Kiedy po raz pierwszy wsiadłem do pontonu w 2009 roku i wypłynąłem na próbę na wody zalewu rzeszowskiego, wiedziałem, że odkryłem coś dla siebie. Pasję, w której odnajdę to o czym zawsze marzyłem. Przygodę, wolność, kontakt z dziką przyrodą i możliwość sprawdzenia się w walce z siłami natury. Ucząc się wiosłowania, poczułem się naprawdę wolny. W jednej chwili odciąłem się od brzegu, na którym pozostali inni ludzie, zmartwienia i troski. Byłem tylko ja, ponton i woda. I choć nie umiem pływać, wcale się nie bałem.

Piotr Dura -- polski prozaik, poeta, podróżnik, i pedagog.

Piotr Durak — polski prozaik, poeta, podróżnik i pedagog

Dzień po pierwszej próbie wypłynąłem z Rzeszowa do Gdańska. Nie wiedziałem jeszcze, czy tam dopłynę. Wziąłem ze sobą namiot, śpiwór, napoje w butelkach, trochę jedzenia. Pamiętam, że taksówkarz, który wiózł mnie pod most załęski w Rzeszowie, spod którego startowałem o 6 rano, gdy usłyszał, co chcę uczynić, postukał się w głowę. Ale i pogratulował pomysłu. Potem już był Wisłok, piękny i dziki, a następnego dnia San, który wydał mi się groźny i bardzo szeroki. Dużo by pisać o tym pierwszym spływie, o uczeniu się rzeki, poznawaniu, którędy biegnie nurt, gdzie jest mielizna, walce z wiatrami, wirami, pierwszym, drugim i ostatnim topieniu się – tylko przez nieuwagę, którą dziś nazywam już głupotą. Tak czy inaczej, po trzech tygodniach wypłynąłem na Bałtyk. I byłem smutny, że rzeka musiała się skończyć. Przepłynąłem przez centrum Gdańska i złożyłem hołd polskim żołnierzom poległym na Westerplatte, wszak był to koniec sierpnia 2009 roku, niemal 70. rocznica wybuchu II wojny światowej. Byłem spalony słońcem, zmęczony ciągłymi warunkami polowymi, po dwudziestu nocach pod gwiazdami, bez ciepłych posiłków, ale szczęśliwy i wyjątkowo silny. Z lustra spoglądał na mnie ktoś całkiem inny, umięśniony, z dziwnym błyskiem w oku. Wiedziałem już, że na rzekę powrócę.

6 tys. km po rzekach Polski

I tak to było, że od tamtej pory żyłem od spływu do spływu. Gdy tylko przejeżdżałem przez jakiś most, w miarę możliwości przystawałem na chwilę, wpatrzony w rzekę, zastanawiałem się jak by to było nią popłynąć. Szybko poznałem całą Wisłę, płynąc brakujący mi odcinek od jej źródeł do Sandomierza. Później pasowało spłynąć pontonem Odrą, ale jakoś nie byłem przekonany do tej rzeki. Zbyt zmieniona przez człowieka, zbyt uregulowana i zniszczona – myślałem. Potrzeba mi było dzikości, spłynąłem więc na pontonie cały Dunajec, a w 2011 roku – szaleństwo – najdłuższą wodną trasę, jaką można przemierzyć w naszym kraju – od źródeł Sanu do Dziwnowa na wyspie Wolin – 1500 km wodą po przekątnej Polski, przez siedem rzek: San, Wisłę, Brdę, Noteć, Wartę, Odrę, Dziwną. To wyprawa warta książki, która zajęła ponad miesiąc – jak dotąd najdłuższy mój spływ i, jak się okazało, pierwszy w historii Polski na pontonie bez silnika. Ale rok później też nie było gorzej. Wciąż szukając dzikości, przepłynąłem Bug, wypływając z Hrubieszowa, dotarłem do Zalewu Zegrzyńskiego i Narwi, którą wpłynąłem na Wisłę; Wisłą zaś do Nogatu, którym przez Malbork i Elbląg dotarłem na Zalew Wiślany i dalej do Krynicy Morskiej – 1200 km dzikości. I chciałem jeszcze.

Rok później przyszła kolej na Narew – startując z granicy polsko-białoruskiej po dwóch tygodniach zawitałem wodą do Warszawy i dalej do Nowego Dworu Mazowieckiego. Później była Pilica od Szczekocin – siódma rzeka Polski. W międzyczasie cała Wisłoka, Wisłok, parę innych, mniejszych rzek. Włącznie ok. 6 tys. km wodą na pontonie. Wciąż nie umiałem pływać, z moich spływów powstawały reportaże i zdjęcia, ze zdjęć wystawy, wiele osób dziwiło się, że w ogóle tak można. A Odra wciąż czekała…
Wreszcie przyszła kolej i na nią.

Technicznie niewykonalne

Ale po co piszę i chwalę się tym wszystkim? Głównie po to, by podkreślić, że w spływach nie jestem już nowicjuszem. Przeżyłem burze, szkwały i nawałnice na wodzie, fale przelewające się przez ponton, zmagania z najróżniejszymi zwierzętami i ludźmi, żyjącymi z rzeki i nad rzeką. Hartowałem się w wodach 22 rzek, wiem, że jest taki wiatr, pod który nie da się wiosłować, że pewne warunki trzeba przeczekać, i że czasami do punktu oddalonego o kilka kilometrów można płynąć przez cały dzień i nie czuć rąk. Wiem co to odciski, ból mięśni, bąble od oparzeń, pogryzienia od owadów i psów. Potrafię przewidzieć nadejście burzy, uniknąć wpłynięcia na mieliznę, czy przewrócenia pontonu przez wielką falę. Podkreślam więc, że nie jestem nowicjuszem nie bez powodu. Nowicjusz nie przepłynąłby Odry – myślę może i nieskromnie – że większość wycofałaby się w trakcie tego, co mnie czekało.

