W życiu najważniejsza jest wolność, miłość i sztuka, dlatego naszą kolejną znakomitą rozmówczynią jest Marta Motyl — pisarka i historyczka sztuki. Normy i zakazy. Sens tworzenia. Cielesność i seksualność. Dlaczego artyści wywołują skandale? Dlaczego buntują się przeciwko władzy? Jak odnieść komercyjny sukces w sztuce? Zapraszamy do lektury.
[Na zdjęciach: Marta Motyl źródło: archiwum autorki]

previous arrow
next arrow
Slider

Portal Eprawda.pl: Który twórca w dziejach sztuki był Twoim zdaniem największym prowokatorem? Czy był nim poszukiwany za zabójstwo Caravaggio?

Myślę, że gdyby Caravaggio potraktował zabójstwo w kategorii dzieła sztuki, wtedy moglibyśmy o nim mówić w takim kontekście. A przecież popełnienie morderstwa przynależy do sfery jego życia, a nie do sfery jego sztuki. Owszem, Caravaggio przeprowadzał rewolucje w malarstwie, np. strącając świętych z piedestału, choćby poprzez malowanie im brudnych stóp, co było wtedy niedopuszczalne, czy stawiając w obrazach na silne kontrasty światłocieniowe. Tym zabiegiem dodawał dramatyzmu kompozycjom, co przejęli od niego inni malarze.

Wracając do Twojego pytania: na pierwszym miejscu pośród artystów-prowokatorów umieściłabym Marcela Duchampa, ponieważ on zachwiał samą definicją sztuki. Jednak miejmy na względzie również to, że działał w zupełnie innych warunkach niż Caravaggio. W czasach między nimi miało miejsce wiele przemian, zarówno artystycznych, jak i społecznych. Artyści już dawno nie tworzyli głównie dla kościelnego i arystokratycznego mecenatu, lecz zyskali nowe, szersze grono odbiorców — mieszczaństwo. Zdążyli się bardziej rozzuchwalić w rozmaitych izmach, np. impresjonizmie, postimpresjonizmie, fowizmie, ekspresjonizmie, kubizmie. Dlatego Duchamp korzystał z zupełnie innej schedy niż Caravaggio. Rzucił inny rodzaj wyzwania.

Odwrócony pisuar zatytułowany „Fontanna”, który sygnował — nazwiskiem producenta, nie swoim — z rozmysłem wysłał na wystawę, żeby w taki sposób uzyskać dla obiektu status dzieła sztuki. Potrafił obrócić na korzyść swojego planu nawet odrzucenie „Fontanny” z wystawy, ponieważ umożliwiło mu ono zdobycie większego rozgłosu dla przedmiotu. Ba! Skorzystał na tych zarzutach, żeby mocniej naświetlić słuszność swoich racji, i nadal nie pod swoim nazwiskiem.

MARTA MOTYL -- wywiad

Na zdjęciu: Marcel Duchamp “Fontanna” 1917. Źródło: materiały prasowe

Bulwersował „Fontanną” zarówno wtedy, czyli w 1917 r., jak i dziś, przynajmniej niektórych. Do tego działał z ironicznym humorem, właściwym dadaizmowi, w przestrzeni sztuki, którą zwykło się traktować z pełną powagą, porównywalną do religii. Można by powiedzieć, że Duchamp obalił, na swój sposób, patetyczny kult sztuki.

Postawił pod znakiem zapytania również tradycyjne funkcje sztuki, polegające na ubogacaniu odbiorców, czy to estetycznie, duchowo, czy finansowo, bo przecież i rynek sztuki musi się kręcić. Zaproponował sztukę biedną, wziętą z najniższych stopni codzienności, a tym samym bezinteresowną.
Okazało się, że jego sztuka, jeśli służy odbiorcom, to służy im prowokacją właśnie.

Czy we współczesnych czasach można jeszcze raz zachwiać definicją sztuki na taką skalę, jak w czasach Duchampa? Myślisz o czymś konkretnym, gdy stykasz się ze współczesnymi prowokacjami artystów? Jak to robi np. Ai Weiwei… Mam wrażenie, że obecnie największą prowokacją może być atak na reżim, na cenzurę, na prześladowania polityczne. Wszystko w naszych czasach jest polityczne, prawda? Europa już dawno utraciła swoją niewinność.

