Nad stepem zachodziło słońce. Wilk przeciągnął się na swojej skale i powoli opuścił łeb na szarą powierzchnię głazu. Ten widok zawsze sprawiał, że czuł się jakoś dziwnie. Jakby był kimś małym, nieistotnym dla świata. Przecież co znaczy jedno życie w zestawieniu z mocą tej złotej kuli kryjącej się niezmiennie za widnokręgiem?
Społeczność dawno już odstąpiła od niego uważając go za jednego z tych dziwaków, którym wydaje się, że wszystko wiedzą lepiej i których lepiej omijać szerokim łukiem. A to przecież nie było tak. On po prostu zawsze starał się być sobą. To jego życie i sporo kosztowało go, nim doszedł do prawdy, że sam powinien decydować jak ma je spędzić. Zbyt dużo widział już zła na świecie, a przecież kiedyś również był wesoły i żył w gromadzie. Dziś po prostu to nie dla niego, woli siedzieć na skale, podziwiając ten zachód słońca. Przecież jedyną rzeczą, która na zawsze pozostanie prawdziwa jest właśnie słońce.
Reszta watahy bawiła się właśnie na skraju lasu pod okiem czułej i jak zwykle wspaniałej wilczycy. Kiedyś pewnie nawet zakochałby się w niej, dziś widział wyraźnie, że jest zupełnie pusta. Epatowała swym próżnym, kobiecym wdziękiem zniewalając i podporządkowując sobie całe, ogłupiałe stado. Zgromadziła wokół siebie bandę, razem napadają na okoliczne domy, walczą z psami pasterskimi, traktując to jako dobrą zabawę. Jeden wilk, najczęściej ten o czarnej sierści, najbardziej rzucający się w oczy, odciągał psa od stada, podczas gdy reszta zajmowała się już tylko zagryzaniem owiec. Pasterze z pobliskich wiosek mieli z nimi duże kłopoty…
Nasz wilk nie polował jednak w gromadzie. Całymi dniami przemierzał bez celu puste przestrzenie stepu, by wieczorami wspiać się z niemałym trudem na pobliską skałę, stanąć na wysokości dalekiej linii chmur i patrzeć. Zajęcie to pochłaniało go do tego stopnia, że nieraz zapominał nawet o jedzeniu. Może dlatego był bardzo chudy i słaby. Czasami złapał jakiegoś królika, czasem znalazł w lesie zabłąkaną sarnę. Był wilkiem, czuł, że musi jeść. Sam nie lubił tego zabijania, jego życiem jednak kierował zwierzęcy instynkt. Każdy go ma. Cowieczorny rytuał oglądania zachodów słońca, miał być w jego mniemaniu próbą rehabilitacji za popełnione zbrodnie, rachunkiem sumienia składanym przed obliczem tej złotej kuli. Siedział więc i patrzył…

***

Pewnego razu, w pewnej wsi, zamieszkanej głównie przez pasterzy trudniących się handlem wełną zapanowało wrzenie. Ludzie mieli już dosyć ciągle ponawianych ataków na stada, postanowiono więc za wszelką cenę przepędzić wilki z okolicy. Na początku miały być przeznaczone na odstrzał, na co zacierały ręce zbuntowane gromady wieśniaków, odkurzając przyniesione ze strychów pordzewiałe strzelby. Sołtys, będący zarazem wielkim miłośnikiem przyrody postanowił jednak, że wilki zostaną schwytane i przewiezione do pobliskiego, miejskiego zoo. Było to nowe zoo, ubogie jeszcze w dzikie zwierzęta, a wilk stepowy mógł stać się nie lada atrakcją dla turystów i ich rozpieszczonych, nafaszerowanych słodyczami dzieci. Ustanowiono więc nagrodę: Każdy, kto schwyta i dostarczy żywego wilka dostanie 12 srebrnych luidorów (a była to wówczas kwota za którą można było kupić około 6 owiec). Wkrótce wieśniacy strzelby zamienili na specjalne siatki, łopaty, przy których pomocy kopano wymyślne pułapki, kagańce i w okolicy poczęto organizować obławy na wilki.
Po pewnym czasie zauważono, że na szczycie najwyższej skały wyrastającej ze stepu niedaleko granicy lasu, co wieczór pojawia się jedno ze znienawidzonych stworzeń. Zastawiono pułapkę.
Wilk samotnik bronił się zaciekle, nie miał jednak większych szans, sieć oplątała jego nogi, a nałożony kaganiec skutecznie unieszkodliwił jego największą, śmiercionośną dla saren i zajęcy broń. Splątany sznurami jak wielkanocna szynka został pospiesznie odstawiony do zoo, wieśniacy zaś uzupełnili swoje stada o kolejne owieczki.
Wkrótce do klatki trafiły też wilki ze stada. Okolica została wyczyszczona.

