Pyta mnie, za kogo chciałbym umrzeć, a ja nie wiem, co odpowiedzieć.
Naprawdę nie wiem.
Kurczę. Musimy zacząć inaczej, bo z suspensu wyjdą nici.

***

Inwentaryzacja skończyła się szybciej niż planowano i teraz nie mam co jeść.
Druga w nocy to taka pora, kiedy nawet wielkie osiedla wielkiego miasta śpią. Śpią ulice, przez które za dnia nie da się przejść, nie czekając tysiąc godzin na zielone światło. O drugiej w nocy możesz iść środkiem jezdni i nikt nie zwróci na ciebie uwagi.
Śpią betonowe pudła z miliardami okien wychodzących na cztery strony świata. Mieszkańcy, w dzień zaganiani i dążący do nie wiadomo czego, walczący między sobą o bilet do krainy marzeń, stale czekający na przyszłość i uciekający przed teraźniejszością, gotowi mordować siebie nawzajem dla spełnienia obietnic, które otrzymali jako dzieci, obietnic od rodziców, nauczycieli i telewizji, że osiągną sukces, jeśli tylko będą się starać; ci wszyscy gladiatorzy przeciętności śpią teraz słodko pod pierzyną. Bezbronni i niemi.
Zawsze są bezbronni i niemi. Ale tylko podczas snu na takich wyglądają.
Inwentaryzacja skończyła się za wcześnie; stoję przed lodówką i nie mam co jeść. Ani co pić. To znaczy, mam tylko wodę w kranie.
Jedni uważają, że w wodzie z kranu pełno jest paciorkowców, metali ciężkich oraz bakterii kałowych. Inni mówią, że to wszystko mity i że kranówka jest czysta. Ja myślę, że do czystej wody nikt nie ładowałby megaton chloru.
Chce mi się jeść i pić, dlatego znów wychodzę na dwór, na ciemno-wilgotne powietrze, przyklejające się do twarzy, zalepiające nos i gardło jak flegma. Sklepy w okolicy są pozamykane. Pozostaje tylko dwudziestoczterogodzinne Tesco, co oznacza, że czeka mnie dwukilometrowa przechadzka. Właściwie czterokilometrowa, bo przecież będę musiał jeszcze wrócić.
Mijam zaparkowane na poboczu samochody, o szybach pokrytych rosą tudzież zżółkłymi liśćmi. Drzewa stoją w bezruchu, mimo że jeszcze wieczorem tańczyły harlem shake. Noc potrafi uspokoić najsilniejszy wiatr.
Pod monopolem nie stoją menele. Zza murka nie plują dresiarze. Policja nie patroluje. Nikt nie poprosi mnie o dwa złote, nikt nie zagrozi mi wpierdolem za moje krzywe spojrzenie, nikt nie zechce wypisać mi mandatu. Nikt mnie nie obserwuje.
Druga w nocy to taka pora, w której człowiek wszystkiego może się wystraszyć. Idziesz słabo oświetlonym chodnikiem i w oddali widzisz sylwetkę. Kontury są rozmazane, więc nie wiesz, czy to człowiek, czy śmietnik albo jakiś słup. Ale od razu zakładasz, że człowiek. I od razu zakładasz, że to dziwny człowiek. Przecież nikt normalny nie włóczyłby się po blokowisku w środku nocy, w środku tygodnia i przy paskudnej pogodzie. A skoro to dziwny człowiek, to z pewnością jest też złym człowiekiem. Wyobraźnia szaleje, ciało pokrywa gęsia skórka. Nie wiem, czy masz podobnie, ale moja psychika o drugiej w nocy wydostaje się spod kontroli.
Jestem coraz bliżej, aż wreszcie postać, którą widziałem w oddali, okazuje się zepsutą latarnią.
Nikt mnie nie obserwuje i właśnie to jest najgorsze. Za dnia przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać. Należę do tego podgatunku ludzi, którzy bardziej od ucieleśnionego zagrożenia, boją się niepewności.
