Słońce wbija mi w kark rozgrzane igły. Mokry kołnierz przykleja się do szyi. Normalnie narzekałbym na upał, ale teraz nawet nie ocieram potu z czoła. Nie wykonuję żadnego ruchu. Mam sparaliżowane mięśnie — prawie czuję neurotoksyny w żyłach, chociaż nie ukąsił mnie żaden wąż. Mogę tylko patrzeć na trumnę. Trumna stoi nad przygotowanym grobem i kurczowo ściska mojego przyjaciela. Tak bardzo mi go szkoda…
Damian wiele przeszedł. Życie przygniatało go jak Omfalos Pytona. Najpierw zawód miłosny. Wiem, banał, ale podobno tylko miłość może uczynić człowieka szczęśliwym, więc nic dziwnego, że porażki na tym gruncie bywają bolesne. Później wyrzucenie ze studiów. No cóż, niekiedy ambicje przewyższają możliwości. Wreszcie wypadek samochodowy. Lekarze pocieszali go, że utrata nogi to nie najgorsze, co mogło się wydarzyć, że kalectwo nie musi być przeszkodą w życiu, że proteza, że rehabilitacja, że to i tamto. Ale przecież Damian wiedział, jak jest. Wiedział, że już nie wróci na ring.
Świat jest niesprawiedliwy.

Głęboko oddycham, szukając odrobiny tlenu w rozgotowanym powietrzu, i myślę o moim przyjacielu. Tak bardzo mi go szkoda… Bardziej niż innych zmarłych. Bo wiecie, o innych mogę sądzić, że są teraz w lepszym miejscu. A on? Czy samobójcy mają szansę trafić do Nieba? Wczoraj cały dzień zadawałem sobie te pytanie. Szukałem w internecie, na jakichś katolickich portalach, ale nie znalazłem konkretnej odpowiedzi. Zresztą czy ja naprawdę wierzę w Boga? Czy po prostu zbyt mocno przywiązuję się do ludzi i nie wyobrażam sobie, byśmy mieli któregoś dnia rozstać się i nie spotkać już nigdy?
Podnoszę wzrok znad trumny, zahaczając spojrzeniem o czerwone róże. Kolce kwiatów dźgają mnie w źrenice. Mrugam oczami, strząsając z nich łzy. Podnoszę wzrok na panią Marię — matkę zmarłego. Czerń jej włosów, głęboką jak Jezioro Kraterowe, przecinają siwe kosmki. Kurczę, jeszcze tydzień temu nie widziałem u niej żadnych oznak siwizny. Panią Marię podpiera jej brat. Chociaż określenie „podpiera” pasuje tu jak „niezły skok” do obrotu o dziewięćset stopni Tony’ego Hawka. Facet po prostu trzyma siostrę obiema rękami i gdyby nie on, kobiecie przydarzyłoby się to, co Morgensternowi w grudniu 2013, czyli spektakularny upadek.
Dlaczego przychodzą mi do głowy porównania związane ze skakaniem? Może to przez podświadomość. Podświadomie chciałbym wyskoczyć z odrętwiałego ciała, wydostać się z cmentarza, uciec od tej sytuacji, a nawet od całej rzeczywistości, bo już nie daję sobie rady.
Nie wiem, czy moje myśli mają sens. Wiem tylko, że ból dusi mnie od środka, niczym jad czarnej mamby. Łapię powietrze z coraz większym trudem.

I ciągle patrzę na kobietę, której syn odebrał sobie życie. Patrzę na bladą twarz – opalenizna gdzieś zniknęła, jakby była tylko sztucznym bronzerem, a nie charakterystycznym dla sierpnia kolorytem skóry — i wyławiam z pamięci chwile, kiedy lata temu odwiedzałem Damiana po szkole. Zawsze otwierała mi pani Maria, z promiennym uśmiechem na ustach. Godzinami graliśmy z Damianem w stare „Medal of Honor” albo „Call of Duty”, lub oglądaliśmy telewizję, jeśli akurat leciał jakiś film sensacyjny. Pani Maria smażyła nam naleśniki. Do dzisiaj pamiętam ich smak — nie za tłuste, nie za chude, wręcz idealne, komponujące się z domowym dżemem w kuchnię dziecięcych marzeń. Mama Damiana przynosiła je z uśmiechem, a gdy później dziękowaliśmy, dodając, że były pyszne, uśmiechała się jeszcze szerzej. Tak, uśmiech — właśnie z tym kojarzę panią Marię. Wydawał się trwały, przyklejony na stałe do twarzy, ale teraz zniknął. Tak po prostu, niczym ta cholerna opalenizna. Radość zastąpił blady odcień rozpaczy. Zadaję sobie w myślach pytanie, czy jeszcze kiedykolwiek uśmiech wstąpi na oblicze biednej kobiety. Ale przecież znam odpowiedź. Gdy to wszystko się skończy, gdy umilkną głosy organistki i księdza, bliscy będą podchodzić do niej, przytulać i mówić, że trzeba żyć dalej. Lecz pani Maria nie ma już dla kogo żyć. Nie ma komu smażyć naleśniki. Zamiast życia czeka ją wegetacja, wypełniona smutkiem po brzegi.

