Miasto, które Karolina darzyła tym rodzajem niczym nie uzasadnionej miłości, każącej człowiekowi wracać jak bumerang do miejsca przeznaczenia, jest boleśnie rozdarte nitką Rzeki, której błękitny nurt opiewają od dawien dawna lokalne pieśni patriotyczne. Miłość do Ziemi każe przymykać oczy na takie drobiazgi, jak fakt, że Rzeka już dawno zmieniła się w pieniste brunatne ścieki, a spacerowe trasy wzdłuż jej brzegów stały się atrakcyjną, choć straszącą szarością odrapanych budynków, aleją handlową.

Tego dnia Karolina wstała jak zwykle jakieś 15 minut po tym, jak łagodna dla ucha melodia płynąca z jej komórki rozproszyła spokój odchodzącej nocy. Nieraz myślała o tym, jak zadziwiająco szybko telefony komórkowe przejęły funkcję tradycyjnych budzików. Żal jej było czasem tych zapamiętanych z dzieciństwa starych, brzuchatych zegarów, które trzeba było pieczołowicie co wieczór nakręcać i których miarowe tykanie oswajało ciemność nocy, odmierzając leniwie minuty przybliżające do świtu. Nie pozwalały ani na chwilę zapomnieć o tym, że czas nieustannie biegnie naprzód. Głośny, nieraz przeraźliwy dźwięk dzwonka ostro odcinał realizm nowego dnia od sennych majaczeń i fantazji. When I need you Celin Dion, które płynęło co rano z komórki Karoliny, było wprawdzie dużo bardziej humanitarne dla jej uszu, ale jednocześnie powodowało, że marazm nocy wkradał się w przestrzenie poranka, zacierając granicę pomiędzy nimi. Łagodna melodia sprawiała, że Karolina mimo wysiłku otrzeźwienia umysłu, pogrążała się na kolejne 15 minut w błogim, ale i męczącym półśnie, z którego jeszcze trudniej i boleśniej trzeba było się wyrwać, kiedy Celin Dion zaczynała śpiewać po raz drugi. Wymacane w ciepłej jeszcze pościeli miejsce po Mężu, który już wyszedł do pracy, sygnalizowało bezlitośnie, że i ona powinna wstać.

Ten wyszarpnięty nocy kwadrans dawała sobie oczywiście kosztem śniadania, do którego zrobienia nigdy nie mogła się o tak wczesnej porze zmobilizować. Zresztą było to zbędne, bo jej żołądek o tej porze był pogrążony jeszcze w głębokim uśpieniu, co wywoływało w niej nieustanne wyrzuty sumienia, wszak wszyscy spece od zdrowia i urody grzmieli nieustanie, że to śniadanie właśnie jest najważniejszym posiłkiem dnia. Popijając tylko na stojąco gorącą herbatę z sokiem malinowym, od razu więc czuła się nieco niezdrowo. Za to odkąd przekroczyła magiczny próg lat 35 (choć pamiętała jak dziś czasy, kiedy wydawało jej się, że nigdy nie będzie aż tak stara), znajdywała jeszcze co rano chwilę na wykonanie szybkiego i niezbyt wyrafinowanego makijażu, co czyniła nie tyleż z rzeczywistej potrzeby, co raczej z irracjonalnego poczucia obowiązku kobiety wkraczającej w wiek dojrzały. Przecież co wieczór straszono ją w telewizji wizją tego, co stanie się, jeśli nie będzie wklepywać regularnie w siebie najróżniejszych specyfików zapobiegających temu, co i tak nieuchronne. I jednocześnie zewsząd płynęły pocieszenia, że to, co się już nieco popsuło, zawsze można podretuszować fluidem o nowej formule lub nieco droższym liftingiem twarzy.

