Leżałem na plaży Lazurowego Wybrzeża w Saint Tropez i czytałem wiersze Baudelaire’a. Obok mnie opalała się piękna, młoda kobieta. Kiedy przechodziłem koło jej leżaka, gdy się kąpała w morzu, zainteresowałem się co czytała. Ku mojemu oniemieniu zobaczyłem tomik poezji także Baudelaire’a. Kiedy wróciła z kąpieli, patrzyłem tak długo w jej stronę aż zwróciła na mnie uwagę, wtedy, uśmiechnąłem się i pokazałem swoją książkę. Uśmiechnęła się również nie ukrywając zdziwienia z tego samego powodu.
Podałem jej swój tomik po polsku.
— Pardon, Pologne?
— Si, madame.
Powiedziała coś do mnie, ale ja nie rozumiem po francusku. Stałem obok niej stremowany, podała mi swą małą dłoń, coś powiedziała szybko przedstawiając się, nie zrozumiałem dokładnie jak ma na imię, pocałowałem ją w rękę, uśmiechnęła się znowu i gestem głowy poznała, że możemy się przejść brzegiem plaży.

Szliśmy w kierunku odległego miasta. Po jakimś czasie, przystanęła i pokazała wyciągniętą ręką pagórek, na którym był cmentarz. Doszliśmy do jego bramy. Stąd było widać wysokie grobowce, na których leżały wieńce z suszonych kwiatów. Jakiś spokój i zaduma zapanowały we mnie. Staliśmy w bramie bez słowa, oparci o rzeźbione flary, wpatrując się bezwiednie w ogromne grobowce ze szlifowanych na połysk kamieni w kilku kolorach — od żółtego poprzez brąz do czerni. Wydawało mi się, że myśli o tym samym co ja i o dziwo, po chwili, przekonałem się iż nie mylę się. Pokazała na porcelanową fotografię kobiety w średnim wieku. Gestami rąk dotykając swoich oczów i piersi w okolicach serca chciała mnie chyba dać do zrozumienia, że jej mama umarła młodo, tak jak ta nieznajoma pochowana w grobowcu.
— Moja mama także umarła młodo, wyjaśniałem jak tylko potrafiłem na migi, używając słów: mami, mater. Potem uniosłem palec swój wskazujący palec do góry na znak, że jestem sam na tym świecie, jak palec. Potwierdziła potaknięciem głowy, że jest także samotna, nikogo nie ma bliskiego po śmierci swej mamy.
Poczuliśmy się sobie bliscy, bowiem jednocześnie podaliśmy sobie w silnym uścisku ręce. Słaliśmy tak przez chwilę w oniemieniu, nie wiedząc co ze sobą zrobić aż nagle zaczął padać deszcz. Pobiegliśmy na plażę, po swoje rzeczy. Minęliśmy jakąś przytuloną do siebie parę, ręce nasze splotły się spontanicznie mocniej, a kiedy przestało padać ona klasnęła z radości w swoje ręce, ja zrobiłem tak samo i jakby na komendę zaczęliśmy się głośno śmiać. Słońce znowu wyglądnęło zza chmur.

Przyglądałem się jej uważnie, była bardzo piękna. Długie, jasne włosy spadały jej na ramiona, a spiczaste, jędrne piersi odbijały swe kształty pod mokrą koszulką. Odczuwała mój wzrok na jej biuście; drgnęła jakby trochę się wstydząc, trochę z emocji. Zbliżyła się do mnie, spojrzała przenikliwie w moje oczy, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego, wykonała gwałtowny ruch głową: w lewo i prawo. Po moich policzkach smagnęły raz i drugi , jej mokre włosy. Podnieciłem się, a nie wiedząc co mam zrobić, spuściłem tylko głowę w dół, przygryzłem lekko swe wargi. Wtedy złączyły się nasze policzki i ciepły strumień przebiegł przeze mnie całego. Mokre ubranie schło dawało się we znaki, gdy usiedliśmy na pobliskiej ławce. Ona odeszła na chwilę, chyba się przebrać, zdjąłem mokrą podkoszulkę, założyłem koszulę i wciągnąłem spodnie, usiadłem z powrotem na ławce ze spuszczoną głową, nie wiedząc co dalej robić, siedzieć czy wracać.

