Poroża

Obudziłem się niewyspany po południu. Skończyła się ciepła woda. W nocy śnił mi się diabeł o łagodnej twarzy, uśmiechał się jak Jean Paul Gaultier, tyle że bardzo stary — miał nadmierne zmarszczki wokół oczu. Jego źrenice były żółte jak od tych tanich szkieł kontaktowych dla jaj. Za to rogi miał takie jak chory rogacz.
Teraz, odkąd poznałem Mariana, wiem. Kiedy u niego piliśmy piwo, przy włączonym telewizorze, w pokoju pełnym poroży rogaczy, lub — jak on tam sobie po myśliwsku mawiał — capów, mówił mi, stojąc w skarpetkach na dywanie, że po deformacji poroża można poznać choroby jakie gnębiły rogacza za życia, co zresztą (o czym rogacz nie wiedział) wydało na niego wyrok śmierci i dało przyszłość na ścianie pokoju, gdzie pije się piwo przy włączonym telewizorze. Krzysztof Krawczyk wtedy śpiewał.
Z tych deformacji wynikało, że diabeł miał kłopoty z jądrami i wątrobą. Ale nie bał się polowania, więc się uśmiechał łagodnie, jakby był zadowolony, że taki stary, a ubrał głupie szkła kontaktowe.
 

Aisza i jej szwagry

[Troyes]

W każdej uliczce w Troyes jest trochę inne słońce, albo inna proporcja słońca do cienia, która dodatkowo zmienia się z czasem, dlatego właśnie nie sposób tam wszystkiego obejrzeć i, żeby mieć przyjemność z wycieczki, trzeba się od razu poddać i wyzbyć zbyt wielu turystycznych ambicji. Trzeba raczej iść przed siebie i skręcać w kolejne miejsca w sposób dla samego siebie zaskakujący, wtedy tylko można tu coś przeżyć, nie zamęczając się wcześniej planowaniem atrakcji. 

Wtedy nagle, w co drugim zaułku, pojawiają się przyszłe modelki w wielkich ciemnych okularach, by na tym etapie nikt nie ukradł im twarzy. Przemykają robiąc wrażenie ucieczki przed tajemniczym prześladowcą, ale też chcą pozostać nadzwyczaj chłodne dla wszystkich innych mężczyzn i muszą pilnować by w żadnym geście nie było prośby o ich pomoc. To bardzo dużo pracy. Każda Wam to powie.
Tamci zresztą niezupełnie pałają gorącem. Są zamknięci w hotelowych lobby, dostojnie jak chrząszcze w bursztynie, wyciągają tam, na kolana w garniturach, swoje cienkie jak brzytwa laptopy, ale nie piszą w nich, tylko się wpatrują marszcząc brwi, jakby to nimi i czołem tylko musieli nam powiedzieć, że są ważni i mają tam ważne sprawy, dlatego otoczyli się hotelami by tam nikt im nie przeszkadzał. I można nawet pomyśleć, że sale fitness w tych hotelach nie służą wcale mięśniom nóg, są tam za to lusterka powiększające, a ćwiczy się wyrazy twarzy. Wśród obrazków znanych kulturystów i kremów na elastyczność mięśni nie uświadczysz łydki czy bicepsa, a każdy baton energetyczny jest marki Poker Face. 

MICHAŁ PROCHOWNIK proza

I to wszystko istnieje sobie tu na bogato i tu zdaje się być w dyskretnej harmonii, kiedy nagle zza rogu katedry wyłania się on i myślę — skądś go znam, skądś go przecież znam, a więc by sobie przypomnieć idę za nim dyskretnie, z obawy by swoim prześladowaniem nie zamienić go w modelkę.
On jednak nie zwraca na mnie uwagi. Ma błędny, zachodzący mgłą z lekka wzrok i cierpiący wyraz twarzy, jakby się wahał czy się rozpłakać, czy lepiej zwinąć się z bólu w kłębek. Albo co najpierw? I wtedy go sobie przypomniałem, może nawet nie jego, ale ten model. Od razu śmiało przyspieszyłem kroku, próbując sprawdzić dokąd zmierza. Po paru sprintach ukradkiem (co nie jest tutaj trudne) dostrzegłem Ją — szła prawidłowo, klucząc od niechcenia, a wiatr rozwiewał jej poły szaty. To ona, Aisza. 