Według mnie do kolejnego poszerzenia definicji sztuki doprowadziły performanse. A propos Caravaggia i morderstwa, o którym mówiliśmy, przypomina mi się pewien performans Chrisa Burdena z lat 70. W ramach tej akcji asystent artysty miał strzelić w jego ramię z pistoletu. W założeniu miał go zaledwie zadrasnąć, jednak zadał mu o wiele poważniejszy postrzał. Kiedy artyści używają jako tworzywa sztuki własnych ciał, otrzymują jeszcze większe pole do przekraczania granic, w tym granic wrażliwości odbiorców. Dlatego też, z takimi współczesnymi prowokacjami artystycznymi, skojarzyła mi się sztuka performansu właśnie.

Jednak wychodzenie poza granice własnej wytrzymałości fizycznej i psychicznej, mające przynieść performerowi oczyszczenie, nie jest współczesnym odkryciem. Przypomnijmy sobie misteria dionizyjskie czy misteria średniowieczne, z których czerpie performans. Zresztą odnoszę wrażenie, że najbardziej obrazoburcze performanse miały już miejsce.

Jeżeli chodzi o Ai Weiwei’a, to jego kwestia ciekawie nam się łączy z Duchampem. W stulecie wystawienia „Fontanny” Ai Weiwei miał wziąć udział w wystawie pokazującej prace współczesnych artystów, inspirowane „Fontanną”. Pragnął zbudować instalację z klocków Lego, lecz producent nie zgodził się mu ich dostarczyć, ponieważ nie życzył sobie ich użycia w celu politycznym. W końcu Ai Weiwei zaprezentował na tej wystawie fotografię klocków Lego spłukiwanych w toalecie… Lepiej nie zadzierać z artystą!

Wracając jeszcze do Twojego pytania. Owszem, prace, nazwijmy je, polityczne, rozgrzewają opinię publiczną do czerwoności. Z tym, że prowokacja w sztuce zwykle działa najmocniej w czasach, w których powstaje.

Sądzę, że dzieła polityczne starzeją się najszybciej ze wszystkich dzieł sztuki.

Weźmy pod uwagę chociażby prace polskich artystów z lat 80., właśnie również krytycznie odnoszące się do reżimu, cenzury i prześladowań politycznych. Kolejne roczniki widzów nie odbierają ich w równie silny sposób, jak świadkowie tamtych czasów. Dla nowych pokoleń to są już prace muzealne. Zaobserwowałam, że żeby dzieło trafiło do kanonu historii sztuki, w tym do kanonu dzieł prowokujących, musi wykraczać poza bycie tylko dokumentem swoich czasów.

Uważam, że prowokacja w sztuce powinna otwierać kolejne drzwi. Może teraz nie mamy pojęcia o ich istnieniu, może pojawi się nowe objawienie twórcze i wtedy zobaczymy, co kryje się za tymi drzwiami? Inaczej musielibyśmy smętnie stwierdzić, że wszystko już było…

A łączenie sztuki z polityką ogranicza twórczość w takim sensie, że izoluje artystę w więzieniu tematów, które zostają mu niejako narzucone przez kontekst. Dla mnie bunt oznacza również sięgnięcie do wewnętrznych, rozległych przestrzeni, które następuje wbrew wszystkiemu, co dzieje się na zewnątrz. Myślę, że to pomaga ocalić tę najgłębszą, najintymniejszą wolność.

Z drugiej strony, każda innowacja w sztuce może zostać odebrana jako akt wymierzony przeciw władzy, czyli jako prowokacja wymierzona w nią, jeżeli tylko władza jest nieprzychylna jakiemukolwiek nowatorstwu, które w jej mniemaniu zagraża bezpiecznej propagandzie.

Weiwei tak bardzo naraził się chińskim władzom, że go aresztowali na kilka miesięcy. Do krytykowania władzy trzeba większej odwagi, niż dorysowanie Matce Boskiej wąsów. Wydaje mi się, że w naszym kraju dość łatwo jest sprowokować publiczność, bo jesteśmy krajem katolickim, zbudowanym w zasadzie na pruderii, martyrologii i kłamstwach historycznych. W Polsce łatwo zwrócić na siebie uwagę mediów, gdy ma się odwagę osobistą i swoistą bezkompromisowość. Przykładem jest Katarzyna Kozyra.

Tutaj wchodzimy w taką kwestię, że odwaga artystów — zresztą nie-artystów również — objawia się nie tylko w sprzeciwie wobec władzy politycznej. Odważne jest także postawienie się władzy norm społecznych i kulturowych. Wydaje mi się jednak, że naciskanie na śmiałość w sztuce wiąże się ze… zniewalaniem twórców poprzez wskazywanie im, w jaki sposób mają działać. Pamiętajmy, że to artysta ponosi konsekwencje represji ze strony władzy, czy konsekwencje atakowania go w mediach, mające wpływ na jego zdrowie fizyczne i/lub psychiczne. Wcale nie musi się z tym mierzyć i może obdarowywać odbiorców innymi wartościami niż własny heroizm.