Dźwięk klaksonu poderwał mnie na nogi. Przed ławką stał błyszczący samochód, a w nim ona, uśmiechnięta. Otworzyła drzwi citroena i gestem ręki zapraszała mnie do środka, na przednie siedzenie. Wsiadłem, znowu spontanicznie śmialiśmy się. Jechaliśmy na morzem w nieznaną. Zapragnąłem, aby ta podróż trwała jak najdłużej. Ona włączyła radio i przyjemna cicha muzyka napełniła nasze uszy, zawirowała całym światem, który kręcił się wokół nas. Niebo zlało się z morzem, a palmy z szosą. Wysiedliśmy szczęśliwy, na wzgórzu porośniętym różnokolorowymi krzewami. Od silnego zapachu zakręciło mi się w nosie. W ustach poczułem jakąś przyjemną słodycz.

* * *

Sam nie wiem jak znalazłem się w jakimś hotelu. Ocucił mnie prysznic, zapach migdałowego żelu. W salonie apartamentu siedziała nieznajoma w krótkie, białej sukience z koronki. Teraz była skupiona, poważna. W ręku trzymała jakieś zdjęcie, a na nim chyba jej mąż, może były mąż i dwójka dzieci, w wieku mojej córki i syna. Zrobiła wymowny gest ręką, że męża już nie ma. Może wzięła rozwód — jak ja.
Szukałem nerwowo fotografii swoich dzieci w portfelu, aby jej pokazać i dać do zrozumienia, że nasze losy życiowe są podobne. Patrzyliśmy sobie długo w oczy najwidoczniej sprawdzając kto z nas kłamie. Nic nie mogło już rozerwać naszych spojrzeń jak tylko spontaniczny pocałunek. Długi, ciepły, słodki — upragniony, wymarzony.

Poszliśmy na przechadzkę wąskimi uliczkami Saint Tropez, badając siebie wzajemnie, wierząc temu przypadkowemu, uroczemu spotkaniu. Miasteczko jest urokliwe jakby specjalnie zbudowane do romantycznych spacerów. Kamieniczki jak z kolorowych obrazków jakie zapamiętałem z książek z bajkami. Pastelowe, czyste kolory. Śródziemnomorska przyroda jest wspaniała. Najpiękniejsze są srebro-białe platanowe alejki, pod ich koronami o różnych odcieniach zieleni chciałoby się przechadzać bez końca. Są tajemnicze jak moja nieznajoma. Nie miałem odwagi wypytywać ją o cokolwiek, bałem się, że pryśnie czar tej niezwykłej randki. Bałem się, że wszystko stanie się znowu szare, smutne. Nie pytałem nawet o jej imię, a już nie daj Boże, dać jej do zrozumienia, że szukam żony.
Zaglądaliśmy do przytulnych kawiarenek, podziwiając ich oryginalne wystroje, meble, wdychając ich zapachy. Weszliśmy w zielony tunel z delikatnych łodyg jakichś krzewów, zaprowadził nas kamiennymi schodkami na lazurowy basen, wykuty w skale. Przystanęliśmy pod parasolem z palm. Upajaliśmy się widokiem błyszczących witryn maleńkich sklepików, najbardziej spodobał się ten z suszonymi kwiatami i pachnącymi trawami, ułożonymi w małe piramidy lub wielkie kule. W St. Tropez nikt nigdzie się nie śpieszy, chyba tylko młodzi na swych wielkich, błyszczących motocyklach.