Pierwsze spojrzenie w Google maps i już wiedziałem, dlaczego niemal wszystkie historie ze spływu Odrą zaczynają się we Wrocławiu a kończą w Szczecinie. Druga największa rzeka Polski, mierząca od źródeł 854 km od początku XIX wieku była mocno regulowana. Łącznie na odcinku Racibórz – Brzeg Dolny postawiono 24 śluzy i jazy. Oprócz tego w górnym biegu, tym jeszcze nieżeglownym, sporo tu różnych kamiennych progów

{iotr Durak Odra spływ
i spiętrzeń. Oznaczało to 200 km wody niemal całkiem stojącej i głębokiej, często bez możliwości wyjścia na brzeg z powodu stromizn i trzcinowisk. Ponadto nikt nie próbował przepływać przez Zalew Szczeciński, na którym jest się jak na pełnym morzu, widząc dookoła tylko wodę, zresztą jest to zabronione dla jednostek bez napędu mechanicznego, czyli silnika. Ja miałem tylko swoje ręce, mimo to postanowiłem pokonać Odrę od jej źródeł – a raczej od miejsca, skąd tylko da się zwodować ponton, aż do Świnoujścia. Włącznie ok. 840 km.

Raz na wodzie, raz lądem

Wyruszam autobusem do Krakowa. Mam ze sobą torbę z pontonem, prowiantem, pompką i wiosłami, ważącą ponad 20 kg oraz na plecach podobnej wagi plecak z namiotem, śpiworem, kilkoma podkoszulkami, małą kuchenką, latarką czołową i dokumentami. Na cały spływ przeznaczam ok. 400 zł. Starczy na 3 tygodnie, bo poza jedzeniem i biletem powrotnym nie będzie innych wydatków.
W Krakowie przesiadka do Ostrawy i około 16-tej jestem już w Czechach. Teraz czeka mnie długa wędrówka przez miasto, aż do ujścia Opavy, skąd Odra z płytkiego kamienistego strumyka staje się możliwą do spływu rzeczką. W upale obciążony niemal 50 kg bagażu wędruję jakieś 5 km po ulicach Ostrawy. Pot leje się ze mnie strumieniami, wypijam 2 litry napoju, który miał wystarczyć na cały dzień, ale wreszcie po niemal 2 godzinach docieram do rzeki. Obfite deszcze podniosły stan wody, pompuję ponton, montuję wiosła, wypływam.

Pierwsza przenoska wkrótce po wodowaniu pontonu. Jaz w Ostrawie.

Pierwsza przenoska wkrótce po wodowaniu pontonu. Jaz w Ostrawie

Szczerze mówiąc nie wygląda to najciekawiej. Woda jest brunatna i śmierdzi ściekiem, nurtu nie ma tu wcale, a miasta praktycznie nie widać – tylko krzaki i rury gazociągu. Po kilkuset metrach mam pierwsze spiętrzenie – wysoki na ok. 4 metry jaz, czyli sztuczny wodospad z betonu, na którego wpłynięcie grozi śmiercią. Nikt nie zadbał o miejsce do wyjścia na brzeg, a rzekę trzeba szybko opuścić, wpadam więc w trzciny, wyskakuję z pontonu w gęste czarne błoto. Pierwsza przenoska, czyli wędruję trzy razy lądem sprzed jazu, za jaz, dwa razy z bagażami, raz z pontonem, na żółwia, czyli do góry dnem, z głową opartą o podłogę a burtami na plecach. Znoszę wszystko na drugą stronę jazu, na ostry i stromy betonowy brzeg.

Z ziemi czeskiej do Polski

Dalsza część rzeki jest przyjemna, dzika. Nurt przyspiesza, płynę pod kilkoma mostami, w tym pod ładnym, podwieszanym, obwodnicą Ostrawy. Miasta wciąż nie widać, i dopiero gdy mosty się kończą, rozumiem, że to także koniec aglomeracji. Nieujarzmiona, choć niewielka Odra płynie tu niewielkim parkiem krajobrazowym zwanym granicznymi meandrami, mijam urwiste brzegi i kamienno-żwirowe łachy. Tuż po zachodzie słońca przepływam pod mostem kolejowym, gdzie straszy duże kamienne bystrze z ułożonych głazów i resztek jakichś stalowych konstrukcji. Zaufałem nurtowi rzeki i przepłynąłem, ale takie miejsca potrafią być bardzo zdradliwe. Zawsze największy problem jest tam, gdzie człowiek coś porzucił, lub sztucznie na rzece postawił. Czasami lepiej zrobić kolejną przenoszę, niż rozedrzeć ponton. Tu jednak za sprawą wysokiej wody spłynąć się udaje, choć nie bez strachu. Mijam Bohumin, dawne przejście graniczne, i już we wieczornej szarówce rozbijam namiot na kamienistej łasze.

Pierwszy nocleg na granicy polsko-czeskiej. Gdzieś w Chałupkach.

Pierwszy nocleg na granicy polsko-czeskiej. Gdzieś w Chałupkach

Jestem już w Polsce, w okolicach Chałupek. W namiocie, śledzę trasę i planuję kolejny dzień. Jem kolację, złożoną z kilku kromek chleba i konserwy, czytam książkę – na ten spływ wziąłem m.in. „Lolitę” Nabokova – i zasypiam.
Budzę się na wschód słońca i to jest jeden z tych momentów, które kocham. Nie tylko widoki jutrzenki i mgieł nad rzeką, ale prosty fakt, że można położyć się wieczorem i obudzić rano – tak jak nasi przodkowie, nieznający prądu, telewizora, internetu. My, ludzie współcześni, oszukujemy nasz mózg światłem, kłamiąc mu, że jest dzień, wtedy, kiedy jest środek nocy, śpiąc, kiedy powinniśmy być aktywni, sztucznie ładując się kawą, kiedy zmęczony organizm błaga o sen. A na łonie natury wszystko jest proste – noc to pora snu – dzień – aktywności. I to solidnej, bo kolejnego dnia przepływam ponad 60 km. Ale nie wypływam zaraz o świcie, czekam aż słońce osuszy namiot, spokojnie jem śniadanie, zwijam obóz.

Meandry i dzika Odra z bystrym nurtem i starymi pniami przegradzającymi koryto, kończy się niemal równo z wpłynięciem do Polski. Widać tu już próby regulacji rzeki, kamienne zwaliska i małe ostrogi oraz pierwsze stalowe konstrukcje do transportu rzecznego. Niegdyś Odra była żeglowna już od Ostrawy, od powodzi 1000-lecia w 1997 roku, większe jednostki mogą nią pływać jedynie od ujścia Kanału Gliwickiego za Koźlem, ale i tych większych jednostek obecnie właściwie nie ma. Jestem sam, a dookoła łąki i pola. Tu i tam obserwują mnie czaple siwe. Jest ich tu bardzo wiele, wręcz całe skupiska. Zgaduję, że muszą mieć tu ryby, a wiec z czystością rzeki chyba najgorzej.

