. Ale popytałem tu i tam. Wzruszali ramionami, nic więcej. Kogo to obchodzi. Nikt nie wnikał w jaki sposób tam się znalazł, legalnie czy nie, bo realnie nie miało to żadnego znaczenia. Wtedy, za komuny, zdaje się nie był jeszcze nikim ważnym, więc nie robili afery. Po prostu zniknął i pojawił się gdzie indziej.
— Zniknął?
— Nie było udokumentowanej próby ucieczki — kogoś gdzieś widziano i tyle. Nie miał rodziny — rok wcześniej zmarła jego żona, rodzice od dawna nie żyli — nie miał kto upomnieć się o niego. Zamietli pod dywan, jak zamiatali podobne sprawy.
Wygiął usta w podkówkę demonstrując, że nie wie co ma o tym sądzić. — Jeżeli chcesz — sięgnął po butelkę. — Sam zapytaj.
— Zapytam.
Zrobię to. Wybiegnę z namiotu Berberów, klucząc przecinkami pełnymi krasnali w żarówiastych dresach i z muchomorami w koszach wydostanę się z tego pradawnego lasu i stanę nad brzegiem morza. Wejdę przez taras, Luda, zdziwiona odłoży teczkę ze stykówkami, wstanie, poprawi sukienkę w malwy próbując ukryć plamy po wywoływaczu na brzuchu, i poda mi swą dłoń. Powiem: Po co te konwenanse miła, kochajmy się, do tego prowadzić może jedynie okazja spotkania się tutaj; dwoje dorosłych i świadomych siebie już przecież ludzi. Luda uniesie swe cudowne brwi, przygładzi dłońmi biodra i powie: — Zróbmy to.
— W Rybokatach? — dziwi się. — Usiądź. Ojciec położył się na chwilę.
— Nie budź go…
— Jest nie do wytrzymania, jeśli nie zdrzemnie się po południu.
— Poczekam — uśmiechnąłem się. — Czy…
— Bagaże. Masz swoje rzeczy? — przerwała mi.
— Rzeczy?
— Masz zostać na noc.
— Weekend. Na weekend.
Przyglądała mi się.
— Jasne, zapomniałam — odwróciła się i spojrzała na drzwi salonu. — No, cóż.
— Przeszkadzam?
— Tak — kiwnęła głową.
— Przyjdę w takim razie jutro.
Milczała.
— Piękny dom — powiedziałem.
— Tak — odpowiedziała obojętnym tonem. — Kopia czegoś tam w Kanadzie — spojrzała na sufit.
Milczeliśmy, a ja nie rozumiałem skąd wziął się ten nagły chłód.
— Zajęta?
— Wywołuję materiał.
— Film.
Dotknęła oparcia fotela, jak dotyka się obcego psa, obłaskawia go. — Osiem milimetrów. Trzeba mieć pomysł i pewną rękę, by coś z tym zrobić. Amatorka w kuchni maga. Mnóstwo starań.
Nie miałem ochoty przedłużać tej rozmowy. — Do jutra — powiedziałem. — Mam nadzieję, że dobrze wypadłem na zdjęciach.
W odpowiedzi skinęła głową.
Gdy byłem już na tarasie, zawołała mnie po imieniu. Odwróciłem się. Stała w progu, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, wyprostowana; mrużyła oczy zmęczone pracą w ciemni.
– Czekamy na ciebie. O piątej. Gerard przygotuje obiad.
Zamknęła drzwi, jej cień rozpłynął się w mroku korytarza.
 
Marek P. Wiśniewski. Fragment powieści “Trzy dni poza domem”

…………………………………………..
Marek P. Wiśniewski – debiutował „Rzeką Szaleństwa” (2010 SOL). Na podstawie powieści Barbara Marcinik zrealizowała w Trójce słuchowisko radiowe o tym samym tytule. Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Poznaniu.
03.06.2021

MAREK P. WIŚNIEWSKI Trzy dni poza domem [proza]
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | przekaż wsparcie

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.