Od pierwszych minut poranka Karolinie towarzyszył dziwny nastrój. Noc była duszna i ciężka, a urywany, niespokojny sen zamiast wypoczynku przynosił dręczącą świadomość złudności jego realizmu. Nosiła go pod powiekami, trochę wstydliwie, ale pieczołowicie, nie mogąc wciąż otrząsnąć się z roztargnienia poranka, wsuwając na nogi elastyczne, prawie przeźroczyste pończochy i przegrzebując szafę w poszukiwaniu czegoś sensownego do ubrania, przytakiwała machinalnie skaczącemu koło niej Przedszkolakowi, który koniecznie właśnie teraz chciał wiedzieć, po co mamusi biustonosz i czy on też będzie taki nosił, gdy dorośnie. Zerkając w pośpiechu na zegarek, biegała po całym domu za swoim nieznośnym urwisem, który jak co rano uciekł na golasa do łazienki, oświadczając, że dziś ubierać się nie będzie. Kiedy jako tako udało jej się w szaleńczym sprincie przez pokoje i szafy skompletować swoją i syna garderobę, na koniec stawała przed szafką z butami i dawała sobie chwilę na wybór odpowiedniej pary. Najczęściej ostatecznie wsuwała na stopy buty na wysokim, zdecydowanie zbyt wysokim jak na wyzwanie długiego dnia, obcasie. Szpilki to była jej kobieca słabość. Mogła przejść obojętnie obok sterty szminek, cieni do powiek, pomadek, perfum, nawet koronkowych cudów przemysłu bieliźniarskiego, ale buty na wysokim obcasie zawsze rozmiękczały jej serce. Szybkie spojrzenie w lustro w przedpokoju i widok zgrabnej nogi wyeksponowanej w ten prosty, a zarazem zmysłowy sposób, zawsze napawał ją zadowoleniem i wprawiał w dobry humor. Więc kiedy tylko obowiązki jej na to pozwalały, nawet kosztem wygody, zakładała swoje ukochane czarne sandałki albo wysokie wiosenne czółenka. Oczywiście potem przeklinała swoją naiwną wiarę w to, że dobry nastrój utrzyma w ten sposób przez cały dzień i już koło południa, kiedy stopy zaczynały odczuwać pierwsze zmęczenie, zaczynała podejrzewać siebie o zwykłą próżność, a koło godziny piętnastej, gdy manewrowała po dziurawych chodnikach, usiłując zrobić zakupy, była już pewna swojej przemożnej głupoty. I za każdym razem obiecywała sobie, że nigdy więcej nie ulegnie temu porannemu, absurdalnemu kaprysowi kobiecości i przywoła przed gładką taflą lustra na ratunek niemałe w końcu zasoby swej praktyczności, ale najczęściej, przekręcając klucz w zamku, musiała przyznawać się przed sobą do kolejnej w tym starciu porażki rozumu.
PATRYCJA ŁYŻBICKA Słoik
Tego dnia też uśmiechnęła się w przelocie z zadowoleniem do odbicia swoich nóg i nawet duszne wnętrze samochodu, szarpanie się z pasami fotelika dziecięcego i upychaniem wszystkich rzeczy na właściwych miejscach, nie zdołały popsuć jej tego miłego wrażenia. Dopiero w połowie drogi do przedszkola dobry nastrój prysnął w ułamku sekundy, kiedy z prawdziwym przerażeniem uświadomiła sobie, że w pośpiechu zapomniała na stole w salonie telefon komórkowy. Najpierw zrobiło jej się zimno i odruchowo przyhamowała ostrzej, potem zalała ją fala gorąca i zaczęła rozpaczliwie rozważać, co lepiej zrobić: zawrócić natychmiast po zgubę i narazić się na spóźnienie do pracy, ale zapewnić sobie spokój ducha na dalszą część dnia czy też odpuścić i zaryzykować, że po spokojnym dniu, w którym nikt nie będzie jej nękał, wieczorem spadnie na nią lawina pretensji, dlaczego nie odebrała jakiegoś telefonu, nie oddzwoniła natychmiast i nie odpisała na smsa. Już słyszała pełne przekąsu uwagi jakoś tak zwykle albo gderającego albo nadmiernie milczącego Męża, po co ci ten telefon, skoro i tak nie można się z tobą skontaktować… I natychmiast oczywiście zbudzi się w niej to dławiące poczucie winy, że pewnie nie jest jednak wystarczająco dobrą matką, żoną, sprzątaczką, praczką, kucharka, organizatorką, pracownicą, towarzyszką, opiekunką, kochanką i czym tam jeszcze wypadało jej codziennie bywać. I właśnie wtedy uświadomiła sobie z niezwykła mocą, że cały świat wokół niej koncentrował się wokół zjawiska kontaktowania się. Wypadało mieć kontakty albo przynajmniej szukać kontaktów, a już obowiązkowo należało pozostawać w nieustannym kontakcie ze wszystkimi wokół. Wszyscy poświęcali temu ogromną ilość czasu i zachodu. Pieczołowicie sprawdzane kilka razy dziennie skrzynki mailowe, coraz wymyślniejsze dźwięki przychodzących smsów i mmsów, polifoniczne melodyjki telefonów sprawiające, że