Kątem oka dostrzegam trenera Damiana. To potężny mężczyzna z gębą nordyckiego barbarzyńcy, chociaż wiem, że pod jego twardymi rysami, kryje się człowiek o miękkim sercu. Poznaliśmy się po wypadku mojego przyjaciela. Facet zaskoczył mnie swą troskliwością. Bardzo współczuł Damianowi, ale jednocześnie, od samego początku, starał się nakłonić go, by nie rezygnował ze sportu. Zdawał sobie sprawę, że Damian kochał boks. To było coś więcej niż pasja. Sens życia, można powiedzieć. Jeszcze zanim podopiecznemu zdjęto szwy, trener przychodził do niego i opowiadał o zawodach dla niepełnosprawnych bokserów. Później, gdy widział, że rehabilitacja idzie słabo i Damian jest załamany, pokazywał mu filmiki z walk Garretta Holeve’a, czyli chłopaka z zespołem Downa, któremu choroba nie przeszkodziła w staniu się zawodnikiem MMA. „Ograniczenia nie istnieją” — powtarzał.
— „Wszystkie bariery, które nie pozwalają nam czegoś zrobić, stawiamy sobie sami.” Mam słabą pamięć do cytatów, ale wypowiedzi trenera mogę przytaczać bez namysłu. A teraz obserwuję go i widzę, jak szloch wzdryga jego muskularnym ciałem. Facet stoczył w swojej karierze multum pojedynków bokserskich, i znakomitą większość wygrał, jednak teraz jestem świadkiem jego porażki, wielkiej jak dłonie, w których chowa twarz.

Obok trenera stoi chłopak w obwisłej koszuli. To Bartek, nasz wspólny kolega. To znaczy mój i Damiana. Tak jak Damian, należy do klubu bokserskiego. I tak jak Damianowi, nie udało mu się zdobyć wyższego wykształcenia. Tylko że on nawet nie zdał matury. Mimo to muszę przyznać — skubaniec ma łeb na karku. Kiedy Damian wyleciał ze studiów, Bartek zaproponował mu, żeby razem otworzyli sklep sportowy. Zorientował się na rynku, zrobił biznesplan, posprawdzał możliwości wzięcia pożyczek i otrzymania dotacji. Jednak Damian kręcił nosem na ten pomysł. Od początku pałał pesymizmem, chyba nawet samemu nie wiedząc, dlaczego. Może po prostu nie chciał wziąć życia we własne ręce. Może, jakby powiedział jego trener, „stawiał sobie bariery”, i to jeszcze zanim stracił nogę.
Delikatnie zginam palce. O, chyba działanie jadu słabnie. Jakiego jadu? No wiecie, tego, który mnie sparaliżował (choć przecież nie zostałem ugryziony przez węża).
Z Bartkiem jest kiepsko. Przestępuje z nogi na nogę, a ręką trzyma się za brzuch. Zaraz zwymiotuje albo dostanie histerii. Cholera. On nie zdawał sobie sprawy, że Damian naprawdę nie żyje. Że już nie wyjdzie z trumny. Że pozostanie w niej na zawsze, niemy i nieruchomy, i nie ożyje nagle jak laska Aarona. Dopiero teraz Bartek zaczyna pojmować smutną prawdę, wyłaniającą się z oparów szoku.
Ja pierniczę, ale gorąco.

