Rozległe moczary poprzerastane nagimi, kalekimi drzewami, oraz wypełnione bulgoczącą, ohydną, zielono — zgniłą mazią, tonęły w wilgotnej, gęstej mgle.
Ciężki oddech ciszy dźwigał chorobliwą atmosferę, rozlewając jej odór w każdy zakątek bagniska. Raz po raz, w błyskawicznym tempie, prześlizgiwały się jakieś stworzenia pomiędzy sinymi zaroślami i znikały w chlupoczącej, szaro — zielonej zupie. Ich gładkie, lśniące ciała z parą przenikliwych oczu umieszczonych na czubku głowy, przypominały zwykłe pospolite węże. Poruszały się tak szybko, że prawie nie było widać ich początku, ani końca. Tylko na chwilę znaczyły swój ślad, by za moment zniknąć w zmurszałych korzeniach starych drzew.
Słońce nie docierało tu nigdy. Konary wysokich drzew, oraz magiczne macki trupio – bladej mgły, zazdrośnie broniły dostępu życiodajnym promieniom gorącej gwiazdy. Mimo to, światło dnia spokojnie sączyło się pomiędzy konarami, nic sobie nie robiąc z wysiłków owych tajemniczych strażników nocy. Nie było tak silne, jak choćby w niedalekim lesie, położonym niespełna parę kilometrów na południe, gdzie żyły stworzenia nawykłe do jego codziennej obecności. Tu, jego nikła poświata pozwalała jedynie na pobieżne rozpoznanie terenu. Północna jego część — całkowicie zdominowana przez bagna — była niedostępna dla jego zwykłych mieszkańców. Tutaj panował mrok, lęk i Sonabab…

Ponura, ciemna chata z chylącym się dachem idealnie wtapiała się w krajobraz moczarów. Prowadząca do niej wąska ścieżka była prawie niewidoczna, przez co chata wydawała się jedynie kolejnym, zwalonym i ciężkim od wilgoci, starym drzewem. Dokoła panowała wroga cisza. Małe wysepki sinych zarośli, tkwiły nieruchomo na powierzchni bagna. Nie śpiewał żaden ptak. Nie było słychać rechotu żab. Nie było wiatru. Jakby otoczenie wstrzymało oddech…

Nagle coś poruszyło się nieopodal przygarbionej chatki. Wychyliło płaski, o śliskiej skórze łeb, rozglądając się ostrożnie na boki. Małe, żółte oczy umieszczone na czubku głowy, przenikliwie penetrowały najbliższe otoczenie. Stworzenie uchyliło paszczę, jakby chciało złapać głębszy oddech. Z pomiędzy mocnych szczęk wyposażonych obficie w ostre, kołkowate zęby, wysunął się długi ruchliwy język. Jego końcówka zaczęła niepewnie badać powierzchnię ścieżki. Posuwając się coraz dalej i dalej, ciało zwierzęcia powoli wynurzało się z bagniska. Jego krótkie kończyny zaopatrzone w długie, ostre pazury połączone ze sobą rogowatą skórą, wydawały dźwięk przypominający cięcie piły. Zwierzę posuwało się wolno w stronę chaty. Cały czas ostrożnie pomimo tego, że nie posiadało tutaj żadnych wrogów. Patrzyło, nasłuchiwało, węszyło. Ruchliwy jęzor bezustannie smakował ścieżkę w poszukiwaniu ewentualnych intruzów, lub innych zagrożeń. Po chwili jakby z przerażeniem, błyskawicznie zanurzyło się w bagnisku.