Wychodzę z międzyblokowych uliczek, idę chodnikiem wzdłuż drogi głównej. Ulica wypełniona jest pustką i ciszą, choć od czasu do czasu pojawia się taksówka albo samochód dostawczy. Przyglądam się aptece, pizzerii, marketowi chińskiemu, sklepom spożywczym; nieczynnym, lecz oświetlonym od wewnątrz. Za placówkami prywaciarstwa rozpościera się ściana ciemności. Ściana, zza której wypełzłem.
Z tyłu słyszę krzyki. Trudno powiedzieć, czy to śpiewy, okrzyki radości, wrzaski agresji czy przerażenia; docierają do mnie w mocno zniekształconej postaci. Ale na pewno są to głosy ludzkie. Na pewno głosy, nie pojedynczy głos. I na pewno rozlegają się gdzieś daleko, może bardzo daleko, ale noc wyostrza zmysły, więc słyszę.
Skręcam i parę chwil później mogę dostrzec szyld Tesco Extra. Mam jeszcze do pokonania gigantyczny parking.
Z naprzeciwka nadchodzi jakiś człowiek. Na pewno człowiek. Zepsute latarnie nie przebierają nogami.
Mijając się, rzucamy sobie krótkie spojrzenie. Facet koło pięćdziesiątki, z lekkim zarostem i śmiesznymi okularami. Zwykły facet z jednorazówką w ręku. Nie mam powodów, by się go obawiać. Nawet „dziwnym” nazwać go nie mogę. Pewnie też dopiero wrócił z pracy i musiał zrobić zakupy.
A jednak, parę kroków dalej, nie wiedząc czemu, zastanawiam się, ilu w życiu minąłem psychopatów. Ilu mordercom, pedofilom czy gwałcicielom rzuciłem krótkie spojrzenie.
Sprawdzam godzinę w telefonie. Zero, dwa, trzy, pięć. Zero samochodów osobowych na parkingu, dwa tiry, trzy stopnie Celsjusza na dworze, jakieś pięć osób wydzierających się daleko z tyłu. Choć w sumie nie tak daleko; głosy rozbrzmiewają coraz bliżej. A może noc coraz bardziej wyostrza mój słuch.
W sklepie ściągam z półek wodę, chipsy i rogalika. Chwilę później stoję przy kasie samoobsługowej. Ktoś zapomniał reszty. No co, mam nie wziąć? Rozglądam się. Wygrzebuję wszystkie monety, potem płacę i zabieram moją resztę. Jeszcze tylko rzut okiem na pozostałe kasy. Niestety, w nich już pusto.
Ale przynajmniej parę złotych znalazłem – zakupy mi się zwróciły.
Otwieram opakowanie, potem otwieram usta. Ślinianki zaczynają pracować na zwiększonych obrotach. Tuż przed oszklonymi drzwiami wbijam zęby w rogalika. Drzwi się rozsuwają.
Zatrzymuję się nagle. Szczęka nieruchomieje w połowie pierwszego gryza.
– Wsiadaj – mówi zza uchylonej szyby. – Podwiozę cię do domu.
Zimne powietrze uderza mnie w twarz. Ochroniarz pokasłuje po mojej lewej stronie, w rogu sklepu, z oczami wklejonymi w gazetę. Przy kasie pikają czyjeś zakupy.
Kontury maski i dachu volkswagena wydają się rozmazane. Karoseria zlewa się z czernią nocy. Jak ta postać, co ją wcześniej widziałem w oddali.
– Podwiozę cię do domu – powtarza.
Zaciskam zęby, odrywając kawałek rogalika, i przełykam prawie bez gryzienia.
Najpierw przekraczam próg. Później odwracam się w bok i chcę odejść.
Kierowca otwiera drzwi i w ułamku sekundy, zwinnie jak Paolo Gabriele, wyskakuje z samochodu.
Stoi przede mną. Niewerbalnie mówi mi, żebym zaczekał.
Odpowiadam – również niewerbalnie – że jestem głodny i nie pozwolę sobie przeszkodzić w jedzeniu. Przeżuwam drugi kęs rogalika. Smakuje średnio. Zaczynam żałować, że nie kupiłem ciastek z Milki.
– Trafię do domu – mówię z pełnymi ustami.
– Daj spokój, druhu – kręci głową. – Tam dalej, na ulicy, szaleją chuligani. Pobiją cię, jeśli pójdziesz pieszo.
