Lato 1943 roku. Do niewielkiej miejscowości Blizna, leżącej ok. 20 km od Mielca, przybywają oddziały niemieckie. Przymusowo wywożą mieszkańców, wysiedlając wieś i okolice. Palą domy, równają z ziemią zabudowania gospodarskie. W tym miejscu w okolicznych lasach, skryty przed światem, powstaje doświadczalny poligon, na którym ma być testowana tajna broń Hitlera — pierwsze na świecie rakiety dalekiego zasięgu o kryptonimie V2. Długie na 14 metrów i ważące ponad 12 ton rakiety to pierwsza taka broń na świecie. W zamyśle hitlerowców mają zniszczyć Londyn, Paryż, później Moskwę. W podmieleckich lasach wznoszone są betonowe bunkry i wyrzutnie, doprowadzane tory kolejki wąskotorowej. Po kilku miesiącach ściśle tajny poligon zaczyna funkcjonować. 5 listopada z Blizny startuje pierwsza próbna rakieta V2.

Ściśle tajne

W tym czasie w okolicy działa oddział partyzancki pod dowództwem Aleksandra Rusina „Rusala”. Partyzanci-dywersanci mocno dają się we znaki Niemcom. Po powstaniu poligonu „Rusal” otrzymuje rozkaz o zaprzestaniu działań dywersyjnych i skupieniu się na akcjach wywiadowczych — ma za cel rozpoznanie i, o ile to możliwe, przechwycenie którejś z niemieckich rakiet.

Roman Rusin -- syn żołnierza wyklętego Aleksandra Rusina z portretem ojca przy szczątkach rakiety V2. Foto: Piotr Durak.

Roman Rusin — syn żołnierza wyklętego Aleksandra Rusina z portretem ojca przy szczątkach rakiety V2. Foto: Piotr Durak


Rakiety V2, startujące z poligonu w Bliźnie, były prototypami testowymi, w miejscu głowicy z ładunkiem wybuchowym posiadały obciążenie z betonu lub z ołowiu. Pracowano wówczas nad doskonałością ich napędu i układów naprowadzających. — To między innymi w tej rakiecie zastosowano pierwszy, prymitywny komputer żyroskopowy i najnowocześniejszy radiowy system naprowadzający. Tą technologią Niemcy wyprzedzili swój czas i alianci gotowi byli wiele zrobić, by przejąć taką rakietę w jak najlepszym stanie — mówi Mariusz Mazur, historyk-pasjonat. Z poligonu w Bliźnie Niemcy wystrzeliwali V2 w kierunku zajętych przez siebie terenów, m.in. poligonów w Nowej Dębie czy w Sarnakach, by w razie niekontrolowanego upadku rakiet, uniemożliwić przechwycenie ich przez wroga. Szacuje się, że z Blizny wystrzelono ponad 200 tych ogromnych rakiet. Nie wszystkie jednak doleciały do miejsca przeznaczenia…

Rakiety spadały

— Był to chyba maj 1944 roku. Mój tata wraz z żołnierzami był wówczas w okolicach swojego domu pod Dobryninem, gdy zauważyli, jak wystrzelona z Blizny rakieta V2 zaczęła koziołkować w powietrzu i upadła około półtora kilometra od miejsca, w którym przebywali — opowiada Roman Rusin, syn Aleksandra. — Ojciec z żołnierzami natychmiast pojechali tam na rowerach. Jadąc, zauważyli połamany las i leżącą na ziemi, wciąż ziejącą ogniem rakietę. Podbiegli do niej, a ojciec krokami przemierzył długość i średnicę, po czym szybko się oddalili, ponieważ Niemcy na motocyklach przeszukiwali teren — dodaje. — Niedługo później ojciec, przebywając z oddziałem w lasach niedaleko Blizny, zauważył, jak wystrzelona rakieta V2 rozpadła się w powietrzu na dwie części. Tylna cześć spadła na torfowe łąki nieopodal Blizny, natomiast przednia część poleciała dalej i upadła w lesie. Ojciec natychmiast zamaskował oba miejsca upadku rakiety i Niemcom mimo poszukiwań nie udało się ich odnaleźć — mówi.
Wkrótce potem poligon w uwagi na zbliżający się front musiał zostać ewakuowany. Niemcy niszczyli budynki i zacierali ślady. Jesienią 1944 roku do domu Rusinów zapukała międzynarodowa komisja wojskowa. W jej skład wchodzili Amerykanie, Anglicy, Francuzi i Rosjanie. Aleksander Rusin oprowadził ich po Bliźnie, a następnie wskazał miejsce upadku tylnej części rakiety. Zabrano wtedy wystające z ziemi elementy. Było tego pół wojskowej ciężarówki. Miejsca upadku przedniej części „Rusal” jednak nie wskazał, czekając na dalszy rozwój wydarzeń…