24 śluzy

Pierwsze poważne polskie miasto – Racibórz z wody nie robi wrażenia. Rozpoczyna się rozdzieleniem koryta rzeki na dwie odnogi. Prawa omija miasto, szumi w niej z daleka wodospad kolejnego jazu, wybieram więc lewą i po około 2 km natykam się na kolejny jaz. Widzę podniesioną klapę zapory, postanawiam spłynąć przez konstrukcję, zresztą nie mam wyjścia, nurt wpycha mnie w mały wodospad, ponton nurkuje, ale po chwili wynurza się, pełen wody w środku. Na szczęście jest upał, a obok mini plaża, zatrzymuję się, wylewam wodę, chwilę suszę bagaże. Zagadują mnie kąpiące się w Odrze dzieci. Chcą popłynąć ze mną pontonem w dół rzeki, ale tata im nie pozwala. W mieście mijam pustą zupełnie mini przystań, z ciekawymi malunkami jeleni, i innych dziwnych stworów. Zachwycam się chwilę wyobraźnią artysty, ale przystań zbyt odległa od najbliższego sklepu nie jest mi wygodna.

Cumuję ponton naprzeciwko widocznej z rzeki Biedronki,

wiążąc go do stalowej konstrukcji, będącej kiedyś chyba małym ujęciem wody. Pospiesznie robię zakupy – z ludźmi nigdy nic nie wiadomo, ale gdy wracam na brzeg, ponton i bagaże szczęśliwie są na miejscu. Tak to już bywa – czasem trzeba wyjść do cywilizacji. Zawsze zabieram ze sobą wtedy aparat, portfel z dokumentami i kasą, reszta musi zostać nad rzeką. Z groźbą kradzieży trzeba się liczyć, dlatego najbezpieczniej mi na odciętych od lądu wyspach, lub kiedy ponton zostaje pod czyjąś opieką – choćby świeżo poznanych wędkarzy, czy nawet miejskich dresów. Przekonałem się już nieraz, że typowi dresiarze,

Jaz w Raciborzu.

Jaz w Raciborzu

poproszeni o pomoc, potrafią być wspaniali i bardzo uczynni, jakby zdziwieni faktem, że ktoś obdarza ich zaufaniem, nie chcieli tego zaufania tracić, czuli się nim obdarowani, zaszczyceni.
Mając pełny zapas wody, chleba, batonów, jogurtów i konserw opuszczam Racibórz. Odra ma tu szerokość ok. 6 metrów i głównie widzi się z niej krzaki i drzewa. Krajobraz niewiele się zmienia. Pod wieczór niebo nieco się chmurzy, nurt zwalnia, a rzeka rozlewa znacznie szerzej. Mijam też pierwszą barkę zaparkowaną przy brzegu. Znak, że niedaleko Kędzierzyn Koźle. W mieście melduję się już po zmroku na eleganckiej przystani, przy moście. Korzystając ze slipu – łagodnego brzegu do wodowania łodzi, wychodzę na brzeg. Sporo tu motorówek i małych jachtów, ale nieco bezludnie. Na drzwiach budynku wisi numer telefonu bosmana, dzwonię i pytam o możliwość rozbicia namiotu. Nie ma z tym żadnego problemu. Nocą wychodzę na miasto, w świetle pełni księżyca oglądam pierwszą na Odrze śluzę. Jest nieczynna. Dzień rozpocznie się od przenoski.

Prawie jak barka

Długie przenoszenie pontonu. Podpływam do wrót śluzy, wychodzę na wysoki, stromy brzeg. Po kolei wyrzucam z pokładu wszystko, przywiązuję pusty ponton. Niosę bagaże wzdłuż śluzy i jeszcze kawał dalej, bo sztucznie utworzona wyspa na środku rzeki ciągnie się hen za śluzą, bez możliwości zejścia do wody. Tak wędruję po 400 metrów z bagażami, dwukrotnie, potem wracam się po ponton. W tym czasie robi się niemiłosierny upał. Chyba z kondycją u mnie kiepsko, bo zmęczyło mnie to okropnie, gdy wreszcie wypływam w dalszą drogę, nie mam już sił wiosłować. A woda stoi w miejscu. Ale płynę, do kolejnej śluzy Januszkowice, ok. 10 km, w upale. Mijam ujście kanału gliwickiego. Na śluzie tym razem, wbrew strzałkom nawigacyjnym, podpływam od strony jazu. Przenoszenia tu trochę mniej, krótsza droga, wystarczy przerzucić wszystko jakieś 50 metrów na drugą stronę wodospadu. Banał, choć na upale ponton ciąży potwornie. Kilka kilometrów dalej mijam złomowisko barek, dawną stocznię. Coś się tam dzieje, bo woda już z daleka niesie dźwięk maszyn, ale same barki pordzewiałe i porośnięte mchem, trawą i małymi krzakami, robią dość przygnębiające wrażenie. Przez lata zamordowano bestialsko polską żeglugę śródlądową, a wskrzeszenie tego trupa nie będzie łatwe.

Złomowisko barek obok dawnej stoczni w Januszkowicach.

