– Ty. Jak facet siada, jak sika, to co to znaczy?
Rzuciłem mu szybkie spojrzenie.
– Że powinien korzystać z damskiej toalety – odpowiedziałem.
– Nie no, serio pytam.
Wziąłem łyk piwa.
– Istnieje wiele opcji. Może spotkałeś się z jakąś ładną koleżanką, zanim tu przyszliśmy?
– No co ty, przecież bym się chwalił. Zresztą nie, nie chodzi o rozregulowany celownik.
– No to… Kurczę, nie wiem. Może masz coś nie tak z pęcherzem? Albo po prostu się krępujesz? I musisz się skulić, żeby…
Złapał się za głowę. Ścisnął skronie, potem palnął się nasadą dłoni w czoło.
– Kurwa mać.
– E tam. Się przejmujesz.
– Stary, to poważna sprawa. Zamiast szczać do pisuaru, muszę chodzić do tej… no… no do tej dziupli z muszlą.
– Ja zawsze sikam w kabinie.
Spojrzał na mnie rozbieganym, nieogarniającym otoczenia wzrokiem, próbując uregulować gały jak radiotelegrafista.
– Stary. Przecież to pedalskie.
– Bardziej pedalskie niż stanie z fiutem na wierzchu centymetr obok drugiego faceta, który też stoi z fiutem na wierzchu?
Zamrugał, potrząsnął głową. Sięgnął po szklankę. Okazała się pusta.
– O kurwa… Piwo mi się skończyło. – Spojrzał na barmana, zaraz jednak machnął ręką. – Nie, ja już nie piję.
Dokończyłem swoje piwo i wyszliśmy.

***

Umarł jakoś tydzień później. Może dwa tygodnie? Coś koło tego.
Nie przyszedłem na pogrzeb, bo to nie był dobry dzień na opuszczanie domu. Każdy ma dni, w których jakiekolwiek relacje interpersonalne wywołują złość i zdenerwowanie. Okej, mnie takie dni zdarzają się częściej niż innym, ale ostatecznie każdy bywa czasem na tyle leniwy, że przekroczenie progu drzwi okazuje się zbyt trudne. Albo na tyle zestresowany. No dobra, bałem się wyjść z domu, zadowoleni?
Właściwie nie znałem gościa zbyt dobrze. Co by zmieniło, gdybym przyszedł? Nic. Tylko niepotrzebnie męczyłbym się w tłumie ludzi.
A teraz stoję i sikam na jego grób.

***

Mokliśmy we dwoje w deszczu. Wiadomo. Po zjedzeniu śniadania u Tifanniego, przeistoczeniu się mojej osoby w spidermana i czterech weselach czekaliśmy na pogrzeb.
– Ty też mnie zostawisz?
– Wiesz, że muszę iść w swoją stronę – odpowiedziałem. – Nie wszystko zależy ode mnie.
– Pierdolisz. Gdybyś chciał… – Zacisnęła zęby i małe pięści. – Wystarczyłoby, żebyś chciał.
Wzruszyłem ramionami, wiedząc, że za milion lat to wszystko do mnie wróci, z milion razy większą siłą.
Podmuch wiatru rozkołysał deszcz i zaczęła się walka żywiołów. Wiadomo. Zostałem Larsem, a ona Annie Hall.
(Najwyższa pora zacząć się śmiać.)

***

Robiąc przedświąteczne porządki, znalazłem w szafce stary telefon. Zwykła komórka – żaden smartfon – z normalną, niedotykową, namacalną klawiaturą. Nacisnąłem przycisk włączania i okazało się, że komórka działa. Zagrałem w tenisa. W sensie, że w taką gierkę. Z postaciami w kształcie patyczaków i grafiką gorszą niż w Minecrafcie. Później posłuchałem „Not Afraid” i „On the Floor”. Jeszcze później zauważyłem, że mam esemesa w „nieprzeczytanych”. Od „Małej”. Sprzed dwóch lat.
Tęsknisz czasami?
Karta sim wciąż siedziała w telefonie.
Postukałem rogiem szajsunga w nadgarstek. Następnie w brodę, potem w zęby. Przygryzłem obudowę.
Nie. A Ty?
„Wyślij”.
I już.
Zadryndał dzwonek u drzwi.
– Tak? – powiedziałem, otworzywszy.
W progu stał chłopak z sąsiedniej ulicy. Dzierżył przed sobą ogromne pudło.
– Dzień dobry. Biorę udział w akcji zbierania śmieci elektronicznych. Ma pan jakąś niepotrzebną elektronikę?
Spojrzałem na szajsunga, tkwiącego w mojej dłoni.
– Stara komórka jak najbardziej może być.
Znieruchomiałem na kilka sekund.
Sprzątanie świata ze śmieci elektronicznych to szczytna idea. Mamy na tyle zanieczyszczoną planetę, że pora o nią zadbać.
Myśląc o organizacjach ekologicznych, odpadach wywożonych do lasów, ekosystemach zaburzonych przez działalność ludzką, o zającach bielakach, ślimakach żeberkowanych, gniewoszach plamistych i innych cierpiących w zanieczyszczonym środowisku organizmach, pokręciłem głową i zamknąłem chłopakowi drzwi przed nosem.
Wyłączyłem telefon. Po dwóch latach znowu go odpalę. Zagram w tenisa, posłucham muzyki i przeczytam odpowiedź.