Patrzy na mnie, zdecydowanie, prosto w oczy, ale nie jak bokser na drugiego boksera przed walką, tylko bardziej jak ojciec na syna, na wrednego gówniarza, który nie chce słuchać taty.
Jakowyś paternazilm da się również wychwycić w tonie jego głosu. Wypowiada słowa z poczuciem wyższości, jednak bez popadania w ton agresji czy irytacji.
– Czemu mieliby mnie pobić? – pytam.
– A czemu nie? – uśmiecha się. – To chuligani. Szukają zadymy.
I gdy te „szukamy zadymy” wylatuje z jego ust, koleś sięga prawą rękę za pazuchę, za połę płaszcza. Uśmiech nie znika mu z twarzy.
Odruchowo sprawdzam godzinę na telefonie. Zero, dwa, cztery, sześć. Zero pomysłów w głowie. Dwoje drzwi za plecami. Rozglądam się na cztery strony świata i myślę, że serce wali mi co najmniej sześć razy na sekundę.
Kiwa głową na samochód. Ze spierzchniętych ust nieznajomego wypływa:
– Wsiadaj, druhu.
Skupiam myśli, łączę wątki zaistniałej sytuacji. Dochodzę do wniosku, że ręka za pazuchą jest bardzo silnym argumentem w naszej niewerbalnej dyskusji. Ostatecznie wolę wsiąść do tego samochodu dobrowolnie niż pod przymusem.
Idę do volkswagena od drugiej strony, wolno stawiając kroki. Kładę dłoń na klamce.
– Śmiało – mówi nieznajomy. Ale głośniej niż jego „śmiało”, słyszę moje słowo „klamka”, które rozbrzmiewa wewnątrz głowy i rozchodzi się echem.
Wsiadamy.
Nieznajomy wrzuca jedynkę i odjeżdżamy spod sklepu.
Parking jest monstrualnie wielki. Dwa tiry, zero samochodów osobowych. Ciekawe, gdzie parkują pracownicy sklepu, ci z nocnej zmiany. Pewnie gdzieś z tyłu. Albo tak się złożyło, że żaden z nich nie jeździ samochodem.
Parking jest monstrualnie wielki; jedziemy i jedziemy, jesteśmy coraz bliżej ulicy. Czekam, aż nieznajomy wrzuci kierunkowskaz.
Jedziemy i jedziemy.
I w końcu wrzuca. W lewo.
– Nie mieszkam w centrum – mówię.
– Nie jedziemy do centrum.
I rzeczywiście, chwilę później znowu skręcamy, zjeżdżając z drogi głównej. Zawieszenie podskakuje na wybojach, aż mnie podrzuca i uderzam głową w dach.
Patrzę na profil nieznajomego. Nie myślcie czasami, że to człowiek, którego minąłem w drodze do Tesco. Nie, ten jest sporo młodszy i nie ma okularów. Ma za to blizny na twarzy, takie trochę w stylu Francka Ribery’ego.
Samochód gwałtownie zwalnia, wjeżdża dwoma kołami na chodnik. Zatrzymujemy się. Kierowca gasi reflektory.
– Nie mieszkam na wiadukcie kolejowym – mówię.
– Daj spokój. Tak bardzo śpieszy ci się do domu?
Odwraca się, chwyta reklamówkę leżącą na tylnym siedzeniu. Słychać brzdęk szkła.
– Trzymaj – podaje mi piwo.
– Nie mam ochoty na…
– Ale chyba wyjdziemy na zewnątrz, co? Piękna noc dzisiaj.
Cóż, najwidoczniej mamy odmienne pojęcie „piękna”.
Wyciąga drugie piwo, dla siebie, i odkłada reklamówkę. Ja kończę rogalika i wciskam foliowe opakowanie do kieszeni.
Wysiada. Wysiadamy obaj.
Ulica przechodzi nad torami kolejowymi. Auto nieznajomego stoi pod grubaśnym słupem, z którego obserwuje nas twarz polityka Platformy. Z słupa na drugim końcu wiaduktu łypie kandydat PiS-u. Nigdy nie sprzątają tych plakatów.
– Na kogo głosowałeś? – pyta nieznajomy, podchodząc do barierki.
