BERLIN I

Wyjaśnijmy sobie kilka spraw. Po pierwsze: nie byłem nawet w połowie tak twardym gościem, za jakiego chciałbym uchodzić. Dokonałem kompresji. Kondensacji. Pomijałem niewygodne fakty w imię narracji. Uczeni nazywają to kognitywną adaptacją. To zdolność do ujmowania własnego życia w przychylnym świetle. To bardzo przydatna strategia. 1. pominąłem momenty całkowitej dezintegracji, 2. impotencji, 3. niedorzeczne donkiszotowskie szarże albo 4. fakt, że wciąż pożyczałem pieniądze od starych. Większości nigdy nie oddałem. Powiem więcej, gdyby nie moi rodzice, mój ojciec, który z roku na rok piął się po drabinie społecznej, już w pierwszym rozdziale wylądowałbym na ulicy.

Nie miałem wyjścia. Potrzebowałem postaci literackiej. Konsekwentnego i spójnego charakteru. Chciałem doświadczyć życia w stanie czystym. Żądałem monolitu, który ostatnie się w każdych warunkach. To bardzo niedorzeczne roszczenia. Słyszeliście o szczurzym parku? Nie? Może jeszcze do tego wrócę. Nie liczcie jednak na zgrabne zakończenie. Jeśli jesteście fanami Campbella lub literackich teorii Vonneguta, będę musiał was zawieść. Możecie porzucić czytanie w tym miejscu. Macie przed sobą historię idioty. Na darmo szukać tu czegoś heroicznego.

Znajduję się we Friedrichshain. W dzielnicy, w której ciężko odróżnić modela od lewicowego aktywisty. Ciągnę za sobą jedną wypchaną walizkę. Torba okazała się niepraktyczna. Pół godziny temu wysiadłem na Hauptbahnhof i teraz mijam te wszystkie małe sklepiki, kawiarenki, geszefty upchane w wąskie, zielone alejki. Wreszcie docieram do hostelu, w którym przyjdzie mi spędzić najbliższe trzy noce. Trzy dni to czas, jaki wyznaczyłem sobie na znalezienie pokoju. Wchodzę i naciągam twarz turysty. Na recepcji — oczywiście Polka. I szlag trafia turystę.

Pokój, w którym mnie ulokowano to sześcioosobowy dorm. Trzy podwójne łóżka upchane do ściany, niebieski, plastikowy stolik, szafka z zepsutymi zamkami. Każdego ranka budzi mnie jakiś Turek i zaczyna bić pokłony tuż nad moją poduszką. Odprawia pierwszą z pięciu serii modłów z twarzą zwróconą w stronę Mekki, z minimalnym marginesem błędu — dzięki najnowszej aplikacji z AppStore. W kuchni trafiam na studentów z Rosji, zamieniam z nimi kilka słów i opierdalam ze śniadania. Patrzą na mnie jak na kretyna, gdy wymieniam Dostojewskiego, Jerofiejewa, Tołstoja. Szybko daję za wygrana. W holu wielki, ciemny murzyn z Jamajki oskarża mnie o kradzież plecaka. Chyba powinienem jak najszybciej znaleźć pokój. I znalazłem. U Polaka, świadka Jehowy, miłośnika jazzu i tirowca. Ale o tym innym razem.
VICTOR FICNERSKI Na wynos
Ostatnią noc spędzam z grupą Kanadyjczyków, popijając piwo za 60 centów w pobliskim kiosku. Kanadyjczycy znani są z hokeja i bekonu. Podejrzewam, że w ciągu kilku następnych minut zanudzę się na śmierć. I wtedy pojawia się B, jest to postać o aparycji Van Gogha. Ze stylem, choć w lekko potarganych spodniach, miękko uginając biodra, kroczy lekko przygarbiony, jak bohater, jak upadły anioł, jak skazany. Kupuje dwie małe buteleczki sznapsa, mleko sojowe i mruczy coś pod nosem o tajskich chłopcach z Bangkoku. Kanadyjczycy szybko się zmywają. Przez następne kilka dni mieszamy wódkę z tym cholernym mlekiem. Mleko sojowe występuje w trzech wariantach smakowych: waniliowym, czekoladowym i naturalnym. Z B. rozmawiamy o wielkiej sztuce i podłym życiu. Włóczymy się po mieście w tę i z powrotem, i co wieczór lądujemy w Große Freiheit — w barze dla niedźwiedzi i marynarzy. Co drugi facet wygląda tu jak Freddie Mercury. Ciemne wnęki na zapleczu przywodzą na myśl Nieodwracalne Gaspara Noego. Za każdym razem, gdy idę się odlać, chwytam się za tyłek. Drinki napływają jeden po drugim i pierwszy raz w życiu czuję się jak atrakcyjna blondynka. Nad ranem bijemy się na pięści. B. ma podbite prawe oko. Spogląda na mnie z wyrzutem, więc podbijam mu lewe. Później jemy śniadanie w tureckich delikatesach. B. płaci za wszystko i przemyca mnie do swojego hotelu. B. dobija do czterdziestki i jest malarzem. Jest muzykiem, poetą, artystą konceptualnym i pedałem. Okazjonalnie pierdoli kobiety. B. pochodzi z Australii i przybrał nazwisko Divine. Oficjalnie posługuje się nazwiskiem Sully.