***

Nie znałem go długo, ale z opowieści mogę wywnioskować, że od zawsze lubił pozbywać się krwi. Najpierw oddawał ją w szpitalu, na transfuzje. Co trzy miesiące – bo częściej nie można – odkąd tylko skończył osiemnaście lat. Oddawanie krwi czyni ludzi równych wobec aktu pomagania. Bo, na przykład, zrzutki na cele charytatywne są niesprawiedliwe, jako że bogaty zawsze może dać więcej niż biedny. W punktach krwiodawstwa pomoc każdego jest warta tyle samo.
Chyba że masz AIDS. Wówczas twoja pomoc jest chuja warta i zaburzasz moją koncepcję. Trzeba było nie pierdolić się z kim popadnie.
On nie miał AIDS, ale później i tak już nie chcieli jego krwi, ponieważ była zanieczyszczona psychotropami. Zaczął więc wylewać ją do klozetu. Sam nakłuwał żyły i zasysał strzykawką. Ta metoda usuwania nadmiaru juchy miała swoje zalety. Mógł robić to częściej niż raz kwartał. Cztery tysiące kalorii dostarczał organizmowi nie z czekolady, tylko z piwa i kebabów. Co prawda nikomu już nie pomagał, ale i tak zdążył przestać czuć się w jakimkolwiek stopniu potrzebny światu.
Po pół roku zmienił klozet na wannę. Igła i strzykawka zastąpione zostały żyletką. Chodziło o czas. Prędkość, z jaką krew odpływa z ciała. Im szybciej, tym lepiej. Tuż przed utratą przytomności obwiązywał rękę sznurkiem i zakładał opatrunek. Podcinał żyły tylko jednej ręki. Dla bezpieczeństwa łykał przed akcją końskie dawki witaminy K, żeby przyśpieszyć proces krzepnięcia. Podczas jednej sesji schodziło trochę więcej niż pięćset mililitrów – przy dużej prędkości trudno o precyzję. Rekompensował to podwójną dawką kalorii pochodzenia piwnego.
Kiedy siostra znalazła go w łazience, miał dłoń zaciśniętą na końcówce sznura. Tym razem nie zdążył obwiązać przedramienia.
Siostra ponoć do dzisiaj próbuje skontaktować się ze scenarzystami „Śmierci na 1000 sposobów”.

***

Sikam na jego grób.
– To nic osobistego, stary – mówię. – Nie chcę cię znieważyć, czy coś. Robię to dla siebie.
Zasuwam rozporek. Wygrzebuję znicz z reklamówki i zapalam. Symbol pamięci. Muszę pamiętać. Dla siebie. Trzeba uczyć się na cudzych błędach, żeby…
– Mandacik będzie – głos zza pleców powstrzymuje mnie przed zepsuciem wszystkiego truistyczną dosłownością.
Policjant ma wąsa i zawieszony na szyi gwizdek.
(Najwyższa pora zacząć się śmiać).
– Sto złotych.
– Da radę pięćdziesiąt, jeśli umyję nagrobek?
– Nie wydziwiaj pan. Stówa albo oskarżę pana jeszcze o obnażanie się w pobliżu dzieci i starszych kobiet.
Przyjmuję mandat.
– Ja nie wiem, co wy macie z tym szczaniem na groby – mówi policjant. – Co drugi facet przychodzi na cmentarz tylko po to, żeby wyjąć pindola i oddać mocz. Co trzecia kobieta zsuwa majty i kuca nad pomnikiem. Jak jakaś ładna, młoda, to jeszcze pół biedy, ale jak jakaś pasztecizna, z chaszczami większymi niż broda świętego Mikołaja… Wyobrażasz pan to sobie? I szczają, cholera, na groby.
– Znieczulica społeczna – odpowiadam.
– Musieliśmy zwiększyć częstotliwość patroli.
Kiwam głową.
– Pewnie dlatego napisy sprejem, propagujące kopulację ze zwierzętami, pojawiły się nawet na bramie cmentarza.

***

– To nie jest tak, że chcę się zabić – powiem, kołysząc nogami dziesięć pięter nad ziemią. – Ja tylko walczę z lękiem wysokości.
Ktoś położy rękę na moim barku.
– Chcesz mnie wciągnąć do środka czy wypchnąć na zewnątrz? – zapytam.
– To zależy od ciebie – odpowie Mała. – Ty decydujesz.
Odwrócę się i przyjrzę jej twarzy.
– Zmieniłaś się. Ledwo cię poznaję.
– Ty też zbrzydłeś.
Uniosę jedną brew.
– Najwyższa pora zacząć się śmiać – dopowie, czekając na drgnięcie kącików moich ust.
Samochody szumiące na dole będą wydawały się plastikowymi zabawkami.
– A którędy w twoją stronę? – zapytam.
– Kto powiedział, że gdziekolwiek idę?
Mała wejdzie na parapet i usiądzie obok mnie.
– Czasami trzeba ruszyć w jakimś kierunku – zaoponuję.
– Właśnie, czasami. Ale niekoniecznie teraz.
Po dłuższym namyśle przyznam jej rację.
Przedtem jednak wyskoczę z okna.
I będę spadał, nerwowo szukając spadochronu.
Chociaż nie. Najpierw powiem, że jej brat wisi mi sto złotych.

……………………………………..
Paweł Trojnacki (ur. 1995) — autor rozmaitych form prozatorskich, głównie opowiadań, poruszających najróżniejsze tematy. W swoich tekstach stara się wgłębić w ludzką psychikę. Publikuje w Internecie.
…………..
Więcej: Blog|Portal-pisarski.pl
Foto: G. Monori
10.05.2016

PAWEŁ TROJNACKI Pory wyższe niż słoneczniki
6 votes, 4.67 avg. rating (92% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[2] Komentarze

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.