Złomowisko barek obok dawnej stoczni w Januszkowicach

I znów kilka kilometrów wodą stojącą aż do kolejnej śluzy – Krępa. Nauczony doświadczeniem również podpływam tu od strony jazu. Prowadzi mnie łabędź, który długo płynie przede mną jak holownik, nie podrywa się do lotu, przed samym wodospadem łagodnie skręca. Cumuję ponton przy zrujnowanych filarach dawnego mostu, po kolei wynoszę na brzeg bagaże. Oglądam teren śluzy, szukając zejścia po jej drugiej stronie, gdy nagle słyszę ostry męski głos: A kim pan jest?!
Przedstawiam się, mówię skąd płynę i dokąd, i… dostaję solidne upomnienie. Bo: nie wolno nikomu wpływać w kanał z jazem, bo to jest śmiertelnie niebezpieczne, bo wodospad może mnie wciągnąć i zabić itp. Cóż na to mogę odrzec? Niby wiem, że powinienem wpłynąć na śluzę i jak barka przez nią przepłynąć, ponosząc odpowiednią opłatę. Ale po co zawracać komuś głowę? Nie wpływałem na jaz złośliwie – po prostu droga do dźwigania tędy jest krótsza. – Jeśli koniecznie chcę się pan przenosić, to tylko przez śluzę, nigdy przez jaz – informuje łysiejący, czerwony od słońca śluzowy. Inaczej w Krapkowicach, na kolejnej śluzie, na pewno dostanę mandat, bo tam obok urzęduje policja – dowiaduję się. Pouczony wielokrotnie przez pana, który nakręcił się spotkaniem ze mną jak katarynka, przenoszę cały ładunek, balansując na wyszczerbionych płytach betonowych z drugiej strony wielkich drewniano-stalowych wrót. Odpływam, postanawiając kolejną śluzę pokonać całkiem legalnie, jak barka.

Do Opola na ŚDM

W Krapkowicach pan na śluzie już na mnie czeka, stojąc na potężnych wrotach. Tu przenoska nie miałaby sensu, śluza jest bardzo długa, ogrodzona ze wszystkich stron, bez możliwości zejścia z drugiej strony. Oglądam jeszcze wszystko – nie podejmuję się chodzić z bagażami. Śluzujemy! – podejmuję decyzję. Płacę 4,08 zł, pan otwiera przede mną wrota, wpływam do ogromnej śluzy, wrota za mną zamykają się, poziom wody w śluzie obniża się o jakieś 3 metry, później otwierają się wrota z drugiej strony, wypływam. To proste. A przy okazji poznałem miłego pana śluzowego. I nie jest tak, jak czasem słyszałem – że lepiej wszystko przenosić, bo pontonu czy kajaka śluzować nie chcą – pracownicy śluz mają obowiązek śluzować każdą jednostkę, nawet materac dmuchany czy dętkę od traktora. Ja i mój ponton to „łódź wiosłowa pozbawiona silnika”. Płacę najniższą stawkę, która po godzinie 16 wzrasta jednak podwójnie do 8,16 zł. Jednak to i tak lepsze, niż dźwiganie bagażu, po 3 razy w tę i z powrotem. Od tej pory postanawiam śluzować się na każdej ze śluz. Przepłynę ten odcinek tak jak trzeba. To jest nawet przyjemne.

W drodze do Opola na ŚDM.

W drodze do Opola na ŚDM

Dopływam do kolejnej śluzy, otwierają się przede mną wielkie stalowe wrota, wpływam do środka, opadam razem z wodą, wypływam z drugiej strony. Trochę to trwa, bo trzeba zapłacić, obsługa musi wypisać kwitek, a i samo spuszczanie wody to operacja na pół godziny, bo śluzy przeznaczone dla barek, są bardzo pojemne. Ale to także nauka cierpliwości. Teraz dziennie mogę przepłynąć 35-40 km, po stojącej wodzie, od śluzy do śluzy. Zauważam, że im dalej, tym coraz większy spadek wody na śluzach. O ile na początku były to 3 metry spadku, w potężnej śluzie Zwanowice to już ponad 5 metrów. Nieco klaustrofobicznie – w tak wielkiej śluzie, tak mały ponton.

W Opolu mam już pierwsze bąble od oparzeń słonecznych na dłoniach. Kupuję krem na łuszczącą się skórę. Wiatr i woda bardzo wysuszają. Trafiam też na Światowe Dni Młodzieży, całe miasto pełne jest kolorowo ubranych młodych ludzi z wszelkich krajów świata. Prym wiodą Niemcy i Francuzi, ale dostrzegam też ekipę z odległej Australii. Przepływam niewielki, dostępny z Odry kawałek opolskiej Wenecji. Cumuję ponton przy restauracji zorganizowanej na barce, tam też podpinam do podładowania telefon komórkowy.
Z łącznością ze światem na spływach jest zawsze problem. Telefon wyczerpuje się zwykle po 3 dniach. Z nikim właściwie nie rozmawiam, ale czas na rzece umilam sobie słuchaniem muzyki, a to zżera baterie. Te z kolei trzeba ładować, czasem oddając komórkę na noc, gdzieś w najbliższym domu, lub podczas zakupów gdzieś w sklepie, podczas zwiedzania miasta.

Szybki rajd przez Wrocław

Kolejne noclegi wypadają mi na śluzach w Chróścicach i w Oławie. Za każdym razem słyszę, że ze względu na ŚDM i podwyższone zagrożenie terrorystyczne, nie mogę nocować na terenie śluzy, ani w jejzabudowaniach, zawsze jednak mogę tu skorzystać z prądu, łazienki, bieżącej wody. Będzie mi brakowało tego, gdy przepłynę ostatnią śluzę – w Brzegu Dolnym. Ale póki co Wrocław. Pontonem można go przebyć na dwa sposoby – jak barki głównym kanałem, który jednak omija miasto z prawej strony – albo skręcając w lewo na śluzę Opatowice. Wtedy przepływa się przez centrum, co miało być jedną z głównych atrakcji mej wyprawy.

Wewnątrz śluzy w Brzegu spotkałem pasażerów jachtu Jamaica.

Wewnątrz śluzy w Brzegu spotkałem pasażerów jachtu Jamaica

Z mapy wynika, że wszystko jest w porządku, tymczasem pan na śluzie, który specjalnie dla mnie przyjechał tu rowerem, z nieodległych Bartoszewic, by mnie śluzować, zaklina się, że przez centrum Wrocławia nijak nie przepłynę. Ja nie przepłynę? – myślę i wpływam długim kanałem w stronę centrum. Pierwsze kilometry tu nijakie, nie czuję, że wpływam do wielkiego miasta. Dopiero za zakrętem widać ostre jak brzytwy wieże katedry na Ostrowie Tumskim, przepiękne bulwary, budynek Politechniki Wrocławskiej, wiele innych znanych, choć dotąd nieoglądanych z tej perspektywy zabytków.