To nie ta Polska

Przednia część rakiety, wraz z oprzyrządowaniem, komputerem sterującym i odbiornikiem radiowym pozostała ukryta w lesie. Spadając, wbiła się w ziemię, na głębokość ok. 2 metrów. Połamane drzewa powoli odrosły, a w miejscu upadku rakiety powstało oczko wodne, o średnicy ok. 6 metrów. W latach 70. Aleksander Rusin pokazał to miejsce dorastającemu synowi — Romanowi. — Razem z ojcem przychodziliśmy tutaj i z pomocą bosaka grzebaliśmy w dnie bajora, w torfie, czasem zahaczając o elementy rakiety i wyciągając z ziemi różne części: blachy; stalowe i aluminiowe, wiązki kabli, jakieś podzespoły elektroniczne. Wreszcie zahaczyliśmy osęką o coś dużego i bosak utkwił w bagnie, nie mogliśmy go wyciągnąć. Ale wydobyliśmy ok. 300 kg różnych elementów V2. Zwoziliśmy to do domu i… leżało pod płotem. Nikt się tym wówczas nie interesował, więc później ojciec przekazał te elementy do Muzeum Regionalnego w Rzeszowie – opowiada Roman Rusin. — Miejsce upadku jednak utrzymywaliśmy dalej w tajemnicy. Ojciec miał nadzieję, że kiedyś powstanie w Bliźnie muzeum i że ukryte w bagnie fragmenty V2 znajdą tam swoje miejsce — opowiada syn „Rusala”. — W późniejszym okresie do taty przyjechał ówczesny nadleśniczy Nadleśnictwa Tuszyma i zaproponował współpracę. Obiecywano mu, że w budynku Nadleśnictwa powstanie izba pamięci, w której jego zasługi będą wyeksponowane razem z leśnikami, którzy także uczestniczyli w ukrywaniu śladów rakiety. Ojciec, dzieląc się swoją wiedzą, zachowywał ostrożność. Wskazał tylko miejsce upadku pierwszej rakiety i tylnej części tej drugiej. Wydobyte fragmenty rakiet przejęło Nadleśnictwo do tworzonej izby pamięci. Tam przez krótki czas częściowo wyeksponowano zasługi mego ojca, potem jednak ekspozycję usunięto, a wszystkie zasługi przypisano leśnikom. Mój ojciec po tym fakcie był bardzo rozgoryczony. Mówił, że to jeszcze nie ta Polska, o którą walczył — opowiada Roman Rusin.