Nie miała okularów i może nie była nawet ładna, miała na twarzy za dużo ciała w stosunku do oczu. I wystarczyło teraz przystanąć i poczekać kiedy nadejdzie on, a kiedy nadszedł, ktoś otworzył drzwi algierskiego fryzjera i nagle cały film złożył się w całość bo zabrzmiała mi w uszach jego piosenka. 
I on w tej piosence idzie i się ślini do swojej ulotnej piękności ale od kiedy tak się ślini i wysila, to wie, że nic z tego nie będzie, że już przegrał, że ona w końcu uleci od niego, a on zostanie ze swoim niewysłowionym bólem. I kiedy on przybiera ten beczący ton, to z jednej strony niby ją błaga by go usłyszała, ale dużo bardziej jest to skarga, którą ma usłyszeć nie ona, ale jego bracia, bo tylko bracia mogą do końca wczuć się w to cierpienie, które idzie z samej głębi, ze środka, obolałych od tamowania rzeki pożądania, jąder śpiewaka. 

I nawet na wysięgniku, spoza kadru, mógłby się tu teraz pojawić jakiś znawca lirycznego wokalu i powiedzieć, że związek jąder ze śpiewem to nie tylko arabska specjalność, że już kastraci zachwycali niemożnością, która ćwierkała smutno na dnie wyciągniętego na wyżyny c. Jednak tutaj specjalnością w tej kategorii są wyposzczeni młodzieńcy i ich załamujący się tembr. I to właśnie tacy bracia tryskają ze swych sarnich oczu czystą łagodnością. 

I tak ślepy z miłości młodzieniec obija się o ściany wąskich uliczek, pot leje się z udręczonego czoła, a głowę rozsadza nabrzmiały złóg kisnącego w tej cieplarni pożądania. Ona się jednak nie lituje nad nim ani trochę, zupełnie nie bierze go pod uwagę, tylko brnie zamyślona w swoje przypadkowe strony i niby mimochodem wysyła w stronę kamery zwiewne gesty. Tu przechodzi, tu gdzieś znów się przeciąga. Idzie długo by znaleźć słońce i wiatr w dobrych proporcjach; tam z kolei przysiada lekko by tęsknym spojrzeniem uciekać w przyszłość bez śpiewającego niedoszłego kochanka, która zresztą wkrótce wsunie się przed nią w grubym czarnym samochodzie, zawsze możliwy jest też helikopter nad przepaścią.
A on słania się i wlecze ostatkiem sił, bo prawie wszystkie siły w ciele, zdaje się nieodwracalnie, wykrzywiają jego twarz w płaczliwy grymas, jakby pękające serce właśnie chciało wybuchnąć mu z gardła i nawet już nie wie, że luba go nawet nie widzi, za to wokół niego zbierają się miarowo bracia, łączący się z nim w tęsknocie. Każdy z braci rozgrzewa swój fantomowy ból wspomnień w płomieniu, który jego teraz spala i razem z nim stają się drogą krzyżową. Tak powstaje cała procesja. Każdy się przybliża, bo co gdyby nagle zasłabł, upadł, gdyby krwawić z krocza zaczął, a co gdyby już nawet całkiem tu umarł z rozpaczy? I widzisz natychmiast, że gdyby cały ich ból zamienił się teraz w wielki pleń sunący ulicami Troyes, zabrałby wszystko po drodze jak powódź.

I może nawet lepiej że ona zniknęła mu już z oczu, a on już nie wie gdzie się podziała i nie zobaczy sceny, gdzie ona wsiada do tej limuzyny i wyćwiczony w tym fitnessie koleś z tęgą twarzą uwiezie ją w świat szeroki, w te Paryże i Londyny, gdzie można zobaczyć modelki bez okularów. Gdyby to jednak dostrzegł, a któryś z tych złodziei twarzy na zlecenie znalazł się w tym miejscu z aparatem, powstała by nie lada pieta na smutny wszystkiego koniec. 
Zanim zamknąłem oczy by skręcić w przypadkową ulicę, miałem szczerą nadzieję, że cała ta kawalkada bólu musi się wreszcie skończyć w jakimś ciemniejszym, chłodnym zaułku, gdzie nadzieja umrze cicho i z trochę zakłopotaną ulgą, kiedy – poza kadrem – któryś z braci wreszcie go wyręczy.
 