Co do Katarzyny Kozyry, zaznaczmy, że zasłynęła z odniesień do tego, co osobiste: cielesności, płciowości, starzenia się, choroby, śmierci. A tabu nad nimi wisi nie tylko w polskim społeczeństwie. Ponadto akurat Kozyra miała z mediami nie lada problem. Po wybuchu skandalu z „Piramidą zwierząt”, media bez zgody artystki upubliczniły, że leczy się onkologicznie, ingerując w jej prawo do intymności w przeżywaniu choroby. Odpowiedzią na to była jej instalacja „Olimpia”. W niej Kozyra specjalnie ekshibicjonistycznie pokazała swoją chorobę, m.in. pozując do fotografii wystylizowana na Manetowską „Olimpię”, jednak z ogoloną głową i prezentując nagranie wideo dokumentujące przyjmowanie przez nią kroplówki. Jak przekornie stwierdziła w jednym z wywiadów: „Chcecie mnie takiej, to macie, nawet gdyby okazało się to niesmaczne”.

Jak silne są nasze normy społeczne i kulturowe? Czy byli twórcy, którzy je łamali w sposób bezpardonowy? Jak wiadomo, istnieje coś takiego jak Kodeks prawa karnego i można aresztować każdego człowieka na ulicy za np. „obrazę obyczajów”. Ciekawe czy artyści zdają sobie sprawę z tego, że prawdziwa, absolutna wolność w realnym świecie jest nieosiągalna.

Myślę, że nie tyle same normy są silne, ponieważ działają dopiero w zetknięciu z danym człowiekiem, ile to, na jak podatną padną osobowość — jaka będzie siła ich działania zapobiegającego naginaniu czy łamaniu tychże zasad. Oczywiście byli tacy twórcy, o których pytasz, zupełnie nie zważający na normy. Często mieli na celu wprowadzenie do sztuki nowych tematów albo wymierzenie policzka hipokryzji, polegającej na opowiadaniu się za danymi normami tylko w teorii, bez stosowania ich w życiowej praktyce.

Tutaj chciałabym wrócić do „Olimpii”, ponieważ od razu przyszła mi na myśl, tyle że w oryginale. Manet pokazał, w 1865 r. w Salonie Paryskim, prostytutkę rozpostartą na łóżku w swoim buduarze, w pozie właściwej dotąd malowanym boginiom. Wyciągnął na światło dzienne temat, którego do tej pory nie zwykło się prezentować w malarstwie, a do tego ujawnił profesję modelek pozujących do postaci bogiń.

Marta Motyl -- wywiad

Na zdjęciu: Édouard Manet “Olimpa”, obraz po raz pierwszy zaprezentowany w 1865 roku na wystawie w Salonie paryskim. Źródło: materiały prasowe

Odwiedzający Salon, oburzeni takim zuchwalstwem artysty, nieraz atakowali obraz czym tylko mogli, np. parasolami. Ostatecznie przewieszono go z miejsca na klatce schodowej w bezpieczniejsze. A przecież wielu z tych oburzonych spędzało czas w towarzystwie prostytutek. Z tym, że publicznie wypadało im okazać wyłącznie postawę deprecjonującą, a tym samym sprzeciw wobec „Olimpii” i jej twórcy.

Manet zarzekał się, że nie zamierzał wywołać skandalu. Po prostu był malarzem życia nowoczesnego w Paryżu, a prostytucja była dość istotną jego składową. Właściwie każdy artysta, który pokazywał dotąd przemilczaną prawdę, w tym prawdę ciała, należy do grona tych, którzy łamali normy społeczne i kulturowe.

Weźmy jeszcze pod uwagę choćby twórców odważnych aktów, związanych z oficjalnie pruderyjnym, a przecież nieźle rozbujanym w zmysłowo-delirycznym walcu, Wiedniem przełomu wieków. Mam na myśli Gustava Klimta i Egona Schielego, którzy ujawniali damską seksualność, np. przedstawiając kobiety masturbujące się czy splecione w lesbijskim uścisku. Schiele, który malował odważne akty lolit, został oskarżony o uwiedzenie nieletniej, aresztowany, a na procesie pokazowo spalono jedną z jego prac. Oskarżenie koniec końców oddalono. Malarz nie poddał się i dalej tworzył w swoim stylu. Akty jego autorstwa zyskały sławę i prowokują do dziś. Albo właśnie, „Lolita” Nabokova, zahaczmy o pole literackie. Mimo że zakazywano rozpowszechniania tej powieści, była nielegalnie kolportowana, a tekst przetrwał każdą zawieruchę i ciągle jest wznawiany. Chociaż ci, którzy powierzchownie odczytują powieść Nabokova, najchętniej znowu by zakazali jej wydawania.