Pod fontanną przypomnieliśmy sobie o tym, że jeszcze przed chwilą byliśmy mokrzy, zagubieni, niepewni siebie, a teraz czuliśmy się jakbyśmy się znali latami. A kiedy zapaliły się latarnie i miasteczko zabłyszczało i schłodniało, szliśmy przytuleni. Doszliśmy do plaży, chcieliśmy pożegnać zachodzące słońce. Wielka, czerwono pomarańczowa kula powoli zjeżdżała pod horyzont rzucając długie, żółte pasmo promieni wierzchem morza.
Staliśmy zauroczeni zachodem. Przytuliła się znowu do mnie, najpierw niewinnie, nieśmiało, potem jak długo znająca się zakochana para. Szliśmy plażą na bosaka nie czując grubych ziaren piasku i małych kamieni. Byliśmy po łydki w wodzie, gdy ona raptem drgnęła, poszła sama na brzeg, skuliła się, usiadła na piasku. Lewą nogę uniosła w górę. Ukłuła się czymś. Przestraszyliśmy się, że to jeżowiec. Szukaliśmy kolców. Moje palce wędrowały po jej nogach, tańczyły rytmicznie. Jakbym grał na fortepianie, bo nawet słyszałem muzykę Chopina.
— Chopin — powiedziała nagle- pokazując na swoje uszy.
To jakiś cud! Słyszała melodie Chopina, jak ja „przecież nie rozmawialiśmy o niczym. Jej ciało prężyło się rytmicznie od moich pieszczot i pocałunków. Oddawała je podwójnie i czułem iż liczyła na więcej.
Zainicjowała rozbieranie się. Mięśnie moich ud prężyły się i rozluźniały na przemian. Moje podniecenie sięgnęło zenitu. Nic mogłem zahamować pożądania, bałem się, że posunę się za daleko i ona ucieknie. Jakże cudownie ssać jej pocieszne brodawki piersi. Nadzy turlaliśmy się po piasku. Małe kamyki zamieniały się w winogrona. Byliśmy w siódmym niebie. Lazurowe wybrzeże wspaniale pachnie. Rozgrzani leżeliśmy nad samym brzegiem. Fale nas muskały delikatnie. Nagle poczułem jakiś ból na ramieniu, z którego ona coś zrzuciła do morza i zaczęła ssać bolące miejsce. Coś mnie ugryzło, czyżby żmija i ona wyciągała jad. Nie, to była parząca meduza, przed którą mnie przestrzegał kiedyś jakiś plażowicz.
Nasze ciała stały się jednością, orgazm uderzył mnie wraz z końcem zachodu słońca. Chciałoby się wzlecieć do nieba. Ona pokazała ręką, że chciałaby tego samego. To wprost niewiarygodne.

Wracaliśmy oświetloną alejką do portu. Stanęliśmy przed żaglowcem „Dar Młodzieży”, którym przypłynąłem do Saint Tropez. Pokazałem jej swój zegarek, wskazałem na godzinę ósmą i na migi wyjaśniłem iż jutro odpływam.
— Beethoven, Czajkowski?… amo — co znaczyć miało: czy kochasz muzykę tych kompozytorów.
Przytaknąłem skinięciem głowy.
Zaprowadziła więc mnie znowu do swojego pokoju i włączyła magnetofon, z którego popłynęła moja ukochana „Eroica” Beethovena. Ogarnęło mnie i ją także uczucie żalu i smutku, bo w jej oczach zobaczyłem łzy.
Na pożegnanie dała mnie swój francuski tomik poezji Baudleaire’a, a ja podarowałem jej swój — po polsku. Pożegnalnych pocałunków nie było końca.

Spałem jak zabity w swojej kajucie, gdy odpływaliśmy. Zbudził mnie bosman:
— Człowieku, śpisz, a jakaś nimfa stoi na brzegu i macha nam na pożegnanie.
Wyskoczyłem z koi jakby piorun we mnie strzelił. Z rufy dostrzegłem ją na brzegu, ale było już zbyt daleko żeby coś zawołać na ostateczne pożegnanie.

Był to fragment powieści “Jak szukałem żony” Mieczysława Kurnatowskiego

…………………………………
Mieczysław Kurnatowski — emerytowany dziennikarz turystyczny, wieloletni członek byłego Klubu Publicystów Morskich przy b.PZM. Opłynął prawie cały świat polskimi statkami handlowymi, co opisał w cyklu reportaży pt. “Podroże małe i duże. Pochodzi z Elbląga, obecnie mieszka na Bielanach w Warszawie, obecnie pracuje nad pamiętnikiem pt. “Czy gryzie cię samotność”.
10.05.2020

MIECZYSŁAW KURNATOWSKI Tajemnicza nieznajoma z Saint Tropez
4 votes, 4.50 avg. rating (90% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.