Meczet

— No dalej — mówi mi Blukolar — zaciągnij się, aż do samego dołu płuc.
Podłoga w szachownicę uderza mnie w głowę, nad nią mam kilkadziesiąt okien nieba. Pęknięcia w czaszy.
— Tam na górze spocone robotnice siadały gdy były zmęczone zwijaniem papierosów. Mamy wkład aż z Tracji, pierwszorzędny towar, tak czy inaczej, gdy były spocone, od zwijania papierosów siadały na wielkim tarasie, pod gwiazdami jak ty i to było właśnie życie zanim…
— Umarłbym ze strachu przed rakiem, za bardzo kocham żonę, to komplikuje beztroskę. Na przykład wtedy, na nocnym suficie pod rozbitym jak góra jajka na miękko dachem. Zanim powiedziała, że kocha mnie już mniej niż kiedyś i przyniosła ropuchę w dłoni (wbiła jej paznokcie, przeszło mi przez głowę).
— Popatrz na to zanim zjesz następne udka w panierce, żaden frykas. I pamiętam jak użyła automatycznego otwieracza do konserw do jej dekapitacji. Nawet nie drgnęła w oku kiedy z dziury po odciętej równiutko głowie wyleciało szybko parę wielkich karaluchów.
— To miała w środku. Nie wiedziałem co robić i zacząłem je trochę zabijać stopami.
— Gra w klasy. Znam to. Kiedy zaciągałem się po pracy przed oknem, a stalowe koła matki (tak ją nazywaliśmy za życia) obracały nas w chleb, wtedy ich białe ubranka i wszystkie zakazane cyfry… Ale wtedy Blukolar podał mi rękę, niebo przeszło na swoje miejsce i zamieniło się w ból głowy.
— Chodźmy tylko po czarnych.
Poszliśmy. Teraz, skoro nie wypaliłem, zwiedzimy podupadłe lokum maszynowni. Brak oświetlenia, zamiast nieba beton. I tam — powiedział, jakoś tak nagle zmęczony — trzymają ten swój skarb, cały w towocie.
Poznałem ich wszystkich. Jeszcze nie tak dawno (przynajmniej tak mi się wydaje) razem schodziliśmy do garażu na przerwę, razem jechaliśmy po pracy na kiełbasę z grilla i piwo. Potem pod moim wzrokiem zaczęli garbić się przy biurkach. Na mój widok chowali pod blaty kanapki z wędliną, które robili sobie sami, jak wstyd. Nocami zapuszczali wąsy, w weekendy kupowali swetry. I teraz ich odwiedzam jak daleki krewny i z zakłopotaniem brniemy przez fałszywe tęsknoty tych uprzejmych powitań, wtedy się zauważa zmarszczki wokół oczu.

Ciemnymi korytarzami poprowadzili mnie do kuli. Była w połowie w podłodze wielkiej ciemnej sali. Pachniało farbą olejną w kolorze wojskowej zieleni. Zrozumiałem, że część ich życia polega na siadywaniu wokół tej kuli, z jakiegoś dziwnego przyzwyczajenia, z jakiejś rezygnacji.
— Matko! Cały czas Cię szukam, przekopałem już chyba cały lepszy świat. Pistol, kierownik wycieczki i osoba, która myśli, że jest Twoim najlepszym kumplem w jednym. Skoncentrowany model, jak wszystko co sprzedaje.
Odprowadzili mnie smutnym wzrokiem, z żalem, jakbym nie ukrywał za dobrze, że dostrzegam nudę wokół kuli i to, że niczego ciekawego już nie będzie.
— Patrz, na zewnątrz ten wąsaty amerykański aktor i jego narzeczona przyciągają tłumy wędzonym mięsem z lwów. Chodź, poczęstuj się, zanim Red Ford (takie ma chyba nazwisko) rozda to wszystko kandydatkom na modelki. Poczułem, że trzymam w ręce coś ciepłego i od razu, jak i one, chciałem się zaprzyjaźnić, ale pomyślałem, że najpierw zjem. Meczet na horyzoncie puścił z minaretu serię kółek z dymu.
— Wszystko jest ostatnio takie wędzone, nie? Przysiadł się do mnie jeden z jego dublerów. Pozostali wsuwali lwie mięso w biustonosze modelek.
— Nie zastanawiałem się.
Nie chciało mi się nawiązywać rozmowy. Gdzieś daleko, na podłodze w szachownicę straciłem coś ważnego. Na podłodze w szachownicę biegają karaluchy, każdy w swoją stronę.

…………………………………
Michał Prochownik (1973) — prozaik, uprawia głównie krótkie formy literackie, najczęściej impresje prozą umiejscowione na styku rzeczywistości i iluzji. Publikował m.in. w czasopismach Akcent, Studium, Pro Arte, Re-Presje, Opowieści, oraz magazynie Esensja.
Zdjęcie na stronie głównej: Jacek Szura
30.04.2019 | Więcej: Blog

MICHAŁ PROCHOWNIK Aisza i jej szwagry
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
Jeden komentarz

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.