***

W nowo otwartym zoo zwierzęta miały wszystko, czego tylko mogły zapragnąć. Olbrzymia klatka o powierzchni stu metrów kwadratowych, sztuczne jaskinie ze sztucznie przygotowanymi ludzką ręką legowiskami do spania, były wygodne i pozwalały na rozkoszowanie się prawdziwym życiem. Stadne wilki pod przewodnictwem pięknej wilczycy przechadzały się dumnie przy prętach klatki obok alejki spacerowej, machając do zwiedzających ogonami i prosząc o kolejne kiełbaski ciskane namiętnie przez kilkuletnich brzdąców. Każdy z nich zasypiał z pełnym brzuchem. Futro wilczycy lśniło w słońcu nabierając złocistych kolorów. Codzienne pożywienie składało się z wysokogatunkowej, witaminizowanej karmy dla psów sprowadzanej w tym celu aż z dalekiej stolicy. Dozorcy cieszyli się, że zwierzęta tak łatwo dały się zaaklimatyzować.
Tylko jeden wilk sprawiał problemy. Całymi dniami leżał w swojej jaskini przymierając głodem i ignorując spadające obok niego smakołyki. Ożywiał się czasem tylko na chwilę, gdy zza prętów klatki i bluszczu opasającego szczelnie ogrodzenie ogrodu prześwitywało zachodzące słońce. Po sierści w dół pyska zdawała się spływać niewielka, lśniąca w promieniach zachodu kropla.
Myślał o słońcu, które nigdy już nie będzie dla niego, wspominał zapach lasów, bieg po trawie stepu, ciągnącej się aż po horyzont, o linii chmur lśniącej w ostatnich odblaskach rosy. Wzdychał do gwiazd, na zawsze już będących daleko, poza zasięgiem, wciągał w nozdrza powietrze miasta i asfaltu, tak inne od ożywczego tchnienia nocnej zieleni drzew. Dozorcy nie bardzo wiedzieli, co z nim zrobić.
– Uszy do góry stary! Życie jest piękne! Macie tu jak w domu. Czemu nie biegasz razem z gromadą? – przemówił do niego pewnego ranka człowiek w granatowym kombinezonie karmiciela zwierząt.
Wilk nie spojrzał na niego, ogarnął tylko wzrokiem swą nową siedzibę. Klatka o wymiarach 10×10 była obskurna, śmierdziała moczem i resztkami karmy dla psów. Głazy i posłania cuchnęły człowiekiem, bachory rzucające cukierkami, cieszyły się z każdego machnięcia ogonem… “Życie jest piękne…” — pomyślał, po czym ostatni raz oddał słońcu głęboki ukłon.

……………………………………………………….
Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe (“Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły”. W roku 2007 otrzymał nagrodę równorzędną za najciekawszy debiut podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.
Foto: Levi Saunders
21.09.2013

PIOTR DURAK Wilk
6 votes, 4.17 avg. rating (84% score)

..........................................................
EPRAWDA — włącz newsletter|zgłoś sugestię
[3] Komentarze
  1. Shaun Ellis – człowiek kochający wilki, napisał “Żyjący z wilkami”, był w Polsce i pomagał na wschodzie odpędzać watahy od siedzib ludzkich – to takie proste! i bezkrwawe i nikomu nie ogranicza wolności! polecam lekturę.

Co o tym sądzisz?

Komentarz może nie być widoczny od razu.
Prosimy poczekać cierpliwie na moderację.