I wtedy dociera do mnie, że coś jest nie tak. Na mapie widzę, że na kanale dla barek, tym omijającym Wrocław, zaznaczono dwie śluzy, tu przepłynąłem przez jedną, a poziom wód w obu kanałach musi się przecież zgadzać. Spomiędzy licznych pływadeł wyłuskuję wzrokiem motorówkę WOPRu, macham ręką. Ratownicy tłumaczą mi, że pływanie bez silnika po centrum Wrocławia dozwolone jest jedynie do mostu na Wyspę
Piasek. Dalej zabronione, ze względu na nieczynną śluzę miejską i pięciometrowej wysokości jaz elektrowni wodnej. Jedyne, co mogą mi zaproponować, to zawrócić 8 km do śluzy Opatowice, którą wpłynąłem, i popłynąć jak barka – legalnie. Można też wyjść z wody przy wyspie Piasek i lądem z pontonem i bagażami dostać się jakoś za jaz. Do miejsca, gdzie możliwe będzie wodowanie, to piechotą 2 km. Które trzeba by pokonywać trzykrotnie. Ale to i tak niemożliwe, bo centrum miasta, wąskie chodniki itp. Wygląda na to, że utknąłem.

Widok na katedrę w Ostrowie Tumskim.

Widok na katedrę w Ostrowie Tumskim

Tymczasem nadchodzi burza. Nielegalnie dopływam do Wyspy Słodowej, wypijam szklankę soku, cumuję ponton i idę obejrzeć jaz i nieczynną ogromną śluzę miejską. Wygląda to groźnie. Decyzję trzeba podjąć szybko, umawiam się z ochroniarzem pobliskiego hotelu, że otworzy mi małą bramkę na zapleczu tarasu restauracji, tuż obok śluzy. W świetle piorunów, łamiąc wszelkie zakazy, przepływam zakazaną odległość, dobijam do śluzy. Tylko czekam na policyjną motorówkę. Z pomocą pana ochroniarza przenoszę część bagaży przez ruchliwą ulicę, śluzę i spory kawał w dół rzeki, z pontonem pomagają mi napotkani studenci, pijący piwo obok śluzy.

Ludzie potrafią być fantastyczni,

o nic się nie prosiłem, a oni sami widząc, jak męczę się z pontonem na przejściu dla pieszych, podbiegli, zabrali, przenieśli, zwodowali. Zamiast 2 km lądem było jakieś 400 metrów. Wreszcie jest! – motorówka policyjna pędzi w kierunku śluzy po mnie! Ale ja jestem już po drugiej stronie, nie dostaną się tu i mogę im pomachać.

Niebo pęka zalewając Wrocław ścianą wody. Płynę brzydkim, zaniedbanym kanałem Odry Południowej. Woda zalewa mnie, w dodatku nadchodzi noc. Na złączu z Odrą Północną przy elektrociepłowni widzę wyjście na brzeg. Mokry, ale szczęśliwy, wypełzam na trawę, rozbijam namiot. Przypominam sobie, że miałem we Wrocławiu zrobić zakupy. Na to jednak już za późno. Zostałem bez chleba i wody a potężny kompleks przemysłowy huczy mi przez całą noc tuż do ucha. Śpię doskonale.

Zupełnie inna rzeka

Następnego dnia wypływam skoro świt. Piękny ciepły dzień. Udaje się zrobić zakupy w jednej z dalszych dzielnic Wrocławia. Śniadanie jem na wodzie, wewnątrz śluzy Rędzin, tuż pod największym mostem w Polsce. Auta szumią mi nad głową.
Do Brzegu Dolnego jest stąd 16 km, które po stojącej wodzie płynę do 16-tej. Odra rozlana tworzy tu niemal jezioro. Dziwny cud: w Brzegu Dolnym nawałnica, a na mnie, kilometr od celu, nie spada ani kropla wody. Ostatnia śluza okazuje się być nieczynna. Na moje krzyki w końcu przychodzi pan Staszek – śluzowy. Jedyne, co może mi pomóc, to przenieść ponton na drugą stronę, nad kanał jazu. Za niska woda, by śluzować. Przenosimy się więc.

Śluza Rędzin i największy most w Polsce.

Śluza Rędzin i największy most w Polsce

Dalej jest już zupełnie inna Odra. Rzeka wreszcie płynie, silnym nurtem, prawie 6 km/h. Pod mostem kolejowym w Brzegu Dolnym, bystrze, wręcz jak na Dunajcu, fala przelewa się przez ponton. Płynę jak zwykle aż do zmroku. Dziko tu choć trochę jednostajnie, z powodu regularnych ostróg usypanych z kamieni przy obu brzegach. Tak już będzie praktycznie do Szczecina.

Kolejnego dnia zwiedzam ogromny kompleks opuszczonego klasztoru w Lubiążu. Od pani, u której zostawiłem telefon do podładowania, dostaję dużą reklamówkę ogórków, pomidorów, marchewek – prosto z ogródka. Moja dieta wzbogaci się. Mili ludzie mieszkają nad rzekami. Płynę nieco monotonną Odrą, zachwycając się, to bocianem czarnym, to orłem bielikiem, to bobrami, które wypływają wieczorami na żer. Czasem bobry są tak blisko, że można je pogłaskać, zwykle jednak wyczuwają mnie z odległości kilku metrów i nurkują bijąc ogonem o powierzchnię wody. Po wielu trudach mijam Głogów zupełnie bez wrażenia. Miasto choć duże, wydaje się być odwrócone tyłem do rzeki, tam gdzie we Wrocławiu są bulwary, w Głogowie są… tory kolejowe. Pociąg jedzie tu spory kawał tuż przy rzece. Co innego Nowa Sól, ładne miasto i przyjazny port, albo Bytom Odrzański – również ciekawie położony na niewielkim wzniesieniu. A później długi prosty odcinek, gdzie tylko krzaki, kamienne ostrogi i dzicz, aż wreszcie Cigacice i Krosno Odrzańskie

Nocleg tuż za Bytomiem Odrzańskim. Czasami Odra stwarzała niepodziewane łachy.