Rzeczywiście na ulicy niektóre rzeczy nie przejdą. Podam przykład z naszego podwórka, lata 80. XX w., Ewa Partum na wernisażu swojej wystawy „Samoidentyfikacja” — pokazującej fotografie jej nagiego ciała za pomocą fotomontażu umieszczonego pośród grup przechodniów na ulicach — pojawiła się zupełnie rozebrana. Wybiegła tak z galerii, żeby tym razem realnie wmieszać się w tłum. Musiała zdawać sobie sprawę z ryzyka. Po interwencji milicji jednak zawróciła.

Mimo zderzania się z murem zakazów, artyści często kontynuują działanie w kontrowersyjnym stylu. Na korzyść wielu twórców działa również czas. To, co zakazane dzisiaj, nie musi być zakazane jutro. Poza tym, jak już wspominałam, istnieje wolność wewnętrzna, której pole określa tylko artysta. Przecież myśli nikt nie zakaże, nikt nie zaaresztuje.

Tadeusz Kantor uważał, że wolność wcale nie jest zależna od władzy. To nie ona ją nadaje. Natomiast o wolność trzeba walczyć przede wszystkim z samym sobą, w swoim wnętrzu, w cierpieniu i w samotności. A wiedział, co mówi, ponieważ tworzył w czasach okupacji, a potem PRL-u i udawało mu się wtedy realizować awangardowe pomysły.

Nie odnosisz wrażenia, że konserwatywną publiczność najczęściej obraża prezentacja ludzkiej seksualności, nagości, intymności oraz „profanowanie” rzeczy „świętych”, czyli atak „lewackich sił” na religię, jak w przypadku spektaklu teatralnego „Klątwa” oprotestowanego w całej Polsce przez środowiska ultra-katolickie. Wydaje mi się, że łatwiej odbiorcę obrazić niż wzruszyć. Zastanawiałaś się kiedyś, czego naprawdę chcieli i chcą uznani artyści? Jaki jest główny powód tego, że istota ludzka pragnie stworzyć dzieło sztuki?

Ujmowanie cielesności i seksualności w kategorii grzechu na pewno wpływa na taki bieg spraw. Do tego dochodzi wzmacnianie podziałów, ciągłe nastawianie jednych przeciw drugim, w tym w mediach, również społecznościowych. Jeżeli dane dzieło godzi w cudzą wrażliwość, nie znaczy to, że trzeba odgórnie zakazać pozostałym jego poznawania. Przecież nikt nikomu nie każe go oglądać. Wygłaszam truizmy, ale wygląda na to, że nigdy dość ich powtarzania…

Dostrzegam tutaj szersze zjawisko polegające na tym, że niektórzy ludzie pragnęliby, żeby inni kierowali się takimi samymi wartościami jak oni, ponieważ w przeciwnym wypadku czują zagrożenie dla porządku, który sobie zbudowali. Nagle on staje pod znakiem zapytania, skoro okazuje się, że można inaczej.

Jednak z podobnymi, cenzorskimi zapędami spotykałam się po obu stronach ideologicznej barykady. Pewien portal, który należy do „postępowych”, nie dopuścił do tego, żeby przy wywiadzie ze mną, dotyczącym „Sztuki podglądania”, czyli mojego zbioru esejów o erotyce w sztuce, jako jedna z ilustracji pojawił się obraz „Pochodzenie świata” Gustave’a Courbeta, realistycznie ukazujący kobiece łono. I to pomimo tego, że sporo pytań odnosiło się akurat do dzieła Courbeta, a wywiad został obwarowany dostępnością tylko dla pełnoletnich (co również stanowiło rodzaj nadgorliwości).

„Postępowe” media społecznościowe to następni współcześni cenzorzy. Za opublikowanie linku do programu telewizji Arte o „Pochodzeniu świata” Facebook zablokował pewnemu francuskiemu nauczycielowi konto. Właściwie w przypadku prób cenzury ze strony kościelnej mamy spójność poglądów i działań, a w przypadku takich prób ze strony social mediów — grę w ruletkę i hipokryzję. Prawda o ciele, którą każdy albo prawie każdy zna albo pozna, jest w nich zakazana, a soft porno selfie celebrytek, mające sprzedawać różnego rodzaju towary, jest jak najbardziej dopuszczalne.