– A co za różnica?
Wzrusza ramionami.
– Chciałem jakoś zacząć rozmowę, zanim przejdziemy do innych tematów. – Odkapslowuje butelkę o kant barierki. – Poradzisz sobie ze swoim?
Nie odpowiadam. Przyglądam się jego twarzy.
To nie jest ten facet, którego mijałem na parkingu przed Tesco. To człowiek, którego wziąłem za niedziałającą latarnię.
Podaje mi otwarte piwo i zabiera te, które dał mi wcześniej. Odkapslowuje w podobny sposób, co poprzednio, choć teraz bardziej zamaszyście. Upija kilka łyków, szybko, żeby nie zdążyło się spienić.
– Zastanawiasz się, skąd moje blizny – nie pyta, tylko stwierdza.
Fakt, zastanawiam się.
– Miałem kiedyś wypadek. Jechałem pociągiem. I ten pociąg się wykoleił. Kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, drugie tyle rannych. Cud, że uszedłem z życiem.
Nieznajomy opiera się placami o barierkę, unosi spojrzenie. Mruży oczy i z zaciekawieniem wgapia się w niebo, jakby jego wzrok miał moc przeniknięcia przez chmury i dojrzenia gwiazd.
– Pewna kobieta, która wtedy ze mną jechała, zginęła, ratując dwójkę dzieci. Była ciężko ranna. Sanitariusze chcieli jej pomóc, ale ona powiedziała, żeby najpierw zajęli się dzieciakami. Sanitariusze poszli ich szukać, a ona umarła. Wykrwawiła się. Poświęciła swoje życie. – Odrywa wzrok od chmur i kieruje spojrzenie na mnie. – A ty? Za kogo byś umarł?
Moja psychika wydostaje się spod kontroli. Widzę moich bliskich, przyjaciół – wszystkich, na których mi zależy – każdego z nich, związanego i zakneblowanego, skulonego w bagażniku volkswagena. I wybór, który daje mi nieznajomy. Albo ja, albo mój bliski.
Ciekawe, ilu psychopatów spotkałem w swoim życiu.
– Za kogo chciałbyś umrzeć, druhu?
Biorę łyka piwa.
– Nie wiem – mówię.
– Domyślam się, że dzieci jeszcze nie masz. Więc może za rodziców?
Drżącą ręką unoszę butelkę. Drugi łyk.
– Za dziewczynę? Za najlepszego kumpla?
Jeszcze kilka łyków. Bardzo chce mi się pić.
Nieznajomy kręci głową.
– Czekaj, czekaj. – Uśmiecha się. – Może wolałbyś umrzeć jako bohater? Za ojczyznę. Albo za ideę. Jako męczennik w imię sprawy, żeby mówili o tobie w telewizji. Wolałbyś coś takiego?
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
– Błąd. Śmierć jest bardzo ważnym elementem życia.
Sięga za pazuchę i wyjmuje papierosy.
Częstuje mnie, ale odpowiadam, że nie palę.
– Bierz, nie krępuj się.
Trudno określić, dlaczego, ale jest typem człowieka, któremu się nie odmawia.
Jest typem człowieka, którym zawsze chciałem być.
Odpalamy papierosy. Dym zawisa w mokrym powietrzu.
– Powiedz mi, przyjacielu… – Zaciąga się głęboko, aż do przepony. – …dlaczego robisz zakupy w środku nocy?
– Byłem na inwentaryzacji. Niedawno wróciłem i nie miałem nic do jedzenia.
– A tak naprawdę?
– Mówię prawdę. Mam ci pokazać identyfikator?
Oparty o barierkę, unosi palec na punkcik w oddali. Odwracam głowę, wytężam wzrok i dostrzegam zarys dworca.
Pod wiaduktem biegną dwie linie kolejowe.
– Gdybyś był bezdomny, też poszedłbyś tam spać? – pyta.
Jest typem człowieka, który każdą rozmowę prowadzi własnymi torami.
– Nie wiem. Pewnie tak. Ale póki co mam gdzie mieszkać. I, wyobraź sobie, chciałbym skorzystać z mojego dachu nad głową, i z mojego łóżka, i położyć się spać.