Nocleg tuż za Bytomiem Odrzańskim. Czasami Odra stwarzała niepodziewane łachy

z opustoszałą mariną i dumnym napisem „Wypożyczalnia jachtów”, ale żadnego jachtu tu nie widać. Nieopodal do Odry wpada Bóbr – dziesiąta pod względem długości rzeka Polski i Odra wzbogacona o jego wody, poszerza się nieco. Zaraz też mamy ujście Nysy Łużyckiej i od tej pory lewy brzeg to już Niemcy. Nocuję zwykle na piaszczystych łachach, które gdzieniegdzie rzeka tworzy tuż za kamiennymi ostrogami. Takie prywatne plaże, tylko dla mnie. Ciekawostką na tym odcinku jest ruina mostu we wsi Kłopot. Most wysadzili Niemcy w kwietniu 1945 roku i nigdy nie został on odbudowany. Dziś to monumentalny i piękny betonowy taras wrzynający się nieco w wodę. Wstęp na niego wzbroniony, wchodzę więc i robię kilka zdjęć rzeki z góry.

Szczecin to nie koniec

Frankfurt to piękne niemieckie miasto, zbudowane chyba celowo tak, żeby wywierać wrażenie piękna i potęgi na oglądających go z drugiego brzegu Polakach, mieszkańcach znacznie skromniejszych Słubic. Niestety tę okolice mijam w deszczu z kapturem opadającym na głowę. W Słubicach zachodzę do apteki po maść na oparzenia. Dłonie wyglądają nieciekawie. Od wewnątrz grube odciski od wioseł, od zewnątrz bąble i rany od oparzeń. Norma na spływach pontonem, ale ból nieprzyjemny i każde zaciśnięcie pięści go powiększa.

W Kostrzyniu krótki postój przy ujściu Warty – trzeciej polskiej rzeki. Odra staje się tu niemal dwa razy szersza. Niestety taka przestrzeń rodzi kłopoty – potężnie wieje, co chwila przechodzą czarne chmury, siejąc deszcz. Ale zaciskam zęby i płynę. Gdy zatrzymuję się w Osinowie – nocuję w najdalej wysuniętym na zachód punkcie Polski – ulewa nie wypuszcza mnie z namiotu do 17-tej. Czasem bywa i tak. Czytam wtedy książkę, zjadam zapasy. „Lolitę” już skończyłem, obecnie jest to „Żyjący z wilkami” Shauna Ellisa. Z Osinowa do Krajnika płynę nocą, w świetle latarki, ale omal nie wpadam na barkę, poza tym mgła nad rzeką podnosi się tak gęsta, że około drugiej w nocy kapituluję.

W Widuchowej Odra rozdziela się na Wschodnią i Zachodnią. Wyspa między nimi tzw. Międzyodrze była kiedyś zmeliorowana i zamieszkana przez Niemców. Dziś jest to dziki rezerwat przyrody, pełen ptactwa i niespodzianek.

Krzywy las w Nowym Czarnowie koło Gryfina.

Krzywy las w Nowym Czarnowie koło Gryfina

Oglądam dokładnie osiem zrujnowanych, nieużywanych od lat 70. śluz. Przygnębiający widok. Nocą wpływam do przyjaznej przystani w Gryfinie, wzbogacam sobie wrażenia poranną wycieczką do Nowego Czarnowa. Rośnie tam słynny na całą Polskę „krzywy las”. Kilkadziesiąt nienaturalnie wygiętych w łuki sosen ma być pozostałością po niemieckich czołgach, lub tajnej, magnetycznej broni Hitlera, w praktyce jednak kształt taki nadali im prawdopodobnie szkutnicy, chcący wystrugać z nich wręgi do kutrów rybackich.

Nocą do Zalewu

I wreszcie Szczecin. Kusi, żeby tu wysiąść i spływ zakończyć, bo dworzec kolejowy jest przy samej wodzie. Ja jednak kupuję tu jedynie kolejną książkę, zjadam niedobrą zapiekankę i płynę dalej. Od tej pory już nielegalnie, bo znajduję się na wewnętrznych wodach morskich. Wiem, że na ten odcinek powinienem mieć zgodę kapitanatu portu, ale wiem też, że zgodę taką trudno uzyskać. Już raz mi odmówiono, tym razem nawet nie próbuję pytać, po prostu płynę. Mijam szczecińskie bulwary, Wały Chrobrego. Podziwiam przycumowane przy nich zagraniczne, ogromne białe statki. Celem na wieczór są Police, ale żeby tam dotrzeć, muszę przebyć Stocznię Szczecińską i niezliczone przemysłowe przystanie. Oglądam remonty wielkich statków, na wyciągnięcie ręki. Spory tu hałas, powietrze niezbyt świeże od spalin wielkich maszyn i pyłu węgla. Nurt rzeki zniknął całkiem, woda znów stoi. Zanim dotarłem do Polic nastała noc.

I zostałem sam w ciemnościach na ogromnym rozlewisku Odry.

Ponieważ wreszcie wiatr nie wieje, płynę, kierując się światełkami toru wodnego. Obok mnie w mroku co rusz przepływają statki, takie na 200-300 metrów długości. Każdy robi falę, która mogłaby mnie zatopić, gdybym tylko nie ustawił się do niej pontonem pod odpowiednim kątem. Mam to opanowane do perfekcji.
Nie wiem, jakim cudem udało mi się minąć przystań w Świętach, naprzeciwko Polic. Liczyłem na światła, jakiś pomost, ale nie zauważyłem niczego, zmyliła mnie za to zielona poświata, do której wiosłowałem przez kolejne dwie godziny – aż to jedyne niemigające światło okazało się podświetlonym zakazem cumowania. Wyszedłem na dość nierówny, poryty teren i dostrzegłem tablicę: „metan, grozi wybuchem”. Jest po północy. Rozbijać namiot, czy nie? Nie decyduję się na nocleg. Odbijam w stronę lewego brzegu, uciekam przy okazji przed potężnym zbiornikowcem. Przemierzywszy w ciemnościach akwen wszerz, długo płynę wzdłuż brzegu, by około 3 nad ranem wylądować na stacji uzdatniania wody tuż przed Trzebieżą. Jestem bardzo zmęczony, to była cholernie długa noc.

Zalew

Rano widzę, że właściwie w nocy dopłynąłem pod sam Zalew Szczeciński. Jednak do 14-tej pada deszcz, siedzę więc w namiocie, czytam. Po 16-tej wypływam.
Na tym końcowym etapie planowałem być bardzo ostrożny. Chciałem zapytać kogoś o warunki, jakie mogę zastać na zalewie. Zbiornik długi na 70 km, szeroki na 22, nazywany jest małym morzem. Nie widać tu drugiego brzegu, a fale, które pojawiają się tu przy zachodnim wietrze, zatopiły już niejeden jacht. Wiedziałem jednak, że jeśli wpłynę do Trzebieży, to chcąc nie chcąc powiadomię wszystkich o moim istnieniu, wzbudzę alarm i nikt mnie na zalew nie wypuści. Postanawiam więc po prostu płynąć.