Z kolei czytelnikami „Sztuki podglądania” jest wiele osób „konserwatywnych” i chwaliły one książkę! Ba, dopingują mnie do dalszej twórczości. Używam cudzysłowów, dlatego że te szufladki „postępowy”, „konserwatywny”, okazały się nieprzystające do rzeczywistości. Kiedy lepiej poznamy danego człowieka, przestają do niego pasować, ponieważ jego osobowość jest zbyt złożona.

W kwestii wyjaśnienia głównego powodu tworzenia dzieła sztuki odeszłabym od uznanych artystów. Dlatego że oni bardzo często albo pochodzili z kraju, w którym łatwiej było zostać gwiazdą sztuki, np. ze względu na artystyczną tradycję, albo obracali się w odpowiednim środowisku i mieli szansę zawrzeć przydatne dla rozwoju kariery znajomości. Do tego kierowała nimi ogromna ambicja, nakazująca sięgać wyżej i wyżej, być lepszym, nowocześniejszym od innych twórców — weźmy pod uwagę choćby Picassa.

Natomiast artyści prowincjonalni, nazywani prymitywnymi czy naiwnymi, którym dotarcie do centrów, do uniwersytetów, do galerii, uniemożliwia choćby brak komunikacji publicznej, wydają mi się być bliżsi „czystej sztuce”, czyli bardziej bezinteresownej. Ich dzieła nie są znane szerokiej publiczności. Ryzykują, że nigdy nie będą, a jednak chcą je tworzyć! Do tego w swoim otoczeniu wcale nie są obiektem podziwu, wręcz przeciwnie — ono musi się z nimi oswoić.

Czytałam wywiady z jednym z takich artystów spoza centrum, Stanisławem Poskrobko. On żyje, żeby malować, bez tego ani rusz, taką ma silną potrzebę wyrażania siebie.

Maluje również po to, żeby utrwalać piękno i energię swojego otoczenia — podlaskiego pejzażu — rozchmurzyć odbiorców, pozostawić „iskrę życia własnego”, jak sam przyznał. Ten ostatni powód wydaje mi się ważny w przypadku twórców różnych dziedzin.

W związku z tym przypomniało mi się, jak jedna znajoma napisała mi, że tak bardzo boi się śmierci, że swoją pasję uczyniła ze sztuki, będącej dziedziną stanowiącą błagalny krzyk o życie i zapamiętanie. Może w jej myśli zawarte jest sedno tworzenia? Jednak, znowu, trudno mi jest generalizować.

Dlaczego Ty tworzysz? Dlaczego piszesz książki?

Początkowo zajmowałam się pisaniem powieści, w których główne role odgrywały psychika i erotyka. Zależało mi na przełamywaniu tabu, z jednej strony związanego z trudnymi stanami psychicznymi, m. in. zaburzeniami odżywiania, samookaleczaniem, toksycznymi związkami, a z drugiej strony z seksualnością, tak w związkach damsko-męskich, jak i w damsko-damskich. Pragnęłam rzucić światło na kwestie kryjące się w cieniu, w tym w cieniu rozumianym jako ciemna strona osobowości i seksualności, ponieważ w prozie podejmowałam także temat prostytucji.

Jednak później na dobre pokierowałam się, zresztą zgodnie z wykształceniem, ku pisaniu zbiorów esejów poświęconych sztuce. Tutaj upatrywałam szansy na podzielenie się z czytelnikami historiami związanymi ze znanymi dziełami i artystami, przybliżenie im poprzez nie sztuki jako takiej i/lub poszerzenie spojrzenia na nią. Zresztą sama je poszerzam poprzez zdobywanie kolejnych informacji czy zgłębianie głównych motywów w pracach plastycznych i zestawianie ich z dziełami literackimi i muzycznymi, wyrażającymi analogiczne wątki, lecz innymi środkami. Bardzo mnie to ciekawi.

Uważam, że dobrze jest, kiedy dana osoba dzieli się ze społecznością swoją wiedzą i umiejętnościami. Skoro posiadłam je w dziedzinie historii sztuki, czy, ogólniej, humanistyki, postanowiłam się nimi podzielić. A nuż obudzi to w kimś pasję, wzbudzi refleksję albo przyniesie chwilę oderwania od codzienności?

Staram się stosować język przyjazny każdemu odbiorcy, żeby wyjść ze sztuką również do „początkujących” i ośmielić ich do kontaktu z nią. A jeżeli jesteśmy przy kwestii języka, pisanie daje mi pole do gier i zabaw ze słowami, żartów, ale także do budowania własnego stylu, własnego rytmu.

Czy udało Ci się odkryć tajemnicę sukcesu dzieła sztuki u odbiorców? Dlaczego jedne dzieła sztuki stają się niezwykle sławne i stoją wysoko na aukcjach, a inne nie?