przy określonej piosence, nerwowo zaczyna się przeszukiwać przepastne wnętrze torebki, a po kilkunastu sekundach rozpaczliwych i bezowocnych poszukiwań, stwierdza się z ulgą, że piosenka właśnie leciała w sklepowym odbiorniku radiowym. Ciągle odsłuchiwała na swojej skrzynce głosowej krótkie wiadomości o zawsze podobnej treści „skontaktuj się ze mną, jak tylko będziesz mogła”. Oczywiście posłusznie kontaktowała się, jak tylko mogła i równie poprawnie, poważnym, ale w miarę ciepłym głosem nagrała na swoją pocztę głosową kuszącą obietnicę „Bardzo mi przykro, nie mogę teraz odebrać telefonu, skontaktuję się, jak tylko będę mogła”, co dało jej poczucie spełnionego obowiązku. Dogłębnie tęskniła jednak za kontaktem prawdziwym.
Rozważywszy zatem wszystkie za i przeciw, zerkając nerwowo na zegarek, postanowiła jednak zawrócić. 15 minut poza domem dawało trzy nieodebrane połączenia, w tym jedno od Męża. Uścisk w dole brzucha nie pozostawiał wiele nadziei, że to będzie miła pogawędka, ale oddzwanianie musiała jednak tak czy owak odłożyć na później, nie była bowiem w stanie rywalizować na decybele z własnym dzieckiem, które tym razem panikowało głośno, że na pewno spóźni się na śniadanie do przedszkola, inne dzieci zjedzą mu chlebek z nutelką, będzie głodny cały dzień, jak Jaś i Małgosia w bajce i na pewno trafi w związku z tym na Babę Jagę, która zamknie go w klatce. Ubierając swojemu Przedszkolakowi kapcie w szatni, sięgała po najbardziej racjonalne argumenty, przekonując, że panie przedszkolanki na pewno żadnej Baby Jagi do przedszkola nie wpuszczą, na co syn z nonszalancją drugoroczniaka odpowiedział: „Mamusiu, nie bądź dziecinna, przecież wiadomo, że Baby Jagi nie istnieją”… Opuszczając przedszkole, Karolina niczego jednak nie była już pewna.
Za to była już spóźniona do pracy. I przekonana, że przed swoim gabinetem zastanie już wlepione w zamknięte drzwi ogromne, smutne oczy Agaty, która zamiast „Dzień dobry” powie zapewne: „Nawet Pani na mnie nie zależy. Życie nie ma sensu”. Mówiła to średnio dwa razy w tygodniu, bez względu na okoliczności i bez względu na to, czy Karolina przybywała punktualnie do Poradni i słuchała w skupieniu i z uwagą swoich młodych pacjentów czy też błądziła myślami wokół niezwykle palącego problemu niewyłączonego piekarnika tudzież niedomkniętej bramy garażowej. Agata była jedną z kilkunastu nastolatek, które przychodziły regularnie na spotkania w Poradni i wydawało się, że jej lista zażaleń do świata nigdy się nie wyczerpie. Inwencja twórcza tej szesnastolatki w wymyślaniu katorg i obrzydzaniu sobie każdego fragmentu rzeczywistości nieustannie wprawiała Karolinę w zdumienie, pomimo jej wieloletniego doświadczenia w pracy z młodzieżą. Zaczęło się zupełnie niewinnie i rutynowo. Karolina doskonale pamięta szary, wrześniowy poranek, w którym Agata po raz pierwszy zjawiła się w jej gabinecie. Zapamiętała ją dlatego, że jako jedna z nielicznych pacjentek nie sprawiała w ogóle wrażenia speszonej czy zawstydzonej tym pierwszym kontaktem z psychologiem i nie potrzebowała nawet dziesięciu minut na oswojenie się z sytuacją, tylko od razu przeszła do konkretów. Usiadła niebezpiecznie blisko Karoliny, tak, że ta mogła poczuć jej zapach, zacisnęła nogi w kolanach, okręcając kostki wokół nóg krzesła, wbiła w nią swoje ogromne, szare oczy i powiedziała teatralnym szeptem: „Muszę Pani coś pokazać…”. Po pełnej napięcia pauzie, która nastąpiła po tym zdaniu, Karolina była niemal pewna, że oto zaczynają się kłopoty. Agata powoli zaczęła podkasywać rękaw bluzy, pokazując cienkie, czerwone paski po cięciach żyletką. „Tnę się” — szepnęła z jeszcze większym dramatyzmem, nie spuszczając wzroku z twarzy pani psycholog, jakby chcąc sprawdzić, jakie zrobi to niej wrażenie. Karolina poczuła się nieswojo, nie ze względu na widok, który ukazał się jej oczom, rzecz jasna, bo popularne wśród młodzieży „sznyty” widywała przynajmniej kilka razy w miesiącu, ale raczej dlatego, że spojrzenie nastolatki miało w sobie więcej bezczelności niż zagubienia. Karolina dyskretnie odsunęła swoje krzesło, zmniejszając krępującą swoją fizycznością bliskość. W ciągu tego pierwszego spotkania z Agatą usłyszała niemal całą historię jej życia, a raczej, jak okazało się nieco później, jedną z wersji tej historii.