Jedna z bram nawigacyjnych na Zalewie Szczecińskim.

Jedna z bram nawigacyjnych na Zalewie Szczecińskim

Mijam Trzebież, wpatrzony w odległe bramy toru wodnego, prowadzącego do kanału portowego Świnoujścia. Mijam pogłębiarkę „inż. St. Łęgowski”, pracującą u wrót zalewu. Po pół godziny brzeg zostaje w tyle, a ja tylko czekam na motorówkę straży przybrzeżnej lub policji, która wypłynie do mnie i odholuje mnie do brzegu. Nic takiego jednak nie ma miejsca. Nie dostrzeżono mnie!
Dobrze! Płynę więc dalej, dookoła aż po horyzont mając tylko wodę. Okoliczności mi sprzyjają, pogoda również. Ale do czasu. Po dwóch godzinach wiosłowania, gdy już na horyzoncie zaczęła majaczyć ciemniejsza kreska brzegu Świnoujścia, zaczęło wiać. – No to koniec – pomyślałem, podmuchy szybko przybierały bowiem na sile, a po lewej dostrzegłem pędzącą od niemieckiego brzegu chmurę burzową. Jeżeli rozpęta się tu szkwał, będę bez szans, ale i będę walczył do końca. Już w odległości kilku kilometrów widzę nadpływający w moją stronę potężny gazowiec Arki, długi na przeszło 200 metrów i wysoki jak wieżowiec. Najgorsze, że jak na takiego olbrzyma, zbliża się bardzo szybko, a mnie wiatr wpycha prosto na jego tor wodny.

Spotkanie z gazowcem Arki o długości ponad 200 m.

Spotkanie z gazowcem Arki o długości ponad 200 m

Wiosłowanie przy niemal metrowych falach nie przynosi większych efektów. Daję z siebie wszystko, by na okręt nie wpaść, wiosłuję w przeciwnym kierunku, pod wiatr, ale jestem trochę jak łupinka orzecha wrzucona do oceanu.
Wreszcie Arki mija mnie o ok. 10 metrów, przy okazji robiąc falę wysoką na oko na 3,5 metra, spienioną u góry i wielką jak ściana. Fala ta idzie na mnie, odwracam ponton tyłem i przez chwilę lecę w powietrzu na jej grzbiecie, jak piłka kilka metrów nad poziomem wody. Cudowne przeżycie, choć groźne. Na szczęście takich olbrzymów nie widzę więcej, dalej mija mnie tylko kolejna pogłębiarka „Christophorus” i dwa spore jachty; załoga jednego podpływa do mnie i pyta, czy nie wziąć mnie na hol. Ale Świnoujście już niedaleko a burza, która szła od zachodu, zatrzymała się parę kilometrów dalej. Odmawiam. Oglądam cudowny zachód słońca nad zalewem – nagroda za trudy podróży. Po zmroku mijam wejście do kanału Świny, za zacisznym falochronem przestaje wreszcie rzucać pontonem. Z twarzą oblepioną przez jętki, zwabione światłem czołówki, szukam możliwości wyjścia na brzeg, wreszcie wspinam się po kamiennym falochronie i rozbijam namiot tuż nad kanałem.

Aresztowanie

Całą noc wiatr wyje w koronach drzew, jak wściekły pies. Rano też nie jest dobrze, deszcz przechodzi nade mną w regularnych odstępach co pół godziny. Ledwo namiot obsycha – leje znów. Co chcę wypływać – leje. Po którejś próbie powrotu do namiotu przykucam z obrzydzeniem – wewnątrz wyraźnie coś śmierdzi. Po chwili dochodzę do wniosku, że to ja. W kanale portowym robię więc pranie. Przez chwilę świeci słońce, wszystko schnie, ale chwila mija i znów ulewa. Jedzenie mi się kończy, korzystam więc z mapy Świnoujścia i dzwonię do wszystkich dostępnych pizzerii. Nikt nie chce mi jednak przywieźć nic w miejsce, w którym rozbiłem obóz. Za daleko. Dopiero przed 18-tą przeszła ostatnia chmura. Zwijam obóz i po chwili wiosłuję do Świnoujścia. Mijam pierwsze zabudowania, promy w Karsiborze. Zachodzi słońce, gdy mijam ogromne promy do Skandynawii, do przystani mam jakieś 2 km. Plan jest taki, by tam znaleźć nocleg, a rano, na wschód słońca wypłynąć na morze.

Nocne promy w Świnoujściu.

Nocne promy w Świnoujściu

Ale tuż po zmroku, przy wejściu do przystani pada na mnie ogromny reflektor światła z pogłębiarki pracującej u wyjścia w morze. A za chwilę drugi reflektor wyławia mnie z gęstniejącego mroku. Po chwili jest już przy mnie szybki bojowy ścigacz straży granicznej. – Proszę przybić do brzegu – mówi strażnik przez megafon. Nie mam wyjścia. Ponton zostaje przywiązany do przystani SG, a ja wzięty na pokład kutra na przesłuchanie. Krucho ze mną – nie mam zgody kapitanatu portu Świnoujście, odpowiedniego oświetlenia i płynę pod nieznaną banderą – flaga piracka. Jestem piratem, który nielegalnie wpłynął na wewnętrzne wody morskie Rzeczpospolitej. Zostaję aresztowany.
Moje wyjaśnienia budzą zdziwienie i śmiech. Jak to z Ostrawy? Bez silnika? I czemu bez zgody. Oczywiście tłumaczę, że nie wiedziałem o konieczności posiadania zgody, mówię skromnie, że jakoś udało się dopłynąć… Po sprawdzeniu dokumentów i sporządzeniu protokołu, zostaję zwolniony do przystani. Strażnicy robią sobie ze mną zdjęcie.