Tajemnica w testamencie

Krótko przed śmiercią „Rusal” upoważnił swego syna, aby ten, w przypadku gdy w Bliźnie powstanie muzeum, przekazał tam jego mundur i wszystkie po nim pamiątki oraz wskazał odpowiednim ludziom miejsce upadku przedniej części V2. — Prosił, abym stał na straży, by nieskrzywiona historia została przekazana następnym pokoleniom — opowiada Roman. — Na dzień dzisiejszy tylko częściowo spełniłem wolę ojca. Wypożyczyłem mundur i inne pamiątki do Parku Historycznego w Bliźnie — dodaje. Po latach milczenia postanowił też zaprowadzić poszukiwaczy w miejsce upadku przedniej części V2, stawiając tylko warunek, by to, co wydarte zostanie ziemi, pozostało na miejscu, w Bliźnie. To był początek wielkiej akcji poszukiwawczej.
— Razem z Andrzejem Helowiczem odnaleźliśmy pana Romana i zapewniliśmy go, że wszelkie warunki jego ojca zostaną spełnione. Wówczas zaprowadził on nas głęboko w las i wskazał niewielkie bagno. Już pierwsze badania wykrywaczem metalu wykazały, że na dnie znajdują się duże, metalowe elementy. Wykrywacz wskazywał zarówno na stal, jak i aluminium i miedź — opowiada Mariusz Mazur.
Ponieważ zgodnie z prawem podobnych poszukiwań nie można przeprowadzać bez uzyskania zezwoleń, detektywi historii zwrócili się o pomoc do samorządowców, władz Mielca i różnych regionalnych stowarzyszeń i pasjonatów. W pierwszej kolejności udało się uzyskać pozwolenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Nadleśnictwa Tuszyma. W poszukiwania zaangażowały się Park Historyczny w Bliźnie, Podkarpackie Stowarzyszenie „Ocalić od zapomnienia”, Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Bliźnienskiej, Aeroklub Mielecki — sekcja historyczna oraz OSP Dymitrów Mały i OSP Biały Bór, jako jednostki wspierające. Całą akcją kierował archeolog Dominik Kurek, który poinstruował poszukiwaczy o metodach prowadzenia wykopalisk. Wreszcie w sobotę rano wszystko było gotowe.

Wyciągamy z błota

Już przed ósmą rano wraz z grupą kilkudziesięciu mężczyzn zgromadziliśmy się pod budynkiem OSP Dobrynin, by pod przewodnictwem Romana Rusina wyruszyć do lasu. Na miejscu zastajemy podmokłe torfowisko w gęstym, brzozowo-olchowym zagajniku. Do niedawna cały teren był pod wodą, za sprawą żeremia bobrów, ale teraz woda opadła. Wykrywacz metalu, przyłożony w tym miejscu do ziemi, dosłownie oszalał. Pokazywał zakopane na głębokości 2,5-3 metrów duże kawałki aluminium, miedzi, stali. Na myśl, że tutaj tkwią szczątki słynnej rakiety, wszystkim szybciej płynie krew w żyłach. Rozpoczyna się kopanie i odpompowywanie wody, która co rusz napływa do wykopu. Strażacka pompa szlamowa ledwo radzi sobie w tych warunkach, wodę trzeba wylewać wiadrami. Co rusz odnajdujemy to fragmenty blachy z poszycia rakiety, to miedziane wiązki kabli, jeszcze w otulinach, doskonale zachowane.

Poszukiwania w błocie i w deszczu. Foto: Piotr Durak.