Nie zostaję przy Bartku na dłużej, bo w oddali, za paroma sąsiadami zmarłego, dostrzegam Ewelinę. Dawno jej nie widziałem. Prawie rok. Jeden z podmuchów wiatru — które zdarzają się zbyt rzadko, by mogły rozkołysać upał — rzuca włosami dziewczyny. Ewelina patrzy gdzieś w górę, na niebo. Bijące w oczy promienie słońca wcale jej nie przeszkadzają. Dostrzegam, że zaciska na wardze swoje bialutkie, nieco krzywe ząbki. Zaraz przegryzie skórę i zacznie jej lecieć krew. Ma ogromne worki pod oczami. Dobrze, że nie pomalowała się przed wyjściem z domu, bo sińcom towarzyszyłby rozmazany makijaż.
Słabo znam Ewelinę, jednak uważam, że to sympatyczna dziewczyna. Nie rozumiem Damiana. Dlaczego ją odrzucał? Okej, może nie wygrałaby wyborów miss, nawet jakichś bardzo lokalnych, ale… No kurczę, przecież nie to jest najważniejsze, prawda? Ewelina kochała Damiana. Nie była zakochana, tylko naprawdę go kochała. Bo w końcu zakochanie i miłość to dwie różne rzeczy. Pamiętam, jak jeszcze byliśmy liceum. Ciągle za nim latała. W przerwach nasza ekipa, z Damianem na czele, wymykała się ze szkoły, coby uzupełnić niedobór nikotyny. (Wiem, papierosy niezbyt pasują do sportowca, ale swego czasu nawet Wayne Rooney kopcił jak stary diesel.) Ewelina wychodziła z nami, mimo że przecież nie paliła. Wtedy ją obserwowałem. Gapiła się na Damiana non stop, a w jej tęczówkach połyskiwało uczucie. I nie nazwałbym tego powierzchownym zafascynowaniem. To była głębsza chemia. Coś, co określam jako dostrzeganie w drugim człowieku kawałka siebie — jakiegoś wspólnego pierwiastka, który, tak jak wodór, dąży do połączenia się z kompatybilnym atomem w jedną cząsteczkę.
Damian ją odrzucał. Jednak wydaje mi się, że Ewelina nigdy nie straciła nadziei. Ciągle wierzyła, że kiedyś będą razem i stworzą szczęśliwy związek. A teraz została sama. Patrzy na niebo, nawet nie mrużąc oczu. Może czuje to, co ja przed chwilą. Chciałaby wyrwać się ze swego ciała, wydostać z tego miejsca i uciec jak najdalej; odfrunąć gdzieś pod niebo, albo poszybować jeszcze wyżej, w kosmos, na granicę wszechświata, ponieważ jej pierwiastek jest jak wodór — nie zwykł funkcjonować w postaci wolnej, a jeśli już, to gdzieś pośród gwiazd, ale na pewno nie na naszej Ziemi.
Wachluję się ręką. Jest tak gorąco, że ocipieć można. Odchodzę parę kroków na bok, instynktownie szukając cienia.

Biegam wzrokiem po twarzach ludzi, którzy przyszli na pogrzeb. Wszystkich kąsa gorycz. Mówią, że czas czas leczy rany, ale na ból po stracie najbliższych nawet Chronos nie zna odtrutki. Niektórych będzie bolało do końca życia. A to wszystko przez mojego przyjaciela.
Zerkam na inne groby. Jest kilka naprawdę starych, pochodzących jeszcze z pierwszych lat poprzedniego ustroju. Są też bardzo świeże. Trafiam na miejsce pochówku dwuletniego dziecka. Kawałek dalej leży nastolatek, który zginął, próbując ratować chorego dziadka z pożaru. Jeszcze dalej widzę nagrobek kobiety, która przegrała walkę z rakiem. Szkoda mi ich; szkoda mi wszystkich zmarłych. No dobra, prawie wszystkich. Damian jest wyjątkiem i do niego czuję jedynie pogardę. Jak można zadać bliskim tyle bólu? Jak można być aż tak samolubnym?
„Samolubnym”, co za dziecinne określenie. Ale nie mam czasu szukać lepszego słowa, bo już wracam wzrokiem do trumny. Moje pięści stają się twarde niczym uzębienie kobry indyjskiej. Zatłukę gnoja. Zatłukę go na śmierć. Wyobrażam sobie, jak moje paliczki miażdżą Damianowi nos, a krew tryska na przeguby, lecz nagle słyszę skądś głos rozsądku. Nie zrobię tego. Przecież sukinsyn leży martwy w trumnie. Wszystko ujdzie mu płazem.
Opuszczam głowę. Świat jest niesprawiedliwy.

……………………………………..
Paweł Trojnacki (ur. 1995) — autor rozmaitych form prozatorskich, głównie opowiadań, poruszających najróżniejsze tematy. W swoich tekstach stara się wgłębić w ludzką psychikę. Publikuje w Internecie.
…………..
12.02.2015 | Więcej: Blog|Portal-pisarski.pl
foto: C.Gretkus

PAWEŁ TROJNACKI Świat jest niesprawiedliwy
55 votes, 4.95 avg. rating (98% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[2] Komentarze
  1. Znakomity tekst. Wiele naturalnych i świeżo brzmiących zwrotów, np. “ale na ból po stracie najbliższych nawet Chronos nie zna odtrutki.” – piękne. Gratuluję talentu.

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.