Tak pięknego finału nie spodziewałem się

O porannym wypłynięciu na wschód słońca nie ma mowy. Rozbijam namiot na terenie przystani miejskiej, rano myję się i golę w umywalni. Wyglądałem strasznie, teraz udało się zza warstwy brudu i zarostu wyskrobać całkiem przystojnego faceta, spalonego słońcem i szczęśliwego. Na dalszy odcinek 1 km do morza, muszę uzyskać zgodę kapitanatu portu. Bez tej zgody pogranicznicy nie wypuszczą mnie z przystani. Cóż, dzwonię do kapitanatu portu i mówię, jak sprawa wygląda… – No, skoro już tyle pan przepłynął, to proszę ostrożnie sobie dopłynąć do morza – słyszę. – Choć nie wiem, jakim cudem udało się panu tutaj aż dotrzeć…
I wypływam. Dobijam do białego wiatraka – symbolu Świnoujścia. Tam pamiątkowa sesja zdjęciowa i radość z osiągnięcia celu. Wokoło mnóstwo ludzi, niektórzy robią sobie zdjęcia, inni zagadują, pytają, com za jeden, a gdy już wiedzą, robią sobie zdjęcia również ze mną.

Biały wiatrak -- symbol Świnoujścia.

Biały wiatrak — symbol Świnoujścia

Już na falochronie odbieram telefon z kapitanatu portu: – Zapraszamy pana na wieżę, do nas. Musi nam pan koniecznie opowiedzieć o swoim spływie. Przeprawiam się więc pontonem na drugi brzeg Świny, a tam czeka na mnie pan Edward Cybulski – oficer dyżurny kapitanatu. Wita się ze mną, pomaga wyciągnąć ponton na brzeg i niesie go ze mną na teren wieży kapitanatu.

Na wieżę wjeżdżamy windą, obserwujemy z góry cały port. Pan Edward opowiada o swojej pracy, dowiaduję się, jak obserwowane są statki na Bałtyku, na Zalewie Szczecińskim, aż od Szczecina. Ja opowiadam o swoim spływie, pokazuję zdjęcia, pijemy kawę. Wreszcie pamiątkowe fotografie na wieży, uścisk dłoni. Aresztowaniem przez SG mam się nie martwić, ale lepiej sprawę tę wyjaśnić od razu w siedzibie kapitanatu, złożyć oświadczenie. Robię to następnego dnia.

Po co to wszystko?

W Świnoujściu pozostałem kilka dni. Nazajutrz po osiągnięciu morza odwiedziła mnie Telewizja Szczecin, wezwana przez jednego z żeglarzy. Jak to media; przez godzinę kręcili film o moim spływie, a zrobili z tego jednominutowy materiał, tak tnąc zdania, że wszystko wyszło pokręcone, ale i nie oczekiwałem nic więcej. Bo i nie dla mediów pływam, nie dla sławy.
Wielu pokonanie Wisły czy Odry pontonem bez silnika nazywało już wyczynem, dla mnie to najlepszy sposób na wypoczynek, oderwanie się od problemów, kompletny reset dla przemęczonego umysłu i kilka tygodni życia w innym świecie. Powrót do natury, płynięcie nago wśród czapli, bobrów, bocianów białych i czarnych, zwiedzanie miasteczek i wsi, tak pięknych i różnorodnych, aż nie do opisania. Wreszcie fotografia, ale ta zawsze jest spóźniona, najpierw bowiem chłonę dany widok, cieszę się nim. Czasami jest zbyt pięknie, by wyciągać aparat, by coś fotografować. Wiele ptaków uciekło mi zanim nacisnąłem migawkę, wiele wschodów słońca dojrzało zanim zachciało mi się w ogóle sięgnąć po futerał.
Mój spływ to przeszło 840 km w tym jakieś 240 km wodą stojącą. 24 śluzy, Zalew Szczeciński, wreszcie Bałtyk. To dla mnie przywrócenie utraconej wiary w ludzi, którzy nad rzekami są jakby bardziej przyjaźni i chętni do pomocy. To wiele godzin refleksji i przemyśleń nad światem, miłością i społeczeństwem, oglądanym z niezwykłego dystansu, z perspektywy wody. Najwspanialsza i najciekawsza, a przy tym śmiesznie tania forma wakacji. Wcale nie żaden wyczyn, a jedynie droga do spełniania marzeń, poznania własnych możliwości i słabości, bo podróż z nurtem rzeki staje się zawsze podróżą w głąb siebie.

Foto: Piotr Durak
Więcej: Pełna galeria zdjęć ze spływu Odrą (Facebook)
……………………………………………………………………………….
Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”, zaś w latach 2013-2016 dziennikarzem i redaktorem. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły” oraz redaktorem wielu zbiorowych publikacji. W roku 2007 otrzymał nagrodę za najciekawszy debiut Podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.
……………………
Więcej: Facebook
Mapka dorzecza Odry: RZGW w Szczecinie
02.09.2016. Mielec

PIOTR DURAK Misja Odra. Pontonem z Ostrawy do Świnoujścia
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[2] Komentarze
  1. Relacja w sumie spoko ale…
    Spłynięcie Odry, to nie jest nieziemski wyczyn techniczny. Przynajmniej nie po polskiej stronie. Spłynąłem cały krajowy odcinek z siedmioletnią córką. Kajakiem. Dmuchanym.

    Rzecz która pod koniec mnie zirytowała. Wpłynięcie tam gdzie nie wolno, na wariata. Bo skoro przepłynąłem taki kawał, to zasługuję na to żeby dokończyć we własnym stylu. To jest mniej więcej tak, jakby przejechać z Zakopanego do Gdańska rowerem, i ostatnie kilometry pokonać autostradą. Bez świateł i pod prąd.

    Zakaz wpływania w pewne miejsca nie wziął się z widzimiście opresyjnych instytucji, tylko z praw fizyki. Niektóre statki mają ponad kilometrową drogę hamowania. Bezwładność powoduje że promień skrętu jest liczony w dziesiatkach metrów. Poza tym ta sucz fizyka ma coś takiego jak prawo Bernouliego. Co powoduje że duża, mijająca nas jednostka, moze nas zassać choc nam wydaje się że jesteśmy bezpieczni.

    Zielony ponton, w nocy bez świateł, jest najczęściej widoczny dopiero jak tydzień później prokurator bada ciało zmielone śrubą. Pan miał po prostu szczęście.

    Jest chyba cechą charakterystyczną, że obecnie żeby być “fajnym”, trzeba jakieś przepisy zlekceważyć.

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.