Miałam okazję wysłuchać wykładu prof. Marii Poprzęckiej, podczas którego wskazała, że ludziom najbardziej podobają się dzieła, na których oglądają naturę w sielskim wydaniu, budzącym w nich przyjemne wrażenia i skojarzenia. Niestety nie pamiętam, jakie dokładnie badanie wówczas przytaczała. Mówiła o tym w kontekście wystawy
„Jak to widzisz?” w Muzeum Pałac Herbsta w Łodzi, ponieważ w ramach wydarzeń organizowanych wokół niej odbywał się wykład. Dzieła, które wyeksponowano, owszem, pochodziły z kolekcji tego muzeum, lecz wskazali je sami widzowie poprzez głosowanie w specjalnym plebiscycie. A najwięcej ich głosów zdobył obraz „Żurawie” Józefa Chełmońskiego, przedstawiający stado ptaków w szuwarach ujętych na tle nieba podczas wschodu słońca. Dlatego też prof. Poprzęcka posiłkowała się taką tezą.

Na zdjęciu: „Żurawie” Józefa Chełmońskiego — jednego z najważniejszych przedstawicieli polskiego realizmu w malarstwie. Źródło: materiały prasowe

A więc landszafty górą? Jednak przecież rekordy popularności, w tym na aukcjach, biją również dzieła awangardy. Myślę, że często liczy się więc nie tyle dane dzieło sztuki, co legenda z nim związana, na przykład bazująca na skandalu, który ono wywołało. Taka legenda często podbija wartość dzieła tak symboliczną, jak materialną.

Przykładowo, afera z usunięciem „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z ekspozycji sztuki XX wieku w Muzeum Narodowym w Warszawie, w ogóle wpłynęła na podwyższenie cen dzieł artystki. Ba! Chętni sami zgłaszali się do portalu Artinfo.pl, gotowi zapłacić bardzo wysokie, jak na polskie standardy, kwoty za fotografie autorstwa Natalii LL.

Z innych kwestii, liczy się także nazwisko autora dzieła, a właściwie marka, którą się stało zarówno w wyniku zdolności artysty, jak i jego szczęścia, polegającego na urodzeniu się w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie i trafieniu wtedy na odpowiednich ludzi, jak już wspominałam. Istotne są również pewne trendy panujące na rynku sztuki.

Tak czy inaczej, popularność dzieła bazuje jednak na pewnym wpisaniu się w moment historyczny i oczekiwania odbiorców (pamiętajmy, że niektórzy z nich oczekują złamania reguł i innowacji).

Jak bardzo życie osobiste sławnych artystów odbiega od ich oficjalnego wizerunku serwowanego nam w szkole i w mediach?

Oficjalne przekazy przemilczają o wiele mniej kwestii związanych z życiem twórczym niż z życiem osobistym. Zapewne każdy człowiek ma swoje za uszami, jednak pamiętajmy, że w przypadku części gwiazd sztuki sprawa zasadza się na tym, że krzywdziły innych ludzi, korzystając ze swej dominacji nad nimi.

Dramatyczne wydarzenia związane są m.in. z Paulem Gauguinem i Pablem Picassem. Ci malarze gwałcili swoje modelki, a dzisiaj oglądamy ich ofiary na obrazach. Odbiorcy czasem nie wiedzą, a czasem wypierają, z kim i z czym mają do czynienia pod płaszczykiem tzw. wielkiej sztuki. Ta wielkość wiele przesłania… A przecież nie bez przyczyny w dziełach Picassa nie ujrzymy szczęśliwych kobiet. Unieszczęśliwianie ich wręcz napędzało jego twórczość. Możliwe, że deformacje kobiecych sylwetek i twarzy, których dokonywał, wynikały z tego, że posiadał zdeformowany obraz kobiet w umyśle. Uważał, że albo są boginiami, albo wycieraczkami, z tym, że potrafił i swoją dotychczasową boginię zamienić w wycieraczkę.

Jednak o ofiarach takich psychopatycznych artystów mówi się coraz częściej i coraz głośniej. Pytanie brzmi, czy niektórzy twórcy nosili skłonności sadystyczne od zawsze, czy właśnie ich powołanie i powodzenie sprawiło, że stwierdzili, że wszystko mogą i za to nie odpowiedzą. Do dzisiaj zresztą słynnych artystów uważa się za stojących ponad innymi, a w takim rozumieniu mogą pozwolić sobie na więcej nie tylko w sztuce, ale i w życiu. Więcej im się wybacza.