Oto, z czego zdałem sobie sprawę w dwudziestym drugim roku życia: w jakiś 5-7 procentach każdy facet jest pedałem. Byłem pod wpływem beatników, zastanawiałem się, czy nie załadować B. dla samego doświadczenia. Zwyczajnie sprawę odhaczyć. To myśl, która przychodziła mi do głowy nad ranem i szybko znikała. Kinsey mógł mieć rację, ale cholera, nie potrafiłem się przemóc.

Zatrudniłem się w greckiej restauracji. Pracowałem sześć godzin dziennie. Cztery dni w tygodniu. Jak wspomniałem, mieszkałem u Polaka. Facet dobijał do czterdziestki i zarabiał dziesięć euro na godzinę. Pilnował jakichś łódek nad Sprewą. Dzielił pokój z Adasiem, malarzem ściennym, który spał pod kaloryferem, oglądał Berlin jedynie zza szyby samochodu i bardzo tęsknił do rodziny. W co drugi weekend oboje wracali do Polski. Tak mniej więcej przedstawia się życie polskiego emigranta…

Przyjaciółka mojej matki ulokowała mnie w mieszkaniu swojej znajomej na Schönebergu. To dzielnica, w której się urodziłem. Goltzstraße 35! To najpiękniejsza kamienica po zachodniej stronie miasta. Mieszkanie należało do Eddy, sześćdziesięciodwuletniej, owdowiałej Halbkünstler, jak sama siebie nazywała. Mieszkał z nią jej aryjski syn i Javier — pięćdziesięcioletni tancerz z Meksyku, który wyglądał na trzydzieści i nigdy nie przestawał się uśmiechać. Goltzstraße pełna była kawiarenek. Zieleni. Drobnych butików i restauracji. Byłem pod wrażeniem. Byłem pod wpływem Henry’ego Millera i każdy zaułek przywodził mi na myśl dzieciństwo. Myślałem o takich głupich rzeczach jak zapach świeżego tynku i psiego gówna na wiosnę. O uliczkach skąpanych w deszczu, które przebiegałem na bosaka. O smaku gumowych żelków w kształcie niedźwiedzi. Byłem zafascynowany własnymi majakami. Ważyłem jakieś sześćdziesiąt dwa kilo. Czułem się lekki, jadłem pięć drobnych posiłków i wypróżniałem się raz dziennie. Było nieźle. Póki masz czyste flaki, na wiele możesz sobie pozwolić. Czy wspomniałem o zapachu metra? O ciepłym podmuchu, który uderza cię w nozdrza, gdy schodzisz w dół schodami?

Minęły trzy miesiące. Spakowałem swoje manatki i wsiadłem w samolot do Melbourne. Miałem trzysta euro w kieszeni. Trzydzieści wydałem na obiad w Abu Dhabi. Piętnaście godzin czekałem na przesiadkę.

Fragment mikropowieści “Na wynos” Victora Ficnerskiego
……………………………………….
Victor Ficnerski (1990) — urodzony w Berlinie. Matura we Wrocławiu. Dwa podejścia na Wydziale Nauk Społecznych, kierunek filozofia. Praca na przypadkowych stanowiskach. Podróże. Publikacje w „Wyspie”, „Fabulariach”, „EleWatorze”, „Akancie”, „Afroncie”, „Arteriach”, „Cegle”, „Tlenie Literackim”, “Helikopterze” “Obszarach przepisanych”, “Stronie czynnej”. Jego opowiadanie zawarte zostało w antologii “Dzieci wolności. Antologia przełomu”. Obecnie przebywa w Lipsku.
02.04.2010 | Na zdjęciu na stronie głównej: Victor Ficnerski

VICTOR FICNERSKI Na wynos
3 votes, 4.67 avg. rating (92% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.