Parska śmiechem.
– Daj spokój. Nawet nie dokończyliśmy pierwszego piwa.
Spoglądam na moją butelkę. Następnie obserwuję dym wzlatujący z papierosa.
– Jestem zmęczony – mówię.
– Ja, gdybym był bezdomnym, nie nocowałbym na dworcu. W ogóle nie zostałbym w mieście. Wyniósłbym się w okolice jakiejś wsi i wybudował sobie szałas w lesie. Polowałbym na zwierzęta, zbierał grzyby, okradał gospodarstwa i straszył dzieciaków. Stałbym się na swój sposób sławny, przynajmniej w tej wiejskiej społeczności. Krążyłyby o mnie plotki. Z czasem zaczęłyby się rodzić na mój temat legendy. Ludzie by się mnie bali. Cała wieś żyłaby w strachu, że jakiś świr, upiór, wampir, czy chuj wie kto, zadomowił się w pobliskim lesie. A wiesz, co jest cząstką strachu? Szacunek. Ludzie darzyliby mnie szacunkiem. Nie pogardą, jak tych bezdomnych z dworca. Szacunek jest w życiu najważniejszy. Tak samo, jak w śmierci.
Moja psychika krzyczy, że wpakowałem się w jakieś gówno.
– Słuchaj, naprawdę… – zaczynam, ale koleś z bliznami nie daje mi dokończyć.
– Jest trzecia – puka palcem w szkiełko zegarka. – Dokładnie za piętnaście minut będzie tędy przejeżdżał pociąg towarowy. Wiesz, dlaczego ta barierka jest taka wysoka? Żeby samobójcy nie skakali. Ktoś myślał, że wysokimi barierkami zniechęci ludzi do rzucania się z wiaduktu, a tym samym opóźniania biegu pociągów. Ale nie tak trudno przez nią przejść, prawda? Dalibyśmy radę.
Moja psychika krzyczy, że mam przejebane.
Mija nas taksówka. Zdaje się, że jakaś znajoma twarz patrzy zza tylnej szyby.
Kończę piwo w kilku łykach i odstawiam butelkę. Pstrykam wypalonym do połowy papierosem na ulicę.
– Fajny zegarek – mówię. – Mam taki sam.
– Czyżby? – unosi brwi. Znów ten uśmiech.
Chyba powinienem teraz podciągnąć rękaw i zobaczyć, czy mój zegarek jest na miejscu. Ale po co patrzeć? Gdybym go miał, nie sprawdzałbym wcześniej godziny w telefonie.
– Skąd masz mój zegarek? – pytam, czując, jak krew pulsuje mi w skroniach. Czuję też odrealnienie i ciężkość ciała.
– Ty nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Nogi uginają się. Wytężam wszystkie mięśnie, żeby zachować pozycję stojącą.
– Dlaczego robisz zakupy w środku nocy?
– Byłem na…
– Inwentaryzacji, wiem. I jesteś wykończony. Masz wory pod oczami i ledwo stoisz. Dlaczego nie rzuciłeś się na łóżko od razu po przyjściu do domu? Dlaczego nie padłeś na pysk, jak zrobiłby każdy inny na twoim miejscu, tylko poszedłeś do sklepu?
Staram się utrzymać otwarte oczy, chociaż to trudne.
– Zawsze muszę zjeść coś przed snem, żeby…
– Dlaczego?!
– Kurwa! Po prostu… Nie mogę spać. Zawsze przekładam w czasie położenie się do łóżka. Boję się spać, okej? Nie wiem, dlaczego. No po prostu boję się i już.
Pociągam nosem. Szukam chusteczek w kieszeni, ale nie, nie wziąłem ze sobą.
– Skąd masz mój zegarek?
– Sam mi go dałeś.
Kończy fajkę, idzie do samochodu. Otwiera drzwi i wyciąga chipsy. Te, które kupiłem.
– Mogę się poczęstować? – pyta.
Katar wespół z wilgocią zapełnia moje drogi oddechowe.
– Ja poczęstowałem cię piwem i papierosem. – dodaje.
Przytakuję.
– Dzięki, druhu. – Otwiera paczkę i podchodzi do mnie.
Jemy chipsy.