Wnętrze chaty nie napawało optymizmem. Panował w niej mrok. Mrok, który wydawał się być żywym stworzeniem. Skutecznie pożerał światło, jakie dostawało się z zewnątrz. Jakby to właśnie światło było jego najlepszym przysmakiem. Nagle, w środku tego mroku coś poruszyło się niespokojnie. Wydawać by się mogło, że mrok zaczął oddychać. Niby niezauważalnie, ale z właściwą sobie częstotliwością to “coś” poruszało się w mechanicznym rytmie perpetuum mobile. Długi zakrzywiony nos przecinał mrok, rozszarpując bezkrwawo jego wnętrzności. Spod szarych postrzępionych rękawów wystawały kościste palce, pewnie trzymając przedmiot o nieokreślonej przydatności. Był podłużny w kształcie walca o metalicznej, gładkiej powierzchni. Nieśmiały promyk światła wpadł do pochylonej chaty przez dziurawy dach. Zanim mrok zdążył go pożreć, odbił się od przedmiotu i czmychnął z powrotem przez dziurę w dachu.
— Gdybym miała siłę, zrobiłabym większy otwór — zaskrzeczało “coś” ponuro — już nic nie widzę w tej ruderze.
Po chwili rozległ się przerażający chichot, po nim tupot małych stóp, aż nagle wszystko ucichło. Mrok rozsiadł się wygodnie i zapadł w drzemkę.

— Nie boję się! — krzyczała mała dziewczynka w żółtej jak słońce sukience, zwracając wyzywającą pozę w kierunku czarnej ściany drzew, graniczących bezpośrednio ze skąpaną w słońcu, kwiecista łąką.
– A właśnie, że się boisz… — zdawał się odpowiadać las.
— Możesz sobie przechylać swoje drzewa… i tak mnie nie złapiesz! — tym razem jej wskazujący palec wystrzelił wprost w ścianę lasu.
— Złapię cię… — szumiał las.
— Ha ha ha! Nie masz nóg — nie chodzisz! A o bieganiu to w ogóle nie ma mowy!
Mimowolnie odskoczyła na — jej zdaniem — bezpieczną odległość, po czym z właściwym sobie cynizmem wysunęła cały swój język, wydając przy tym odgłos jak wściekły, agresywny koń.
— Złapię cię… — znów zaszumiał las.
— Tylko spróbuj, a mój tata zrobi z ciebie trumny, które zgniją w ziemi! I taki będzie z ciebie pożytek!
Tym razem las nie odpowiedział. Szumiał tylko swoim zwyczajem, wpatrując się w stojącą naprzeciw niego istotę. Patrzył, choć nie miał oczu. Słuchał, choć nie miał uszu.
Dziewczynka zastygła w milczeniu. Nie wiedziała, co ją tak nagle zatrzymało, dlaczego nie ucieka. Nie mogła się ruszyć, choć bardzo tego chciała. Jej oczy nieruchomo wpatrywały się w czarną ścianę lasu, a powieki nie potrafiły tego widoku odciąć.

W pochylonej chacie mrok zasnął. Szara poświata niewiadomego pochodzenia zajaśniała nieśmiało, pochłaniając coraz bardziej wszechobecną ciemność. W centralnym punkcie małego pomieszczenia nieśmiałym blaskiem zaświeciła duża, magiczna kula. Nad nią pojawił się długi, zakrzywiony nos.
— Chodź dziecko — skrzeczała starucha — Nie bój się… chodź… Sonabab cię nie skrzywdzi…
Kobieta obserwowała jak dziewczynka w żółtej sukience ruszyła mechanicznym, sztywnym krokiem w kierunku lasu. Kiedy przekroczyła jego granicę, kula eksplodowała światłem, oraz wszystkimi możliwymi kolorami. Drzewa zdawały się płonąć, nienaturalnie wykrzywiając swoje konary. Niewielka ścieżka jaśniała, niczym Droga Mleczna, a rosnące nieopodal krzaki mieniły się tysiącem barw.
— Chodź Eli… chodź do mamusi… — Sonabab uśmiechnęła się swoją bezzębną szczęką akurat wtedy, gdy jej długi jęzor oblizał skapującą z ust ślinę.
— A co to?! — starucha zastygła na moment, dostrzegając w kuli jakieś zwierzę czające się na samotną dziewczynkę. Błyskawicznie przeleciała koścista dłonią ponad kulą i znów wpatrzyła się w swoje trzecie oko. Nieopodal ścieżki, jakieś kilka metrów od Eli, pojawiła się owłosiona, chuda noga jakiegoś wielkiego pajęczaka. Wyraźnie czaił się na ofiarę. Czarownica dotknęła długim palcem miejsce na kuli, gdzie zastygła w wyczekiwaniu włochata noga. W tym momencie pająk czmychnął w las. Ścieżka znów była czysta i jasna.
— Moja Eli jest bardzo pożądanym kąskiem — Sonabab wykrzywiła zniechęcająco obwisłe wargi. Chwilę po tym, zbierając całą swoją ślinę, napluła na kulę. Ohydna maź otoczyła jasną, szklaną powłokę, niszcząc i paląc wszystkie stworzenia czające się wokół dziewczynki.