Kiedy wpadła więc nieco spóźniona do niezbyt przytulnej poczekalni przed swoim gabinetem, z niejakim zdziwieniem odnotowała wionącą z niej pustkę. Wokół panowała niczym niezmącona cisza, na drewnianym stoliku leżały równiutko poukładane czasopisma, ulotki i foldery z praktycznymi poradami, jak nie zmarnować sobie życia, jak poznać siebie, jak harmonijnie i zgodnie współżyć z ludźmi, jak powiedzieć nie. Swoją drogą, myślała, jakie to dziwne, że nikt nie radzi, jak powiedzieć tak. Czasem zastanawiała się, na ile w ogóle jest tu potrzebna, skoro odpowiedź na te wszystkie pytania jest tak prosta, że mieści się na paru błyszczących stronach folderu. Otworzyła swoim kluczem drzwi gabinetu i znowu poczuła to niezbyt przyjemne wrażenie wchodzenia do obcego świata. Pomieszczenie było niewielkie, zapewne w ramach oszczędności budżetowych wydzielone kiedyś z jakiegoś obszernego i jasnego salonu wiekowej kamienicy. Niewiele niestety z ducha tamtej przestrzeni się uchowało. Tylko bardzo wysoki sufit i równie wysokie, wciąż łagodnym butwieniem domagające się wymiany, wąskie okno, przez które sączyło się nieśmiałe, poranne światło. Do tego prosta szafa z książkami i dokumentacją, obszerne, utrzymane w stylu przeciętnej bylejakości biurko z szufladami i dwa, dość wygodne, trzeba przyznać, krzesła. Karolina dzieliła ten pokój zwierzeń z dwoma kolegami po fachu, ale rzadko się widywali, najczęściej gdzieś w przelocie na korytarzu Poradni, gdy jedno zmierzało do owego gabinetu, a drugie pędziło wykonać pracę w terenie. I było chyba trochę tak, że każde z nich gdzieś tam chciało wnętrze tego pokoju jakoś ocieplić i oswoić, ale żadne nie czuło się w nim na tyle swobodnie i u siebie, aby te wizje wprowadzić w czyn. Wchodząc tu, zawsze przecież znajdywało się ślady czyjejś wcześniejszej tu obecności — nieschowane notatki na biuru, pióro, przerzucony przez poręcz krzesła zapomniany sweter, niewyrzucony papierek po cukierku.
Przez te ślady Karolina nigdy nie wracała tutaj jak do siebie, nawet po tylu latach pracy, zawsze wchodziła tu jak do świata, w którym trzeba od nowa za każdym razem mościć sobie miejsce. I tym, co jej w tym rytuale pomagało, była niewątpliwie gorąca kawa z dobrze ubitym mleczkiem, wypita z ulubionej, niebieskiej porcelanowej filiżanki. Ilekroć nalewała w tak zwanym pokoju socjalnym pachnący płyn do delikatnego, kruchego naczynia z maleńkim i diablo niewygodnym, ale szalenie eleganckim uszkiem, przychodził jej na myśl zapamiętany jeszcze z czasów szkolnych wiersz Miłosza. Jej też żal było porcelany i dlatego ocalenie niebieskiej filiżanki z masy przedmiotów tandetnych, uniwersalnych i praktycznych, którymi zatłoczony był świat, w którym żyła, wydawało je się sprawą najwyższej wagi. I z satysfakcją patrzyła, jak jej filiżanka wyróżnia się w sposób bezsporny i przyciągający uwagę wśród niezgrabnych, bulwiastych kubków okraszonych zdjęciami i podpisami wszelakiej maści zalegających w szafce nad zlewem.