Poszukiwania w błocie i w deszczu. Foto: Piotr Durak


Jest tego kilkanaście kilogramów. Największe fragmenty rakiety są jednak ciągle głęboko. — Sądząc po kraterze, jaki wybity był w ziemi, byliśmy pewni, że w to miejsce uderzył jakiś duży przedmiot. Nie wiedzieliśmy tylko, jak to coś odkopać. Było nas na miejscu około 20 chłopa, ustawialiśmy się w rzędzie i kilkoma wiadrami wyciągaliśmy ziemię, wodę i szlam. Staliśmy po pas w błocie, a co odkopaliśmy, to szlam napływał od nowa — opowiada Andrzej Helowicz. To głównie on własnymi rękami wydobył z wykopu kilkaset wiader błota — łącznie kilka ton szlamu. Każde wiadro sprawdzano wykrywaczem, a z każdym odkrytym kawałkiem rakiety poszukiwaczom nie ubywało, a wręcz przybywało sił. Mijają godziny. Wreszcie w brunatnej wodzie udaje się odkopać uchwyt we fragmencie dużego elementu rakiety, o który można zaczepić linę. Na powierzchni ziemi ląduje szpic osęki, jakim w latach 70. Roman Rusin, wraz z ojcem wydobywali fragmenty pocisku. Znalezisko podnosi wszystkich na duchu. Niestety część dziobowa V2 wydaje się tkwić w ziemi bardzo głęboko, zassana przez błoto i czas. Nie daje rady zespołowa siła ludzkich mięśni ani quad terenowy, przybyły na miejsce. — Tu potrzeba ciężkiego sprzętu — stwierdza Mariusz Mazur. Na to jednak zgody z Nadleśnictwa nie było…

Koparka konieczna

— Byliśmy w kropce, bo nie mieliśmy zgody na użycie koparki, a była ona tutaj niezbędna — mówi Mariusz Mazur. Gdy na miejscu pojawiła się Telewizja Rzeszów, a dzień później poszukiwacze trafili do Teleexpresu, sprawa stała się ogólnopolska. — Trochę zadrwiła sobie z nas Panorama, przedstawiając ironicznie całą akcję i porównując nas do osób ogarniętych gorączką złota, jak dawni poszukiwacze w Ameryce lub obecni, w Wałbrzychu, rozbijający się za złotym pociągiem. Śmiano się, że grzebiemy się w błocie. W internecie pojawiły się komentarze, że kawał lasu niszczymy dla wydobycia „kilku blach”. Ale dla nas te blachy faktycznie były cenniejsze niż złoto. Szczęśliwie Nadleśnictwo Tuszyma zrozumiało wagę poszukiwań i zezwoliło nam na wjazd koparki — mówi Mazur.
— Osoby, które się tym nie zajmują, nie zdają sobie sprawy, jak cenne to znalezisko. Dla niektórych będą to jakieś pordzewiałe blachy, a dla innych ludzi bezcenny ślad historii — dodaje Andrzej Kulpa z Podkarpackiego Stowarzyszenia Poszukiwaczy „Ocalić od Zapomnienia”.

Będziemy drzeć pazurami

Drugi dzień wykopalisk zaczął się od szoku i niedowierzania. Okazało się, że przez jedną noc dół głęboki na ponad 2 metry całkowicie wypełnił się wodą. W nocy padało, ale nie na tyle, by zatopić cały rezultat pracy jednego dnia! Poszukiwacze natrafili jednak na podziemne źródło, które wybijało w tym miejscu. W ruch poszły pompy szlamowe trzech jednostek strażackich: Dymitrów Mały, Biały Bór i Rzemień, jednak wody wciąż przybywało. Na miejscu pojawiła się koparka, ale nawet po odwodnieniu wykopu niewiele mogła zrobić – zasięg jej ramienia był zbyt mały. Dół cały czas osuwał się i maszyna nie mogła podjechać blisko jego krawędzi. Operator nie był w stanie dosięgnąć łyżką do dna wykopu. W dodatku odkrywcom skończyły się środki finansowe. — Temat nas przerósł. Był poniedziałek i kryzys, jaki nas spotkał, był ogromny. Nie mieliśmy pieniędzy, a nie mogliśmy przecież porzucić prac w takim momencie! Pomyślałem, że będziemy drzeć pazurami, aż wydrzemy — mówi Mazur.

Tu z pomocą przyszedł Zbigniew Tymuła — starosta powiatu mieleckiego, który zaofiarował się ściągnąć na miejsce ciężką koparkę mieleckiej firmy Dziewit. W piątek olbrzymia maszyna na lawecie wjechała do lasu. I choć od rana padał ulewny deszcz, odkopywanie rakiety ruszyło pełną parą.

Ciężki sprzęt w akcji.