— Eli! — młody mężczyzna krążył po polanie wołając swoją córkę — Eli nie chowaj się! Nie mam czasu na zabawy!
Z gęstej trawy wzbił się w powietrze przerażony skowronek. Zawisł chwilę, po czym umknął z ptasim krzykiem w kierunku jego domu.
— Eli, gdzie jesteś?
Skowronek usiadł na okazałej bramie. Był prawie niewidoczny, jednak jakimś cudem mężczyzna dostrzegł go. Chwilę wpatrywał się w szarego ptaka.
— Eli… — jęknął.

W tym momencie dziewczynka bezpiecznie dotarła do chaty. Jej stan umysłu powrócił akurat wtedy, gdy naciskała zardzewiałą klamkę. Potrząsnęła głową jak zmoczony psiak, po czym wbiła swój przerażony wzrok w porośnięte mchem drzwi.
— Co ja tu robię?
Rozglądnęła się niespokojnie. Wokół napierały na nią stare, pokrzywione drzewa. Ohydny odór bagniska drażnił jej nozdrza. I jeszcze ten dziwny ruch w gnijących zaroślach…
Drzwi chaty otworzyły się zadziwiająco lekko. Eli niepewnie weszła do środka, pokonując strach i wzrastające w niej obrzydzenie. Zatrzymała się, rzucając swój cień na przeciwległą ścianę. Coś dostrzegła. Jakaś dziwna, rozlazła masa, ruszyła w jej kierunku. Dziewczynka zastygła w panicznym strachu.
— Nie bój się Eli… — zaskrzeczała masa — Podejdź.
W kościstym szponie błysnął walcowaty, metaliczny przedmiot
— Chcę ci coś pokazać. To twoje dziedzictwo.
— Kim jesteś..? — wyszeptała niepewnie Eli.
— To twoje dziedzictwo… — zaszumiał las.

Młody mężczyzna ocknął się akurat wtedy gdy ogromny, czarny pająk zagrodził mi drogę. Zdał sobie sprawę z tego, iż stoi naprzeciw niego na wąskiej ścieżce, wokół której rozpanoszył się czarny, gęsty las.
— O żesz…! — zachłysnął się własnym strachem .
— Co to??
Stworzenie powoli uniosło przednią nogę w górę, po czym z siłą tupnęło o wąską ścieżynę. Człowiek zachwiał się od wibracji
— To chyba sen… — szepnął. Nie był w stanie uciekać. Nawet o tym nie myślał. Zastygł w przerażeniu patrząc, jak pająk powoli, jakby niechętnie rusza w jego kierunku. Najpierw jedna włochata noga, potem druga, trzecia i następne. Ostre, rogowe szczęki ociekały śliną. Korpus zadrżał, a odwłok wygiął się w górę.
Mężczyzna pomyślał, że to ostatnie, co dane mu było zobaczyć Choć przed śmiercią, wolałby ujrzeć własną córkę.