Nie opowiadam się za tym, żeby wykluczać dzieła twórców spod ciemnej gwiazdy z kanonu czy z wystaw, ale opowiadam się za tym, żeby nie pomijać trudnych kontekstów w ich życiorysach, co się zdarzało i nadal zdarza. Odbiorcy powinni wiedzieć tak o jasnych, jak i o ciemnych kartach biografii, żeby zyskać pełen obraz.

Kto jest twórcą spod ciemnej gwiazdy?

Miałam na myśli wymienionych powyżej artystów, a także, ogólniej rzecz biorąc, tych twórców, którzy zadawali niemałe cierpienie innym, w tym bazując na swojej przewadze społecznej nad nimi. Wątki związane ze złym traktowaniem kobiet przewijają się także w biografii Rembrandta, Gustava Klimta czy Egona Schielego. Dodam, że pod znakiem zapytania stoi rodzaj relacji Schielego z młodszą siostrą — możliwe, że była relacją kazirodczą.

Marta Motyl -- wywiad

Na zdjęciu: Stanisław Feliks Przybyszewski (ur. 7 maja 1868 w Łojewie, zm. 23 listopada 1927 w Jarontach) – polski pisarz, poeta, dramaturg, nowelista okresu Młodej Polski, skandalista, przedstawiciel cyganerii krakowskiej i nurtu polskiego dekadentyzmu. Źródło: materiały prasowe

Z polskiego podwórka, lecz literackiego, określeniu „twórcy spod ciemnej gwiazdy” idealnie odpowiada Stanisław Przybyszewski, z którym nieszczęśliwe historie przeżyło mnóstwo kobiet. Odchodząc od tematu prywatnych kontaktów z artystami, ale ciągle kierując się Twoim pytaniem, wspominaliśmy o morderstwie dokonanym przez Caravaggia — ono również świetnie komponuje się z byciem twórcą spod ciemnej gwiazdy.

Bycie artystą spod ciemnej gwiazdy to także zażywanie narkotyków. Jak dużą rolę odgrywały w powstaniu wybitnych dzieł sztuki środki odurzające i zmieniające percepcję?

Kiedy postawiłeś to pytanie pomyślałam, że bycie artystą spod ciemnej gwiazdy można by rozciągnąć także na zadawanie krzywdy samemu sobie, na autodestrukcję, a zatem także na wszelkiego rodzaju uzależnienia.

Jeżeli chodzi o narkotyki, sztandarowym przykładem ich wielbiciela jest Witkacy, który na tworzonych przez siebie dziełach zapisywał, co zażywał podczas pracy. A jeżeli chodzi o alkohol — Vincent van Gogh, Henri de Toulouse-Lautrec, Edgar Degas i inni malarze tworzący w drugiej połowie XIX w. uważali, że natchnienie przynosi im zielona wróżka, czyli absynt. Dwudziestowiecznym artystą, którego łatwo odnaleźć po haśle „alkoholizm” jest Jackson Pollock.

Jednak nie przeceniałabym roli środków odurzających w tworzeniu, choćby sami artyści mówili inaczej. Zdolności nie potrzebują takiego wspomagania, a popadnięcie w nałóg ogranicza kreatywność. Przysparza więcej problemów niż twórczych wzlotów. Iain Smith, psychiatra, uważa, że koncepcja o dawaniu przez narkotyki i alkohol wyjątkowego wglądu i potężnych doświadczeń artystom jest iluzją, ponieważ doświadczenia te przy próbie ich uchwycenia często zamieniają się w nonsens.

Skąd się wziął widoczny w popkulturze mit, że sławni czy znani artyści to dziwkarze, utracjusze, imprezowicze i ogólnie seksmaniacy, urządzający codziennie dzikie imprezy.

Mit ten pochodzi z romantyzmu. Z tym że już renesans wpłynął na zmianę w postrzeganiu roli artysty. Przestał on być wyłącznie umiejętnym rzemieślnikiem, a położono nacisk na jego zdolności intelektualne. Albrecht Dürer, Leonardo da Vinci, Michał Anioł, to humaniści, myśliciele, intelektualiści. Od epoki renesansu status artysty tylko rósł, aż właśnie w romantyzmie pojawił się mit artysty jako jednostki ogarniętej boskim bądź szatańskim szałem. Zatem jednostki kierowanej innymi mocami niż zwyczajni śmiertelnicy. Mit ten przejęła bohema i do dzisiaj artysta uważany jest za osobę, która może pozwolić sobie na więcej, bo… jest artystą. Z drugiej strony, twórcy przypisuje się zachowania stereotypowo kojarzone z (hiper)męskością, takie jak pójście za zewem pragnienia i przygody, ryzykowanie, życie na krawędzi, bycie niebezpiecznym.