– W ostatnich latach odnotowano w Polsce ogromny wzrost liczby samobójstw – odzywa się znowu. – Jak myślisz, co jest tego powodem?
Rzucam wzrokiem na wszystkie strony, jakby szukając drogi ucieczki, ale niewidzialna siła przyciąga mój wzrok do ręki nieznajomego.
– Nie dałem ci mojego zegarka.
– Gdyby liczbę samobójstw popełnianych w każdym roku na przestrzeni czasu zaprezentować graficznie, powstałoby coś w rodzaju sinusoidy. Po osiemdziesiątym dziewiątym liczba samobójstw gwałtownie spadła. Ludzie mieli nadzieję na lepszą rzeczywistość. Po jakimś czasie okazało się, że nie radzą sobie w kapitalizmie. Sinusoida skręciła do góry. Później ludzie przyzwyczaili się i znów zachciało im się żyć. Linia poszła w dół. A teraz? Dlaczego coraz więcej osób się zabija?
– Nie wiem. I szczerze mówiąc, średnio mnie to obchodzi.
– Gówno prawda. Chciałbyś wiedzieć. Chciałbyś zrozumieć ludzi.
– Oni sami siebie nie rozumieją.
Uśmiecha się pod nosem, ale jakoś inaczej.
– Załóżmy, że nie przyjechałbym po ciebie pod sklep. I poszedłbyś pieszo do domu. Co wtedy?
– Wróciłbym do mieszkania i położył się spać, a nie marznął na wiadukcie.
Kręci głową.
– Ustaliliśmy już, że boisz się spać. Przyniosłem ci ukojenie. A po drugie, prawdopodobnie nie wróciłbyś tak po prostu do domu. Dopadliby cię chuligani. Przy okazji chcieliby cię okraść. Próbowałbyś się bronić albo uciekać, ale oni tylko jeszcze bardziej by się wkurzyli. Pobiliby cię do nieprzytomności. Skopaliby cię leżącego na ziemi. Być może któreś kopnięcie trafiłoby w głowę. W podstawę czaszki. Kto udzieliłby ci pomocy o tej porze? – Wyciąga z paczki kolejną garść chipsów. Robię to samo. Bardzo chce mi się jeść. – Istnieje spore prawdopodobieństwo, że zawdzięczasz mi życie.
– Dobra. – Wzruszam ramionami. – Dobra, gościu. Zawdzięczam ci życie. Zadowolony?
– Jesteś człowiekiem honoru, prawda?
Mój mózg krzyczy, że ktoś próbuje wpakować go pralki i zalać perwollem.
– Jesteś mi dłużny życie. Oddałbyś je dla mnie?
– Nie sądzę, żeby była taka potrzeba – odpowiadam.
– Załóżmy, że jednak będzie. Załóżmy, że już jest.
Ponownie wzruszam ramionami.
Nieznajomy wyrzuca chipsy, które zostały mu w dłoni. Trzy usmażone kawałki ziemniaków lądują na chodniku, dwa wylatują przez barierkę.
– Skup się, druhu. Za siedem minut przyjedzie tędy pociąg. Za siedem minut co najmniej jeden z nas będzie martwy. Umarłbyś za mnie?
Milczę.
– Tak czy nie?!
– Przepraszam, że przeszkadzam – odzywa się ktoś zza pleców. – Czy panowie też przyszli się zabić?
To facet ze śmiesznymi okularami. Ten, co wracał ze sklepu, gdy szedłem przez parking.
Nieznajomy z bliznami, który twierdzi, że zawdzięczam mu życie, przytakuje głową.
– Zdania na ten temat są podzielone – oponuję.
Okularnik podchodzi do barierki.
– Od tygodnia się tu zabijam – mówi, wspinając się po stalowych linkach. Strasznie wysoka ta balustrada. Koleś wspina się, przekłada jedną nogę, drugą, i chwilę później siedzi na poręczy, wychylony nad przepaść. – Noc w noc. A panowie?
– Od trzech lat – odpowiada nieznajomy z bliznami. – Ale nieregularnie. Raz na kilka miesięcy.
Cisza zalega w gęstym powietrzu.
– A pan?
To chyba było do mnie.