— Eli…. — szumiał las – Eli…
— Cisza! — zaskrzeczał złowrogi, martwy głos.
Las ucichł. Był niczym żywy organizm i tak się zachowywał. Znieruchomiały konary, zastygły w bezruchu liście. Teraz las wyglądał niczym doskonała fotografia psychopatycznego artysty. Ucichła nawet skrzypiąca chata, zamknięta w czasie i przestrzeni, na kawałku fotograficznego papieru.
— Wiesz kim jestem? — martwy głos dobiegł do dziewczynki w głębi nicości.
Eli zaprzeczyła jedynie ruchem głowy. Stała na środku chaty w szarej poświacie, nie dostrzegając jej ścian. Gdyby nie ten głos, byłaby pewna, że nie ma nic, tylko ona i…. nicość
— Nie wiesz? — szumiał głos — A kto utulał cię do snu, gdy byłaś malutka? Kto pilnował aby nie nawiedzały cię dziecięce koszmary?
— Koszmary..? – pisnęła Eli.
— Kto opatrywał twoje rany, gdy nieopatrzna, leśna róża oplotła twoje nogi?
— Róża…?
— Podejdź do mnie… — szepnął głos tak łagodnie, jak tylko potrafił.
Dziewczynka zaprzeczyła stanowczo głową i zacisnęła usta w ciup.
— Podejdź!
— Nie widzę cię…, nie wiem dokąd…
Z czarnej, powietrznej mazi powoli wychylała się obrzydliwa postać. Nisko schylona, z długim, zakrzywionym nosem, ubrana w szarą, postrzępioną tunikę. Włosy miała rozpuszczone, rzadkie, długie i siwe. Eli cofnęła się ze strachem. Postać, niczym w zwolnionym tempie zbliżała się do dziewczynki. W nadmiernie kościstych, wydłużonych palcach trzymała walcowaty, metaliczny przedmiot. Oczy małej Eli robiły się coraz większe, jakby przerażenie nie mogło się z nich wydostać, ponieważ było tak ogromne, jak cała, pochylona chata. Postać zbliżyła się na wyciągnięcie ręki i uniosła w górę kościstą dłoń, zaopatrzoną w walcowaty przedmiot.
— Już po mnie… — pomyślała Eli.
Czarownica lekko poruszyła dłonią i nagle przedmiot wydał z siebie cudowny, radosny dźwięk tysiąca leśnych dzwonków. Poruszyła raz jeszcze. Tym razem do uszu dziewczynki dotarł radosny śpiew skowronków
— To twoja grzechotka, pamiętasz?
— Moja grzechotka..?
— Jak byłaś mała, często się nią bawiłaś.
— Bawiłam…?
— Spójrz mi o oczy, Eli… to ja… Sonabab
Starucha powoli unosiła głowę. Dziewczynce wydawało się, ze trwa to całe wieki. Wciąż nie widziała nic innego, jak tylko długi, zakrzywiony nos. Najpierw był na poziomie jej brzucha, potem piersi, wreszcie dotarł do brody i jakby rysując jej twarz, zastygł na wysokości czoła. I właśnie wtedy je zobaczyła. Oczy czarownicy…
Wokół rozległ się wściekły ryk tupotu małych stóp. Wtedy zrozumiała, kto tu naprawdę jest niebezpieczny. Małe, ostre ząbki poczęły nieznośnie wbijać się jej w gołe łydki. Podskoczyła z krzykiem, starając się strząsnąć napierający atak.
— Eli uciekaj! — krzyknęła starucha, strącając ze swojej tuniki atakujące ją skrzaty.
— Nie wyjdę bez ciebie, mamo!
Mimo to, ruszyła do drzwi, pociągając za sobą kobietę.
— Dlaczego te drzwi są tak daleko?! — krzyknęła.
Nagle zatrzymała się. Sonabab wpadła na nią, pociągnięta jej ręką. Eli w wyobraźni raz jeszcze powędrowała w oczy czarownicy.
“Moje imię wypowiedziane na wspak zrzuci potworną powłokę i tylko wtedy ujrzysz swoją prawdziwą matkę”
Złośliwe skrzaty zaczarowały ją, wymyślając dla niej imię i dodatkowo utrudniając, wypowiadały je od końca. Eli zrozumiała w ułamku sekundy całą tragiczną sytuację swojej matki. Wystarczyło, że spojrzała w jej oczy. Tylko ona mogła ją uratować. A z ojcem…. to pogada sobie później!
— Baba Nos! – krzyknęła, pociągając za sobą kobietę.
Drzwi przestały się oddalać. Teraz były tuż tuż…
Eli wypadła na zewnątrz i stanęła jak wryta. Po raz drugi, jej matka wpadła na nią, zwalając ją z nóg. Jej dawna postać zniknęła wraz z przekroczeniem progu pochylonej chaty. Teraz była młodą, piękną kobietą, bez żadnych tajemnych mocy. Skrzaty wypadły za nimi na dwór. Okrążyły je ściśniętym kołem i ze złośliwym uśmiechem, obnażyły swoje ostre zęby. Eli wtuliła się w matkę. Płakała. Przerażonym wzrokiem szukała jakiejkolwiek możliwości ucieczki. Niestety, małe potwory szczelnie je otoczyły, zaśmiewając się i przewracając przekrwionymi, małymi oczkami.