Agata nie przyszła. Pierwszy raz. Karolina przyłapała się ze wstydem na tym, że wcale jej to nie zmartwiło, a wręcz przeciwnie, mogła w spokoju wypić swoją rytualną kawę i rozważyć to, co od tygodni kołysało wszystkie jej zmysły atawistycznym pragnieniem i niepokojem. Wszystko zdawało się układać w przerażająco sprzyjający ciąg zdarzeń, jakby wszyscy bogowie zaświatów, w których istnienie szczerze zresztą powątpiewała, nagle postanowili przekonać ją gremialnie, że jednak zdarzają się cuda. Nerwowo obracała w szczupłych palcach telefon. W końcu ze ściśniętym między żebrami żołądkiem napisała jedno słowo „Będę”.

Szła długim korytarzem, a stukot jej obcasów kołysał się echem, wypełniając powietrze. Czuła wyraźnie, jak ten bezczelnie rozdzierający ciszę dźwięk wynosi ją na naprężonych jak struny łydkach ponad szarość codzienności. Korytarz hotelu po drugiej stronie Rzeki, pamiętającego czasy jaśnie panującego Cesarza, dziwił nieco tandetną brzydotą. Huragan komunizmu zdawał się pozostawić tu na zawsze swój plugawy oddech antyestetyzmu. A jednak miejsce to miało w sobie jakiś niezrozumiały i nieuchwytny czar, który być może wynikał z poczucia całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. Tak, jakby naprawdę zatrzymał się tu czas, zakrzywiła przestrzeń. Przez chwilę stała pod drzwiami, łowiąc światło i szelesty, wahająca się na granicy dwóch światów, próbując oswoić rozedrganie skulone w dole jej brzucha. A potem rozkołysała się, dziecinnie sobą zadziwiona, w swym odurzającym ją szaleństwie i weszła. Od niecierpliwych dłoni i najtrafniejszych słów nie dzieliło jej już nic. Drzwi zamknęły się za nią bezszelestnie, szczupłe, coraz pewniejsze palce zsunęły się z chłodnej, solidnej klamki, pozwalając jej ostatecznie zapaść się w jego bezczelnie zdecydowane, głodne dłonie.

Jadąc do domu, nieco za szybko i niezbyt uważnie, w lusterku samochodu widziała rozochoconego własną dociekliwością siedzącego z tyłu Przedszkolaka, który zadawał właśnie dwieście pięćdziesiąte czwarte pytanie tego dnia, próbując natarczywie wydedukować, z czego zrobiony jest kierunkowskaz, dlaczego miga, skąd wiadomo, kiedy ma przestać migać i czy można dostać mandat, gdy miga za długo. Z każdym kolejnym pytaniem czuła, że robi się coraz bardziej niecierpliwa, przy którymś z rzędu wzięła głęboki oddech i odpowiedziała szczerze „W zasadzie to nie wiem”, na co nieusatysfakcjonowany Przedszkolak zareagował histerycznym płaczem. Za pociągającym jeszcze zasmarkanym nosem i wtaszczoną z trudem stertą siatek, jak co dzień, weszła do przedpokoju, prawie w biegu, z przyzwyczajenia, zrzuciła płaszcz i już miała szybkim ruchem zsunąć szpilki ze zmęczonych nóg, gdy wyłapała w lustrze swoje własne spojrzenie. Zatopiła się na ułamek chwili w tych ciemnych, zmąconych oczach, na których dnie mruczały rozniecone iskry. Z tego zatrzymania wyrwał ją tak doskonale znajomy jej głos dobiegający z salonu. „Co się z Tobą dzieje do cholery? Po co ci ten telefon, skoro i tak nie odbierasz?”.