Warto dodać, że publiczność przyzwyczaiła się do wizerunku znanego twórcy jako skandalisty, dlatego że o wiele lepiej sprzedają się wątki związane z hedonistycznym stylem życia czy innymi kontrowersjami, niż te związane z codzienną, nieraz mrówczą pracą, która tym samym pozostaje w cieniu. O niej nie słucha się, nie czyta równie interesująco.

Jacy są współcześni artyści? Jak byś ich określiła. Do wyczynów estradowo-słownych Jima Morrisona z lat 60/70. dużo im brakuje, prawda? Mam wrażenie, że współcześni artyści są niewolnikami swojej publiczności, bo to ta bezosobowa, wielomilionowa publiczność, a nie królowie i władcy, ma moc dawania i odbierania — sławy i pieniędzy.

Niechętnie uogólniam artystów i każdą inną społeczność, ponieważ wewnątrz tych grup znajdują się różni ludzie. Jednak, jeżeli już miałabym powiedzieć o artystach, jako grupie, cokolwiek, podkreśliłabym, że działają z pasją, z wiarą w sens tworzenia (wymagającą odnawiania, co jest niełatwe), a także z samozaparciem — takich akurat poznałam. Z drugiej strony i dawni artyści posiadali analogiczne cechy.

Natomiast sam talent niełatwo się broni i to zresztą w różnych grupach zawodowych. Często ręka rękę myje, to znaczy warto znać odpowiednich ludzi, którzy powiedzą o danej osobie innym odpowiednim ludziom. A kto nie ma ochoty uznawać tego typu hierarchii, zwykle może pożegnać się z karierą na większą skalę.

Powiedziałabym więc, że część twórców jest zależna nie tyle od szerokiej publiczności, co od liczących się kuratorów, krytyków, galerii.

Niemniej jednak zawsze istniała zależność artystów od otoczenia. Przez wieki walczyli o mecenat kościoła bądź arystokracji, żeby móc tworzyć. Wydaje się, że bardziej niezależna sztuka powstawała dopiero w XIX w. — wydaje się, ponieważ wówczas publiczność zdemokratyzowała się, stała się publicznością mieszczańską, o czym wspominałam. Owszem, twórca mógł głosić bunt przeciw burżuazji, ale za kilka czy kilkadziesiąt lat i tak właśnie burżuazja kupowała jego zbuntowane dzieła. Nawet artyści-skandaliści uzależnieni są od publiczności w taki sposób, że oczekuje ona od nich kolejnych skandali. Twórca niejednokrotnie staje się niewolnikiem swojego dzieła, swojego wizerunku, do którego przyzwyczaja odbiorców.

A jak historia sztuki oceni 2022 rok? Trudno mi wyrokować, ponieważ historia sztuki ocenia z dość dalekiej perspektywy. Zjawisko, na którym skupiamy się dzisiaj, może być za kilkadziesiąt lat uznane za nieistotne.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Martą Motyl rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
24.02.2022

…………………………..
Marta Motyl — pisarka i historyczka sztuki. Autorka zbiorów esejów „Sztuka podglądania” (2020) i „Sztuka prowokowania” (2021), artykułów poświęconych sztukom wizualnym oraz wstępów do katalogów wystaw. Stworzyła również powieści, w których rządzą eros i psyche: „KochAną” (2012), „Odcienie czerwieni” (2016), „Moc granatu” (2017) i „Kolekcjonerkę” (2019). Od czasu do czasu wycina i wykleja kolaże.
24.02.2022 | Linki do księgarni online: “Sztuka podglądania” | “Sztuka prowokowania”
Foto w sliderze: Maciej Zienkiewicz Photography i wydawnictwo Lira.

MARTA MOTYL: Prowokacja w sztuce otwiera kolejne drzwi — wywiad
5 votes, 5.00 avg. rating (98% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter | wynajmij redaktora
[3] Komentarze
  1. Trzeba przyznac ze to co uczynil Duchamp bylo cholernie wyrafinowane
    swiadczyl o tym wybór przedmiotu — pisuar a nie np krzeslo

  2. Olimpia jest znakomicie skomponowana, ciemna twarz służącej, ciemne tło pokoju kontrastuje z twarzą pozującej, sukniami, pościelą, nagą skórą malowanymi w podobnym odcieniu biało-różowo-cielistym. Coś pieknego. Ile trzeba mieć wyczucia na harmonie barw żeby to tak skomponować. Tutaj jest na co patrzeć.

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.
Obrażliwe wypowiedzi będą usuwane.