Nagle coś przysłoniło niebo. Ogromne cielsko z czarnym, owłosionym odwłokiem ciężko siadło na dachu pochylonej chaty. Nogi stworzenia wczepiły się w ściany, wydając przy tym metaliczny chrzęst. Pająk wlepił swoje kilka par oczu w okrąg utworzony przez skrzaty. Eli pomyślała o swojej, dopiero co odzyskanej matce i wtuliła w nią głowę.
— Już dobrze córeczko — szepnęła kobieta.
— To nie potrwa długo.
— Eli! Izabela!
Kobieta spojrzała ponad jasną głowę córki. Nie mogła uwierzyć własnym oczom!
— Fryderyk..?
— Tata…? – szepnęła Eli.
Na grzbiecie ogromnego pająka, niczym na rączym koniu, siedział mężczyzna. Jedną ręką trzymał się mocno jego owłosionej głowy, jakby trzymał konia za grzywę. Pająk wysunął szczęki do przodu. Wokół nich zaczęła się szybko tworzyć zielono – sina maź. Zwierze zachłysnęło się, a potem silnym odrzutem wypluło ową substancję, sklejając przerażone skrzaty swoją wydzieliną.
— To niemożliwe… — mruknęła Izabela.
— Tato, co ty robisz na grzbiecie tego potwora?!
Skrzaty szarpały się w wydzielinie wielkiego owada, jednak nie mogły się wydostać. Maź skutecznie pokleiła ich ciała i już zaczęła działać. Powoli ich paskudne twarze, oraz członki rozpadały się. Okropnie wyjąc, rozpływały się tworząc obrzydliwą masę pokarmową przeznaczoną dla włochatego stwora.
Matka i córka pomagając sobie nawzajem zdołały uwolnić się z zaklętego kręgu skrzatów. Wtedy pająk delikatnie i prawie z gracją zszedł z dachu chaty, zrzucając jednocześnie swojego jeźdźca.
— Tato, coś ty tam robił? — zapytała Eli wskazując palcem zajadającego się pająka.
— Czy mnie się wydaje, czy on… mlaska?
— Izabelo… — mężczyzna objął ramionami swoją żonę.
— Tak długo cię szukałem. Nigdy nie wierzyłem, że odeszłaś. Co się właściwie wydarzyło tamtej nocy?
Izabela spojrzała w niebo.
— Spójrzcie – wskazała głową w górę — Słońce ponad drzewami…
Wszyscy spojrzeli w korony drzew. Rzeczywiście, piękne, złociste promienie łagodnie przecinały gęstą niegdyś czerń. Drzewa przechylały się to na lewo, to na prawo, jakby tańczyły walca. Gdzieś w oddali zaśpiewał skowronek.
— A gdzie pająk?! — wykrzyknęła Eli, która teraz dopiero dostrzegła jego nieobecność.
— Zniknął, jak cały ten koszmar — powiedziała Izabela.
— Wracajmy do domu.

Kiedy cała trójka ruszyła z powrotem w kierunku pałacu, pochylona chata stawała się coraz mniejsza i mniejsza. W końcu zniknęła całkowicie.
Kiedy to się stało… las odetchnął z ulgą.

…………………………………….
Ewa Prochalmieszkam w Krakowie. Słowem zajmuję się od dawna. To słowo zawsze stało na straży mojej wyobraźni, domagając się uwagi. Piszę różne teksty: prozę i poezję. Piszę również scenariusze teatralne (także profilaktyczne). Zajmowałam się tekstami na strony internetowe (m.in. opisywanie produktów), pisałam nawet pozwy sądowe (to nie żart – a taka mała ciekawostka).
……………….
05.07.2015 | Więcej: Portfolio

EWA PROCHAL Bagnisko
1 vote, 3.00 avg. rating (75% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.