Wieczorem otworzyła butelkę ulubionego czerwonego wina. Jego cierpkawy smak rozpływał się na języku ciepłą, ale i ostrą nutą. Przypomniała sobie, jak jej najlepsza przyjaciółka, wychodząc z własnej rozprawy rozwodowej powiedziała do niej: „Widzisz, z małżeństwem jest jak z tymi naszymi biedronkami w dzieciństwie. Zbierałyśmy je z łąk i zamykałyśmy w słoikach, pakując do środka listki w przekonaniu, że będzie im tam dobrze, po czym szczelnie zakręcałyśmy wieczko, dla ich dobra, żeby nie uciekły, żeby się nie zgubiły, żeby nie stało im się nic złego. A potem nie mogłyśmy pojąć, dlaczego wszystkie zdychały. Jeśli próbujesz zamknąć kogoś w słoiku dla jego dobra, to musi się to tak skończyć.” Dziś Karolina poczuła, że po raz pierwszy od wielu lat, może nawet w ostatniej chwili, udało jej się nieco podnieść wieczko. Zapach odurzającego świeżością powietrza buchnął w jej rozwarte nozdrza.

…………………………………
Patrycja Łyżbicka (1978) — urodzona w Cieszynie. Ukończyła II LO im. M. Kopernika w rodzinnym mieście, a następnie studia magisterskie na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu oraz studia podyplomowe z Wiedzy o kulturze na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach i studia podyplomowe na kierunku Zarządzanie instytucjami kultury na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach. Od 2002 roku pracuje jako nauczycielka języka polskiego i wiedzy o kulturze w II LO im. M. Kopernika w Cieszynie. Współpracuje z instytucjami kultury w Cieszynie i Bytomiu. W obrębie jej zainteresowań, poza literaturą, mieści się także film, teatr, sztuka, psychologia, antropologia. Realizuje się w działaniach edukacyjnych, kulturalnych i artystycznych. Publikowała w Polonistyce oraz Wychowaniu na co dzień. W 2017r. opublikowała tomik poezji “Z pustkiwstanie“.
26.09.2019

PATRYCJA ŁYŻBICKA Słoik
5 votes, 4.40 avg. rating (88% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[14] Komentarze
  1. Jestem pod ogromnym wrażeniem ! Nie wiem co w tym tekście jest najlepsze…treść, bogactwo słownictwa, łatwość przekazu czy … no tak, po prostu wszystko świetne! gratuluję Pani ogromnej wrażliwości twórczej.

  2. Swietny tekst.Wczoraj po wydrukowaniu przeczytałam ponownie.Biały papier uwypukla jeszcze mocniej bogactwo języka,a tym samym piękno opowiadania.Losy Karoliny koniecznie do kontynuacji.Wątek Agaty niezbędny do rozwinięcia.Problemy młodzieży zawsze leżą mi na sercu.Gratulacje !

  3. Bardzo ciekawa “spowiedź współczesnej młodej pracującej kobiety” lub Jej poetyckie marzenia. Mnie osobiście zaintrygował potoczysty styl i bogactwo języka Brawo!

  4. Świetne opowiadanie, piękny język, ciekawa fabuła i jeszcze ten nasz, lokalny, cieszyński akcent 😍 Jestem pod wrażeniem! Polecam każdemu! Miło spędzony czas z lekturą 💕

  5. Piękna opowieść o nas kobietach wiecznie marzących….refleksyjnych.
    Podoba mi się piękny język szczerych wypowiedzi bohaterki.Ciekawią dalsze jej losy i co z tego wyniknie
    Czekam na dalszy ciąg
    Bardzo

  6. Czyta się, jakby słuchało się muzyki. Niebanalny dobór fraz słownych tworzy całość, która brzmi intrygująco i zachwycająco. Kunszt języka to wartość dodana, która sprawia, że do tego tekstu będzie się wracać dla przyjemności czytania. Niedopowiedzenia w treści, mam nadzieję, są zapowiedzią kontynuacji. Może większa powieść?

  7. Przeczytałam 😁. Uwielbiam ten język – przedługaśne zdania które czasami muszę czytać po 2,3 razy 😉. I dobór słów uderzający poezją! Miejscami przypomina mi język Dukaja – Czarne Oceany.

  8. Dziękuję za lekturę Kwintesencja kobiecości i codzienności A głodne dłonie do kogo należą…kwintesencja opowiadania zawisła w niedopowiedzeniu Czekam na drugą część MUSI Karolina spotkać czytelnika z tym KIMŚ…

  9. Uroczyste soczyste może nadmierne słowo dla niektórych Dziś większość pisze niedbale krótko zdawkowo U Ciebie kolory epitetów w odcieniu nawet dla daltonisty Styl zobowiązuje by czytać uważnie bez pośpiechu choć dynamikę tekstu popędzaja wątki szafa budzik dziecko kawa mąż telefon buty i ON…czyli kto ? Chcemy wiedzieć Czytelniczki entuzjastki

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.