– Dla młodego to pierwszy raz – wyjaśnia bliznowaty.
Okularnik odwraca głowę w moją stronę.
– Pierwszy raz jest najtrudniejszy – mówi. – Trzeba podjąć decyzję o unicestwieniu. Ja ją podjąłem, bo wyrzucili mnie z pracy.
– Ja dlatego, że moja żona zginęła w wypadku kolejowym – wtrąca nieznajomy z bliznami.
– A pan, młody człowieku? – pyta okularnik.
Chcę powiedzieć, że trafiłem na ten cholerny wiadukt przypadkowo. Ale z moich ust wypływa:
– Dlatego, że nie mogę spać.
Okularnik kiwa głową. Potem spogląda w dół, na tory kolejowe, i pyta:
– Ile jeszcze zostało czasu?
– Cztery minuty – mówi facet, który ma mój zegarek. Następnie w kilku łykach kończy piwo. Odstawia pustą butelkę. Spogląda mi w oczy. – I jak, druhu? Za kogo dzisiaj umrzesz?
Wyobrażam sobie, że leżę w łóżku i próbuję zasnąć. Wyobrażam sobie pogranicze jawy i snu; widzę projekcje podświadomości wlewające się do świata realnego.
Rozdarta sosna genealogiczna.
Dżinny w butelkach po amarenie.
Limba próchniejąca w ogrodzie pełnym hiacyntów i cyklamenów.
I cała reszta symboli, które budują mnie każdej nocy.
Gubiąc wątek, gubię się w nieistotnych wspomnieniach.
Chcę powiedzieć, że nie mam zamiaru umierać. Ale z moich ust wypływa:
– Za nikogo.
– To bardzo egoistycznie.
Słychać wycie zbliżającego się pociągu. Nieznajomy z bliznami wchodzi na barierkę, przyłączając się do okularnika.
– Chodź, druhu – woła.
Chwilę później siedzę między nimi.
– Widzisz, druhu, to jest ta chwila, w której musisz zostawić coś za sobą. Teraz są tylko tory kolejowe, i musisz rzucić się na nie w odpowiednim momencie. Skaczemy sekundę przed tym, jak pociąg wjedzie pod wiadukt. To twój pierwszy raz, więc nie masz jeszcze wyczucia. Ale bez obaw, dam ci znak, kiedy trzeba będzie skoczyć.
Zerkam na faceta w okularach. Ani drgnie, siedzi ze wzrokiem przyspawanym od szyn.
– On już się przygotowuje – mówi bliznowaty. – Morduje myśli, które siedzą w jego głowie. Ty też spróbuj. Boisz się?
Nie odpowiadam.
– Spokojnie. Patrz na tory. Na nic innego. Kiedy pociąg znajdzie się w twoim polu widzenia, po prostu odbijesz się od barierki.
– Za kogo umierasz? – odzywam się. – Wypytywałeś mnie. A ty?
– Dzisiaj? Dzisiaj umieram za ciebie.
– Nie chcę, żeby ktoś za mnie ginął.
– Nikt nie chce. – Pociąg wyje coraz głośniej. – Ale poświecenia nie można odrzucić.
Patrzę na tory. Na śruby przy szynach i stos rdzawych kamieni.
– Co to za poświecenie, skoro obaj umrzemy? – pytam.
– Innego poświęcenia nie ma. Czy można poświęcić się dla kogoś, kto nigdy nie umrze?
Wilgotne powietrze zatyka mi drogi oddechowe jak waterboarding.
Zgaszenie światła i położenie się do łóżka to najtrudniejsza czynność. Próbując zasnąć, trafiasz do gabinetu luster. I odbijasz się od symbolizmu.
– Przestań myśleć!
Sekundy upływają, a ja nerwowo przełykam ślinę.
– Są tylko tory kolejowe! – krzyczy koleś z bliznami; koleś, który przyjechał pod sklep, który miał mnie zawieźć do domu, który dał mi piwo, a później powiedział, że wolałby mieszkać w lesie niż na dworcu.
Rzeczywistość stoi z boku, czas traci swoją linearność.
Szyny błyszczą w świetle latarni.