Ciężki sprzęt w akcji. Foto: Piotr Durak


Po odpompowaniu zalegającej wody koparka zaczęła wybierać z wykopu ziemię i szlam. Olbrzymia łycha wgryzała się w dół szybciej, niż ten zdążył się ponownie wypełnić wodą i zsuwającym się z brzegów błotem. Tak po godzinie pracy odsłonięto spory fragment rakiety. Widzimy sterczące z ziemi wiązki kabli i poskręcane blachy. Operator koparki delikatnie podważa znalezisko i wyciąga pierwszy obły kształt ważący około tony. To najcenniejsza część rakiety, przedział znajdujący się za głowicą z ładunkiem wybuchowym, a w nim komputer sterujący. Wygląda na nieuszkodzony. Jeśli to prawda, będzie to prawdopodobnie jedyny zachowany taki mechanizm na świecie.
Pogłębiając wykop, łyżka koparki natrafia na kolejne elementy. Po chwili na powierzchnię wyciąga stożkowaty element — głowicę rakiety. Emocje sięgają zenitu.

5 minut sławy

Każdy z obecnych na miejscu pragnie mieć zdjęcie z głowicą rakiety. Do zdjęć ustawiają się członkowie stowarzyszeń „Ocalić od Zapomnienia”, Miłośników Ziemi Bliźnieńskiej, Sekcji Historycznej Aeroklubu Mieleckiego — wszyscy przemoknięci od deszczu, czarni od błota, jednak szczęśliwi, zjednoczeni poszukiwaniami. Niecodziennie wydobywa się z ziemi rakietę V2 – tajną broń Hitlera, w dodatku tak dobrze zachowaną, jedyną taką na świecie.

Część dziobowa niemieckiej rakiety V2. Foto: Piotr Durak.

Część dziobowa niemieckiej rakiety V2. Foto: Piotr Durak


Jeszcze tego samego dnia Mariusz Mazur wraz z Andrzejem Helowiczem, Romanem Rusinem, Andrzejem Kulpą i archeologiem Łukaszem Sroką trafiają do studia TVP Rzeszów na kilkunastominutowy wywiad. — Spełniło się marzenie mojego ojca. Wreszcie ta rakieta, wystrzelona z Blizny ponad 70 lat temu, trafia z powrotem w to samo miejsce. Jestem szczęśliwy — mówi Roman Rusin.

To jednak nie koniec tej historii. Szczątki rakiety odjechały do Parku Historycznego w Bliźnie. Tam czeka je odczyszczenie i konserwacja, by mogły być prezentowane szerszej publiczności. Kiedy? Prawdopodobnie dopiero w przyszłym roku, na kolejnej militariadzie. Już zainteresowały się nimi środowiska akademickie i muzea. V2 pozostanie jednak na Podkarpaciu. Tak zadecydował sam „Rusal”.

A co dalej?

Wydobyte elementy rakiety trafiły do Blizny. Niestety, niecierpliwość ma swoje złe skutki. Umyty naprędce karcherem miejscami zgubił swoją oryginalną farbę. Nic to w porównaniu ze zniszczeniem, jakiego dokonało 70 lat spoczywania w ziemi, jednak można było tego uniknąć. Po 3 miesiącach od wydobycia z bagna szpic rakiety eksponowany jest w muzeum. Trwają badania specjalistyczne nad mechanizmem żyroskopowym znajdującym się pod głowica dziobową. Zanim wszystkie wydobyte szczątki staną przed oczami gości odwiedzających muzeum, musi potrwać jeszcze kilka miesięcy.

……………………………………………………….
Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe (“Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły”. W roku 2007 otrzymał nagrodę równorzędną za najciekawszy debiut podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.
Foto na stronie głównej: rakieta V2 w Liskowie (archiwalne).
14.12.2014. Mielec

PIOTR DURAK Poszukiwania rakiety Hitlera
4 votes, 4.50 avg. rating (90% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.