Myślę sobie, że wycie pociągu przypomina gwizdek czajnika, ale nagły wrzask wyrwa mnie z otchłani banału.
– Teraz!
I skaczę.
Skaczemy.
Wszyscy trzej.
Pociąg jest niebieski. Przednie reflektory wyglądają jak oczy ropuchy. A przednie szyby jak za duże okulary, odsunięte na czoło. Śmieszne, kwadratowe okulary, kupione w tym samym sklepie, co pingle jednego z moich towarzyszy samounicestwienia.
Okularnik wpada pod koła. Bliznowaty odbija się i, podrzucony w górę, uderza głową w konstrukcję wiaduktu.
A ja wiszę.
Unoszę się w powietrzu. Lewituję jak ojciec Pio.
No dobra, bardziej jak David Blaine, bo tak naprawdę, to nie jest lewitacja. Nie przeczę prawom fizyki. Wiszę, jedną ręką trzymając się poręczy.
Świat drży od przejeżdżającego pociągu. W pośpiechu wspinam się po barierce.
Przekładam nogi nad poręczą i wracam na wiadukt. Nogi uginają się; dłużej nie dam rady ustać. Padam na kolana.
Wymiotuję.
Obrzydliwa ciecz i kawałki jedzenia lądują na chodniku.
Zakupy mi się zwróciły.

***

Gdy wchodzę do bloku, na zewnątrz robi się już widno. Idący do pracy sąsiedzi badają mnie krytycznymi spojrzeniami. Jamnik, wyprowadzany przez jakiegoś staruszka na spacer, obwąchuje moją nogę.
Wjeżdżam widną i wkładam kluczyk do zamka.
Drzwi okazują się otwarte.
W przedsionku czeka facet z bliznami. Ma zabandażowaną nogę, szyję w kołnierzu ortopedycznym, a na czole dwa plastry przyklejone na krzyż.
– Miałeś skoczyć – mówi.
– Skoczyłem. Tylko zapomniałem puścić ręki.
Przewraca oczami. Z pewnością chętnie pokręciłby głową, gdyby nie ten kołnierz.
– Trudno. Zawsze możesz spróbować drugi raz. Ale od razu zastrzegam – podnosi palec – ja już więcej za ciebie nie umrę. Jesteś pieprzonym egoistą, druhu.
Wzruszam ramionami.
– Mówiłem, że nie chcę poświęcenia.
– Chcesz, chcesz, tylko jeszcze sobie tego nie uświadomiłeś. Każdy chce.
Mija mnie, kulejąc.
– Przyniosłem ci twój zegarek. – Zatrzymuje się przed progiem. – Trochę się poturbował, ale działa.
– A co z okularnikiem?
– W porządku. Za godzinę ma rozmowę kwalifikacyjną. – Kładzie rękę na klamce. – A ty spróbuj się przespać, druhu.
– Ta… Spróbowałbym, ale po co? Znowu się zawiodę. Zresztą gdybym umiał spać, mógłbym pomyśleć, że to wszystko mi się przyśniło.
Parska śmiechem.
– Spokojnie. Przyjdzie pora, że dasz tej swojej bezsenności zakaz wykonywania zawodu.
Wychodzi, zamykając za sobą drzwi.
Idę do kuchni. Stawiam czajnik na gaz, wsypuję dwie łyżeczki kawy do kubka.
Za ścianą, u sąsiadów, słychać niewyraźną rozmowę tudzież zgrzyt zawiasów szafki. W mieszkaniu wyżej gra radio. Na klatce winda jeździ wte i wewte. Ludzie zaczynają walkę z codziennością.
Przesypuję kawę z powrotem do opakowania i skręcam gaz.
Muszę zacząć inaczej, bo z suspensy wyjdą nici.

……………………………………..
Paweł Trojnacki (ur. 1995) — autor rozmaitych form prozatorskich, głównie opowiadań, poruszających najróżniejsze tematy. W swoich tekstach stara się wgłębić w ludzką psychikę. Publikuje w Internecie.
…………..
Więcej: Blog|Portal-pisarski.pl
Foto: Samuel Zeller
28.12.2015

PAWEŁ TROJNACKI Pewnej nocy w Aokigaharze
28 votes, 4.96 avg. rating (99% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.